[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (10 maja 2002)


MAREK RUDZKI

Prezydent i Marszalek

- fragment wspomnien z dziecinstwa

Mialem piec lat, kiedy w lutym 1935 roku spedzilem pare tygodni z matka i babcia w Wisle. W Beskidzie Slaskim. Ojciec dojezdzal na weekendy. Zapamietalem wycieczki sankami do Beczki, popularnej wtedy restauracji, czy raczej karczmy, gdzie bar mial forme beczki. Bardzo mi sie to podobalo, choc nie moglem, niestety, jeszcze docenic swietnego piwa z pobliskich zywieckich browarow, ktore plynac tam musialo strumieniami, a ktore, jestem pewien, docenial moj ojciec.

Stawialem pierwsze kroki na nartach. Rodzice mieli bardziej ambitne narciarskie plany, pozostawalem wiec czesto pod opieka babci Walentyny Nagorskiej.

Dobrze pamietam przedpoludniowy powrot zasniezona droga z codziennego spaceru, babcia piechota, a ja, z pewnym trudem, na moich malych nartach. Za jednym z zakretow ukazal sie stojacy na boku szosy czarny samochod. Szofer zmienial tylne kolo. Kiedy zblizylismy sie, babcia powiedziala: "To samochod prezydenta". Prezydent Ignacy Moscicki mial wille w okolicach Wisly i bywal tam w zimowych miesiacach. Drzwi samochodu byly otwarte, a na tylnym siedzeniu prezydent bardzo prozaicznie czytal gazete. Kurier Warszawski moze lub rzadowa Gazete Polska? Poza nim i kierowca nie bylo nikogo, zadnej eskorty czy zapasowego samochodu.

Babcia przywitala sie i zamienila kilka slow. Nie wiem, czy znala Moscickiego osobiscie. W pewnym momencie prezydent grzecznie odezwal sie do mnie: "Jak tam narty?". Bylem speszony. Nie lubilem rozmawiac z "obcymi", a coz dopiero z samym prezydentem... Zdobylem sie wiec tylko na krotka odpowiedz: "Bardzo dobrze", nie wdajac sie w dalsze dyskusje. Po chwili ruszylismy dalej, a prezydent pozostal w swym samochodzie - musial to chyba byc cadillac - czekajac cierpliwie, az kierowca upora sie wreszcie z lewarkiem. Inne to byly, spokojne czasy, nieznane dzis poczucie bezpieczenstwa.

Zdarzalo sie pozniej, ze koledzy pytali mnie, czy widzialem kiedys prezydenta. Odpowiadalem nonszalancko: "Czy widzialem? Rozmawialem z prezydentem!".

Moja matka byla wielka wielbicielka marszalka Jozefa Pilsudskiego i w tym duchu bylem wychowany. Pamietam jej opowiadanie o spotkaniu z Jozefem Pilsudskim. Wkrotce po przylaczeniu Wilna do Polski w 1920 roku, matka z przyjaciolka Lilka Filipowicz, wtedy 18-letnie panienki, postanowily wreczyc Pilsudskiemu laurke przedstawiajaca katedre wilenska, namalowana przez mego wuja Juliusza Nagorskiego, architekta i malarza. Bez zapowiedzi, przez nikogo nie zatrzymane wprost z ulicy wkroczyly do Belwederu z laurka w reku. Adiutant poprosil je do recepcyjnego pokoju i kazal zaczekac. Po chwili ukazal sie Pilsudski i dosc obcesowo, jak to mama wspominala, bez zadnego wstepu zapytal: "No, co jest?". Pelne tremy panienki podaly laurke i kwiaty.

Blizszy kontakt z komendantem Pilsudskim mial brat mamy, wuj Bohdan Nagorski. Przez krotki okres, zaraz po przyjezdzie Pilsudskiego z Magdeburga do Warszawy, pelnil przy nim funkcje sekretarza do spraw dyplomatycznych. Po wielu latach, juz w Ameryce, wspominal, jak jezdzil z Pilsudskim salonowym wagonem na inspekcje wschodniego frontu. W czasie jednej z takich podrozy wuj Bohdan wyrazil opinie, ze nalezy napisac do Romana Dmowskiego do Paryza. Komendant zaklopotal sie. Przyznal, ze kontakt z Dmowskim jest potrzebny, ale dodal: "Ja przeciez pana Romana nie znam, jak wiec moglbym pisac do niego list?". Wuj Bohdan tekst mimo wszystko przygotowal, a Pilsudski dal sie przekonac, by list wyslac.

Pozwole sobie w tym miejscu powtorzyc zabawna, calkowicie prawdziwa anegdote, jaka opowiadal w powojennym Londynie Rowmund Pilsudski, bliski kuzyn Marszalka - polityk, jeden z zalozycieli emigracyjnej partii "Niepodleglosc i Demokracja". Gdzies we wczesnych latach trzydziestych Rowmund jechal swym samochodem waska, zle utrzymana szosa do Juraty, na Polwyspie Helskim. Zatrzymal go mezczyzna stojacy obok zepsutego auta z prosba o pomoc. Wspolnie udalo sie samochod uruchomic. "Bardzo panu dziekuje - powiedzial nieznajomy kierowca - pozwoli pan, ze sie przedstawie: jestem Kiepura". "Jestem Pilsudski". "Ale prosze pana, ja naprawde jestem Kiepura!" "A ja naprawde jestem Pilsudski!".

Widzialem Marszalka tylko raz, podczas ostatniej defilady, jaka przyjmowal na Polu Mokotowskim w Warszawie, 11 listopada 1934 r. Przyjaciel ojca, pozniejszy pulkownik, a wtedy kapitan Antoni Minkiewicz, podniosl mnie wysoko na trybunie, bym mogl zobaczyc sylwetke Marszalka i wspaniala parade dumnej kawalerii. Pamietam ten moment doskonale, jest uwieczniony na fotografii w rodzinnym albumie.

Potem przyszedl 12 maja 1935. Mieszkalismy na Saskiej Kepie w Warszawie. Rodzice wrocili wieczorem od przyjaciol z okolic ulicy Belwederskiej, zaniepokojeni, bo ciemny normalnie Belweder, kolo ktorego przejezdzali, jarzyl sie swiatlami. Wiadomo bylo, ze Marszalek jest powaznie chory, ale wiadomosci o prawdziwym stanie zdrowia nie byly podawane. Wkrotce radio przerwalo normalne programy i nadawac zaczelo muzyke powazna. Z nastepnych dni pamietam koscielne dzwony i werble w radiu, a potem dlugie oczekiwanie stojac na murze ogrodzeniowym w Alejach Ujazdowskich miedzy metalowymi sztachetami. Ukazal sie wreszcie kondukt pogrzebowy ciagnacy z katedry w kierunku Belwederu, a potem Pola Mokotowskiego. Znowu werble, znowu dochodzace skads dzwony. Kiedy nadjechala laweta z trumna, balem sie. Zamknalem oczy.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail