GRAZYNA DRABIK
Wieczor "Try to Praise the Mutilated World"
I dlatego tkliwosc...
Co
to byl za wieczor! Mroczne audytorium w Cooper Union jasnialo
od poetyckiego slowa, wzajemnej zyczliwosci czytajacych,
cieplego oddzwieku wsrod sluchaczy. Wydawalo sie niemozliwe,
zeby mozna bylo po prostu czytac i czytac, sluchac i sluchac.
To zacznie nudzic. Kos bedzie sie krecic. Kos wyjdzie. Cos
sie nie uda. Nic podobnego.
Od poczatku do konca, wieczor byl wspanialy. Dwie i pol godziny skupienia,
niezwyklego szacunku dla slowa i najzwyklejszej przyjemnosci.
*
Gratulacje naleza sie inicjatorce spotkania, Alice Quinn. Organizatorom, Poetry
Society of America, The New York Institute for the Humanities oraz Instytutowi
Kultury Polskiej. Czytajacym wiersze: tlumaczom, dwojce polskich aktorow, amerykanskim
pisarzom.
Uczestnicy przyjechali z Teksasu i z Polski, z Paryza, Chicago, New Jersey...
Wsrod czytajacych byli W. S. Merwin i C. K. Williams, laureaci Pulitzera, Robert
Pinsky z tytulem Poety-Laureta, Edward Hirsch wyrozniony przez National Book
Critics Circle i The American Academy i inni, jak Mary Karr i Rosanna Warren,
mniej nagradzani, lecz piszacy wiersze nie mniejszej miary. Byli pisarze Susan
Sontag i Lawrence Weschler, ktorych zycie osobiste od dawna splotlo sie z polskimi
sprawami oraz ci, ktorych z Polska laczy tylko nic poezji. Byly osoby znane
z zawodowych osiagniec, jak Renata Gorczynska, czy Wendy Lesser, redaktorka
swietnego The Threepenny Review w Kalifornii; i te, jak Clare Cavanagh,
ktore w zgrzebnej roli tlumacza pozostaja w cieniu. Obok slynnej Elzbiety Czyzewskiej,
wystapil mlody Omar Sangare.
Niezaleznie od rangi podchodzili do mikrofonu skromnie, w alfabetycznym porzadku,
przedstawiali sie krotko, wyjmowali garsc wierszy. Kazdy mial wolna reke w wyborze,
tylko czas wyznaczal granice. Wybrane teksty - dwa, trzy wiersze - mialy sie
zmiescic w kilku minutach lektury.
Z czterech honorowanych poetow, jeden mogl przyjechal osobiscie, Adam Zagajewski.
Pozostali spogladali na nas zza plecow lektorow, ze swietnie dobranych zdjec-plakatow:
Zbigniew Herbert z mlodzienczym, niespodziewanie szelmowskim usmiechem na twarzy.
Czeslaw Milosz, mlody i bezczelnie przystojny. Wislawa Szymborska, radosnie
holubiaca w ramionach dorodne borowiki.
Zaczelo sie od jednego wiersza. Kilka miesiecy temu ukazal sie uderzajacy numer New Yorkera. Na czarnej przestrzeni okladki biale litery zaznaczaly jedynie
tytul i date: 21 wrzesien, 2001. Na ostatniej stronie wydrukowano wiersz-prosbe,
napomnienie i deklaracje nadziei, pomimo absurdu zniszczen. Znaczacy tytul: Try to Praise the Mutilated World. 21 linijek wstrzemiezliwego tekstu.
Pod wierszem nazwisko autora - Adam Zagajewski i tlumaczki - Clare Cavanagh.
Wiersz spotkal sie z nadzwyczajnym przyjeciem, wywolal lawine listow. Zrodzil
sie pomysl wieczoru polskiej poezji. W realizacji pomogl zbieg okolicznosci:
Alice Quinn, redaktorka dzialu poezji w New Yorkerze, jednoczesnie jest
przewodniczaca Poetry Society of America, organizacji, ktora stara sie z inwencja
o rozpowszechnianie poezji. PSA znalazlo chetnego partnera w Polskim Instytucie
Kultury.
*
Alice Quinn powiedziala mi, ze zaraz po wydarzeniach wrzesniowych jej impulsem
bylo napisac do Milosza i Szymborskiej z prosba o wiersze do druku. Bylo w jakis
sposob dla niej oczywistym, ze wobec tragedii, ktora dotknela miasto, wlasnie
u tych poetow powinna szukac - wlasnie, szukac czego? Pociechy? Zrozumienia?
Wywazonej oceny? Co moze poezja wobec zagrozenia? I dlaczego wlasnie polska?
Nazwalam sobie kiedys to pokolenie polskich poetow "sceptycznymi humanistami".
Miron Bialoszewski, Julia Hartwig, Zbigniew Herbert, Artur Miedzyrzecki, Tadeusz
Rozewicz, Wislawa Szymborska, wszyscy z urodzeni w latach 1920 i starszy od
nich Czeslaw Milosz, przygniecieni przez lawinowo walaca historie, odmowili
podporzadkowania sie wymogom epoki. Szukali wlasnych sciezek. Mowili w imieniu
pojedynczego czlowieka. Kazdy wypracowal indywidualny styl, natychmiast rozpoznawalny
dla czytelnika. Szymborska zadziwia darem minianegdoty i paradoksu. Milosz na
glos medytuje, buduje tamy przeciw morzu niepamieci. Rozewicz cierpliwie ryje
podziemne korytarze. Herbert zachwyca bogactwem i trafnoscia syntezy. Polaczyla
ich definicja poezji jako strefy etycznych i filozoficznych zaangazowan. O nieprostych
sprawach mowia jezykiem prostoty. Jak okresla to Szymborska w wierszu Pod
jedna gwiazdka czytanym w Cooper Union przez Edwarda Hirscha: "Nie miej
mi za zle, mowo, ze pozyczam patetycznych slow,/ a potem trudu dokladam, zeby
wydaly sie lekkie".
Byc moze, w wielkim schemacie rzeczy pojedynczy los niewiele sie liczy. Ale
to wszystko, co mamy. Dzieli nas tylko cienka granica miedzy byc a nie byc.
Smierc jest wszechobecna. Wkrada sie zdradziecko, kiedy czuwamy przy lozku przyjaciela,
jak w wierszu Herberta Pan Cogito obserwuje zmarlego przyjaciela, czytanym
przez Mary Kerr, wlasnie kiedy wyjdziemy na chwile "na korytarz/ zapalic papierosa".
Ludzcy, to znaczy wpisani w czas, okrutnie i wspaniale, zdolni do zachwytu
wobec podarowanego nam momentu. W slowach Milosza w Radach: "Jest bardzo
duzo smierci i dlatego tkliwosc/ dla warkoczy, spodnic kolorowych na wietrze,/
lodeczek papierowych nie trwalszych niz my sami".
*
Wieczor 13 marca potwierdzil rezonans, jaki ta poezja znalazla wsrod szerokiego
grona czytelnikow. Sala byla pelna, wiekszosc stanowili Amerykanie, sporo ludzi
znanych, m.in. Salman Rushdie. Dwa aspekty wieczoru byly dla mnie szczegolnie
znaczace. Wsrod Polakow obecnych na sali zauwazylam sporo pochodzenia zydowskiego,
z emigracji 1968 r. Polska ich wyrzucila. Oni jednak pozostaja w kregu jezyka
i kultury polskiej.
Wyjatkowy byl takze ton osobistego zaangazowania czytajacych. W ich krotkich
wypowiedziach powtarzal sie watek szacunku i podziwu dla polskich poetow. Edward
Hirsch okreslil ich jako "poetow metafizycznych, ktorych historia zmusila do
przyjecia roli politycznej, z obowiazkiem dawania swiadectwa". Byl on jednym
z dwoch Amerykanow, ktorzy do grona wybranych przez organizatorow, dodali jeszcze
jeden glos, czytajac wiersze Tadeusza Rozewicza. Wendy Lesser wspomniala wazna
role ,jaka Milosz odegral w Berkley. W.S. Merwin ze wzruszeniem mowil o przywileju
przyjazni z Herbertem. Dziekowal swoim mistrzom, Miloszowi, Szymborskiej, Rozewiczowi
"za wsparcie i olsnienia", ktore znajduje w ich wierszach. Rosanna Warren chwalila
polska poezje jako odtrutke na kult ego dominujacy w amerykanskiej poezji. Kiedy
C.K. Williams czytal Rue Decartes mialam wrazenie, ze slowami Milosza
opowiada o wlasnej wizycie w Paryzu: "Mijajac ulice Descartes/ Schodzilem ku
Sekwanie, mlody barbarzynca w podrozy/ Oniesmielony przybyciem do stolicy swiata".
Publicznosc chetnie wylapywala lzejsze momenty. Smiala sie, kiedy Czyzewska
dobitnie punktowala ironiczny Glos w sprawie pornografii Szymborskiej,
a Urodziny, w jej wykonaniu rozdzwonily sie pieknie polskimi zgloskami,
aliteracja, zabawnymi rymami.
Ogolnie jednak panowal nastroj powagi. Ramy calosci bowiem zakreslila pamiec
wrzesniowej tragedii. Wieczor otworzyla Clare Cavanagh nowym wierszem Szymborskiej Fotografia z 11 wrzesnia. Zakonczyl Zagajewski wierszem, ktory dal impuls
do spotkania.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |