PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (31 maja 2002)


ROMAN MARKOWICZ

Dwaj panowie A
i nowo odkryty Chopin

Juz dziesiec lat temu nieodzalowanej pamieci krytyk muzyczny i radiowiec Jan Weber puscil mi fragment nagrania Beethovenowskich Wariacji na temat walca Diabellego i jak mial w zwyczaju, kazal mi zgadywac, kto gra. Wowczas tez po raz pierwszy zetknalem sie z nazwiskiem mlodziutkiego wowczas pianisty Piotra Anderszewskiego, ktory juz wtedy zaczal wzbudzac zachwyty swoja niepospolita gra i w rownym stopniu osobowoscia.

"Zapamietaj to nazwisko!" - doradzal mi znawca pianistyki, ktory byle czym sie nie entuzjazmowal. Nie tylko ja zapamietalem sobie nazwisko Anderszewskiego. Okazuje sie, ze jego wciaz rozwijajaca sie kariera nie uszla uwagi komitetu, ktory co 4 lata przyznaje Nagrode im. Gilmora. Nagrode, o ktorej przecietny meloman moze wciaz nie wie, ale ktora w pewnym sensie jest najbardziej dzis prestizowa na pianistycznym "konkursowym rynku".

The Gilmore Artist Award przyznawana jest co 4 lata pianiscie, ktory zdaniem komitetu "bez wzgledu na wiek lub narodowosc wykazal sie nie tylko nadzwyczajnym talentem, ale tez ponadprzecietna, wszechstronna muzykalnoscia i glebokim zrozumieniem muzyki; ponadto pianiscie, ktory nie tylko pragnie, ale potrafi zrobic powazna miedzynarodowa kariere".

Nagroda jest nieprawdopodobnie wysoka: 50 000 dolarow gotowka oraz 250 000 dolarow na dalsze rozwijanie kariery i na artystyczne przedsiewziecia w czasie nastepnych czterech lat.

Artystyczny dyrektor organizacji Daniel Gustin entuzjastycznie wyraza sie o Piotrze Anderszewskim: "Jest to pianista o nadzwyczajnej potedze i wyrafinowaniu... podczas naszych poszukiwan slyszelismy wielu bardzo dobrych pianistow, ale jednoglosnie uznalismy, ze Anderszewski wznosi sie ponad reszte jako prawdziwie wielki muzyk". Tu wypadaloby dodac, jak specyficzny jest proces poszukiwania kandydata do tej nagrody. Otoz 6-osobowy komitet, w sklad ktorego wchodza pianisci i ludzie zwiazani z muzyka (np. dyrektor slynnego festiwalu Ravinia pod Chicago) obserwuje grupe pianistow w okresie kilku lat, poczatkowo oceniajac ich nagrania - glownie dokonane podczas koncertow - a nastepnie lista zostaje zawezona do kilku finalistow. W przeciwienstwie do tradycyjnych konkursow, kandydaci do Nagrody Gilmora nawet nie wiedza o tym, ze ich nazwiska i artystyczne kariery podlegaja obserwacji. Po pewnym czasie czlonkowie komitetu sluchaja finalistow na zywo podczas wielu wystepow i dopiero wtedy podejmuja decyzje. Nie jest to wiec nagroda dla poczatkujacych artystow, aczkolwiek istnieje rowniez i taka, dla najbardziej obiecujacych mlodych pianistow do 21 lat; w tym roku jej laureatami zostali Amerykanin Jonathan Biss i pochodzacy z Rosji Kiryl Gerstein. Naprawde zasluzyli na to prestizowe wyroznienie - slyszalem obu i nie ukrywam swego entuzjazmu co do ich talentu.

Wydaje sie, ze komitet glownej nagrody zmienil nieco ustalone kryteria, gdyz tacy laureaci jak David Owen Norris (1991) czy Ralf Gothoni (1994) wybrani zostali w uznaniu wszechstronnosci muzycznych zainteresowan (Norris byl radiowcem, Gothoni wzietym kameralista, akompaniatorem, dyrygentem i pedagogiem). Mimo prestizu Nagrody Gilmora, ich nazwiska nie zyskaly na popularnosci, a kariera nie stala sie bardziej widoczna. Od 1998 r., kiedy laureatem zostal Leif Ove Andsnes, norweski pianista o znaczacej juz wtedy reputacji, zdecydowano najwyrazniej, ze poszukiwania beda sie ograniczaly do pianistow, ktorzy zajmuja sie glownie... gra na fortepianie.

Jako pianista Anderszewski od samego poczatku wydawal sie nie podlegac kanonom. Mlodziencza rebelia z czasem przerodzila sie w swego rodzaju ekscentrycznosc, co nie umniejsza czysto pianistycznego talentu, rzeczywiscie niepospolitego. Po raz pierwszy mialam okazje posluchac go na zywo podczas Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach - o czym zreszta wtedy informowalem czytelnikow Przegladu Polskiego. Urzekl mnie nie tylko niepospolita kultura brzmienia - ten sam fortepian innym szczekal, a jemu spiewal - ale rowniez zdolnoscia do utrzymania napiecia nawet w powolnych tempach sonaty Schuberta. Kolejne spotkania z pianistyka Anderszewskiego dowodzily, ze mamy do czynienia z niepospolitym artysta, ktory swa gra chce pokazac cos nowego. Czasami jest zbyt ekscentryczny, pewne jego interpretacje wydaja sie prowokowac sluchacza i nie wszystkie rownie mnie przekonuja. Opisujac np. jego slynna dzis wizytowke, czyli Wariacje na temat walca Diabellego Beethovena, zauwazylem, ze momentami prowokacyjnie powolne granie powoduje zanik muzycznego pulsu i wowczas nic nie wychodzi z zamiaru nadania utworowi metafizycznego charakteru - staje sie nudny albo wrecz nie ma sensu. Kiedy jednak pianista podda sie prawdziwej muzycznej inspiracji, jak w przypadku dziel Szymanowskiego, Bartoka czy Janaãka, rezultaty bywaja wrecz rewelacyjne.

Nie slyszalem dotad nowych nagran Anderszewskiego jako solisty i dyrygenta w koncertach Mozarta - asystuje mu Sinfonia Varsovia, ktora na szczescie dyrygenta nie potrzebuje. Kiedy jednak popatrzec na plan koncertow na nadchodzacy sezon widac, ze wystepy z orkiestrami - zarowno europejskimi jak i amerykanskimi - stanowic beda znaczna czesc jego dzialalnosci. Z wypowiedzi udzielonych dziennikarzowi New York Timesa przy okazji koncertow w Michigan, zorganizowanych dla uczczenia jego artystycznego triumfu, jakim jest Nagroda im. Gilmora, wynika, ze pianista chcialby nagrac utwory Szymanowskiego i ze wytwornia plytowa, z ktora jest zwiazany (Virgin Classics), nie jest do tego sklonna. Moze przekona ja prestiz amerykanskiego wyroznienia? Przypuszczam, ze Szymanowski w interpretacji Anderszewskiego bylby czyms szczegolnym. Na razie pozostaje nam pogratulowac mlodemu pianiscie, zyczyc kolejnych sukcesow i dzielic sie chluba z jego osiagniec z... Wegrami. W informacjach prasowych mieszkajacy w Paryzu Anderszewski przedstawiany jest bowiem jako pianista pochodzenia polsko-wegierskiego; jego matka urodzila sie na Wegrzech. Walczmy wiec o Anderszewskiego-Polaka.

Polskich rodzicow ma wychowany w Ameryce Andrzej Anweiler, znany w polonijnych srodowiskach glownie jako pianista. Jego dotychczasowa dzialalnosc artystyczna jako solisty, kameralisty, pedagoga czy dyrektora muzycznego coraz czesciej zmierza w kierunku kompozycji. Po zeszlorocznym sukcesie Concertino na fortepian z orkiestra kameralna Anweiler ukonczyl niedawno Symfonie nr 1, ktorej premiera odbyla sie 17 maja w jego rodzinnym New Britain, Connecticut, a dwa dni pozniej miala pierwsze nowojorskie wykonanie podczas koncertu w Fundacji Kosciuszkowskiej. Blisko polgodzinna kompozycja powstala na zamowienie Connecticut Virtuosi, kameralnej orkiestry, ktorej szefem jest polski skrzypek i dyrygent Adrian Mackiewicz. Orkiestra, majaca siedzibe w New Britain i bardzo aktywna w tym rejonie, nawiazala niedawno wspolprace z Fundacja Kosciuszkowska. W jej siedzibie dala w obecnym sezonie trzy koncerty. Ostatni, oprocz symfonii Anweilera, prezentowal rowniez laureatke dorocznego Konkursu Chopinowskiego Fundacji na rok 2002, 17-letnia pianistke Amy Yang jako solistke w Koncercie f-moll op. 21 Chopina. Skomponowana wedlug tradycyjnego czteroczesciowego schematu Symfonia nr 1 Andrzeja Anweilera ma rownie tradycjonalny jezyk muzyczny. Utrzymana jest w niemalze calkowicie tonalnym idiomie i jej osia jest szeroko rozbudowane Adagio napisane dla uczczenia pamieci przedwczesnie zmarlej siostry kompozytora. Choc rozpoczyna sie ono cwierkajacymi fletami, przywodzacymi na mysl Nacht musik jak i Mahlera, to wkrotce rozwija sie w bardzo romantyczna elegie, w ktorej echa Rachmaninowa sa nie tylko swiadome, ale wydaja sie byc inspiracja. Ciekawym pomyslem jest rozdzielajaca dwa powtarzajace sie czlony adagia kadencja na skrzypce solo (pieknie wykonana przez koncertmistrza Netta Hadari), ktora powoli przeradza sie z powrotem w glowna melodie. Wrazenie robi tez potraktowanie skromnej, ale imponujaco brzmiacej orkiestry - poszczegolne instrumenty maja pole do popisu (chociaz perkusista z dziecieca radoscia walil w kotly, nie dbajac o swych kolegow). Zaangazowanie orkiestry bylo pelne: na moment nie odczuwalo sie niepewnosci towarzyszacej czasami premierowym wykonaniom nieznanej muzyki.

Anweiler otwarcie przyznaje, ze jego sklonnosc do neoklasycznego (w formie) i neoromantycznego (w stylu) idiomu wynika z bardzo prostej przeslanki: nie zamierza pisac muzyki, ktorej nie chcialby sam sluchac. Co wazniejsze jednak: nawet wyrobiony sluchacz zdaje sobie sprawe, ze ma do czynienia z profesjonalnie napisana partytura, w ktorej orkiestracja, motywiczny rozwoj tematow (mala fuga w ostatniej czesci) czy sama muzyczna inwencja sa oczywiste: jednym zdaniem, Symfonia nr 1 Anweilera nie brzmi jak proba napisania symfonii. Biorac to wszystko pod uwage - szkoda, ze w programie stacji radiowej WQXR, ktora transmitowala czesc koncertu z Fundacji Kosciuszkowskiej, nie znalazlo sie miejsce na nawet fragment tej nowej kompozycji.

*

Szacowny New York Times zamiescil niedawno w weekendowej wkladce Art & Leisure duzy artykul na temat odczytania preludium Chopina, ktore od lat znajduje sie w zbiorach nowojorskiej Morgan Library, ale szkic byl niemozliwy do odszyfrowania. Amerykanski muzykolog i specjalista-chopinolog Jeffrey Kallberg, profesor University of Pennsylvania, dokonal nadludzkiego wysilku i odcyfrowal w koncu autograf preludium, wprawdzie od lat znanego muzykologom, ale uznanego za zbyt trudny do zrekonstruowania. Liczacy 33 takty rekopis Chopina mial byc 14. z 24 Preludiow, utrzymanym w tonacji es-moll. Zastapiony zostal pozniej jeszcze krotszym preludium, rowniez w es-moll.

Opisujac kompozycje, ktora dotad nie zostala opublikowana ani publicznie wykonana, autor artykulu stwierdza, ze jest to "lawina lirycznych ornamentacji, graniczacych z kakofonia, ktora nagle wyparowuje w nicosc i pustke". Prof. Kallberg nazywa to preludium Diabelskim trylem: jest to nazwa jednej ze skrzypcowych barokowych sonat Giuseppe Tartiniego, w ktorej kompozytor uzywa przedluzonego trylu (szybkie powtarzanie na przemian dwu dzwiekow sasiadujacych o sekunde) jako podstawy, na ktorej oparta jest melodia. W Chopinowskim "demonicznym" ponoc preludium tryl dominuje w basach, co kojarzy sie autorowi rekonstrukcji z kompozycja Tartiniego. W swoich wywodach muzykolog posuwa sie dosc daleko, sugerujac, ze "bez watpienia Chopin musial znac te kompozycje". Trudno mi rowniez - bez wysluchania 40-sekundowego dziela - przyjac teze, jakoby miala to byc najodwazniejsza kompozycja, pisana piorem rozgoraczkowanego Chopina, nawiedzonego przez demony i majaki. Czyzby jej autor zapomnial o finale Sonaty b-moll czy o innych, rownie "dramatyczno-demonicznych" preludiach?

Bardziej sklonny jestem zgodzic sie z prof. Kallbergiem, ktory przyznaje, ze nasze zaznajomienie sie z preludium odrzuconym przez kompozytora nie zmieni w zadnym stopniu stosunku do jego tworczosci ani nie zanosi sie, ze ta improwizacja, w pospiechu notowana jezykiem zrozumialym byc moze jedynie dla Chopina, kiedykolwiek przerosnie slawa inne utwory.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail