ANDRZEJ ZAWADA
Marginalia
Chlopak z Radomska
Literackie dzielo Tadeusza Rozewicza nie daje mi spokoju. Wiersze tego poety towarzysza mi od czterdziestu lat prawie. O zadnej innej poezji nie moglbym tego powiedziec. Nawet o poezji Czeslawa Milosza, bo te stale mam przy sobie od lat trzydziestu paru. Pamietam niecierpliwe wyczekiwanie na nowy glos poety. Pamietam, jak kupowalem w ksiegarni tomik pt. Twarz - tak jak sie kupuje ksiazke ulubionego wspolczesnego autora. Z zaciekawieniem, nie z estyma nalezna pomnikom.
Przez caly ten czas, od lat szescdziesiatych do dzisiaj, poezja Rozewicza nie przestala mnie zajmowac. Nieczesto zdarza sie tworczosc, o ktorej mozna to powiedziec. Rzadkie jest pisarstwo, ktore wciaz ma nam cos do powiedzenia, choc my sami rozumiemy coraz wiecej. A taka wlasnie jest poezja Tadeusza Rozewicza.
Dziwna poezja. Oszczedna w slowach, malomowna. Jakby chciala pokazac, ze prawdziwym idealem mowy jest milczenie. Jakby chciala zaprzeczyc swemu wlasnemu istnieniu. Poezja, ktora za swoje zadanie przyjela wyrzeczenie sie poetyckosci. Poetyckosci rozumianej jako jezykowe bogactwo, jako stylistyczna wirtuozeria, obrazowe piekno. Poezja Rozewicza cala soba wciaz dowodzi, ze nam sie to juz nie nalezy. Obietnica ocalenia - zdaniem poety - moze byc tylko asceza. Surowa powaga slowa elementarnego.
To przekonanie pozostaje w tworczosci Tadeusza Rozewicza niezmienne. Ponad szescdziesiat lat pisania, ponad szesc dekad patrzenia na swiat oczyma poety nie naruszylo tego fundamentu. Poezja ta pozostaje taka, jaka byla od poczatku - jednorodna, zasadnicza, skromna. Zwyczajna.
Zwyczajnosc wydaje sie byc idealem tej poezji. Zwyczajnosc rozumiana jako istota, jako wartosc i sens zycia. Poeta zdaje sie przekonywac, ze prawdziwe zycie to takie, ktore miesci sie w granicach rozumu, w normach doswiadczenia, nie zrywa zwiazku z codziennoscia. Osoba, ktora mowi do nas wierszami Tadeusza Rozewicza, jest ktos, kto zrozumial bezcenna wartosc zwyczajnosci. Ta osoba jest chlopak z Radomska. Mieszkaniec Gliwic. Wroclawski przechodzien. Ktos, kto w codziennosci potrafi dojrzec dar bycia naprawde. Kto ma dar widzenia calosci. Kto odkryl w sobie dar rozumienia, ze zycie jest jedno - w czasie i przestrzeni.
Klarownie jest to wszystko pokazane w najnowszym tomiku Tadeusza Rozewicza zatytulowanym Nozyk profesora. Znajduje sie w nim tytulowy poemat, ktory jest imitacja rozmowy z Tadeuszem Porebskim, przyjacielem poety, historykiem sztuki, w mlodosci wiezniem Oswiecimia. Rozmowa toczy sie rano, w kuchni profesora, ktory przygotowuje sniadanie, miedzy innymi gotujac jajka. Dialog dotyczy rownolegle najprostszej sztuki kulinarnej i sztuki XX wieku, codziennej egzystencji i masowej zaglady.
Czytam ten poemat po raz ktorys z rzedu i nagle widze, ze Rozewicz, ten poeta, ktoremu chetnie przypisywano role wspolczesnej placzki, role Kasandry ostrzegajacej przed duchowa katastrofa, ten poeta wypowiada pochwale zycia. Zycia, ktorego tragiczne sprzecznosci ukladaja sie w konieczna jednosc. Czytam Nozyk profesora i slysze powolny, lekko sceptyczny glos poety, ktory przekonuje, ze jestesmy powolani do cierpienia i do nudy. Do milosci i do bezmyslnosci. Do piekna i bylejakosci. Do swietosci i do gotowania jajek na miekko.
Ta wiedza wynika ze stania na uboczu. Z dystansu, ktory jest nagroda za trzymanie sie z dala od targowiska proznosci. Ta umiejetnosc rozrozniania prawdy i pozorow jest dziedzictwem przyniesionym z prowincji.
Prowincjonalizm niedobrych notowan. Wiadomo, ze prowincja jest smutna, senna, duchowo i cywilizacyjnie biedna. Z tego nie powstaje atrakcyjna literatura. Gogolowski smutek, Tuwimowska chandra unynska nikogo nie wzmacnia. A po literature siega sie dla wzmocnienia. Ludzie chca - i potrzebuja - czytac o przygodach, o milosci, o smierci, o dramatycznych emocjach. Zycie pojedynczego czlowieka ma deficyt wielkich przezyc i tego deficytu nie mozna wypelniac innym deficytem. Wielkie przezycia, nawet trudne, sa zrodlem energii. Jezeli nasze zycie rzadko pozwala nam z tego zrodla czerpac, udajemy sie do zrodel pomocniczych, slabszych, czyli do sztuki. I - czesciej - do sportu. Takze sieganie po uzywki jest najlatwiejszym i emocjonalnie najbiedniejszym sposobem szukania przezyc zastepczych.
Ale prowincja to takze zycie bez masek i kolorowych kostiumow. Jedyna teatralizacja, na jaka pozwala sobie prowincja, to spektakl milosci i smierci. Wszystko inne nie ukrywa swej nagosci.
I to wlasnie stanowi istote poezji Tadeusza Rozewicza.
marzec-kwiecien 2002, Debniki
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |