ROMAN MARKOWICZ
Nowojorska
kronika kulturalna (muzyka)
Filharmonia Wiedenska przyjezdza do Carnegie Hall rokrocznie od 14 lat. W marcu ta legendarna orkiestra dala w Carnegie Halltrzy koncerty, ktorymi dyrygowal holenderski maestro Bernard Haitink, jeden z "normalniejszych" wielkich kapelmistrzow, rzadko pojawiajacy sie w naszym miescie. Gdy sluchalem dwoch z ich wystepow, powracala mi na mysl opinia Haitinka z wywiadu udzielonego New York Timesowi, w ktorym entuzjastycznie wyraza sie o tym niepospolitym zespole symfonicznym. "Oni sa niesamowici. Mysle, ze to najbardziej zapracowana orkiestra na swiecie: gra w operze dzien w dzien i na proby repertuaru symfonicznego nie ma prawie czasu. Jednak kiedy wiedenczycy zaczna grac i sa w dobrym nastroju, sa naprawde fantastyczni". Tym razem najwyrazniej byli nie tylko w dobrym nastroju, ale mieli przed soba maestro Haitinka, ktory bez widocznego wysilku zdopingowal ich do tego szczegolnego, niewytlumaczalnego, ale odczuwalnego zaangazowania, ktore stanowi o sukcesie artystycznym, o wielkim, a nie tylko bardzo dobrym wykonaniu.
Jest to orkiestra odmienna w brzmieniu od innych, co w znacznej mierze wynika z doboru instrumentow detych (pochodzacych z XIX stulecia) i ze specyficznej grupowej muzykalnosci, zakorzenionej wsrod instrumentalistow i przekazywanej z generacji na generacje. Jesli chodzi o smyczki, miekkosc i wyrownanie ich brzmienia, a takze umiejetnosc grania pianissimo sa powodem do zachwytu. Co zas do instrumentalnych zdolnosci poszczegolnych muzykow, to wystarczylo posluchac symfonicznego poematu Don Kichot Straussa, aby przekonac sie, ze wiedenczycy sa takze pierwszorzednymi solistami. Tym razem byli to altowiolista Tobias Lea (grajacy partie Sancho Pansy) oraz wiolonczelista Franz Bartolomey, wykonujacy partie bohatera poematu. Nie wiem, ile zaslugi nalezy przypisac maestro Haitinkowi, ktorego wlasna, naturalna muzykalnosc uzupelniala jedynie zbiorowa muzykalnosc orkiestry.
W symfoniach Mozarta (nr35 D-dur tzw. Haffnerowska) i Haydna (nr 101 rowniez D-dur tzw. Zegarowa) pod batuta Haitinka tempa byly raczej zywe, ale nie pospieszne. Brzmienie orkiestry o zmniejszonym skladzie do tych klasycznych kompozycji - bogate i pelne, nawet z pewnym nadmiarem kontrabasow, ale przejrzystosc zawsze zachowana. Ze wszystkich interpretacji emanowala ponadto swiezosc i spontanicznosc. W wielkiej - i czasami robiacej wrazenie zbyt dlugiej Symfonii C-dur nr 9 Schuberta, ktora wypelnila druga czesc sobotniego koncertu, Haitink pokazal inteligencje i zdrowy muzyczny rozsadek w mistrzowskim stopniowaniu tempa powolnej introdukcji prowadzacej do Allegra: w innych rekach jest to czasami gwaltowna "zmiana biegow". Mozna bylo zadawac sobie pytanie, dlaczego inni dyrygenci nie wpadli na ten pomysl.
Koncerty 15 i 16 marca zakonczyl bis w postaci jednego z mniej znanych walcow Straussa (Johanna, nie Richarda); w tej muzyce orkiestra zgola nie potrzebuje dyrygenta! Co ciekawsze, kompozycje, ktore zaliczamy do kategorii popularnych czy niepowaznych, naprawde na te opinie nie zasluguja: jest to muzyka pelna inwencji, ciekawych melodii, elegancji i wdzieku. W umiarkowanych dawkach, trudno o smaczniejszy muzyczny deser.
17 marca w katedrze sw. Patryka 32-osobowa grupa muzykow Filharmonii Wiedenskiej zaoferowala nowojorczykom bezplatny koncert poswiecony pamieci ofiar wrzesniowego ataku terrorystycznego. Byl to piekny gest wiedenczykow, ktorzy tym razem bez dyrygenta grali kompozycje Mozarta, Haydna i Brucknera. Ich wystep zostal zarejestrowany i bedzie nadany na kanale 13 (PBS) dzis, w piatek 29 marca.
Dwa razy Lutoslawski
W ostatniej kronice ubolewalem, ze w programach koncertow Filharmonii Narodowej z Warszawy nie znalazlo sie miejsce na polska muzyke. Dla Lutoslawskiego znalazlo sie ostatnio miejsce w programie nie tylko Filharmonii Nowojorskiej, ale rowniez Manhattan School of Music.
III Symfonia Witolda Lutoslawskiego figurowala w programie dyrygowanym przez Leonarda Slatkina, znanego z propagowania muzyki wspolczesnej. Wypelnila ona druga polowe koncertu, na ktory zlozyly sie ponadto Tance rumunskie Béli Bartoka (znane dzis glownie w skrzypcowej aranzacji, choc oryginalnie skomponowane na fortepian) oraz II koncert fortepianowy g-moll op. 16 Prokofiewa. Solista w Prokofiewie byl mlody rosyjski fenomen klawiatury Arcadi Volodos, entuzjastycznie i wielokrotnie juz recenzowany na lamach Przegladu Polskiego. Slatkin, podobnie jak Bernstein przed laty czy inny jego kolega Michael Tilson Thomas (obecny dyrygent San Francisco Symphony), wierzy, ze pewne wspolczesne kompozycje wymagaja wprowadzenia i jego przemowy do publicznosci sa bardzo atrakcyjne: pelne erudycji, ale tez humoru i wypowiadane w bardzo osobisty sposob, latwy do przyjecia. Byc moze pomogl choc tym sluchaczom, dla ktorych polgodzinna i grana bez przerwy Symfonia Lutoslawskiego jest symfonia wylacznie z nazwy, a nie z formy. To muzyka orkiestrowych kolorow, gdzie struktura motywow wydaje sie nie istniec. Aluzje do formy sonatowej, kontrastujace tematy, podzial na trzy epizody czy roznica w tempie nie sa latwe do wychwycenia przy pierwszym, drugim czy nawet trzecim sluchaniu.
Koncert fortepianowy Prokofiewa, skomponowany w czterech czesciach, dal fantastyczne pole do popisu soliscie, ktory z dziecinna latwoscia, niemal lekcewazeniem, pokonal techniczne wymagania bombastycznej partii. We wczesnych latach 20., kiedy kompozytor prezentowal swoje dzielo jako solista, II koncert nie cieszyl sie powodzeniem i bylo to chyba uzasadnione niepowodzenie. Volodos, jak uprzednio, zaimponowal zdolnoscia ukazania porzadku w chaosie tysiaca wymagajacych pianistycznej akrobatyki akordow. Jak zwykle tez, nawet przy wielkiej energii, temperamencie i kreowaniu ogromnych mas dzwieku, fortepian ani przez moment nie brzmial perkusyjnie. Na ostatnim z czterech abonamentowych koncertow publicznosc wymusila od solisty bis w postaci blahej Polki italienne Rachmaninowa w transkrypcji Volodosa na szesc rak: miejscami trudno bylo uwierzyc, ze dwie zaledwie rece wydobywaja bez wysilku efektowne fajerwerki godne legendarnych transkrypcji Horowitza, na ktorym zreszta Volodos wyraznie sie wzoruje. Nie chce byc jednak znany wylacznie z tej strony i jego ostatnia CD, opublikowana przez Sony Classical, zawiera dwie sonaty Schuberta (SK 89647). Obie kompozycje - wczesna niedokonczona E-dur D. 157 i jedna z pozniejszych, G-dur D. 894 o symfonicznych rozmiarach - artysta wykonywal w Nowym Jorku podczas dwoch ostatnich sezonow i jego koncertowe wersje wydaly mi sie bardziej przekonujace niz wersje studyjne. Oczywiscie uderzenie, zdolnosc wyspiewania frazy Schuberta i gradacje tonalne nie podlegaja dyskusji. Brakowalo mi jednak odrobiny silniejszego rytmicznego koscca, bardziej wyczuwalnego pulsu w typowych dla tej kompozycji "niebianskich dluzyznach". Cieszy jednak, ze ten ambitny muzyk podjal sie prezentacji muzyki, w ktorej wykazal glebie i dojrzalosc - cechy czasami wciaz nieobecne w grze jego slynnego kolegi Kissina. Nie znaczy to oczywiscie, ze zapomne nieporownywalne wersje Radu Lupu, Brendela czy Schiffa, ale i oni nie byli tak dojrzali majac zaledwie 29 lat.
*
O ile wlaczenie symfonii Lutoslawskiego do programu Filharmonii Nowojorskiej nie dziwi, to wykonanie Koncertu fortepianowego tego kompozytora przez studentke Manhattan School of Music bylo prawdziwa niespodzianka. Solistka - kanadyjska studentka (na doktoranckim programie) Jessica Bruser - trudna partyture wykonala z pamieci, na co nie odwazyl sie nawet Krystian Zimerman, ktoremu Lutoslawski swoje dzielo dedykowal, ani norweski pianista Leif Ove Andsnes, ktory miesiac wczesniej gral ten sam koncert w Avery Fisher Hall, rowniez pod batuta Leonarda Slatkina. Co nawet bardziej zaskakujace, ze stajac do konkursu na wykonanie koncertu z orkiestra, mloda Kanadyjka nie zdecydowala sie na jakis popularny utwor, ale postawila sobie wielce ambitne zadanie nauczenia sie kompozycji, ktora bez watpienia bedzie jej trudniej "sprzedac" niz standardowego Rachmaninowa czy Prokofiewa. Tym razem jednak przy wartym uznania wspoludziale kolegow i dyrygenta-kompozytora Günthera Schullera Bruser zaoferowala absolutnie autorytatywna interpretacje, ktora przyniosla jej szczera, dlugotrwala owacje wypelnionego po brzegi audytorium i nie mniej cenna, pozytywna wzmianke w New York Timesie. Brawa dla pianistki, brawa dla Manhattan School Symphony i brawa dla wszystkich menedzerow i organizatorow, w ktorych gestii jest planowanie nastepnych tournée polskich orkiestr, dzieki ktorym uslyszec bedziemy mogli nastepna... tak, zgadli panstwo! symfonie Czajkowskiego albo Brahmsa, bo polska muzyka - w ich mniemaniu przynajmniej - dla Amerykanow jest zbyt trudna.
Ohlsson i Schiff
Volodes nie byl jedynym z ciekawych pianistow, ktorych dane mi bylo uslyszec w ciagu ostatnich paru tygodni. Dwa recitale utkwily w pamieci, a kazdy z nich prezentowal kompozycje pochodzace z odmiennych krancow repertuarowego i emocjonalnego spektrum.
Garrick Ohlsson poswiecil swoj recital w Carnegie Hall niemal w calosci kompozycjom lub transkrypcjom Rachmaninowa (recital zaplanowany byl w serii "Focus on Rachmaninoff"), natomiast Andras Schiff - w calosci kompozycjom Mozarta. Nie ukrywam, ze interpretacje Ohlssona dosc czesto wprawiaja mnie w stan zdumienia, ze tak utalentowany, inteligentny, obeznany z najlepszymi wzorami pianista potrafi dostarczyc prozaicznych, bezbarwnych wykonan. Obawy rozwialy sie na szczescie juz od pierwszych nut Partity E-dur Bacha na skrzypce solo, w niezrownanej transkrypcji Rachmaninowa na fortepian. W Ohlssona wstapil jakby inny duch i przez 90 minut mielismy do czynienia z wirtuozem o potedze brzmienia i delikatnosci, rytmicznej kontroli i poczuciu subtelnego rubato, nieokielznanej energii i wirtuozerii, ktora na zawolanie potrafil podporzadkowac wymaganiom muzyki.
W programie ulozonym z nieprzecietna wyobraznia znalazla sie rowniez swiatowa premiera napisanej dla Ohlssona, a zamowionej przez Carnegie Hall Corporation kompozycji Johna Adamsa American Berserk. Rachmaninow zdominowal druga czesc: uslyszelismy dwa znane preludia (cis-moll i g-moll), karkolomne i o niezrownanej lekkosci i gracji scherzo ze Snu nocy letniej Mendelssohna w fantastycznie efektownej i godnej orkiestrowego oryginalu transkrypcji oraz efektowna choc bombastyczna II sonate b-moll op. 36 w nieskroconej wersji. Ucieszylo mnie, ze sonata, ktora Ohlsson zaczal grac zaledwie rok temu, nabrala teraz wiekszego sensu muzycznie, a jej ogromnych trudnosci pianista wydawal sie nie zauwazac. Byl zreszta tego wieczoru we wspanialej formie.
Moje obiekcje powrocily niestety po wysluchaniu jego nowych kompaktow nadeslanych uprzejmie przez firme Arabesque, na ktorych znajdujemy sonaty Beethovena (op. 106 i op.31 No1) oraz mieszanke Bacha, Mozarta, Haydna, Chopina, Skriabina i Rachmaninowa (Beethoven Z-6737, Pieces of a Dream Z-6755). Na beethovenowskiej plytce szczegolnie zawiodl w Sonacie G-dur op. 31, wyzbytej wdzieku i humoru niezbednego w tej szczegolnej kompozycji, natomiast monumentalna sonata Hammerklavier jest latwiejsza do zaaprobowania. Kolekcja Pieces of a Dream zastanawia: dream mozna przetlumaczyc albo jako marzenie, albo jako sen. Jesli marzenie - to chyba niespelnione, jesli sen - to niespokojny. Godne polecenia wydaja sie jedynie Funerailles Liszta i dwie etiudy Skriabina.
Pianistyczny arsenal Andrasa Schiffa czyni go idealnym interpretatorem nie tylko Bacha, ale i Mozarta.
W programie poswieconym poznym kompozycjom Mozarta Schiff staral sie wyeksponowac polifoniczny charakter niektorych z sonat i robil to z niezwykla klarownoscia. Rozpoczal Fantazja c-moll (K. 475); sonata w tej samej tonacji (K. 457) czesto wykonywana wraz z Fantazja, tym razem otwierala druga czesc programu. Po niej nastapily Rondo a-moll (K. 511) i sonaty F-dur (K. 533/K. 494) i D-dur (K. 576). Druga czesc programu obok Sonaty c-moll wypelnily pelne humoru wariacje G-dur na temat Glucka (K. 455). Schiff ma specyficzne uderzenie i koncepcje dzwieku: jest to krystalicznie czysty dzwiek, idealnie wywazony i zdefiniowany, co daje wyjatkowa przejrzystosc w polifonicznych momentach. Przy tym wszystkim pewien brak wokalnej spiewnosci - nie brak legata! - pozbawia miejscami muzyke lubianego przeze mnie operowego charakteru. Mozart Schiffa jest latwiejszy do podziwiania niz do pokochania: elegancki, ale troche zdystansowany, zimny.
Nadeslany mi przez firme ECM recital Schiffa, nagrany na zywo i oferujacy muzyke Schumanna (Humoreska op. 20, Noveletten op. 21 i Sonata f-moll op. 14) ECM New Series 1806/07, 289 472 119-2 jest imponujacym dokumentem. Rzadko grywane w calosci Noveletty znalazly w nim idealnego interpretatora. Rytmiczny puls i fragmenty o dominujacych rytmicznie motywie sa najpomyslniej eksponowane. Brakowalo mi w Humoresce czy pewnych emocjonalnych fragmentach sonaty czystego natchnienia, zarliwosci, zapamietania sie.
Jubileusz i piekny powrot
Mowiac o niezawodnych palcach: dwa koncerty prezentowane przez Chamber Music Society of Lincoln Center poswiecone byly dwom muzykom o ogromnym wplywie i wielkich osiagnieciach artystycznych. Pierwszy - 70-leciu skrzypka Josepha Silversteina, slynnego koncertmistrza Orkiestry Bostonskiej, dyrygenta, pedagoga, kameralisty i solisty. W tej ostatniej roli wystapil w Sonacie na skrzypce solo Bartoka, jako partner pianisty Lee Luvisiego gral w Rondzie h-moll Schuberta, wreszcie jako pierwszy skrzypek w Divertimencie D-dur K. 334 Mozarta.
Silverstein do dzis ma wzglednie niezawodne palce, intonacje i kontrole smyczka. Samo to nie wystarczylo, szczegolnie w genialnej Sonacie Bartoka, do wzbudzenia zachwytu. Dzielo to jest rowniez muzycznym opowiadaniem, gdzie narrator musi przemienic sie w kilka roznych postaci. To, co uslyszelismy, trudno bylo nazwac narracja czy pelna wrazen historia: byla to blada, wyzbyta energii wersja, z trudem przekazujaca tresc muzyki. W Rondzie Schuberta sluchalem z wiekszym zainteresowaniem partii fortepianowej, bardzo muzykalnie i pewnie technicznie granej przez Luvisiego, jednego z najlepszych kameralistow wsrod czlonkow Chamber Music Society.
Glowna atrakcja drugiego koncertu - chyba nie tylko dla mnie - byl udzial stopniowo powracajacego do oburecznego repertuaru Leona Fleishera. Jego prawa reka staje sie coraz sprawniejsza i w Kwartecie fortepianowym c-moll Brahmsa znalazlo sie bardzo niewiele czysto palcowych potkniec. Powtarzac, ze Fleisher jest wielkim muzykiem, to truizm: wydaje mi sie, ze lata z dala od repertuaru fortepianowego oraz przychodzaca z wiekiem dojrzalosc uczynily z niego artyste jeszcze wiekszego, niz nim byl w polowie lat 60., kiedy z powodu choroby reki musial zrezygnowac z kariery. Jego Brahms - i nie mowie tu wylacznie o ostatnim koncercie - zyskal glebie, zrozumienie i szlachetnosc nie tracac lwiego pazura, temperamentu i energii. Towarzyszyli Fleisherowi mlodsi, ale bardzo utalentowani muzycy: skrzypek Cho-Liang Lin, altowiolista Daniel Philips i wiolonczelista Gary Hoffman, ktorego solo w III czesci bylo przeslicznie wyspiewane. Po przerwie ta sama grupa powrocila, aby wykonac jedna ze specjalnosci Fleishera Suite na dwoje skrzypiec, wiolonczele i fortepian na lewa reke op. 23 skomponowana przez 33-letniego Ericha Wolfganga Korngolda na zamowienie austriackiego pianisty Paula Wittgensteina, ktory stracil prawa reke na rosyjskim froncie podczas I wojny swiatowej.
W piecioczesciowej i bardzo zreszta dobrze skonstruowanej kompozycji o wyjatkowo trudnej partii fortepianowej Fleisher zablysnal barwami zaledwie zasygnalizowanymi w Brahmsie, a i cala grupa objawila pelne zaangazowanie. Nie mialem watpliwosci, ze slucham interpretacji definitywnej.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |