PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (10 maja 2002)


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skazonej strefy

Moj syn, lat 40, w dziecinstwie zaczytal na smierc kilka egzemplarzy Winnetou; zamykal ksiazke na ostatniej stronie, otwieral na pierwszej - i tak w kolo. Nie byl wyjatkiem; wszyscy jego rowiesnicy zachowywali sie podobnie. Dzis chlopcy do Karola Maya nie zagladaja. Nie znaja nazwiska. Fascynuja ich rzeczy coraz to nowe, najswiezsze. Dzis panuje wszechwladnie Harry Potter, ale na chwile, za moment - jestem pewna - pojawi sie cos innego. Dziewczynki zapomnialy o Ani z Zielonego Wzgorza, o ksiazkach Buyno-Arctowej, nie wspominajac juz o braku zainteresowania dla parokrotnie filmowanej powiesci Sienkiewicza W pustyni i w puszczy. Najdluzej trzyma sie na rynku Jezycjada, czyli saga rodziny Borejkow, rodziny zamieszkujacej autentyczna dzielnice Poznania o nazwie Jezyce. Trzyma sie, mysle, dlatego ze poza walorami narracyjnymi ze swietnie zarysowanymi postaciami, autorka, Malgorzata Musierowicz, nie odstepuje od geograficznych konkretow. Czy Jezycjade czytac beda tak zarliwie, jak dzis, przyszle pokolenia? Zobaczymy. Jestem dobrej mysli.

Idac za glosem sentymentu z dziecinstwa, swoja roczna wnuczke przezwalam "Ksiezniczka Dzawaha". Wszyscy, lacznie z jej rodzicami, pytaja mnie, dlaczego, co to znaczy? Odpowiedz znaja jedynie moje rowiesnice albo jeszcze starsze panie, ktore rozpromieniaja sie na ten dzwiek i z miejsca rozszyfrowuja autorke: "No jak to, Czarska!". Staruszki bowiem pamietaja, ze dzika ksiezniczka gruzinska o imieniu Dzawaha byla bohaterka ksiazki rozchwytywanej w swoim czasie i plodnej mlodziezowej pisarki, o pseudonimie "Czarska". Wydaje mi sie, ze dziewczynka o imieniu Dzawaha, aczkolwiek z Gruzji, byla szalona patriotka polska. Ale nie jestem pewna. Czarska uleciala z literackiej pamieci.

Gdy szukam w glowie, co ze "staroci" dzieciecych zostalo, przychodzi mi na mysl tylko jedna ksiazka, ktora przez blisko sto lat czytaja dla frajdy chlopcy i dziewczynki w Europie (jak jest w Stanach Zjednoczonych - nie wiem). Ta ksiazka sa Chlopcy z placu Broni Ferenca Molnara, wlasnie wznowiona.

Pamietam, byla wojna, ludzie gineli na moich oczach, a ja plakalam nad smiercia Nemeczka... Wzruszenie przetrwalo. Niejeden mlodociany czytelnik rowniez dzis ociera oczy czytajac te karty. Ma juz przed soba nowy przeklad dokonany przez Tadeusza Olszanskiego bezposrednio z jezyka wegierskiego. Ja i moi rowiesnicy znali ksiazke poprzez tlumaczenie niemieckie zrobione przez Janine Mortkowiczowa. Niemiecki tlumacz wyrzucil z ksiazki akcenty antyniemieckie i wolnosciowe. Tak wiec, na przyklad, czerwone kaftany chlopcow nawiazujace do ruchu Garibaldiego zamienil na czerwonoskorych. Obecny, czysty merytorycznie i filologicznie przeklad nie tlumaczy wszakze popularnosci czytelniczej.

Dlaczego dzieci czytaja wlasnie te ksiazke? Ksiazke osadzona mocno w realiach i topografii dawno minionego czasu? Nadal, co prawda, istnieje w Budapeszcie zaulek, gdzie byl plac Broni, do ktorego prowadza te same ulice, ale czas mamy diametralnie inny. Wiec dlaczego?

Odpowiedz najblizsza prawdy daje chyba sam tlumacz, Tadeusz Olszanski. Nawiasem mowiac, czlowiek renesansowy, ze uzyje gornolotnego okreslenia: guru od translacji, guru od sportu i guru od kulinariow. Otoz przypuszcza, ze poczytnosc ksiazki, a wiec identyfikacja mlodego czytelnika z bohaterami opowiesci, bierze sie z potrzeby tego, co nazywamy "mala ojczyzna". Mala ojczyzna, czyli wspolnota inna od rodziny, inna od zwiazku z krajem, inna od poczucia panstwowosci. Istnieje dzis ogromne zapotrzebowanie na male ojczyzny, na owa specyficzna wiez grupowa w okreslonym miejscu, dajaca poczucie bezpieczenstwa w coraz bardziej rozbitym swiecie. Molnar nie znal pojecia "mala ojczyzna", ale pisarskim wechem wyczul je i okreslil. Dla jego bohaterow byl to plac Broni. Miejsce wlasne, jedyne, ktore nalezy chronic i bronic nawet za cene zycia. I z tej chyba przyczyny Chlopcy z placu Broni - podobnie jak Jezycjada - zostana, mysle, na trwale w literaturze.

Ordynariusz najwiekszej na swiecie diecezji katolickiej (obejmujacej obszar kilkudziesieciu Polsk), mianowicie diecezji w Irkucku, nie zostal do niej wpuszczony. Biskupa Jerzego Mazura zatrzymano na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo i bez podania przyczyn najblizszym samolotem wyekspediowano do Polski. Papiery mial wazne, bez zarzutu, na Syberii duszpasterzowal wiele lat. Przed nim w podobnie niewytlumaczalnym trybie odmowiono pobytu w Rosji katolickiemu ksiedzu wloskiemu. Ostatnio moskiewski wopista zniszczyl paszport franciszkaninowi, dowiedziawszy sie, ze jest katolikiem.

Cerkiew prawoslawna twierdzi, ze z decyzjami nie miala nic wspolnego, ze to sprawa wladz panstwowych. A wladze panstwowe to, jak wiadomo, Putin. Ten sam prezydent Putin, niedawno odwiedzajacy papieza z wielka atencja i zapewniajacy go, ze jego prywatnym gosciem w Moskwie Jan Pawel II moze byc chocby dzis. Ale wlasnie dzis reka podwladnego prezydenta Putina kladzie pieczec ANULOWANO na legalnej wizie katolickiego biskupa.

W Rosji car byl glowa Kosciola prawoslawnego. Czyzby Putin nagle przychylil sie do niecheci swoich patriarchow wobec katolikow i zachowal sie jak car? Malo prawdopodobne.

A jednak duchownych do Rosji nie wpuszczono. Spekulacje na temat przyczyn wydaja sie byc jedynie pretekstem zjawiska daleko glebszego, tajemniczego, tkwiacego w zamrozonych w czasach komunistycznych, a teraz obudzonych zlych emocjach. Wolnosc odkopala dawno zakurzone pojecie "prozelityzm", czyli przeciaganie innowiercow przez Kosciol katolicki na swoja wiare droga manipulacji.

Bezposrednio po upadku imperium sowieckiego nic nie zapowiadalo nawrotu dawnych urazow. Wszystko ukladalo sie pomyslnie. Swobodny przeplyw ludnosci na Wschod mial charakter nie tylko ekonomiczny, ale i duchowy. Miejscowa ludnosc garnela sie do religii trzebionej w latach komuny. Potrzeba w ludziach byla ogromna, ale miejsc kultu nie bylo. Koscioly albo zburzone, albo zamienione w magazyny czy muzea ateizmu - zialy pustka. Cerkwi oddano co cerkiewne, a w inne puste miejsca przyszli polscy katoliccy duchowni, przewaznie tam, gdzie byli przed laty. Nie pchali sie na sile. Ludzie o nich zabiegali. Nie tylko dlatego, ze niesli wiare w Boga, ale i pomoc materialna najubozszym.

Bylam swiadkiem tego zjawiska, co prawda nie w Rosji, ale na zachodniej Ukrainie. Nie zauwazylam animozji miejscowych. Przeciwnie. Polscy ksieza, zakonnicy i zakonnice bynajmniej nie "upolaczali" tubylcow, sami na gwalt uczyli sie ukrainskiego, zyli w zgodzie i harmonii z duchownymi greckokatolickimi i popami, ktorzy, w przeciwienstwie do gory prawoslawnej, nie podzielali niechetnego nastawienia do Polakow-katolikow.

Mam wrazenie, ze Cerkiew "przegapila" moment odpowiedniego zwrocenia sie do ludzi. A moze nie mogla? Prawoslawie ze swojej litery i obyczaju skupia sie na obrzedowosci, na zachwycajacych spiewach, wzruszeniach modlitewnych. Ofiaruje wiernym piekny mistyczny rytual. Ale czy chleb? Czy pomoc medyczna? Cerkiew nie byla i nie jest nastawiona na proze zycia i jej potrzeby. A misjonarze katoliccy - tak.

Moze dlatego, ze w zachodniej Ukrainie jest duzo grekokatolikow uznajacych papieza za glowe Kosciola, dalo sie zabliznic nie tak dawne rany zadawane sobie wzajemnie przez Polakow i Ukraincow. Nie udalo sie to natomiast w Rosji. W Rosji odzyla niechec do katolicyzmu, wprowadzanego glownie przez polskich duchownych. Do tego katolicyzmu, o ktorym Rosjanie niewiele wiedza; ktory po dawnemu nazywaja jezuickim, czyli takim, ktory wrednie chce pognebic prawoslawie i przejac nad nim wladze. Nie maja pojecia, ze jezuici dzis - to zakon najbardziej chyba ekumeniczny na swiecie.

W irkuckiej diecezji sytuacja wyglada tak: tlumy garnacych sie do katolicyzmu, w tym wielu potomkow dawnych zeslancow, stoja naprzeciw grup, u ktorych katolickosc wywoluje wrogie napiecie. Co poczac?

Jerzy Giedroyc, rzecznik naszych dobrych i poglebionych stosunkow ze wschodnimi sasiadami, wielki polityczny wizjoner, przewidzial te reakcje. Przestrzegal: "Ksieza polscy, nie pchajcie sie do Rosji!".

*

Niedawno w Zachecie odbyla sie promocja ksiazki Wladztwo i sluzba piora jednego z najwybitniejszych zyjacych polskich malarzy, Jacka Sempolinskiego. Ksiazka jest, jak mowi autor, zrobiona na zamowienie. Sklada sie zebranych pieczolowicie przez redaktorke Malgorzate Kitowska-Lysiak wywiadow, spostrzezen, "reakcji" na wydarzenia tworcze i zmiany widzenia roli sztuki przez autora w ciagu ostatniego polwiecza. Mylilby sie jednak ten, kto by spodziewal sie znalezc w niej wytlumaczenie na przyklad faktu, dlaczego w pewnym okresie Sempolinski malowal obrazy na fioletowo, a nastepnie je dziurawil. Wladztwo i sluzba jest ksiazka z gruntu rozna od ksiazek o malarstwie; jest osobistym swiadectwem epoki, jej trendow, nurtow, przymusow, ktore autor przezywa i do ktorych sie ustosunkowuje.

Jednakze, jak twierdzi on sam, ksiazka, choc czyta sie ja jak pasjonujacy, indywidualny w tresci i jezyku pamietnik-dokument swiadomosci - uwazam, ze Sempolinski jest rownie znakomitym pisarzem, co malarzem - otoz, jak twierdzi on sam, zebrane w niej teksty nie pokazuja jego "ego". "Ego", czyli osobiste wyznania, ktore pisze od dziecka po poltorej godziny dziennie o brzasku dnia, nie zmiescilyby sie nawet do najwiekszej trumny, mowi. Zamierza wiec zdeponowac je w archiwum.

Szlam na spotkanie pewna, ze bedzie interesujace. Znam Jacka Sempolinskiego. Czlowiek nie tylko udarowany i pomnazajacy otrzymane talenty, ale rowniez arcyciekawy, w ujmujaco prosty sposob; dostrzegajacy ludzi i wszystko, co wkolo: ptaki, zwierzaki, rosliny. Zadedykowal nam ksiazke tak: "Ewie i Zbyszkowi na pamiatke spacerow miedzami". Wskazywal mi na tych miedzach, po ktorych chadzalismy o zmierzchu, wiele szczegolow; na przyklad ciemnoniebieskie ostrozki: "Wiesz, szafirowe kwiaty wieczorem swieca". Mowi, ze moglby byc botanikiem czy zoologiem. Wierze. Wierze i zazdroszcze mu nie tyle talentow (nie wszystkim pisane!), co tak pelnej i rozwijanej bez rozproszen osobowosci.

Chcialabym w jednym z numerow Przegladu, ktory przeciez ze znawstwem zajmuje sie sztukami plastycznymi, zobaczyc reprodukcje obrazow Jacka Sempolinskiego, a w Ksiegarni Nowego Dziennika - "musowo" jego ksiazke.

*

Media polskie powariowaly. Zajmuja sie wylacznie wyborami we Francji. (Gazeta Wyborcza z dnia 23 kwietnia br. poswiecila im az szesc kolumn!) Mamy w kraju codziennie Francje i tylko Francje, w pismie, mowie i na obrazach telewizorow. Doskonale rozumiem oslupienie Francuzow powodzeniem Le Pena. Przezywalismy podobna sytuacje z Tyminskim. Telefonowali do mnie wowczas przyjaciele z zagranicy pytajac: "Czy Polacy oszaleli?!". Opamietalismy sie jednak. Opamietuja sie rowniez Francuzi. Bardzo szybko. Niektorzy wieszcza nawet, iz sukces Le Pena podziala na spoleczenstwo jak uzdrawiajacy prysznic. Chirac wygra prezydenture w cuglach.

Niektorzy analitycy polityczni uwazaja, ze "lepenizm" jest zjawiskiem szerszym, pojawiajacym sie punktowo na mapie swiata coraz czesciej. Pada w tym kontekscie nawet zlowieszcze slowo "hitleryzm". Nie wybiegam tak daleko. Moze dlatego, ze na glowie mamy wlasne klopoty i tluczenie ustawicznie o "upadku" Francji wydaje mi sie czyms dziwacznym.

Dlaczego tak sie nia przejmujemy?! W kat poszly sprawy krajowe z bezrobociem na czele, wybory parlamentarne na bliskiej i wazniejszej dla nas od Francji Ukrainie. Gdzies ulotnilo sie madre przyslowie, ze "koszula blizsza cialu". Nawet ulubione przez media wizualne sceny masakr ustapily miejsca wizjom z Francji. Kochamy Francje i pieknie. "La belle France!". Podrozujmy po niej, zwiedzajmy zabytki, nie zapominajac wszakze, ze Francuzi nie tylko malo o nas wiedza, ale maja nas w nosie.

Jezeli przelozyc ich historyczne zawolanie: "Nie chcemy umierac za Gdansk!" na dzisiejszosc, to nalezy stwierdzic, ze i dzis Francja nie kiwnie palcem, zeby przyspieszyc nasze wejscie do Unii Europejskiej. A raczej wprost przeciwnie.

Zmienilismy sie jako spoleczenstwo, co objawia sie w tylu negatywnych reakcjach. Homo sovieticus naznaczyl nasze dusze ospa. Ale snobizm na Francje, datujacy sie chyba od czasow Napoleona, pozostal nienaruszony. Snobizm i zludne przeswiadczenie, ze Francja pomoze.

*

Nasza Polska, gazeta, o ktora wstydzilabym sie zapytac w kiosku; gazeta, przy ktorej Nasz Dziennik wydaje sie byc wywazonym Le Monde'em, cytujac chicagowski Dziennik Zwiazkowy daje upust oburzeniu wyprawie do Izraela, jaka opisalam na tych lamach. Tuz przed zbrojnym konfliktem "150 walecznych opuscilo wtedy Warszawe". Cztery dni szwendalismy sie po kraju bez cienia strachu. Nocowalismy w hotelu, gdzie w kilka dni potem, w swieto Paschy, dokonano masakry rodzin zydowskich zasiadajacych do wieczerzy. Nie tu czas i miejsce na ocene tego tragicznego konfliktu etnicznego. Powiem tylko, ze w moim przekonaniu nawet dzis, w stanie wojny, turysta jest w Izraelu nietykalny. Nie ruszy go ani Palestynczyk, ani Zyd. Obie nacje zyja z turystyki. Moze sie myle, ale wydaje mi sie, iz w przyszlosci wlasnie ten wspolny interes moze stanowic powazny czynnik wzajemnej ugody.

Nasza Polska zajela sie tematem dlatego, zeby po pierwsze, "zdemaskowac zydowskosc" polskiej prasy oraz glownego organizatora naszej wyprawy, Marka Traczyka, "mowiacego niezle po hebrajsku", jak napisali. Dopowiem: owszem mowi, gdyz nim stal sie rzutkim szefem biura turystycznego obslugujacego glownie dziennikarzy, we wczesnej mlodosci jako kleryk studiowal u salezjanow pod Betlejem biblistyke.

*

Przechodzac niedawno ulica Nowogrodzka, zobaczylam wokol poczty, tej, ktora za pamieci starszych Polakow byla Poczta Glowna, a teraz jest glownie budynkiem telekomunikacji, otoz zobaczylam dawno nieogladany widok: ogromna uliczna kolejke. "Za czym kolejka ta stoi?" - spytalam. Odpowiedziano mi, ze za zaplaceniem abonamentu telefonicznego. "A nie mozna w byle jakim banku?".

"Mozna, ale drozej. Za te szesc zlotych bankowej uslugi wole sobie kupic bananow" - odpowiedziala mi kobieta.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail