EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Moje "Kartki" sa ponure. Nie przecze. Tytul zobowiazuje mnie do takiego nastroju - noblesse oblige. Ponadto ton ten wyraza prawde o naszej rzeczywistosci. Po prostu. Gdybym pisala krzepiaco, bylabym falszywa. Czuja to moi czytelnicy. Otrzymuje od nich sygnaly, ze dobrze mnie odbieraja. Wiec nie rozumiem tych, ktorzy domagaja sie ode mnie "nutki optymizmu". Znajda ja w nadmiarze gdzie indziej. Chwalcow nigdy nie zabraknie. Pozwolcie mi byc soba. Kartki sa ponure, bo sama jestem ponura. A raczej wsciekla, ze rzeczy tak sie maja. Nie ludzilam sie, ze wolna Polska bedzie idealna. Ale obecna nasza kondycja jest dla mnie ustawicznym bolesnym zaskoczeniem. Nie dla mnie jednej. Zjawisko pospolitej kradziezy na wysokie sumy jest tak rozpanoszone wsrod moznych, wsrod ludzi stanowiacych prawo, ze poruszal je prymas Glemp prowadzac procesje na Boze Cialo.
Bede szczera: nie martwie sie wylacznie pro publico bono. W pewnym stopniu przyczyna goryczy jest moj wlasny los. Niezbyt udany. Nigdzie sie nie ulokowalam w czasie "wielkiego zalapywania", to znaczy, okolo roku 1989. Duze nazwiska, znane z listow protestacyjnych przeciwko posunieciom komuny w latach 70., wchodzily do najwyzszych wladz wolnej Polski automatycznie, to jasne. Fotografia z Walesa - i byli w parlamencie. Mniejsi opozycjonisci zaczeli szybko rozgladac sie za posadami. Szybko, zeby nie powiedziec - panicznie. Pamietam swoje zdziwienie; blyskawicznie od idealow przerzucili sie w prywate. Zadziwial mnie poploch w ich w oczach: gdzie tu uderzyc? Do dyplomacji? Do urzedu? Szukali poparcia kolegow juz osadzonych w siodle. Ja zadnych koneksji nie mialam. Zawsze chodzilam w pojedynke. I co tu gadac: bylam za stara. Trzon pokolenia pierwszej "Solidarnosci" nalezal do mlodszego pokolenia. To wazne. Gdy prawdziwej "Solidarnosci" zabraklo, powstala solidarnosc kolesiow. Ja kolesiow nigdy nie mialam. W rezultacie wyladowalam na nedznej emeryturce. Tyle wyznanie osobiste. Pisze je, bo sama podobne wyznania lubie czytac.
Jednakze osobista gorycz jest zaledwie czastka mojego ponuractwa. Niestety, calkiem obiektywnie rzecz biorac - jest zle. Z ludzmi porobilo sie cos fatalnego. Tlumaczenie przyczyn pozostawiam socjologom i psychologom spolecznym. Ja stwierdzam fakt: ludzie nam spsieli i w tym spsieniu pograzaja sie coraz glebiej i glebiej. Nie widze swiatelka w tunelu. Mam na mysli przede wszystkim ludzi wysokiego szczebla, znaczacych. Nawalaja w robocie i kradna. Nieudolni w zarzadzaniu, sprytni w zlodziejstwie. Wystarczy wziac pierwsza z brzegu gazete.
Niedawny prezes Panstwowego Zakladu Ubezpieczen, spolki Skarbu Panstwa o pierwszorzednym znaczeniu (okolo 80 proc. polskiego rynku ubezpieczeniowego), Wladyslaw Jamrozy zostal zatrzymany przez scigajaca go na szosie policje. Ciazyl na nim zarzut wyprowadzenia z tegoz skarbu kilkudziesieciu milionow zlotych. Zjadajac pospiesznie notatki i karte swojego telefonu komorkowego, ugryzl policjanta, ktory usilowal mu w tym przeszkodzic. Smieszne, prawda? Istotnie, byloby do smiechu, gdyby fakt nalezal do odosobnionych. Niestety, jest nagminny. Kolega Jamrozego, byly prezes PZU Zycie, spolki podleglej macierzystej PZU, Grzegorz Wieczerzak, juz siedzi. Sledztwo rozrasta sie o nowe watki. Tajemnica poliszynela jest pytanie, dlaczego ci dwaj lekarze z prowincji wskoczyli na posady wymagajace przygotowania i doswiadczenia menedzerskiego najwyzszej proby. Wiadomo, wskoczyli z nadania partyjnego.
Posel Kolasinski, jeszcze z ekipy Akcji Wyborczej Solidarnosc, poszukiwany listem gonczym za grube naduzycia finansowe, ukryl sie na Slowacji. Przechwycony przez slowacka policje w momencie, kiedy wychodzil z kosciola, padl na kolana i zaczal sie modlic. Pochodzi z bardzo poboznej rodziny; ma brata ksiedza.
Szefowie wojewodzkich kas chorych wybrali sie na wycieczke do dalekiej Republiki Poludniowej Afryki. Celem odbycia szkolen. Szpitale im podlegle nie wykonuja badan i zabiegow ratujacych zycie, bo kasy rozkladaja rece: nie mamy pieniedzy. Na egzotyczna wyprawe pieniadze sie jednak znalazly. Teraz, gdy prasa roztrabila fakt, kajaja sie publicznie: "nigdy by nie pojechali, gdyby wiedzieli, ze wyjazd zostanie tak przez spoleczenstwo odebrany"... I co im za to bedzie? Nic. Rady kas moze udziela nagany, to wszystko. Reka reke myje.
Uchwalono, ze poslowie maja skladac deklaracje majatkowe jawnie. Gazeta Wyborcza drukuje je alfabetycznie. Deklaracje magazynuje biuro sejmowe. Leza spokojnie. Przez nikogo nie weryfikowane. Nikt nie sprawdza zgodnosci ze stanem faktycznym. Wiec po co zaczerniac papier? Ja tez przestaje; szkoda farby na dalsze przyklady.
Na skutek obecnie niskiej inflacji wysokosc mojej emerytury (1317 zl, okolo czterystu dolarow) zostanie zindeksowana o niecale piec zlotych. Stare malzenstwo o jeszcze nizszej emeryturze mowi: "na uragowisko dodali nam te 3,50". Istotnie, techniczna operacja przeliczeniowa prawdopodobnie zmiecie z budzetu wiecej niz te podwyzki. W tym samym czasie parlamentarzysci uchwalili sobie "trzynastke", czyli dodatkowa pensje w wysokosci 9 tys. zlotych (ponad 2 tys. dolarow). Nawiasem mowiac, podnoszace sie od czasu do czasu z law poselskich niesmiale apele o obnizenie swoich uposazen sa natychmiast ucinane olbrzymia wiekszoscia glosow. Miedzy innymi Samoobrona wysunela taka propozycje. Ale jak donosza z kuluarow, Andrzej Lepper zawczasu uspokoil swoich: "Wysunmy, to zrobi dobre wrazenie na wyborcach; ale nie martwcie sie, i tak nie przejdzie". Mial racje, nie przeszlo.
Reprezentacja Polski na mistrzostwa swiata w pilce noznej z gory zazadala (i dostala) pieniedzy za wszelkie reklamy. A jest tego bez liku, chocby za koszulki, ktore moga nie znalezc nabywcow w razie przegranej. A do tej moze dojsc juz w pierwszym meczu z Koreanczykami. Mowi Marcin Urbas, mistrz Europy w biegu na 200 metrow, ktory wie, jak dochodzi sie do maksymalnej kondycji: "Z przerazeniem czekam na mecz z Korea. Zeby optymistyczne prognozy trenera Jerzego Engela sie sprawdzily, musialby zdarzyc sie cud. Normalnie od sredniej dyspozycji szybkosciowej mozna dojsc do wysokiej w dwa tygodnie. Ale od sredniej, nie od slabej...". Jak dotad, Polacy maja ciezka noge i sa rozpaczliwie powolni. Byc moze cud sie jednak zdarzy. Wtedy czytelnicy, ktorzy przeczytaja moje przepowiednie juz po fakcie, beda mi mogli zrobic zyg-zyg.
Znow bede szczera, choc naraze sie milionom: chce, zeby nasi przegrali. Szybko i spektakularnie. Dlaczego? Dlatego, ze nie znosze chorej euforii wokol futbolu. Rzeczowy glos Urbasia jest tu wyjatkiem. Nie znosze tego patriotycznego piania. Tego narodowego unisono. Zwlaszcza wobec sportu. Po prostu nie przystoi, odbiera godnosc symbolom. Rozumialam ten nastroj za komuny: kibicowstwo sportowe jako jedyne dopuszczalne ujscie prawdziwych ludzkich emocji. Ale teraz? Teraz uwazam ten powszechny orgazm spoleczny za okropny prymitywizm. Za zachwianie proporcji rzeczy. Wiem, ze upraszczam. Wiem, ze we wszystkich krajach, nie wylaczajac USA, dziala podobny mechanizm zbiorowej euforii w stosunku do narodowych sportow. We Francji wazna wizyta prezydenta Busha zeszla na dalsze kolumny gazet; pierwsza wypelnil lament nad kontuzja czolowego gracza Zinadine'a Zidane'a, zwanego pieszczotliwie "Zizou".
Przez caly czerwiec br., czyli czas trwania mistrzostw w pilce noznej, Polacy formalnie beda chodzic do pracy, ale od godziny 1:30 do 4:00 po poludniu nie beda pracowac, tylko siedziec z oczami wbitymi w telewizor za cichym przyzwoleniem dyrekcji instytucji panstwowych, bo na szczescie firmy prywatne chyba do tego nie dopuszcza. Moj maz juz zapowiedzial, ze przez czerwiec nie ma go dla swiata. No, ale on jest nedznym emerytem. Jemu zezwalam.
Nie przestane mowic, ze zle sie dzieje w panstwie dunskim. Nie tylko ja, zreszta. Prawie kazda towarzyska rozmowa zaczyna sie podobnie. Nawiasem mowiac, zaslyszalam, jak komus, kto uzyl tego powiedzonka, odpowiedziano: "Jak jest w Danii, nie wiem, ale u nas jest zle". Przypomnialo mi to slynna "puszke z Pandora", publiczne wyrazenie pewnego posla w Sejmie. Kwiatek z ogrodka naszej edukacji.
*
Cos radujacego dusze? Prosze bardzo. Uradowala mnie nie Zlota Palma w Cannes Romana Polanskiego za Pianiste, ale przeciwnie, niezalezny sad naszych krytykow filmowych, Tadeusza Sobolewskiego i Zdzislawa Pietrasika. Oczywiscie nie odsadzili od czci i wiary ekranizacji: w koncu Polanski nie schodzi ponizej pewnego poziomu, ale otwarcie powiedzieli - uzasadniajac swoje zdanie - ze na festiwalu w Cannes byly filmy zdecydowanie lepsze. Rzadkosc i prawdziwa jaskolka rodzenia sie u nas niezaleznej krytyki artystycznej. Dotychczas bylo tak, ze nasi wielcy artysci, uznane wielkosci w filmie czy w literaturze, byli nietykalni. Chwalono ich en bloc, obojetnie, czy zrobili arcydzielo czy knota.
Znam Tadeusza Sobolewskiego od lat. Obserwuje, jak dojrzewa do otwartego wypowiadania swoich krytycznych sadow publicznie. Nie jest to zadanie latwe nie tylko ze wzgledu na tradycyjna ochrone uznanych wielkosci, ale rowniez dlatego, iz w srodowisku filmowym wszyscy sie znaja; nierzadko przyjaznia; tworza zamkniety krag, gdzie rola i hierarchia osob jest wyznaczona. Uznani tworcy oczekuja od krytykow pochlebstw, nie razow. Podzegalam Tadeusza niejednokrotnie do napisania do konca tego, co mysli. Wzdychal. Bylo mu trudno. Z natury lagodny, nie umiejacy ranic, zmagal sie z soba. Powoli wyzwalal sie. W koncu postawa niezaleznosci wyparla zakrzeply obyczaj. Brawo!
Mamy w Polsce postaci swietlane. Swieca jasniej niz w innych krajach, poniewaz to, co robia, nie jest poparte ani pomoca socjalna, ani popularnoscia. Marek Kotanski i Jerzy Owsiak w poczatkach dzialalnosci przeszli droge przez meke. Pamietam, jak temu pierwszemu sasiedzi palili osrodki (bo "ejdsy" zarazaja), a na Wielka Orkiestre Owsiaka Kosciol patrzyl krzywo. Dzisiaj to przeszlosc, teraz obaj sa celebrities, jak sie w Ameryce mowi.
Mnie chodzi o innych. Zagubionych w terenie, ktorzy robia swoja robote po cichu. Do nich nalezy ksiadz Slawomir Kokorzycki z parafii w Korytowie. Korytowo lezy niedaleko Szczecina na ogromnych polaciach dawnych pegeerow. Bezrobocie przekracza tu 50 procent. Ksiadz skupil sie na pomocy wylacznie dzieciom. Nie tylko poprzez dozywianie (dziecko je obiad w szkole do oporu, to znaczy, potrafi zjesc piec talerzy zupy, czesto jedyny posilek), ale przede wszystkim poprzez edukacje. Ksiadz uwaza, ze jedynie nauka pozwoli mlodemu pokoleniu wyrwac sie z zapasci, w jakiej zyja rodzice. W dzieciach wyrobil przekonanie, ze szkola jest ich pierwszym obowiazkiem. Uchylanie sie od niej stanowi grzech. Z wagarow musza sie spowiadac. Z nieodrobionych lekcji tez. Jezeli ktos wykazuje zdolnosci, bez gadania - ma sie ksztalcic dalej. I tu stajemy przed sciana. Problemem jest bilet autobusowy do szkoly ponadpodstawowej do Choszczna; kosztuje 3 zl 80 gr. W jedna strone. Rodzice nie zaplaca, parafia tez nie - bo z czego? Zaplaci stworzony przez ksiedza Osrodek Wspierania Rodziny. Ksiadz Slawomir pilotuje dzieci zdolne az do studiow wyzszych. Gasi kompleksy, potezne w tym "straconym" srodowisku, przekonujac, ze sobie poradza w wielkim swiecie. Przekonuje nie slowami, lecz dzialaniem. Na przyklad, swoimi dawnymi kontaktami zalatwia studentowi akademik w Szczecinie. "Czy dzieci maja swiadomosc, ze jedyna ich szansa jest nauka?" - pyta Ewa Milewicz z Gazety Wyborczej. "Jest to przewodnim motywem mojego kaznodziejstwa" - odpowiada ksiadz Kokorzycki. Naucza, ze wywiazywanie sie z obowiazkow szkolnych ma wymiar moralny, powininno stanowic wazny punkt w rachunku sumienia; wreszcie, ze czlowiek glupi nie moze zostac swietym...
Trudno wyobrazic sobie bardziej dalekowzroczna "polityke" niz ta, jaka wybral dla swoich podopiecznych skromny i ubogi ksiadz, ktory nie ma nawet wlasnej kuchni i je to samo, co jego podopieczni.
Ewa Milewicz wylowila ksiedza Slawomira. Podobnych ludzi w sutannach, spodniach czy w spodnicach jest daleko wiecej. Ich znak firmowy stanowi slowo "wbrew". Wbrew strupieszalym i zbiurokratyzowanym oficjalnym osrodkom pomocy; wbrew biernosci samych potrzebujacych; wbrew swietemu spokojowi. Trudno przecenic takich ludzi. Sa jak rzadkie planety na naszym firmamencie.
*
Pojawilo sie w wielkiej polityce zlowrozbne dla Polakow slowo "korytarz". Reagujemy na nie alergicznie. Nie bez racji. Bralismy te lekcje w latach 30 ub. wieku: Hitler zazadal "korytarza" do Prus Wschodnich. Mial przecinac waskie gardlo naszego terytorium prowadzace do morza. Odpowiedzielismy "nie!" - dalszy ciag znany. Gdy Putin zazadal od nas i od Litwinow korytarza, czyli eksterytorialnej drogi z okregu krolewieckiego via podlegla mu Bialorus, do Rosji, tez odpowiedzielismy "nie!".
Rozmawiam od pewnego czasu ze Stanislawem Stomma, nadal politykiem wielkiej klasy, mimo wieku (rocznik 1908). Stanowi przeciwienstwo polityka w naszym wydaniu. Pragmatyk, antyromantyk, antypowstaniowiec. Przed wojna jeden z liderow Odrodzenia, nowatorskiego katolickiego ruchu kladacego podwaliny pod tezy pozniejszego Soboru Watykanskiego II. Po roku 1957 przez dziewietnascie lat poslowal w komunistycznym Sejmie z ramienia Kola ZNAK. Umial paktowac, nie draznil przeciwnika. Szedl na ugode, poki mozna. Ale gdy w roku 1976 Sejm uchwalal zapis w konstytucji o wieczystej przyjazni z ZSRR i przewodniej roli partii, jako jedyny w zgromadzeniu nie oddal swego glosu. Ktoz nie pamieta zdjecia, jakie obieglo Europe? Krucha postac wcisnieta w fotel i jakby ostroznie podniesiona reka na znak protestu. Nierychliwy, wiedzial jednak, kiedy powiedziec non possumus.
Od mlodosci znawca spraw niemieckich. Poslowanie wykorzystal na kontakty z waznymi Niemcami. Spotykal sie z nimi potajemnie, przygotowujac grunt pod uklad Gomulka-Brandt, a potem Mazowiecki-Kohl w Krzyzowej, przyklepujacy nasza zachodnia granice.
Pytam go o sprawe "korytarza". "Gdy Hitler go zazadal, wiedzialem, ze to pretekst - mowi - poniewaz przeczytalem Mein Kampf. Ale Putin nie Hitler i gdyby nasza odmowa miala narazic na powazny szwank stosunki z Rosja, zastanowilbym sie".
Na szczescie dzis nie jestesmy sami. Nasza wschodnia granica stanowi ostatnia flanke Unii Europejskiej. Jej przepisy nie przewiduja zadnych "korytarzy". Westchnienie ulgi.
30 maja 2002 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |