JOZEF BARAN
Marzyciel
z Drohobycza
Jerzy Jarzebski w ksiazce Bruno Schulz (Wydawnictwo Dolnoslaskie, Wroclaw 1999) sformulowal arcytrafna mysl: "Schulz jest pisarzem - moze najbardziej ze wszystkich, ktorzy pisali w Polsce - uniwersalnym. To niezwykly paradoks, jesli wspomnimy, ze nigdy swa pisarska wyobraznia nie wykroczyl poza male miasto zagubione wsrod wzgorz wschodniej Galicji. O jego uniwersalnosci decyduje - tak jak w przypadku Kafki czy Faulknera (...) domyslenie do konca wszystkich problemow, ktore rodzi dla jednostki po prostu bycie w swiecie, udzial w misterium narodzin, zycia i smierci, przezywanie dramatu historii, ktora toczy sie przeciez zarowno w Paryzu, jak i w Drohobyczu, i wszedzie (...) nosi w sobie jadro tej samej metafizycznej tajemnicy".
W tym roku przypada 110. rocznica urodzin i 60. rocznica smierci Schulza, bardzo intrygujacej postaci polskiej literatury, choc zyciorys autora Sklepow cynamonowych - w zewnetrznej warstwie - wydaje sie byc pozbawiony jakichs szczegolnych wydarzen. Znamiennie zabrzmialy - na drohobyckiej sesji schulzowskiej w 1992 r. - slowa jego przedwojennego ucznia gimnazjalnego Alfreda Schreyera: "Zyl wsrod nas wielki pisarz, a nie docenialismy go". Dzis jest jednym z najbardziej cenionych w swiecie polskich tworcow - jego utwory przetlumaczono na ponad 20 jezykow.
Urodzil sie w Drohobyczu 12 lipca 1892 i zmarl tamze - zamordowany na ulicy strzalem w glowe przez hitlerowskiego siepacza - w listopadzie 1942. Wiodl zywot skromnego nauczyciela rysunkow i prac recznych. Traktowano go z pewna wyzszoscia i z przymruzeniem oka. On sam, gdy szedl ulicami, sprawial wrazenie, jakby wstydzil sie swego nieprzystosowania do swiata. Jerzy Ficowski pisze, iz przemykal sie pod scianami, "ukosami, prawie bokiem z opuszczona glowa", zas Artur Sandauer - jego mlody przyjaciel z pobliskiego Sambora - zapamietal go jako chuderlawego osobnika z glowa gnoma i o goraczkowym spojrzeniu.
Dziecinstwo "Brunio" mial dostatnie i zasobne, potem jednak stopniowa ruina finansowa rodziny, smierc ojca i bogatego, zaradnego zyciowo brata - zmusily go do przerwania studiow i podjecia pracy nauczycielskiej, ktora stala sie dla niego koszmarem. "Zostaje w Drohobyczu, w szkole, gdzie nadal halastra bedzie wyprawiac harce na moich nerwach - skarzy sie liscie do przyjaciela. - Trzeba bowiem wiedziec, ze nerwy moje rozbiegly sie siecia po calej pracowni robot recznych: rozprzestrzenily po podlodze, wytapetowaly sciany i oplotly gesta siecia warsztaty i kowadlo". Nie mogac sobie poradzic z utrzymaniem dyscypliny - opowiadal uczniom bajki, tak ze zastygali na jakis czas z rozdziawionymi gebami, sluchajac historii, ktore Schulz wykorzystywal pozniej w swojej prozie. Tak jak i niektore watki z przepieknych listow, ktorych wiekszosc przepadla pod wojennymi gruzami i w popiolach, podobnie jak osoby, z ktorymi korespondowal. Byl zmuszony do utrzymywania domu kobiet (matka, siostra i jej rodzina). Ten obowiazek ciazyl mu i nie pozwalal oddalic sie na dluzej od Drohobycza. W koncu narzeczona zerwala z nim zareczyny, poniewaz nie zdecydowal sie zamieszkac z nia w Warszawie. Mial poczucie zmarnowanego zycia. Pisal o tym m.in. w liscie do Romany Halpern: "Wiosna taka piekna - nalezaloby zyc i polykac swiat. A ja spedzam dni i noce bez kobiety i bez Muzy i marnieje bezplodnie. Tu kiedys zerwalem sie ze snu z nagla rozpacza, ze zycie ulatuje, a ja nie zatrzymuje nic z niego".
W innym liscie skarzy sie: "Moim wielkim wrogiem jest niewiara w siebie, brak milosci do siebie. Mijaja dlugie miesiace i nic, co zrobie, nie zyskuje mojej aprobaty, zaden pomysl, ktory sie wynurza, nie zaspokaja mnie, nic mi sie nie podoba". Zwierzal sie, ze do tworzenia niezbedna mu jest swiadomosc posiadania na wylaczna wlasnosc nieograniczenie wolnego czasu. Mimo iz wydal zaledwie dwie ksiazki (Sklepy cynamonowe i Sanatorium Pod Klepsydra), zapewnily mu one literacka niesmiertelnosc. Kazde zdanie tej prozy jest "naladowane" Schulzem, niepowtarzalne, nie do zastapienia i nie do podrobienia. Dlatego poznali sie na nim od razu Gombrowicz i Witkacy. Wiec moze dobrze, ze nie mial lekkiego piora?
Nigdzie na stale nie wysciubil nosa poza Drohobycz, ktory z czasem zaludnil sie - co bylo konsekwencja niegdysiejszego odkrycia ropy w sasiednim Boryslawiu. Mieszkali w nim - jak to na kresach - Polacy, Zydzi i Ukraincy, a wiec bylo to typowe pograniczne kultur, niezwykle pozywne dla wyobrazni. Schulz wywodzil sie ze spolonizowanej rodziny zydowskiej i pisal wylacznie po polsku. Poniewaz nie mogl pomiescic sie ze swoja bujna wyobraznia w realnej czasoprzestrzeni miasteczka, wiec stwarzal ja na nowo w literackiej, coraz to innej wersji, mitologizujac. To miasto roslo w jego glowie jak ciasto w dziezy, pecznialo, rozplywalo sie w najbardziej fantastyczne ksztalty. Nabieralo kosmicznego, specyficznie Schulzowskiego wymiaru. "Zyje nie tyle wzdluz i wszerz, co w glab" - mawial. Powiedzialbym, ze zyl jeszcze "wzwyz", bo niebo, nocne gwiazdozbiory rozrastaly sie w jego literackich metaforach do nieskonczonych wymiarow. Pragnal poprzez sztuke powrocic do dziecinstwa: "Ten rodzaj sztuki, jaki mi lezy na sercu, jest wlasnie regresja, powrotnym dziecinstwem". Gdyby mozna bylo - marzyl - "dojrzec do dziecinstwa", powrocic do niego jakas okrezna droga, odzyskac na powrot pelnie i bezmiar - to byloby ziszczenie "genialnej epoki". Jego filozofia pisarska sprowadzala sie wiec do odmalowania "genialnej epoki" dziecinstwa, gdzie bylismy cali zanurzeni w wiecznym czasie, bo nie znalismy jeszcze pojecia przemijalnosci i smierci.
Marzyl o przeszlosci, stwarzajac ja na nowo w coraz to fantastyczniejszych wcieleniach. Wierzyl bowiem, ze "zadne marzenie, chocby najbardziej absurdalne i niedorzeczne, nie marnuje sie we wszechswiecie. W marzeniu bowiem jest zawarty jakis glod rzeczywistosci, jakas pretensja, ktora zobowiazuje rzeczywistosc, rosnie niedostrzegalnie w wierzytelnosc i w postulat, w kwit dluzny, ktory domaga sie pokrycia".
Bania kosmosu
nad Drohobyczem
Nie dziwie sie Arturowi Sandauerowi, urodzonemu w sasiednim Samborze, ze gdy po raz pierwszy, jako student, przeczytal Sklepy cynamonowe - dostal goraczki i rozchorowal sie z wrazenia. Jednak to nie on - ktory opowiadal mi wiele o Schulzu - byl moim pierwszym przewodnikiem po tej niezwyklej prozie. Na poczatku lat 70. moj przyjaciel, malarz z Tarnowa Andrzej Lenartowicz (nie zyje juz od trzydziestu lat), zarazil mnie zachwytem dla tej poezji pisanej proza. Czy nie moglem dostac zawrotu glowy, gdy nad Dunajcem, jako mlody nauczyciel w Olszynach i poczatkujacy poeta, czytalem takie oto zdania o nocy lipcowej?: "Noce nastaly czarne i ogromne. Mglawice gwiazd zageszczaly sie dookola ziemi niezliczonymi rojami (...). Zagubieni w nieskonczonych przestrzeniach, stracilismy niemal glob ziemski pod nogami (...). Tak wedrowalismy przez niebo bezwladna tyraliera, rozbiegli we wszystkich kierunkach po nieskonczonych szczeblach nocy - emigranci opuszczonego globu, pladrujacy niezmierne mrowie gwiazd".
Albo gdy wglebialem sie w opis zmierzchu: "... zdradliwie i jadowicie szerzyla sie ta zaraza zmierzchu wokolo, szla od rzeczy do rzeczy, a czego dotknela, to wnet butwialo, czernialo, rozpadalo sie w prochno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym poplochu i naraz dosiegal ich ten trad i wysypywal sie ciemna wysypka na czole, i tracili twarze, ktore odpadaly wielkimi bezksztaltnymi plamami, i szli dalej juz bez rysow, bez oczu, gubiac po drodze maske po masce".
Czytajac te proze mialem wrazenie, ze bohaterowie zyja w dwu planach i porzadkach. Jeden to plan prowincjonalnego miasteczka, rytualnych zajec w sklepie. Drugi to plan nieba, Biblii, kosmosu, porzadek wieczny. Niebo, zmierzch, swit, noc, jesien, zima, wiosna, lato, ba, caly kosmos rozciagajacy sie nad glowa Jozefa i jego ojca staja sie rownorzednymi bohaterami tej gestej poetyckiej prozy. Tak jakby pisarz probowal wyczerpac swoim piorem kosmiczna nieskonczonosc; a z drugiej strony, jakby patrzyl na na miasteczko z perspektywy kosmosu i wiecznosci. Jednoczesnie zas zblizal sie do przyrody, jakby ogladal ja przez mikroskop. Jawi mu sie ona w nieskonczonym misterium plodnosci, z calym bogactwem ksztaltow, kolorow, w niepohamowanej, barokowej wybujalosci, w niepowstrzymanym rozrodzie. Zmyslowosc i plastycznosc opisow nie ma sobie rownych. Upal w ogrodzie nie znalazl chyba nigdy tak trafnego podgladacza, a gestwa roslin ogrodowych, wlacznie z chwastami, nie nabrala takiej intensywnosci i kolorytu pod piorem zadnego innego pisarza. Kosmiczne pejzaze Schulza przyprawiaja o zawrot glowy, a ekspresyjnosc opisow przyrody kojarzy sie z opisem lak i "maliniakow" Lesmiana czy z intensywnoscia emocjonalna obrazow van Gogha, ktory swe epifanie przyplacil szalenstwem.
Sandauer, autor znakomitego studium rozkladajacego na czynniki pierwsze problematyke podejmowana przez autora Sklepow cynamonowych, jakos pomijal w swoim omowieniu cala te sfere panteistycznej zmyslowosci pisarskiej. Inna rzecz, ze kazdy ma takiego Schulza, na jakiego zasluguje. Mozna go odczytywac na dziesiatki sposobow: emocjonalnie, filozoficznie, psychoanalitycznie, religioznawczo i Bog wie jak, czego dowodzi inteligentna analiza tworczosci dokonana we wspomnianej na poczatku ksiazce przez krakowskiego krytyka Jerzego Jarzebskiego.
Kobiety
w zyciu Schulza
W 1934 r. do rak Zofii Nalkowskiej trafil przez przypadek maszynopis Sklepow cynamonowych. Wplywowa dama literatury polskiej orzekla, ze ta proza jest zjawiskiem ze wszech miar godnym polecenia i wydania. Dzieki Nalkowskiej Schulz zadebiutowal. W ogole kobiety w jego zyciu odgrywaly bardzo wazna role. Sam niezbyt urodziwy (podobnie jak inny genialny polski pisarz zydowskiego pochodzenia - Boleslaw Lesmian), napotykal ladne, nietuzinkowe kobiety, ktore potrafil zauroczyc listami, opowiesciami i rysunkami: Romane Helpern, Anne Plockier, Zofie Nalkowska, Debore Vogel, wreszcie narzeczona Jozefine Szelinska. To byly nie tylko przyjaciolki, lecz takze powierniczki serca, odwzajemniajace uczucia pisarza. Nie sadze, by Sandauer mial racje tworzac efektowny paradoks, ze pisarz mogl oddac sie caly tworczosci, poniewaz byl... impotentem. Przecza temu listy, z ktorych wynika, ze pisarz bywal z niektorymi muzami sam na sam w hotelach czy - zapraszany przez nie do mieszkan. Nalkowska pisze wrecz, ze uwiodla swojego adoratora. Schulz mial sklonnosci masochistyczne i - jak dowodza jego rysunki - lubil kobiety mocne. Nieslychanie piekne listy mowiace wiele o subtelnosci wnetrza pisarza, o sprzecznosciach i watpliwosciach, ktorymi byl targany, sa arcydzielami sztuki epistolarnej. Szkoda, ze tak malo ich ocalalo.
Dzieje slawy
Gdyby nie dwaj ludzie, ktorzy uwierzyli w pisarska wielkosc Schulza i wspoltworzyli jego posmiertna legende - kto wie, czy jego gwiazda jasnialaby dzis takim blaskiem i czy tworczosc nie poszlaby w zapomnienie. O ile Ficowski uratowal od zniszczenia dokumenty, rekopisy, listy i przeprowadzil wiele rozmow z uczniami Schulza, poszerzajac wiedze o pisarzu i rejestrujac ja w kolejnych ksiazkach, o tyle w walke o uznanie wielkosci Schulza zaangazowal sie Artur Sandauer. Autorytet krytyka przewazyl. Po pietnastu latach od smierci pisarza, po okresie socrealistycznego przemilczania go, ukazuja sie w 1957 roku wznowione utwory marzyciela z Drohobycza ze wstepem Sandauera. Jego esej Rzeczywistosc zdegradowana - jak slusznie zauwaza Jarzebski - na wiele lat okresla sposob odbioru i interpretacji opowiadan. Pod koniec lat 50. Sandauer wyjezdza na stypendium do Paryza, gdzie doprowadza do przetlumaczenia Schulza na francuski. W 1964 r. ukazuje sie kolejne wydanie prozy z przedmowa wiernego krytyka i listami opracowanymi przez Ficowskiego.
Z latami dzielo outsidera z Drohobycza zaczyna zataczac coraz szersze kregi - tlumaczone na wiele jezykow zdobywa coraz nowych adoratorow nawet w Japonii i Brazylii. Wojciech Has kreci w Polsce interesujacy film podlug jego prozy. W wielu krajach powstaja dziesiatki, setki spektakli teatralnych bazujacych na tej urzekajacej prozie. Wystawa rysunkow Schulza obiega caly swiat - Nowy Jork, Berlin, Londyn, Tel Awiw, gdzie pisarza uznaje sie dzis prawie za wieszcza. Poswiecono Schulzowi wiele sesji i festiwali, a krytycy i literaturoznawcy opublikowali o nim setki artykulow. W ostatnich latach ukazalo sie kilka znaczacych ksiazkowych publikacji monograficznych mu poswieconych. Oprocz prac Ficowskiego i Jarzebskiego - Budzynskiego, Panasa, Stali. Rok 1992 ogloszony zostal przez UNESCO Rokiem Schulza. Powstalo kilkanascie filmow o pisarzu lub usilujacych zekranizowac jego proze. Najbardziej udany - zdaniem Jarzebskiego - nakrecili bracia Quay z Londynu. Film The Street of Crocodiles (1986) obsypany zostal deszczem nagrod; a w Wielkiej Brytanii powodzeniem cieszyl sie tez spektakl teatralny pod tym tytulem, powstaly w 1992 r. Zaprzysieglymi zwolennikami Schulza w swiecie okazali sie tacy pisarze, jak m.in. Bohumil Hrabal, Danilo Ki, John Updike. Zas tlumacze prozy Schulza opasuja dzis cala kule ziemska...
Czekanie na Mesjasza
Profesor Jerzy Jarzebski, jak i Wieslaw Budzynski (autor ksiazki Schulz pod kluczem) napomykaja jeszcze o jednej sensacyjnej zagadce zwiazanej z tworczoscia marzyciela z Drohobycza. Dotyczy ona zaginionego rekopisu ostatniej powiesci pt. Mesjasz. Wedlug Sandauera, ktoremu Schulz czytal te powiesc w czasie okupacji - miala sie ona zaczynac od slow: "Wiesz - powiedziala mi rano matka. - Przyszedl Mesjasz. Jest juz w Samborze". Rekopis mial ponoc autor przekazac ktoremus z ukrainskich znajomych mieszkajacych poza gettem, gdy w 1941 r. zaczal sie obawiac o swe zycie. Potem na prawie pol wieku sluch o Mesjaszu zaginal. W 1987 r. Jerzy Ficowski dowiedzial sie od mieszkajacego w Ameryce Alexa Schulza, ze zadzwonil do niego nieznany przybysz ze Lwowa z propozycja sprzedania mu papierow po slynnym krewnym, w tym tez zaginionej powiesci Mesjasz. Niestety, do transakcji nie doszlo, bo Alex Schulz niebawem zmarl. Z podobna rewelacja mial sie ktos zwrocic do wielbiciela Brunona Schulza, ambasadora Szwecji w Polsce, twierdzac, iz wie, ze w sowieckim archiwum KGB znajduja sie rekopisy, listy i dokumenty Schulza wraz z zaginiona powiescia Mesjasz. Powiadomiony o tym zostal Ficowski. Obaj panowie umowili sie, ze pojada razem na Ukraine, gdzie mialo dojsc do transakcji. Niestety, ambasador dwukrotnie otrzymal z Moskwy odmowe wizy i do podrozy nie doszlo. A niebawem, bo w 1992 r. ambasador zmarl i slad sie urwal.
Niewykluczone wiec, ze czas odkrycia manuskryptu Schulza nadejdzie i Mesjasz do nas kiedys w koncu dotrze. Jarzebski sugeruje, ze gdyby doszlo do odnalezienia manuskryptu, byloby to wydarzenie w historii literatury polskiej porownywalne z odnalezieniem Mickiewiczowskiego Albumu Moszynskiego czy Zagadnien psychologicznych Witkacego.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |