PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (7 czerwca 2002)


PIOTR WOJCIECHOWSKI

Pancerz pragmatyzmu
i rana wiernosci

O ksiazce "Intruz" Leopolda Ungera ("Brukselczyka")

Grob w Ankonie

W zyciu bywa jak w powiesci.
Kiedy Leopold Unger obudzil sie w obskurnym, wynajetym na pare nocy pokoiku w Bukareszcie, Leona, jego starszego brata, juz nie bylo. Znikl, pozostawil list. W tym liscie, datowanym 11 pazdziernika 1939 roku, napisal bratu o tym, jak zyc godnie i jak dawac sobie rade z zyciem. I na zakonczenie: "Nie jest to moze wszystko, co bym ci mogl powiedziec, ale nie mam wiecej cierpliwosci. Przyjm to jako chec przysluzenia ci na twojej nowej - zupelnie juz samodzielnej - bez mamy itd., drodze zyciowej".

Bracia, uciekinierzy ze Lwowa, nie spotkali sie juz. Leopold po latach dotrze do ostatnich zdjec Leona, zobaczy przystojnego, opalonego i usmiechnietego mezczyzne w tropikalnym mundurze z dystynkcjami sierzanta podchorazego. Przypomna mu sie wszystkie wspolne wakacje, podczas ktorych starszy o dziesiec lat brat byl niedosciglym wzorem.

A potem znajdzie sie grob porucznika Leona Ungera na polskim cmentarzu wojskowym Loreto pod Ankona, pierwszy grob w rzedzie dziesieciu nagrobkow z gwiazda Dawida. Rozstanie jak w romantycznej powiesci. Spotkanie jak z podrecznika historii.

Wersja historii, historyczny mit

Historycy nie unikaja tego slowa, oto fragment wypowiedzi Piotra Wandycza: "Mity istnieja i beda istnialy. Mity to nie jest falsz, to jest przelamanie pewnej rzeczywistosci, przez pryzmat uproszczen, tendencji. Dla mnie studiowanie mitow jest szalenie wazne, poniewaz mity w jakims sensie daja nam wglad w psychike narodu" ("Polska wielu narodow" - redakcyjna dyskusja historykow; Rzeczpospolita 10-11 listopada 2001 r.)

Historia znika, gdy terazniejszosc staje sie historia. Zostaja wersje, zostaja mity. "...w miare jak sie starzeje, coraz lepiej pamietam wydarzenia, ktore sie nigdy nie wydarzyly" (str. 9) - zartuje Leopold Unger we wstepie do swojej ksiazki. Tu nie chodzi o zmyslenia, ale o to, ze z perspektywy lat coraz wazniejszy staje sie mit, coraz mniej wyrazista, coraz trudniej osiagalna staje sie prawda.

Gobelin losow

Odcisnieta na kartach pamietnikow rzeczywistosc jest swoista wersja czasu minionego. Jest wiarygodna jako spotkanie z czlowiekiem, odczytanie swiata przez jego wrazliwosc, pamiec, wiedze, doswiadczenia. Te literature powinno sie czytac jako przeciwwage dla historycznych syntez, tu papier nie szelesci papierem, jest w nim puls krwi. Jednoczesnie - jest to rzeczywistosc zdeformowana jako wersja osobista, rzeczywistosc dopasowania do jakiegos mitu i przykrojona dla okreslonego celu. A wlasciwie - dla jednego z tych licznych celow, dla ktorych pisze sie i wydaje pamietniki, dzienniki, wspomnienia.

Epoka to ogromna tkanina gesto utkana z milionow wspanialych, miernych, przecietnych, zalosnych zyciorysow. Pamietnikarstwo wydobywa z tej materii niektore nitki, pokazuje, jak sa one polaczone ze soba. Badajac te mowe wezlow i nitek, dowiadujemy sie czegos o gobelinie historii, czegos o tkaczach, tworcach indywidualnych mitologii.

Profesjonalista

Lekture pamietnikow przewaznie zaczyna sie z zapasem zyczliwosci dla autora, z wdziecznoscia za to, ze ktos otwiera lub chocby uchyla przed nami drzwi do domu swojego zycia. Tak bylo w przypadku Ungera i powiem od razu, ze mimo prob, na jakie wystawil mnie autor, udalo mi sie te zyczliwosc i wdziecznosc utrzymac do konca. Oto opowiesc o zyciu kresowiaka, najpierw uciekiniera ze Lwowa, potem uciekiniera z Polski, relacja kogos, kto czul gorycz podwojnego wykorzenienia. Oto ktos, o kim mowiono "dziennikarz dyspozycyjny", gdy byl nieszczerze, ale skutecznie wmieszany w uklady z pojaltanska wladza. I nie przekonuje, zapewniajac czytelnika: ja im wierzylem. I nie udaje, ze nic sie nie stalo; wie, co robil.

Zastrzega sie na poczatku, ze to nie jest historia PRL. "Nie pisze ani aktu oskarzenia komunizmu w polskim wydaniu, ani jego alibi. Opisuje jeden, jedyny przypadek, swoj wlasny (...). Jest to, odtworzona glownie z pamieci, historia mojej przygody zawodowej. Wielkiej ´papierowejª klamry spinajacej, mowiac w wielkim skrocie, blisko 20 lat dziennikarzenia na wschod od muru, 20 lat - na zachod od muru, i 10 lat - bez muru" (str. 11).

"Przygoda zawodowa" - to oczywiscie figura stylistyczna. Unger nie pisze podrecznika dziennikarstwa. Prawda jest, ze cala ksiazka Ungera jest wielka pochwala dziennikarskiego profesjonalizmu, bylo mu to potrzebne, aby na swoje zycie spojrzec jako na pewna calosc, zobaczyc w nim wiernosc wskazowkom starszego brata: "Daz wiec do szybkiego i doskonalego opanowania zawodu, dobry fachowiec - kanalarz czy profesor uniwersytetu - zawsze wyplynie na powierzchnie" (str. 18). W Intruzie Leopold Unger stara sie slowami namalowac swoj autoportret dla potomnych - wiec jego spojrzenie wstecz musi byc syntetyzujace, czasem nawet idealizujace - mimo nawykow sarkazmu, dystansu, autoironii.

Oto czlowiek wypedzony, samotnie, pracowicie, uparcie walczacy o przezycie, o pozycje w nowych, obcojezycznych srodowiskach. Obcy w Bukareszcie, bo z Polski, obcy w Polsce, bo z Bukaresztu, obcy w Brukseli, bo zza zelaznej kurtyny. Inteligencja, determinacja i niezmienny pragmatyzm pozwalaly mu raz za razem z osamotnienia i obcosci robic czesc skutecznego medialnego warsztatu. Tak ksztaltowal sie "Brukselczyk", ktory ostatecznie zdobyl pozycje komentatora polskiego losu i nauczyciela polskiej swiadomosci. Uznany przez obcych za autorytet w sprawach Rosji, komuny, Wschodu, potem, dzieki uznaniu obcych, uznany tez przez swoich, bo to ciagle jeszcze skuteczny mechanizm. Komentowal wydarzenia krajowe i europejskie na antenie Radia Wolna Europa, a co wazniejsze, przyjety zostal do zalogi tratwy Kultury, tego osobliwego promu, ktory przewiozl mysl polska z II Rzeczpospolitej ku tej, ktora mamy. I nadal pisze, jest obecny w III Rzeczpospolitej, jedno ze swiatelek w konstelacji autorytetow inteligenckich. Profesjonalista - to podkresla na kazdym kroku.

Zagladanie w rekawy

Czlowiek czyta o cudzym zyciu, bo chce zrozumiec, ocenic, zmienic wlasne zycie. Skoro dawni wladcy PRL i wykonawcy aktow przemocy milcza lub klamia, prawdy o tej epoce szuka sie u tych, co sluzyli, ale porzucili sluzbe, odzyskali glos. Byc moze to niewdzieczne, a do tego podejrzane moralnie zadanie - odczytywac tekst wbrew zamiarom autora, szukac nie tego, co glosi, czym sie chlubi nawet - ale tego, co mu sie wypsnelo, co miedzy wierszami wysypalo sie ze swiadomosci. Czytelnik ma jednak prawo szukac w tej ksiazce nie tego, co autor podal mu jako gotowe, ale tego, co jemu, czytelnikowi, potrzebne do przezycia. Wiec ja w imieniu czytelnika tak zagladam Ungerowi w rekawy. I dzis, w kraju rzadzacym przez osobliwa formacje postkomunistycznych pragmatykow, cynikow zrecznie operujacych zaslonami dymnymi slow, znajduje, ze bardziej mnie obchodzi, bardziej mnie boli i ciekawi Unger w Zyciu Warszawy niz "Brukselczyk" w Kulturze.

Czuje przeciez, ze Unger kryje sie przede mna w swoim opiewaniu profesjonalnej skutecznosci, w anegdotach o Cyrankiewiczu, Starewiczu, Rakowskim, ale czuje tez, ze nie probuje ukryc przede mna szkod, jakie jako dyspozycyjny dziennikarz narobil. Stara sie jednak przekonac czytelnika do swojej optyki widzenia spraw. A co ukrywa? - sfere zranienia i jeszcze glebiej - sfere prywatnej wiernosci. Ledwie kilkoma slowami zaznacza, jak wazna to dla niego sprawa - zona i dzieci, rodzina. Publikuje jednak pelnostronicowe zdjecie z lat 60. - on sam, piekna zona, udane, usmiechniete dzieci. Zamozni, swobodni, promieniujacy. Mial dla kogo pracowac, mial uzasadnienie dla uleglosci, dyspozycyjnosci. Nie pisze, jakim bolem i trwalym brakiem w zyciu byla smierc i nieobecnosc brata Leona. Pisze jednak o nim tak, ze nie trzeba byc bardzo domyslnym ani nadzwyczaj wrazliwym, aby czuc, jaka to byla rana. Zawsze tylko miedzy wierszami - w napomknieniach tylko - rodzina jako oparcie, jako sens i obowiazek, jako dar. I jeszcze ciensza linia zapisane wspomnienie o starszym bracie Leonie, zolnierzu armii Andersa poleglym pod Bolonia, pamiec czula, mocna, stanowiaca moralny punkt odniesienia. I duzo wyrazniej, chociaz tez na drugim planie - przyjazn. Przez brydz, przez narty, przez kolezenstwo w pracy dziennikarskiej dochodzenie do czegos, co jest jednak duchowe. Swiadomosc, ze jest sie szczesciarzem, gdy ma sie przyjaciol.

Czytelnik pamieta to wszystko i mniej go przejmuja gesto rozsiane w tekscie usprawiedliwienia: "...Mialem ogromna dziure w wyksztalceniu, stracilem najwazniejsze lata, matura w Bukareszcie, czy kulawe studia w czasie wojny i tuz po niej, kiedy nie bylo wiadomo, co mozna, a czego nie mozna juz wykladac, na nic nie uodpornialy"... (str. 93). "Terror byl w mojej skali do wyliczenia, poprzez liczbe wymordowanych najblizszych. Terror dla mnie to byl Hitler, nie Stalin" (str. 90). "O gulagu - nie pamietam, jak wtedy go nazywano - cos niecos sie slyszalo, ale mina lata, zanim nasunie mi sie porownanie obu totalitaryzmow" (str. 93).

Przekonuje, ze zostal partyjnym dziennikarzem nie z wyboru, ale ze zrzadzenia losu. "...siegnieto po mnie: juz sie wykazalem, bylem ´na lewoª, ideologicznie niepodejrzany, znalem jezyki i sporo ludzi..." (str. 47). "...rozumialem i podzielalem niechec wladzy wobec kleru, zwlaszcza, co bylo zrozumiale w moim przypadku, na tle antysemickiej postawy Kosciola katolickiego..." (s. 95). "...nie widzialem powodu, dla ktorego mialbym odmawiac (to jednak nie to samo, co prosic) wstapienia do rzadzacej partii, jesli od tego mialaby zalezec moja kariera..." (str. 87). Czytelnik nie jest naiwny, wie, jakie kariery zarezerwowano dla bezpartyjnych. A bycie w partii wydawalo sie pragmatyczna normalnoscia. Unger, piszac to wszystko dla usprawiedliwienia, nie znajduje usprawiedliwienia ani u siebie, ani u czytelnika. Tak naprawde, nie potrzebuje naszego rozgrzeszenia, znalazl je w rodzinie, otrzymal je od wyzszej instancji - od cienia swojego poleglego brata. Dzieki ranom strat i wypedzenia, pancerz pragmatyzmu nie przyrosl do ciala.

Ideologiczny relaks w kadzi klamstwa

Pamietam tamte czasy i tamte gazety, pamietam, dlaczego kupowalo sie raczej Zycie Warszawy, a unikalo Trybuny Ludu. Nikt jednak nie mial zludzen, ze jedna i druga gazeta byla "nie nasza", byla partyjna. A tymczasem zza biurka sekretarza redakcji Zycia Warszawy wydawalo sie Ungerowi, ze jest na innym biegunie. "Nawet w okresie stalinizmu wewnetrzna atmosfera ideologiczna w Zyciu Warszawy byla (dzis bym ja tak okreslil) raczej relaksowa. Z wyjatkiem sytuacji wyjatkowych nie bylo nacisku ideologicznego, partia to byla sprawa naczelnego..." (str. 81).

A wiec sielanka? Nie nazbyt mila. "W tak specyficznym swiatku jak redakcja duzej gazety, zwlaszcza w tak rozgadanej redakcji jak nasza, praktycznie wszyscy dziennikarze - moze jedni mniej, inni bardziej, zaleznie od stopnia wtajemniczenia - zyli w czyms w rodzaju kadzi klamstwa" (str.80).

Zanurzonych w kadzi klamstwa sumienie nie trapilo nadmiernie: "Problemy moralne, zeby je tak okreslic, narzucaly sie tym mniej agresywnie, poza specyficzna sfera, zreszta coraz mniej ideologiczna ´sluzenia partiiª, redakcja Zycia... byla jakby na uboczu glownego nurtu masakry polskiej kultury..." (str.98). "Nie umniejszajac wagi faktu, ze kazdy dziennikarz, zwlaszcza na tak zwanym stanowisku w prasie, kolaborowal z rezimem, mozna powiedziec, ze w pewnym sensie i do pewnego stopnia, nawet pracujac w prasie mozna bylo unikac ponizenia, przykladania reki do najgorszej ´mokrej robotyª" (str.113). To wszystko czytam na tej samej stronie, co slowa: "Prasa byla niewatpliwie (...) podstawowym instrumentem propagandy i manipulacji rezimowej, wspoltworca klimatu, w ktorym klamstwo polityczne, a w najlepszym wypadku przemilczenie i semantyczne wykrety wyznaczaly ramy postepowania"...

Wsluchuje sie w jezyk noszacy slady zakazenia nowomowa. Mysle o Antonim Golubiewie i Zbigniewie Herbercie, o Jerzym Turowiczu i Wojciechu Baku, mysle o Janie Jozefie Szczepanskim. Mysle sobie, co za szczescie, ze byli jacy byli, a nie "w pewnym sensie i do pewnego stopnia".

Coz, nie mozna tracic poczucia proporcji. Tych, co zwatpili, byla wiekszosc. Unger byl z wiekszoscia. "...nigdy nie bylo wyboru, ale tak jak maszerowalem na pierwszomajowej manifestacji, tak automatycznie, czesciowo ze strachu, a wlasciwie z calkowitej obojetnosci, wrzucalem kartke do urny, ostentacyjnie nie wchodzilem za kotare, bo tak bylo trzeba, bo tak robili wszyscy, bo to wlasciwie nie mialo zadnego znaczenia - i tak wszystko bylo z gory ukartowane, a inne zachowanie mogloby spowodowac klopoty. Potem wracalo sie do domu i opowiadalo stale przy tej okazji powracajacy dowcip...".

Brat odnaleziony w Ksieciu Redaktorze

Pisalem juz, Unger byl czlowiekiem potrzebujacym przyjaciol, ceniacym sobie przyjazn, szukajacym autorytetow nawet wsrod komunistow. Portrety redakcyjnych kolegow z Zycia Warszawy sa wyrazem wdziecznosci i szczerej fascynacji. Tak pisze o Stanislawie Maxie, o Stanislawie Rochercie, o Szczesnym Dobrowolskim (Zamienskim).

O przyjazniach i przyjaciolach pisze wiele, najbardziej emocjonalnie o tych, ktorzy pozostali z nim w czasie "czystek etnicznych". "...Niewielu ich bylo, ale za to wierni i oddani, do konca nas nie opuscili. Przyjmowali nas u siebie, nigdy nie przestalem na przyklad grac w brydza, a do tego, jak wiadomo, trzeba partnerow" (str. 188).

Przytaczam te cytaty, bo mi pomogly zrozumiec spotkanie Ungera z Kultura i jej redaktorem naczelnym. Czynil sobie z przyjaciol idoli i autorytety w poszukiwaniu cienia starszego brata. Czy zaprzyjaznil sie takze z Giedroyciem? Chyba nie zdazyl. Raczej zakochal sie w Ksieciu, a czcil go z pewnoscia. Uwierzyl w niego tak wlasnie, jak w reinkarnacje starszego brata, przeciez redaktor z Maisons-Laffitte byl tez "od Andersa". I bez trudu uwierzyl rowniez w antyklerykalna, laicka religie tolerancji obecna w mysli Giedroycia. Poczul, ze w Kulturze, nie przestajac byc profesjonalista, moze wejsc w swiat wartosci. Mogl wreszcie, bo to juz miescilo sie w linii redakcji, byc po stronie praw czlowieka, demokracji, przeciw totalitaryzmowi, przeciw antysemityzmowi. I mial poczucie przelomu. "Nigdy jeszcze przeciez zaden dziennikarz z PRL nie przesiadl sie od razu, jakby sans transition, zza biurka w jakims dzienniku redagowanym, chocby posrednio, jak Zycie Warszawy, przez partie komunistyczna, za - w przenosni - biurko w paryskiej Kulturze" (str. 338).

Sposob spostrzegania paryskiej Kultury i jej Naczelnego pokazuja w rownym stopniu, co znalazl w nowym miejscu i czego w nim szukal.

"W istocie byl to starszy pan redagujacy miesieczne pismo. Ale jakie pismo! Miesiecznik bez stereotypow, bez zludzen, bez przesadow, bez tabu, niekonformistyczny (az do przesady czasem), zwalczajacy szowinizm, ostracyzm, antysemityzm i w ogole wszystkie polskie fobie narodowe, stanowiacy glowna przez caly czas komunizmu trybune polskiej mysli i opozycji demokratycznej. Jego program: brak programu. Jego ideologia: brak ideologii. Jego credo (a pamietajmy, ze ja ciagle zylem rokiem 1968): Polska demokratyczna, laicka i tolerancyjna. Jego misja: godnosc kultury polskiej i przede wszystkim ratowanie zdrowego rozsadku i szacunku dla zbioru pewnych wartosci tkwiacych u podstaw naszej cywilizacji" (str. 338).

To, ze Unger wspomina wlasnie tu o szacunku dla podstawowych wartosci, potwierdza: to byl przelom. W liscie od brata, ktory znalazl na stole w Bukareszcie, byl program pragmatyczny. Nowy szef, nowy starszy brat, otwieral podobna, ale nieco inna perspektywe. Pragmatyzm - tak! Ale nie dla wlasnego dobra czy wlasnego ocalenia - pragmatyzm dla dobra wspolnego, dla ocalenia narodowego.

Lektura Intruza sklania do proby odczytania tej formy, tego komunikatu, jakim jest zycie odbite w autobiografii profesjonalisty, kawal historii odbity w tym zyciu. Dla mnie wyjatkowo waznym znakiem jest splot losow, wzajemne losow stwarzanie. W Autobiografii na cztery rece Giedroycia/Pomiana odszukuje wezelki wiazace Ungera z losami innych pamietnikarzy wspolczesnosci, z wlasnym zyciem. Gobelin polskich losow, wezly i plataniny naszych zyciorysow. Z lektury pamietnikow i wspomnien ucze sie cudzych zranien, rozpoznaje kryjace je pancerze. Wybieram tez nauczycieli, przerzucam nad epokami mosty przyjazni.

-------------------------

Leopold Unger, Intruz. Proszynski i S-ka, Warszawa 2002, s. 397 plus indeks, cena 22 dol. plus 8,25% NY tax i 6,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail