[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (19 kwietnia 2002)


My, emigranty

Z Agnieszka Holland rozmawia Maria Kornatowska

Maria Kornatowska: - Nie mialas zamiaru opuszczac Polski. Znalazlas sie za granica w wiadomych okolicznosciach. Pomijajac Twoje oficjalne oswiadczenia, ktore Ci zaszkodzily w oczach rezimu, jak sie naprawde wtedy czulas?

Agnieszka Holland: - Fatalnie, bylam w rozpaczy. Przede wszystkim z powodow osobistych - wiedzialam, ze czeka mnie rozlaka z bliskimi, nie wiadomo, jak dluga. Poza tym nie wiedzialam, co mam robic, co sie ze mna stanie. Mialam swiadomosc, ze skonczyla sie jakas forma mego zycia, forma, w ktorej czulam sie - przynajmniej w plaszczyznie zawodowej - w miare bezpiecznie. Czulam, ze sytuacja, w jakiej sie znalazlam, moze mnie zniszczyc. Nie bylam wcale pewna, czy uda mi sie nad nia zapanowac, obrocic na wlasna korzysc. W dodatku gnebilo mnie poczucie obcosci, nie znalam ludzi.

Kiedy ogloszono stan wojenny, bylam w Szwecji, ale zaraz pojechalam do Francji. Co prawda w Szwecji mialam rodzine, ale zdawalam sobie sprawe, ze nie ma tam po co siedziec. We Francji dzialal aktywny, bojowo nastawiony ruch solidarnosciowy. Bylo tez kilku przyjaciol: Andrzej Seweryn, Sewek Blumsztajn, Jacek Kaczmarski. Oni mnie sciagneli. Mial rowniez przyjechac Andrzej Wajda, by robic Dantona. Francja reagowala wtedy bardzo emocjonalnie, powstawaly komitety pomocy i poparcia dla Solidarnosci, ludzie byli szalenie przejeci. Znalazlam sie w kraju, gdzie, jak uwazalam, nasza sprawa cos dla ludzi znaczy. Nie znalam Francji, bylam przedtem dwa dni w Cannes i pol dnia w Paryzu.

- Czy znalas jezyk?

- Jezyka tez nie znalam. Znalam tylko film, literature i malarstwo. Znalam sztuke i kulture, ale obyczajow juz nie. Wiele rzeczy kompletnie mnie zaskoczylo, na przyklad, ze Francuzi sa nielojalni i nierzetelni. Jesli ci cos obiecaja, juz sam ten fakt daje im wystarczajace poczucie wlasnej szlachetnosci. Czuja sie zatem zwolnieni z obowiazku spelnienia obietnicy. Oczywiscie nie nalezy uogolniac, spotkalam wielu wspanialych Francuzow, zwlaszcza na prowincji. Wytrwale, z samozaparciem pomagali ludziom. Ale w Paryzu jest inaczej. Szczegolnie osoby ze srodowiska filmowego sa aroganckie, nigdy cie naprawde nie zaakceptuja. A jednoczesnie uwazaja, ze Francja jest krajem azylu, krajem goscinnym dla wszystkich. Ich sposob bycia, ich wady utrudniaja cudzoziemcowi adaptacje, utrudniaja zakorzenienie. Utrudnily mi rowniez start zawodowy. Mialam zaawansowany projekt i najpierw nagle znikla aktorka, a pozniej producentka, z powodow czysto prywatnych - chciala, zeby zagral w nim kochanek, ktory ja wlasnie rzucil. Bardzo to bylo niepowazne.

- Nieprofesjonalne.

- Francja nie jest profesjonalna, co stanowi pewien jej wdziek. To kraj ukladow i koterii. Jesli komus wydaje sie, ze laczy go z kims trwala wiez zawodowej lojalnosci i przyjazni, myli sie. W kazdej chwili spotkac go moze niespodziewana zdrada. Najczesciej wynika to z kaprysu. Jesli cos wyglada za dobrze, nalezy to troche podniszczyc. Francuskim zyciem rzadzi kaprys. Zle to znosilam.

- Dlaczego w tej sytuacji nie wracalas do Polski?

- Z kilku powodow, moze nie do konca uswiadomionych. Oczywiscie lek przed represjami ze strony wladz odgrywal zasadnicza role. Ale byla tez we mnie ciekawosc - podobna do tej, jakiej doznalam w wiezieniu - jak ja sie zachowam, jak sie odnajde w nowym polozeniu. Po drugie, w Polsce zaczynalam odczuwac juz pewne upupienie. Zanadto funkcjonowalam spolecznie, sprawowalam wazne funkcje w Stowarzyszeniu, wreszcie wygralam Gdansk. Mialam wrazenie, ze doszlam do momentu, w ktorym - niezaleznie od konsekwencji stanu wojennego - trzeba cos radykalnie zmienic, wymyslic inny sposob na zycie. To zbiorowe myslenie, wieczna zaleznosc od cudzych spojrzen, koniecznosc spelniania cudzych oczekiwan, gombrowiczowska swojskosc - okropnie mnie meczyly. Dzialalnosc w Stowarzyszeniu byla strasznie upierdliwa. Wiekszosc czasu i energii poswiecalam na negocjowanie reformy kinematografii z owczesnymi biurokratami. Na dobitke ci biurokraci calkiem cynicznie dawali do zrozumienia, ze nigdy nie dotrzymaja tego, co obiecywali. Mialam przygnebiajace poczucie bezsensu, straty czasu i energii.

- Dlaczego wobec tego angazowalas sie w te bezsensowna dzialalnosc?

- Z poczucia obowiazku. Wybrano mnie, bylam w zarzadzie, bylam przewodniczaca sekcji fabularnej, mialam temperament dzialacza, wiec wykonywalam moje powinnosci.

- Czy pozostajac na Zachodzie szukalas nowych wyzwan?

- Trudno to wlasciwie wytlumaczyc. Zadzialal skomplikowany uklad przyczyn, ale wazna role odegrala motywacja pozytywna - ciekawosc. Ciekawosc przyszlosci. Stawialam sobie pytanie: co teraz bedzie? Jak sie sprawdze w nowej sytuacji?

- Czy sprostasz wyzwaniu Nieznanego?

- Instynkt Zyda Wiecznego Tulacza ciagle tkwi we mnie. Mialam juz za soba doswiadczenie piecioletniego pobytu w Czechoslowacji, wiec zycie poza Polska nie wzbudzalo we mnie odruchu lekowego, acz mialam swiadomosc, ze teraz bedzie mi trudniej, bo inne uwarunkowania, bo to juz nie studia, bo to Zachod, a nie "bratni" kraj. (...)

- Czy mialas z czego zyc?

- Srednio. Troche zarobilam na scenariuszu Korczaka, ktory byl pisany dla amerykanskiego producenta, zrobilam 10-minutowy filmik dla FR3, dostalam troche pieniedzy na projekt filmu z Isabelle Huppert. Ona sie nagle wycofala. Projekt sie rozpadl, ale jakies male pieniadze mi wyplacono. Zachowanie Huppert zszokowalo mnie. Nie bylam przyzwyczajona do czegos takiego. Teraz w Ameryce co drugi aktor tak sie zachowuje. Postapila glupio, wydaje mi sie, ze potem tego zalowala. Jak odpadla Huppert, chcialam wziac Schygulle, miala wowczas we Francji dobra pozycje. Juz sie prawie zgodzila. Gdyby weszla do gry, zrobilabym ten film. Niedawno widzialam w telewizji wywiad z nia. Na pytanie, czy zaluje jakiejs swojej decyzji, odpowiedziala: "Tak, szkoda, ze nie zagralam u Agnieszki Holland".

- Co to byl za projekt?

- Troche dziwaczny. Sama napisalam scenariusz, luzna adaptacje opowiadania Leonida Andrejewa Ciemnosc. Kameralna historia, troche w duchu Orwella, moze nawet nieco anachroniczna. Ale moglby z tego wyjsc ciekawy film. Projekt byl wlasciwie gotowy. Prawie ruszal. Ktoregos dnia producentka przestala dzwonic i odpowiadac na moje telefony. We Francji - jak nie jestes kims - trudno dobic sie do decydentow, nawet niskiego szczebla, czy to w filmie, czy w telewizji. Nie odpowiadaja na telefony, sekretarki obiecuja, ze zadzwonia, lecz nigdy nie oddzwaniaja. Chyba po dwoch latach wzielam sie na sposob: mowilam, ze dzwonie z Ameryki, a jeszcze pozniej mowilam, ze dzwonie z komorki, z samochodu. Telefony komorkowe byly jeszcze podowczas rzadkoscia - wiec jak w banku mialam ich wtedy na linii. W Hollywood bez najmniejszych klopotow docieralam nawet do szefow studia.

- Zrobilas film o paryskiej "Kulturze".

- Moj przyjaciel Andrzej Wolski pracowal w Videoteque de Paris, ktora prowadzil Pierre Emanuell, przyjaciel Kota Jelenskiego. Dla tej Videoteque de Paris zrobilismy mniej wiecej polgodzinna dokumentacje o KOR-ze, ktora potem pokazywano na mityngach. (...)

Uwazalam, ze nalezy, przede wszystkim, zdokumentowac Kulture, jej zespol redakcyjny. Giedroycia i Zofie Hertzowa znalam dosc slabo, ale z Jelenskim i Czapskim bardzo sie zaprzyjaznilam. Byli fantastycznymi ludzmi. Wydali mi sie najbardziej wolnymi Polakami, jakich kiedykolwiek w zyciu spotkalam. Uwazalam, ze trzeba utrwalic ich obecnosc i trzeba, zeby ludzie w Polsce zobaczyli, jakich maja wspanialych rodakow. To ich podniesie na duchu. Poznalam tez przy okazji Milosza i Herlinga-Grudzinskiego. To byla pierwsza filmowa dokumentacja Kultury, dokumentacja ludzi i pogladow. Zrobilismy ja na szesnastce (16 mm tasmie filmowej - przyp. red.), zeby nie zniknela, zeby mozna ja bylo zarchiwizowac. Ale, przyznaje, ze dokument nie lezy w mojej naturze, traktowalam ten film raczej jako prace spoleczna.

- Poczuwalas sie wciaz do obowiazku wobec ojczyzny?

- Troche tak, a szczegolnie wobec tych ludzi, ktorzy byli prawdopodobnie czyms najlepszym, co ojczyzna wydala. Spotkanie z nimi bylo dla mnie szalenie ciekawe. Duzo sie od nich nauczylam. Ludzie zyjacy w Polsce, zeby przetrwac ten rezim, musieli sie samousprawiedliwiac ze swego konformizmu, z roznych wyborow, jakich dokonywali. I w biografii prawie kazdego czlowieka nawarstwialy sie suply samooklamywan. Natomiast oni byli wolni od tego rodzaju okaleczen. Byli czysci. Mieli interesujace osobowosci, szerokie horyzonty, znajomosc swiata, otwartosc umyslu, jednoczesnie zas glebokie przywiazanie do polskosci w jej najlepszej odmianie. Reprezentowali najwyzsza klase intelektualna. Jozio Czapski mial ciekawe, burzliwe zycie. Byl jakby Don Kichotem, Myszkinem z Dostojewskiego, a jednoczesnie czlowiekiem nie tylko inteligentnym, ale i - co rzadsze - madrym. Kot Jelenski zas byl jednym z najmilszych wsrod znanych mi ludzi. Wybitnie inteligentny, entuzjasta, zarazem skromny, autoironiczny. (...)

Kiedy jezdzilam po Francji z mityngami prosolidarnosciowymi, spotykalam szalenie milych ludzi. Na prowincji nawiazalam kontakty ze srodowiskami lewicujacych katolikow. Jedni z najciekawszych ludzi, jakich poznalam we Francji. Sposrod nich rekrutuja sie ci, co pracuja w takich organizacjach, jak Nauczyciele Swiata albo Lekarze bez Granic, urzadzaja rozne akcje solidarnosciowe i sa otwarci na to, co sie dzieje w swiecie. Natomiast w Paryzu masz wrazenie, ze tych osobnikow nie interesuje nic poza wlasnym pepkiem i ewentualnymi wielkosciami, ktore sami kreuja po to, by je za chwile stracic z piedestalu. Zalezalo mi, rzecz jasna, zeby wejsc do tych srodowisk, ale bylo to mozliwe tylko do pewnego stopnia. Mialam uczucie, ze moge wejsc jedynie do przedpokoju, a salony sa niedostepne dla takich jak ja, metekow.

- Czy nie mialas - w zwiazku z tym - poczucia wyobcowania?

- Zawsze mam poczucie wyobcowania, to dla mnie najbardziej naturalny stan. Zawsze mam uczucie, ze jestem jakos tam obca. Samotnosc jest egzystencjalna kondycja czlowieka. Emigracja poteguje to uczucie czy tez raczej oczyszcza. Odslania sie w calej pelni to, co stanowi przyrodzony los czlowieka, a co maskuja zazwyczaj rytualy codziennej i spolecznej egzystencji. Odpadaja podporki, ktore sobie zazwyczaj stwarzamy. Znalazlszy sie na emigracji doznalam odswiezajacego poczucia czystosci, klarownosci znaczen. Mego poczucia obcosci nie zaciemnialy juz zadne pozory.

- Obca wsrod obcych. Czy nie odnajdujesz w Twojej postawie - nie tylko w Twojej, bo ja to widze takze u Kieslowskiego - czegos bardzo camusowskiego? Czy Camus nie wywarl na was przemoznego wplywu? Ten francuski egzystencjalista trafil w ducha czasu, okreslil wartosci etyczne lat 60. i 70. i odcisnal sie na kinie europejskim tamtej epoki. A w Polsce, ktora ma sklonnosc do pewnych opoznien, wplyw ten trwal dluzej.

- Tak, to prawda. Camus to jedna z moich fascynacji intelektualnych, o czym nie wspomnialam wczesniej. Obcy byl dla mnie wstrzasem, Dzuma - ciekawa ksiazka, ale nigdy nie zrobila na mnie takiego wrazenia. Natomiast Obcy to bylo prawdziwe przezycie. A potem jego eseje, Czlowiek zbuntowany itd. Podobalo mi sie, ze nie ulegal tym okrutnym jakobinskim modom francuskim . Mial odwage myslec po swojemu, bronic rzeczy niepopularnych. W sumie byl najuczciwszym z egzystencjalistow, widzial najjasniej. U Krzyska rzeczywiscie czuje sie wplyw Camusa. Byl jednym z jego ulubionych pisarzy. Bliskie mu bylo camusowskie poczucie obowiazku trwania przy straconych sprawach. Bez zadnych zludzen. Straszna szkoda, ze Camus tak mlodo zginal. Moglby troche zmienic te francuska mape. Odcisnalby na niej swoje pietno. Byl czlowiekiem prawdziwie niezaleznym intelektualnie.

- Gustaw Holoubek powiedzial na swoim jubileuszu, ze poeta i aktor nie powinni emigrowac, bo obaj pracuja w jezyku. A rezyser filmowy?

- Cale kino amerykanskie zostalo stworzone przez emigrantow, nie jestem pierwsza i pewnie nie ostatnia. Rezyseria jest zawodem miedzynarodowym. Pracuje sie w materii, ktora ma uniwersalny charakter.

- Jak radzisz sobie z aktorem, ktory mowi innym jezykiem, posluguje sie innymi gestami, przyzwyczajony jest do innych sygnalow komunikacyjnych?

- Aktorzy sa wszedzie tacy sami. To bylo dla mnie istotne odkrycie, ze aktorzy tworza miedzynarodowa kaste ludzi, ze wszyscy maja mniej wiecej te same potrzeby, ze reaguja na podobny system bodzcow. Oczywiscie, kiedy zostaja wielkimi gwiazdami, ulegaja stresom i demoralizuja sie do tego stopnia, ze ciezko z nimi pracowac, bo zmieniaja sie w instytucje, w celebrity, a aktorstwo schodzi na plan dalszy. Pomijajac tego rodzaju przypadki, nie ma wiekszego znaczenia, czy pracuje sie ze znanym aktorem amerykanskim czy z prowincjonalnym aktorem z Gorzowa. Obaj potrzebuja dokladnie tego samego.

- Czy sprawialo Ci jakas trudnosc porozumiewanie sie z zagranicznymi aktorami, przynajmniej na poczatku?

- Nie. Nawet jak jeszcze slabo znalam jezyk. Aktorzy sa bardzo chlonni, odbieraja sygnaly pozawerbalne. Gorzkie zniwa byly dla mnie ciekawym doswiadczeniem w tej materii. Napisalam scenariusz, adaptacje powiesci Hermanna Fielda i Stanislawa Mierzenskiego. Pisze scenariusze precyzyjnie, to dla mnie partytura emocjonalna. Przetlumaczyla scenariusz moja przyjaciolka Dorota Paciarelli, a potem Brauner dal go swemu totumfackiemu pisarzowi, ktory mial wygladzic niemczyzne, ale przy okazji przerobil tekst po swojemu. Zmiany byly niewielkie, ale zniszczyly moja partyture. Czytalysmy to potem po niemiecku, nie rozumialam w ogole tego jezyka, ale juz z samego czytania wyczulam, ze nie ma tam emocji, o ktora mi chodzilo. Pytam Dorote, czy jest tak, jak napisalam. Ona mowi: nie. Wtedy uswiadomilam sobie, ze wlasciwie moge nie rozumiec doslownie dialogu, poniewaz on sam w sobie jest swoista partytura emocjonalna, a nie nosnikiem dowcipow lub informacji, jak to dzis bywa w filmach amerykanskich. W zwiazku z tym moge rezyserowac w jezyku, ktorego nie znam, i wiedziec - szczegolnie, gdy w gre wchodzi tekst, ktory sama napisalam, ktory przepuscilam przez siebie - czy osiagam prawde ekspresji, na ktorej mi zalezalo, czy nie.

- A pewne obyczajowe stereotypy, zachowania ludzi, relacje miedzy nimi? W kazdej kulturze wyglada to troche inaczej.

- Z tych wzgledow trudno zrobic film wspolczesny w kraju, ktorego sobie jeszcze nie przyswoisz. Oliviera robilam po ponaddziesiecioletnim pobycie we Francji. Juz nie byla mi obca. Juz ja czulam. A aktorzy, ze swej strony, sa otwarci. Sami wnosza pewne rzeczy, ktorych ja nie wiem, proponuja. Jak robie filmy historyczne - pewnie dlatego zrobilam za granica tyle filmow kostiumowych - czuje sie zupelnie swobodnie. Kreuje rzeczywistosc, ktora sobie wyobrazilam, rzeczywistosc wzieta z literatury, z dokumentow, z okreslonej wizji i wrazliwosci danej epoki. I nie musze sie obawiac, ze a nuz ruszam struny, ktore brzmia troche glucho dla miejscowego widza.

- Czy w przypadku "Oliviera" chocby przeprowadzalas specjalna dokumentacje, by wychwycic drobne a istotne realia, specyficzne obyczaje lub zachowania?

- Ogladam francuskie filmy obyczajowe, ogladam telewizje, ogladam francuskie teleturnieje - to dla mnie prawdziwa szkola obyczajow. Widze, jak ludzie reaguja, jak mowia, jak sie zachowuja, jak artykuluja emocje. Ogladam szczegolnie dwa teleturnieje. Jeden nazywa sie "Le juste prix", szczyt idiotyzmu, francuski plebs przychodzi i mowi np., ile ma kosztowac lodowka, ile to, ile tamto. A w drugim - "Questions pour un champion" - popisuje sie erudycja prowincjonalna inteligencja. Wystepuja wspaniale typy ludzkie z klasy wyzszej i sredniej, mnostwo rozmaitych dziwakow. Czytalam gdzies wywiad z corka Chabrola i okazuje sie, ze on tez oglada te dwa teleturnieje.

- I z nich czerpiesz wiedze o tutejszej rzeczywistosci, o tzw. glebokiej Francji?

- Oczywiscie. We Francji pewne rzeczy chwyta sie od razu. Ale w gruncie rzeczy to dosc zamkniete spoleczenstwo. Ludzie nie zwierzaja sie sobie, nie komunikuja sie w sposob spontaniczny. A w tych teleturniejach zachowuja sie nagle inaczej, w sposob niespotykany w normalnych, oficjalnych poniekad okolicznosciach. Szalenie sie obnazaja, nie wszyscy rzecz jasna, ale wielu, co Francuzi rzadko publicznie czynia. W tym jest sama materia zycia. Kopalnia obserwacji. Z drugiej strony, ja te rzeczywistosc widze troche inaczej, na pewno robie inne filmy, nizby zrobil Francuz. Jesli chodzi o Ameryke... Ameryka akurat jest dosc latwa do zlapania, chocby dlatego, ze wszyscy znamy doskonale filmy amerykanskie, zwlaszcza z lat 70. i 80. One mialy w sobie ogromna doze obyczajowego realizmu.

- A w Ameryce tez ogladasz teleturnieje lub seriale? Czy serial, zwazywszy jego konwencjonalnosc, moze byc zrodlem wiedzy o rzeczywistosci?

- Moim zdaniem seriale amerykanskie - jesli chodzi o zapis obyczajow - sa w tej chwili ciekawsze niz filmy fabularne. Np. Ostry dyzur [ER - przyp. red.], najpopularniejszy od lat serial amerykanski: naladowany, swietnie robiony, swietnie napisany, swietnie rezyserowany. Kilku roznych rezyserow go robi, wiec bywa troszke nierowny. Czasem idzie za bardzo w romansowosc, ale duzo w nim obyczajowej drapieznosci. Opis swiata amerykanskiego bez zludzen. W dzisiejszym filmie prawie takiego nie uswiadczysz. Dzisiejsze filmy hollywoodzkie sa lukrowane, a filmy niezalezne - narcystyczne. Redukuja rzeczywistosc do srodowisk swoich autorow.

- Ogladasz to wszystko dla wiedzy. Czy nie jest to jednak wiedza o rzeczywistosci zaposredniczona, przepuszczona przez kilka filtrow?

- Ogladam z roznych powodow: przez ciekawosc, z obowiazku zawodowego. Ogladam jako robote i jako rozrywke. Na poczatku z ciekawoscia ogladalam nawet jakies okropienstwa , chocby talk-shows. Wystarczy obejrzec piec, szesc razy i juz cie absolutnie zbrzydzi. Najgorszego rodzaju white trash rywalizuje ze soba przed kamerami. W Ameryce wiele programow telewizyjnych sluzy pokazaniu obyczaju. Nawet niektore programy polityczne sa w istocie poznawcze obyczajowo. Z tego punktu widzenia telewizja jest dla mnie bardzo interesujaca. Nie ogladam jej duzo, ale pewne rzeczy ogladam. Z korzyscia.

A emigracja... Emigracja jest jak amputacja - to sie nigdy nie odbywa bezbolesnie. Bezpowrotnie tracisz cos, co mialas przedtem. Oczywiscie zawsze mozna powiedziec, ze dziala zasada kompensacji i rozwijasz w sobie jakies inne mozliwosci. To doswiadczenie traumatyczne dla wszystkich znanych mi ludzi, w takim czy innym, mniejszym lub wiekszym stopniu. Pamietam, kiedy znalazlam sie we Francji, zylam w okropnej niepewnosci, nie wiedzialam, co zrobic. Zostac czy wracac do Polski. W gre wchodzilo przeciez i moje zycie osobiste. Wpadl mi wtedy w rece tekst Milosza w Kulturze, wlasnie o emigracji. Milosz pisal, ze emigracja jest zawsze niszczaca, ze lamie ludzi slabych, ale jesli czlowiek jest dostatecznie mocny, moze to doswiadczenie przekuc na wartosc dla siebie. Wiec chwycilam sie tego i pomyslalam, ze musze byc w takim razie mocna.

- Koniecznie chcesz byc mocna, za wszelka cene.

- Mysle, ze w jakims sensie jestem mocna. Nie tylko w sensie fizycznym lub efektywnosci pracy, ale takze w sensie psychicznym, duchowym. Miloszowi chodzilo zreszta glownie o sile psychiczna.

- Trzeba miec w sobie, jak widac, zelazna odpornosc, zeby sprostac emigracji.

- Musisz byc jak wanka-wstanka. Dostajesz w szczeke, padasz, podnosisz sie, padasz, podnosisz sie.

- Chcesz powiedziec, ze zycie w kraju jest latwiejsze?

- Bylo znacznie latwiejsze. Mysle, ze juz powoli przestaje byc latwiejsze, przynajmniej dla ludzi mojego zawodu. Znalezli sie w nowej sytuacji bez przygotowania. Nie wyksztalcili w sobie koniecznej odpornosci i wielu z nich traci grunt pod nogami.

- A wyscie sie przystosowali?

- My, emigranty? To byla sprawa byc albo nie byc. Oczywiscie w Europie nie dadza ci umrzec z glodu, wiec albo padniesz, albo wyhodujesz w sobie te odpornosc i zdolnosc do walki.

------------------------

Fragment wywiadu-rzeki, jaki Maria Kornatowska przeprowadzila z Agnieszka Holland. Zapis calej rozmowy ukaze sie w ksiazce Magia i pieniadze przygotowywanej do druku przez krakowskie Wydawnictwo Znak.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail