PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (26 kwietnia 2002)


 

Zawod - Szymon Kobylinski

Old soldiers never die,
They just fade away

Douglas MacArthur

To znane powiedzenie jednego z wielkich amerykanskich generalow pasuje do naglego odejscia Szymona Kobylinskiego (1927-2002). Wielki hetman rysunku historycznego, znawca i milosnik militariow, ilustrator wielbiacy i rysujacy polska konnice zostaje z nami w zyczliwej pamieci.

Zartobliwie nazywal siebie starym belfrem i megalomanskim egocentrykiem. Z uwagi na wielkie podobienstwo do Franca Fiszera, znanego przedwojennego facecjonisty, zostal zaangazowany, aby kreowac te postac i witac gosci na dowcipnej wystawie w Muzeum Literatury w Warszawie. Byl warszawiakiem z krwi i kosci, tam urodzony, tam wczesnie debiutowal, jeszcze jako dziecko w 1936 r., a na dobre w r. 1945. W rok pozniej zdal mature, studiowal nastepnie na warszawskiej Akademii Sztuk Pieknych i historie sztuki na Uniwersytecie Warszawskim (dyplom w 1951 r.). Tam zyl, pracowal i tam zmarl. O jego popularnosci swiadcza chocby setki listow, jakie otrzymywala Telewizja Polska, redakcje czasopism, z ktorymi wspolpracowal i on sam. Niektore adresowane: Szymon Kobylinski, Warszawa, dochodzily!

Ostatnio jego regularne felietony drukowal tygodnik Solidarnosc i miesiecznik wojskowy Raport. Wczesniej felietony i karykatury zamieszczaly m.in.: Zycie, Zycie Warszawy, Szpilki, Przekroj, Polityka i Kultura. Przez kilka lat wspolpracowal tez z Przegladem Polskim.

Jakze mi zal, ze juz nie przysiade chocby na chwile na taboreciku w jego pelnym ksiazek, papierow, fajek, farb itd. gabineciku na Wilczej w Warszawie albo na tarasie lesnego domku w Gniazdowie k. Wyszkowa, zwanego wiejska pracownia... Nigdy nie moglem i nie umialem sam wyjsc z domu Panstwa Kobylinskich, zawsze mialem niedosyt spotkania i rozmow, ale przede wszystkim chcialem sluchac, i jeszcze, i jeszcze... On utrwalal i pobudzal moje pasje historyczne. Do rozmow czesto wlaczala sie p. Danuta, rownie elokwentna i lubiaca gawedzic. Po stole chodzil dostojnie i bezkarnie piekny kot, byl tak wazny, ze balem sie odganiac go od ciasteczek, jakie podawano mi do herbaty. Inny domownik panstwa Kobylinskich - pies - dawno zrezygnowal z walki z owym futrzakiem o dominacje. Wsrod mnostwa ksiazek w salonie wpadal w oko olejny portret Pana Szymona pedzla Jerzego Dudy-Gracza.

Uwielbiam szczegolnie rysunki rycerzy i koni, ktorych Szymon Kobylinski wykonal tysiace. Te konie mowia. Sa tak dynamiczne, jakby chcialy wyskoczyc z papieru do nas, a my chcielibysmy ich dosiasc i popedzic galopem w dal, ramie w ramie z najznakomitszymi rycerzami Rzeczypospolitej, ktorych portretowal. Najbardziej mnie interesowala wlasnie "militarna" tworczosc Pana Szymona, o niej zawsze rozmawialismy, na jej temat korespondowalismy, w moim lodzkim wydawnictwie pojawilo sie dzieki temu wiele jego nowych rysunkow, ktorych nikt inny wczesniej nie ogladal. Latwo nam bylo nawiazac tak bliski kontakt, bo obaj uwielbialismy kawalerie i nalezelismy do Stowarzyszenia Milosnikow Dawnej Broni i Barwy, do wielkiej rodziny ulanow poznanskich.

Poza ilustrowaniem ksiazek publikowanych w moim wydawnictwie (pierwsza byla wspaniala kolekcja rysunkow do Legendy jazdy polskiej Jerzego Urbankiewicza) ostatnio zaczelismy uzgadniac wydanie przeze mnie autorskiej, wspomnieniowej ksiazki Pana Szymona. Rozmowy szly w kierunku ilustrowanych gawed o znanych warszawiakach. Poczynilismy juz wiele ustalen...

Chce wspomniec Pana Szymona rowniez poprzez nasza korespondencje, dla mnie jakze wazna, a zapewne i Panstwo znajdziecie w jej fragmentach cos pouczajacego.

Szymon Kobylinski byl mistrzem-epistolografem. Jego dostojnosc, dowcip, terminowosc pisania listow zdumiewaly mnie i bardzo dopingowaly. Wszystkie listy pisal na tradycyjnej maszynie do pisania, (mowil, ze korzystania z komputera juz sie nie nauczy), czesto dolaczal do nich rysunki. Najwazniejsza byla oczywiscie tresc, kazdy list mial przeslanie, zawieral czasem kilka anegdot. Zmienialy sie inwokacje i nietuzinkowe zakonczenia z dopisywanymi recznie po staropolsku cedulami. Im lepiej sie poznawalismy, tym jego listowe powitania byly bardziej bezposrednie. Zatem najpierw (w 1994 r.) oficjalnie: "Wielce Szanowny Panie" i "Szanowny Panie", pozniej "Szanowny i Mily Szefie", "Szefie Mily", a ostatnio "Szefie Wspanialy". Od "Szefie Wzruszajacy" zaczynal sie list, ktory napisal po przeczytaniu mojej ksiazki Ku chwale Wieniawy, zreszta, o "Apollu Belwederskim" bardzo wiele razy wymienialismy poglady. Listy zazwyczaj konczyly sie pozdrowieniami, np.: "... wystarczy tych gledolow, totez pozdrawiam kordialnie, Pani slac uklony (tu podpis - przyp. WG) do uslug"; "...co przedlozywszy, pozdrawiam Panstwa serdecznie (-) do uslug"; "Zycze maksymalnych korzysci papierniczych, jakze kulturze narodowej przydatnych (dalej recznie) i pozdrawiam Panstwa najserdeczniej srod uklonow, Szymon Kobylinski do uslug"; "Na czym koncze swe mamrotanie, raz jeszcze dziekujac za dobre slowo i zyczliwosc (dalej recznie) laczac uklony dla Pani - wierny Sz. Kobylinski"; "nieodmiennie czolobitny i wdzieczny za umozliwienie wspolpracy sluga powolny Sz. Kobylinski".

Poproszony przeze mnie wczesniej o dokladne wypelnienie dokumentow podatkowych, w jednym z listow przyslal co trzeba, ale lekko zirytowany dopisal: " ...zawsze mnie zdumiewa ponura pomyslowosc biurokratow; w tym wypadku dostali krecka na punkcie identyfikacji osoby bioracej honorarium. (...) trzeba personaliow obu pokolen, a jeszcze ponadto dubeltowego kolczykowania z tasiemcowymi numerami, czyli PESEL i NIP... Dobrze, ze nie wymagaja odciskow daktyloskopijnych i fotografii z lewym uchem! Pelna paranoja. Kiedys w telewizji wypelnilem kwitek umyslnie bez sensu, podajac, zem sie urodzil w sredniowieczu na wyspie Fidzi, a moimi rodzicami byli Hermelaus i Kunegunda... Czy ktokolwiek to zauwazyl? Absolutnie nikt. (...) pieniadze mi wyplacono i nikt nawet nie mrugnal".

Z listow Szymona Kobylinskiego dowiadywalem sie np., co dzialo sie na planie filmu Ogniem i mieczem, mialem relacje z wielu warszawskich wydarzen kulturalnych, poznawalem sylwetki wielu ciekawych ludzi, bylem im polecany, otrzymywalem adresy i telefony. W jednym z listow Pan Szymon podzielil sie ze mna swym zdziwieniem, ze na planie nowej wersji W pustyni i w puszczy lobby ekologow wymoglo skasowanie sceny, jak Stas zabija lwa w wawozie. Okazalo sie tez, ze zabicie czarnoskorych bojownikow Sudanu narusza normy miedzyludzkie. Tu Pan Szymon wspolczul Sienkiewiczowi i p. Tarkowskiemu, ktory uczyl syna, ze jesli ktos zagrozi krajowi lub kobiecie oddanej mezczyznie pod opieke, to nalezy palic napastnikowi w leb bez namyslu!

Niemal z kazdego listu dowiadywalem sie o postepach Weronisi w woltyzerce. Weronika, obecnie studentka, doskonale spelnia oczekiwania dziadkow w zakresie jezdziectwa. Pan Szymon zartobliwie mawial, ze bardzo kocha konie, ale ostatnio jezdzil jakies 50 kilogramow temu. My, koniarze, najlepiej wiemy jak to jest, gdy siodlo trzeszczy, a gniady strzyze uszami.

W listach otrzymywalem ciekawostki o: Pilsudskim, Wieniawie, Tuwimie, Galczynskim, Slonimskim, Zarubie, Francu Fiszerze, Wittlinie, baronie Bystramie (tym z Londynu, od generala Maczka), Tuniu hr. Dzieduszyckim i wielu, wielu innych osobistosciach, nie tylko warszawiakach.

Az z przedostatniego listu, datowanego 16.02.02, dowiedzialem sie, ze Pan Szymon jest w domu na przepustce ze szpitala. Niebawem ma wracac pod noz chirurga. Rokowania doktorow, jak pisal: "dobre, acz w kwitku wpisowym obwieszczono, zem sie zjawil z zagrozeniem zycia. To szosty raz tak mi sie zdarzylo, odkad zaczalem te serie, zlapany przez niemieckich zandarmow. (...) Cytowano mi w szpitalu swiezo pewnego sedziwego generala, ktory powiadal ´...strzelali do mnie bolszewicy, potem bolszewicy z hitlerowcami, ale nikt nie trafil i musze, k..., sam umierac!ª".

Ostatni list Pana Szymona, z 15 marca br., byl krotszy i bardzo wyciszony. W takiej samej dlugiej bialej kopercie, znaczek z prymasem Stefanem kardynalem Wyszynskim, adres "JWPanBoss itd...". W liscie bylo m.in. potwierdzenie kolejnego obstalunku rysunkow, tym razem gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, ktorego Pan Szymon rowniez bardzo cenil. Poprosil o jakas dokumentacje fotograficzna i zapowiedzial, ze po jej otrzymaniu zabierze sie do roboty. Tydzien przed smiercia zatelefonowal, ze wlasnie wrocil do domu ze szpitala, wszystkie materialy do obstalunku ma i rysuje konny portret Dreszera, a pozniej plk. Beliny-Prazmowskiego, rowniez tegiego ulana. Przedyskutowalismy szczegoly mundurowe, chcialem, aby general byl w mundurze macierzystego 14. Mitawskiego Pulku Huzarow rosyjskich, ale Pan Szymon nie chcial odwlekac pracy, szukac dokumentacji mundurowej rosyjskiej i przekonal mnie, zeby "machnac Dreszera w polskim mundurze 1. pulku ulanow legionow Pilsudskiego, wszak byl to jeden z najwiekszych oficerow Beliny". Oczywiscie zgodzilem sie i ucieszony tym telefonem, dobrym samopoczuciem Mistrza, rad, ze uslyszalem niezbyt wyczerpany po szpitalu silny glos, z utesknieniem zaczalem czekac na przesylke, na kolejny wspanialy list od Pana Szymona.

Nie nadszedl.

Wojciech Grochowalski

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail