Zawod - Szymon Kobylinski
Old soldiers never die,
They just fade away
Douglas MacArthur
To znane powiedzenie jednego z wielkich amerykanskich generalow pasuje do naglego
odejscia Szymona Kobylinskiego (1927-2002). Wielki hetman rysunku historycznego,
znawca i milosnik militariow, ilustrator wielbiacy i rysujacy polska konnice
zostaje z nami w zyczliwej pamieci.
Zartobliwie nazywal siebie starym belfrem i megalomanskim egocentrykiem. Z
uwagi na wielkie podobienstwo do Franca Fiszera, znanego przedwojennego facecjonisty,
zostal zaangazowany, aby kreowac te postac i witac gosci na dowcipnej wystawie
w Muzeum Literatury w Warszawie. Byl warszawiakiem z krwi i kosci, tam urodzony,
tam wczesnie debiutowal, jeszcze jako dziecko w 1936 r., a na dobre w r. 1945.
W rok pozniej zdal mature, studiowal nastepnie na warszawskiej Akademii Sztuk
Pieknych i historie sztuki na Uniwersytecie Warszawskim (dyplom w 1951 r.).
Tam zyl, pracowal i tam zmarl. O jego popularnosci swiadcza chocby setki listow,
jakie otrzymywala Telewizja Polska, redakcje czasopism, z ktorymi wspolpracowal
i on sam. Niektore adresowane: Szymon Kobylinski, Warszawa, dochodzily!
Ostatnio jego regularne felietony drukowal tygodnik Solidarnosc i miesiecznik
wojskowy Raport. Wczesniej felietony i karykatury zamieszczaly m.in.: Zycie, Zycie Warszawy, Szpilki, Przekroj, Polityka i Kultura. Przez kilka lat wspolpracowal tez z Przegladem Polskim.
Jakze mi zal, ze juz nie przysiade chocby na chwile na taboreciku w jego pelnym
ksiazek, papierow, fajek, farb itd. gabineciku na Wilczej w Warszawie albo na
tarasie lesnego domku w Gniazdowie k. Wyszkowa, zwanego wiejska pracownia...
Nigdy nie moglem i nie umialem sam wyjsc z domu Panstwa Kobylinskich, zawsze
mialem niedosyt spotkania i rozmow, ale przede wszystkim chcialem sluchac, i
jeszcze, i jeszcze... On utrwalal i pobudzal moje pasje historyczne. Do rozmow
czesto wlaczala sie p. Danuta, rownie elokwentna i lubiaca gawedzic. Po stole
chodzil dostojnie i bezkarnie piekny kot, byl tak wazny, ze balem sie odganiac
go od ciasteczek, jakie podawano mi do herbaty. Inny domownik panstwa Kobylinskich
- pies - dawno zrezygnowal z walki z owym futrzakiem o dominacje. Wsrod mnostwa
ksiazek w salonie wpadal w oko olejny portret Pana Szymona pedzla Jerzego Dudy-Gracza.
Uwielbiam szczegolnie rysunki rycerzy i koni, ktorych Szymon Kobylinski wykonal
tysiace. Te konie mowia. Sa tak dynamiczne, jakby chcialy wyskoczyc z papieru
do nas, a my chcielibysmy ich dosiasc i popedzic galopem w dal, ramie w ramie
z najznakomitszymi rycerzami Rzeczypospolitej, ktorych portretowal. Najbardziej
mnie interesowala wlasnie "militarna" tworczosc Pana Szymona, o niej zawsze
rozmawialismy, na jej temat korespondowalismy, w moim lodzkim wydawnictwie pojawilo
sie dzieki temu wiele jego nowych rysunkow, ktorych nikt inny wczesniej nie
ogladal. Latwo nam bylo nawiazac tak bliski kontakt, bo obaj uwielbialismy kawalerie
i nalezelismy do Stowarzyszenia Milosnikow Dawnej Broni i Barwy, do wielkiej
rodziny ulanow poznanskich.
Poza ilustrowaniem ksiazek publikowanych w moim wydawnictwie (pierwsza byla
wspaniala kolekcja rysunkow do Legendy jazdy polskiej Jerzego Urbankiewicza)
ostatnio zaczelismy uzgadniac wydanie przeze mnie autorskiej, wspomnieniowej
ksiazki Pana Szymona. Rozmowy szly w kierunku ilustrowanych gawed o znanych
warszawiakach. Poczynilismy juz wiele ustalen...
Chce wspomniec Pana Szymona rowniez poprzez nasza korespondencje, dla mnie
jakze wazna, a zapewne i Panstwo znajdziecie w jej fragmentach cos pouczajacego.
Szymon Kobylinski byl mistrzem-epistolografem. Jego dostojnosc, dowcip, terminowosc
pisania listow zdumiewaly mnie i bardzo dopingowaly. Wszystkie listy pisal na
tradycyjnej maszynie do pisania, (mowil, ze korzystania z komputera juz sie
nie nauczy), czesto dolaczal do nich rysunki. Najwazniejsza byla oczywiscie
tresc, kazdy list mial przeslanie, zawieral czasem kilka anegdot. Zmienialy
sie inwokacje i nietuzinkowe zakonczenia z dopisywanymi recznie po staropolsku
cedulami. Im lepiej sie poznawalismy, tym jego listowe powitania byly bardziej
bezposrednie. Zatem najpierw (w 1994 r.) oficjalnie: "Wielce Szanowny Panie"
i "Szanowny Panie", pozniej "Szanowny i Mily Szefie", "Szefie Mily", a ostatnio
"Szefie Wspanialy". Od "Szefie Wzruszajacy" zaczynal sie list, ktory napisal
po przeczytaniu mojej ksiazki Ku chwale Wieniawy, zreszta, o "Apollu
Belwederskim" bardzo wiele razy wymienialismy poglady. Listy zazwyczaj konczyly
sie pozdrowieniami, np.: "... wystarczy tych gledolow, totez pozdrawiam kordialnie,
Pani slac uklony (tu podpis - przyp. WG) do uslug"; "...co przedlozywszy, pozdrawiam
Panstwa serdecznie (-) do uslug"; "Zycze maksymalnych korzysci papierniczych,
jakze kulturze narodowej przydatnych (dalej recznie) i pozdrawiam Panstwa najserdeczniej
srod uklonow, Szymon Kobylinski do uslug"; "Na czym koncze swe mamrotanie, raz
jeszcze dziekujac za dobre slowo i zyczliwosc (dalej recznie) laczac uklony
dla Pani - wierny Sz. Kobylinski"; "nieodmiennie czolobitny i wdzieczny za umozliwienie
wspolpracy sluga powolny Sz. Kobylinski".
Poproszony przeze mnie wczesniej o dokladne wypelnienie dokumentow podatkowych,
w jednym z listow przyslal co trzeba, ale lekko zirytowany dopisal: " ...zawsze
mnie zdumiewa ponura pomyslowosc biurokratow; w tym wypadku dostali krecka na
punkcie identyfikacji osoby bioracej honorarium. (...) trzeba personaliow obu
pokolen, a jeszcze ponadto dubeltowego kolczykowania z tasiemcowymi numerami,
czyli PESEL i NIP... Dobrze, ze nie wymagaja odciskow daktyloskopijnych i fotografii
z lewym uchem! Pelna paranoja. Kiedys w telewizji wypelnilem kwitek umyslnie
bez sensu, podajac, zem sie urodzil w sredniowieczu na wyspie Fidzi, a moimi
rodzicami byli Hermelaus i Kunegunda... Czy ktokolwiek to zauwazyl? Absolutnie
nikt. (...) pieniadze mi wyplacono i nikt nawet nie mrugnal".
Z listow Szymona Kobylinskiego dowiadywalem sie np., co dzialo sie na planie
filmu Ogniem i mieczem, mialem relacje z wielu warszawskich wydarzen
kulturalnych, poznawalem sylwetki wielu ciekawych ludzi, bylem im polecany,
otrzymywalem adresy i telefony. W jednym z listow Pan Szymon podzielil sie ze
mna swym zdziwieniem, ze na planie nowej wersji W pustyni i w puszczy lobby ekologow wymoglo skasowanie sceny, jak Stas zabija lwa w wawozie. Okazalo
sie tez, ze zabicie czarnoskorych bojownikow Sudanu narusza normy miedzyludzkie.
Tu Pan Szymon wspolczul Sienkiewiczowi i p. Tarkowskiemu, ktory uczyl syna,
ze jesli ktos zagrozi krajowi lub kobiecie oddanej mezczyznie pod opieke, to
nalezy palic napastnikowi w leb bez namyslu!
Niemal z kazdego listu dowiadywalem sie o postepach Weronisi w woltyzerce.
Weronika, obecnie studentka, doskonale spelnia oczekiwania dziadkow w zakresie
jezdziectwa. Pan Szymon zartobliwie mawial, ze bardzo kocha konie, ale ostatnio
jezdzil jakies 50 kilogramow temu. My, koniarze, najlepiej wiemy jak to jest,
gdy siodlo trzeszczy, a gniady strzyze uszami.
W listach otrzymywalem ciekawostki o: Pilsudskim, Wieniawie, Tuwimie, Galczynskim,
Slonimskim, Zarubie, Francu Fiszerze, Wittlinie, baronie Bystramie (tym z Londynu,
od generala Maczka), Tuniu hr. Dzieduszyckim i wielu, wielu innych osobistosciach,
nie tylko warszawiakach.
Az z przedostatniego listu, datowanego 16.02.02, dowiedzialem sie, ze Pan Szymon
jest w domu na przepustce ze szpitala. Niebawem ma wracac pod noz chirurga.
Rokowania doktorow, jak pisal: "dobre, acz w kwitku wpisowym obwieszczono, zem
sie zjawil z zagrozeniem zycia. To szosty raz tak mi sie zdarzylo, odkad zaczalem
te serie, zlapany przez niemieckich zandarmow. (...) Cytowano mi w szpitalu
swiezo pewnego sedziwego generala, ktory powiadal ´...strzelali do mnie
bolszewicy, potem bolszewicy z hitlerowcami, ale nikt nie trafil i musze, k...,
sam umierac!ª".
Ostatni list Pana Szymona, z 15 marca br., byl krotszy i bardzo wyciszony.
W takiej samej dlugiej bialej kopercie, znaczek z prymasem Stefanem kardynalem
Wyszynskim, adres "JWPanBoss itd...". W liscie bylo m.in. potwierdzenie kolejnego
obstalunku rysunkow, tym razem gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, ktorego Pan Szymon
rowniez bardzo cenil. Poprosil o jakas dokumentacje fotograficzna i zapowiedzial,
ze po jej otrzymaniu zabierze sie do roboty. Tydzien przed smiercia zatelefonowal,
ze wlasnie wrocil do domu ze szpitala, wszystkie materialy do obstalunku ma
i rysuje konny portret Dreszera, a pozniej plk. Beliny-Prazmowskiego, rowniez
tegiego ulana. Przedyskutowalismy szczegoly mundurowe, chcialem, aby general
byl w mundurze macierzystego 14. Mitawskiego Pulku Huzarow rosyjskich, ale Pan
Szymon nie chcial odwlekac pracy, szukac dokumentacji mundurowej rosyjskiej
i przekonal mnie, zeby "machnac Dreszera w polskim mundurze 1. pulku ulanow
legionow Pilsudskiego, wszak byl to jeden z najwiekszych oficerow Beliny". Oczywiscie
zgodzilem sie i ucieszony tym telefonem, dobrym samopoczuciem Mistrza, rad,
ze uslyszalem niezbyt wyczerpany po szpitalu silny glos, z utesknieniem zaczalem
czekac na przesylke, na kolejny wspanialy list od Pana Szymona.
Nie nadszedl.
Wojciech Grochowalski
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |