GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
W uchylonej chwili
Kwiecien to dziwny miesiac - bardzo zwykly i nadzwyczajny. Kwitna tulipany i zonkile. Urzad Podatkowy surowo dopomina sie o swoje. Swoje nalega, ze wcale nie chce z domu wyplywac. Semestr na uniwersytecie w pelnym biegu. Dzieci w szkolach. Sezon teatralno-koncertowy w rozkwicie. Premiera goni za premiera. Koncerty konkuruja o nasza uwage. Wielkie wystawy pusza sie w muzeach.
Oficjalnie - przynajmniej dla tych, ktorzy jeszcze od czasu do czasu wiersze czytaja - kwiecien jest miesiacem poezji. Tak to kiedys ogloszono, i tak zostalo. Milosnicy rytmicznego slowa coraz to sobie wymyslaja nowe igraszki, wcale zreszta nie ograniczajac sie skromnie (dodam od siebie: na szczescie) do jednego miesiaca. Na przyklad "Poezja na szczytach". Zbieraja sie radosnie natchnieni i deklamuja wiersze na wyzynach ambitnie wznoszacych sie ku niebu.
William Blake na szczycie Vinson na Antarktydzie! Louise Glück na Mount Marcy w Maine! Walt Whitman na Bear Mountain! Prosze sobie wyobrazic szerokie kadencje Piesni otwartej drogi pod otwartym niebem... (Na wszelki wypadek, podam dla nieco zwariowanych pobratymcow duchem, ze choc okazja, by sluchac slow Blake'a w krainie wiecznych lodow minela, spotkanie z Whitmanem w Harriman Park, prawie pod bokiem, jest jeszcze przed nami, wyznaczone na 18 maja, zas z mniej moze znana, ale swietna i nam wspolczesna Louise Glück na 27 i 28 lipca. Spotkania sa otwarte dla wszystkich, jedynym warunkiem jest sprawne wdrapywanie sie pod gore. Wiecej informacji mozna zdobyc zagladajac na internetowa strone Poetry on the Peaks: dialoguepoetry.org/mountain.htm).
Jednym z sympatycznych programow, jakie Poetry Society od America (grupa, ktora wspolnie z Instytutem Kultury Polskiej zorganizowala w marcu wieczor polskiej poezji) zainicjowala i prowadzi od lat, jest "Poezja w ruchu". Co miesiac dwa krociutkie wiersze drukowane na kolorowych plakatach umieszczane sa w nowojorskich autobusach i metrze. Wiersze sa czesto zaskakujace, napisane przez slynnych, ale i mniej znanych autorow z calego swiata. Siedzisz w zatloczonym wagonie i zamiast krzyku ogloszen mozesz poczytac sobie miedzy przystankami Seamusa Heaneya, Adrianne Rich, Ogdena Nasha, Gwendolyn Brooks, Czeslawa Milosza... Lapiesz sie nagle na tym, ze niespodziewanie sie usmiechasz. Albo marszczysz czolo w zdziwieniu. Czytasz raz jeszcze. Chcesz koniecznie zapisac ten czy tamten dwuwiersz. Zapamietac nazwisko autora.
Prosze kiedys w metrze czy autobusie spojrzec w gore. Moze akurat nad glowa, na zielono-niebieskim tle plakatu zauwaza panstwo Spotkanie mlodego Czeslawa Milosza, pisane jeszcze w Wilnie, ech, wiek caly temu:
Jechalismy przed switem po zamarzlych polach,
Czerwone skrzydlo wstawalo, jeszcze noc.
I zajac przebiegl nagle tuz przed nami,
A jeden z nas pokazal go reka.
To bylo dawno. Dzisiaj juz nie zyja
Ni zajac, ani ten co go wskazywal.
Milosci moja, gdziez sa, dokad ida
Blysk reki, linia biegu, szelest grud -
Nie z zalu pytam, ale z zamyslenia.
*
Ostatnio zdarzylo mi sie trzy razy pod rzad byc na nadzwyczaj udanych wieczorach poetyckich. (Poeci nie sa szczegolnie znani ze skromnosci. Lubia uznanie. Lubia zajasniec w swiatelku ekskluzywnego podziwu. Zbierz kilku razem, kazdy z wielkim ego, i az iskry lataja, ktoremu wiecej uwagi slusznie sie nalezy. Czesto na poetyckich festiwalach skomplikowany kontredans wzajemnej konkurencji, plotek i ploteczek zaciemnia przyjemnosc samego slowa.)
A wiec pierwszy to byl polski wieczor w Cooper Union, w marcu. Pisalam juz o nim wychwalajac szczodrze, bo na pochwaly zaslugiwal - tak od strony sprawnej organizacji, jakosci poezji, jak i wyjatkowo eleganckiego zachowania uczestnikow. (Kazdy z nich mogl sam zablysnac wlasnym swiatlem, bo zebralo sie tam niebagatelne grono znanych ludzi, lecz kazdy sklanial glowe przed slowami innego tworcy.) Chce dodac tutaj jeszcze jedna dobra wiadomosc, niespodziewany dalszy ciag tego miedzynarodowego zbratania. Na razie dalszy ciag tylko w zamierzeniach, ale z dobra szansa na realizacje.
W rozmowie po spotkaniu Alice Quinn, redaktorka dzialu poezji New Yorkera i przewodniczaca PSA, powiedziala mi, ze uderzyl ja entuzjazm, z jakim amerykanscy poeci i tlumacze mowili o dlugu wdziecznosci wobec polskich poetow oraz zywy oddzwiek wsrod sluchaczy. Ogromnie pozytywna atmosfera calego wieczoru sprawila, ze marzy jej sie teraz, aby wydac antologie prezentowanych wierszy, moze razem z osobistym komentarzem wystepujacych osob. Jest to wspanialy pomysl. Warto pozostawic trwalszy slad, nadac ulotnie "ustnemu" momentowi ksztalt na pismie. Byc moze za kilka miesiecy bedzie mozna wziac do reki dwujezyczny tomik. Bedzie to tomik w imie jutra, mimo wszystko. Ksiazka-podziekowanie dla polskich poetow i dar dla nas, ktorzy w slowach Wislawy Szymborskiej z Wszelkiego wypadku wymkneli sie jeszcze przez oko sieci, "prosto z uchylonej chwili".
Dobrze by bylo, gdyby znalazlo sie tam takze miejsce dla kilku wierszy poetow amerykanskich, ktorzy z takim wyczuciem odbieraja polska poezje, identyfikujac sie z jej przeslaniem. Na przyklad dla slodko-gorzkiego Corps de Ballet W. S. Merwina w tlumaczeniu Czeslawa Milosza, gdzie Merwin maluje trudny taniec poetow-solistow, tancerzy na scenie przed nami:
...Czysta doskonalosc
Powstrzymuje nam oddech i siedzimy cicho
Przed glupia historyjka. Bo to my, widzowie,
Jestesmy ich przyszloscia. Nie beda miec innej.
I choc znuzeni, niosac nam rozrywke,
Taka latwosc udaja, zeby nas przekonac,
Ze jestesmy laskawi i wspanialomyslni,
Nowej lagodnej sily pelni, sliczni w ruchach.
A jednak tylko paru zostanie w pamieci.
Kiedy odejda i skonczy sie sztuka
Ich prawda przed nami
Raz byla, muzyka niemych poswiecen,
Ktora brzmi monotonnie dla zamknietych uszu.
I o niej pamietajac, znow widziec mozemy
Znaczenie ich poruszen, caly wdziek ich trudu.
*
Drugi wyjatkowy wieczor zawdzieczam przyjaciolom poety-emigranta z Kaszmiru. Znalam jego wiersze, zwlaszcza kunsztowne ghazale. Choc inna muzyka grajace, z calkiem innej czesci swiata, wspolbrzmia one harmonijnie w tonacji z bliskim mi "sceptycznym humanizmem" polskich mistrzow. Nie znalam poety osobiscie, to znaczy nie znalam az do tego kwietniowego wieczoru, kiedy mialam okazje sluchac, jak go cieplo wspominali przyjaciele, rodzina i koledzy po fachu.
Agha Shahid Ali musial miec wyjatkowy dar intymnego kontaktu, bo w ciagu kilku lat stworzyl sobie w obcym miescie krag bliskich, bardzo mu serdecznych ludzi. Wieczor na New York University, rodzaj pozegnania i holdu jego pamieci - Shahid zmarl w wieku lat 50. - przemienil sie w piekna uczte, afirmacje zycia. Koncert swobodnie wyrazanych uczuc tak zywo zarysowal jego sylwetke, ze czuje, jakby i moim stal sie przyjacielem. Carol Houck Smith, redaktorka jego ostatniej ksiazki, powiedziala: "Shahid nie opuscil nas. Pozostawil wspomnienia i swoj podarunek dla nas - wiersze". Starszy brat opowiadal o ostatnich miesiacach, o tym, jak zycie scigalo sie ze smiercia. Kiedy Shahid umieral na guza mozgu, jego najmlodsza siostra czekala na pierwsze dziecko. Stlumione lzami wspomnienia Iqbala punktowaly niewinne okrzyki najmlodszej uczestniczki, niemowlecia w ramionach siostry Shahida. Zdazylo sie urodzic, zanim odszedl.
Trzecie poetyckie spotkanie mialo zupelnie inny charakter, choc wspolna z poprzednimi byla ta najwazniejsza cecha: skupienie uwagi na dobrej, bardzo dobrej poezji. Laczyla nas czysta przyjemnosc bycia razem wokol ogniska slowa. Wieczor, intymny, w prywatnym mieszkaniu, wynikl z nadzwyczajnego gestu wybitnej amerykanskiej poetki Marie Ponsot wobec jej przyjaciolki Bell. Jakis czas temu poruszajaca sie na wozku Bell wybrala sie na spotkanie z Ponsot w zwiazku z publikacja jej najnowszego tomiku, lecz w bibliotece, gdzie sie odbywalo, zepsula sie winda i nie mogla dostac sie na drugie pietro. (Beztroska geografia zdrowych, silnych przywilejem nieswiadomosci, jak brutalnie swiat sie moze skurczyc, kiedy nogom sil nie staje!) Bell przepraszala, ze nie mogla wziac udzialu w tej milej okazji, a wtedy poetka krotko rzekla: "To ja przyjde do ciebie".
Slowa dotrzymala i przyprowadzila dwojke swych bylych studentow z Uniwersytetu Sarah Lawrence: Erica Gudasa, ktory wlasnie przyjechal z wizyta z Kalifornii (z pochodzenia Litwin, choc na Litwie nigdy nie byl), oraz L. B. Thompson, kiedys z Eida w Oklahomie (gdzie, mowi, "liczy sie tylko kosciol i futbol, futbol i kosciol"), teraz juz z Nowego Jorku. Dolaczyla do nich jeszcze Naomi Raplansky, z darem recytowania z pamieci swoich spiewnych wierszy. Wieczor zamienil sie w sympozjum, przy winie oczywiscie, gdzie slowo krazylo swobodnie i duch szeroko rozposcieral skrzydla. Mozna by nieco gornolotnie rzec: sympozjum madrosci starcow i entuzjazmu mlodosci. Dwoje lektorow bowiem bylo juz po osiemdziesiatce, a dwoje przed trzydziestka. I ja, gdzies pomiedzy.
Wlasnie, pomiedzy.
Moze ktos zauwazyl, ze zaroilo sie tutaj od nawiasow. Coz, kwiecien. Wiosna. Przystanek w codziennej gonitwie. Monteverdi w Brooklyn Academy of Music. Rostropowicz w Carnegie Hall. Pat Metheny w Beacon Hall. Renesansowe gobeliny w Metropolitan Museum of Art. Zonkile - wszedzie.
Wyszlam kupic mleko, przysiadlam w kafejce. Stolik na chodniku. Na stole kubek. W kubku kawa z mlekiem. W sercu spokoj. Obserwuje, jak przede mna przesuwa sie swiat. Zachodnia czesc jezdni Broadwayu rozkopana. Samochody tlocza sie na jednym pasie, stoja cierpliwie w dlugiej kolejce na czerwonym swietle. Autobus zatrzymuje sie na przystanku. Tarasuje jezdnie, opuszcza stopnie wejscia. Starsza osoba z laska wchodzi stopien po stopniu powoli, powolutku.
Zaciagam sie podmuchem wiatru jak kiedys dymem z papierosa. Niespodzianie przypomniala mi sie ta porzucona przyjemnosc. Przypomniala mi sie, bo wlasnie nieopodal przystanelo dwoje mlodych ludzi. Przed chwila szli pospiesznym krokiem, jeden w jedna, drugi w przeciwna strone. Zobaczyli sie, przywitali serdecznie, teraz stoja i rozmawiaja. Ten wyzszy wyciaga paczke marlboro, czestuje kolege, tamten kreci glowa, ze nie, dziekuje. Palacz pochyla sie nad plomykiem zapalniczki oslanianej od wiatru dlonia. Zaciaga gleboko. Przysiadaja na zaparkowanym przy krawezniku aucie. Acha, bedzie dluzsza rozmowa. Pewnie o wszystkim i o niczym.
I tyle. Kawa w kubku stygnie. Gazeta na blacie stolika lezy nie otworzona. Zonkile w prostokacie posrodku Broadwayu zloca sie w orgii rozpustnej radosci. Male szczescie chwili.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |