PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (15 marca 2002)


ANNA STRONSKA

Ballada o pieniadzu

Po drodze z Konstancina na Slomczyn, w bok od Baniochy, przed Parcela, dawny majatek Obory; okolica - Muchow i Osuchow, Marciniakow, Mrowkow, Baranow i Dzieciolow. Mazowsze. Wszystko tutaj jakies szorstkie, twarde: nazwiska i narowy, a nawet nazwy miejscowosci. W ubogim przywarszawskim krajobrazie, w niedobitych laskach, na zabiedzonych lakach rozsiadly sie te zle skrojone, dwusylabowe, krotko ciete Parczewy, Marki, Tluszcze. Okolica ma renome biednej i niezbyt bezpiecznej. Ludziom brak na zycie i nie brak na wodke. Pije sie cierpliwie, do nieprzytomnosci, ktorej swiadkowie w razie potrzeby zaklinaja sie pozniej przed wysokim sadem, ze oskarzony niewinny, to wodka byla pijana. Chodzil od rana napity i dlatego tak nieladnie wyszlo. Zabil, no zabil, ale czy chcial? Sam z siebie na pewno by tak nie zrobil.

Po wojnie, po reformie rolnej Ministerstwo Kultury i Sztuki sprezentowalo literatom nieco na wyrost palacem okrzykniety dwor, piekniejsza od niego oficyne, park ze stawami... Tak zaistnial Dom Pracy Tworczej Literatow w Oborach, ulubiony azyl Slonimskiego, Andrzejewskiego, obu Brandysow, Kusniewicza... ale to temat na osobna bajke. Te Obory, jak warszawski Zoliborz - z francuska na polski, aubord czegos tam - Wisly? Puszczy? - zbudowal i sprezentowal szwagierce Jan III Sobieski. Podobno jej nie znosil i chcial pozbyc sie z Warszawy. Daj Boze kazdemu takich niezyczliwych szwagrow. Co prawda, mowi sie o jeszcze jednej przyczynie exodusu. Okolica nawet dzisiaj jest bagnista, wiec mozna sobie wyobrazic, jak wygladala za czasow banitki. A owczesni medycy utrzymywali, ze malaria dobrze robi na sekretna chorobe.

Raporty o kondycji szwagierki nie przetrwaly, natomiast literaci w Oborach czuli sie wybornie. Choc poczatki byly zlowrozbne. Sporo butelek (juz pustych) i kamieni przefrunelo przez mur, zanim w czworakach - juz nie dworskich, tylko pegeerowskich - zdecydowano sie na zawieszenie broni. Staraniem zabiegajacych o trwaly pokoj tworcow odbyl sie uroczysty wieczor pojednawczy, zaszczycony wylacznie przez stare baby oraz male dzieci. Literaci wychodzili z siebie, zeby skokietowac oporna publicznosc. - Moi drodzy - protekcjonalnie zagaila reprezentantka gospodarzy, byla ziemianka, reklamujaca sie jako specjalistka od porozumien z ludem. - Moi drodzy, wam to sie wydaje, ze pisarz nic nie ma do roboty, tylko przez calutki dzien bozy lazi dookola gazonu, albo spi, albo karmi ptaszki, podczas gdy wy ciezko pracujecie...

Babiny przytaknely.

- A widzicie - ucieszyla sie dama, kontenta z nawiazanego kontaktu. - Niestety, prawda nie jest taka prosta. Bo my tez pracujemy... nam tez nie jest lekko... My myslimy!

Tu urwala, dla wzmozenia efektu przed dalszym wykladem. A gdzies od drzwi odezwal sie zatroskany babski dyszkant.

- Co bysmy mieli nie rozumiec? Kazdy cos kombinuje, czasy takie.

Otoz to. W Roku Panskim 1989 czasy znow sie odmienily, podzielonemu na dwie nieprzyjazne (co najmniej nieprzyjazne) organizacje srodowisku zajrzala bieda w oczy. Dzieki pomyslowosci znakomitego kierownika, w podziece wygryzionemu przez tandem bardzo nieciekawych osob, w Oborach odbywaja sie wesela i to ratuje przyjezdzajacych tutaj literatow, juz pozbawionych wsparcia z ministerstwa.

Zanim go zawistni przydeptali, kierownik zabiegal, zeby zrobic z Obor adres modny w swiecie interesow. Zrobil. Kogo stac, ten zeni sie w Oborach. Najpierw - z duzym wyprzedzeniem - ustalic trzeba termin, zeby zmiescic sie w kolejce. Sezon od czerwca po wrzesien, na upartego - pazdziernik. Maj niepopularny, zdarzaja sie amatorzy, jednak zdaniem niektorych nie jest to najlepsza pora na oltarz. Nie wiedziec czemu akurat romansowy maj nie kojarzy sie ludziom ze szczesliwa miloscia, przynajmniej z ta zaobraczkowana.

Im wieksze koszta, tym dluzej smuza sie przygotowania. 30 czy 40 tysiecy dolarow - nie w kij dmuchal. Ludzie lubia wiedziec, za co placa, i targuja sie z wprawa, z zajadloscia, z furia, ktora poprzedzala litkup na jarmarkach ich dziadkow.

Oborski personel bezblednie rozpoznaje i ocenia gosci. Jeszcze taki w portfelu mocny odezwac sie nie zdazyl, a juz wiedza, czy zabawa grzeczna bedzie czy szemrana. Personel nie ma zle, przy domu samochod albo dwa, w mieszkaniu sprzet stereo, na dzialce budowa, bo gdzies trzeba bedzie wyniesc sie na emeryture, ale nawet w zestawieniu z bezrobotnymi po pegeerze na Parceli, oborscy nie poczuwaja sie do zamoznosci. U oborskich za pieniadze mozna kupic uslugi, ale nie szacunek. - Od tych majatkow swiruja - skarzy sie kelnerka. Kto on jest, zeby na mnie krzyczec? Taki sam chamus jak ja, tylko wzbogacony.

Zeby bylo smutniej - do prostactwa poczuwa sie kobieta rozsadna i wrazliwa. Mozna jej pozazdroscic wspaniale wychowanych dzieci. Pracuje zajadle, czasem i po dwadziescia godzin na dobe. To jest jej cena za wyksztalcenie corek, za stereo i woz.

Tydzien w tydzien - literaci do kata. Ubieglej soboty palacyk rozjarzyl sie iluminacja ku czci konstancinskich pralni i skolimowskiej piekarni. W kolejna poweseli sie socjeta urodzona w chalupach, podchowana za ojcowskie pensje z pegeeru, z fabryki, bardzo od niedawna, w wirowce nowych czasow podniesiona do duzych pieniedzy.

Wszystko gotowe. Czekamy. Obsluga wyczuwa, ze latwo nie bedzie. Zaraza, a nie goscie. Zadufane to w sobie, wazniackie. Targowica do obrzydzenia, nie szlo sluchac. O takich mawia sie wsrod personelu, ze w jedna noc lekka reka puszcza rownowartosc dobrego samochodu, ale wroca sie skad badz po pol kilo szynki zostawionej na polmisku.

Dzisiaj stoly na 110 osob. Raczej male wesele. Zeszlym razem, chociaz nie, wczesniej, jak biustonosze czy garaze pobieraly sie z wytwornia butow, przyszlo nakrywac dla 180.

Zdarzaja sie dziwnosci, mieli tu wesele - nawet - bezalkoholowe. Co uslyszawszy, ja zaczynam sie targowac. Nie bylo alkoholu? Zadnego? A zadnego. Niemozliwe. Polskie wesele, bez wodki?

Rozmowca juz zniecierpliwiony. - No przeciez mowie... Nie pili, chyba ze kto swoja przyniosl. Kropelki alkoholu, samo wino, piwo i rozne nabytki.

Nabytek - pojecie rozlegle i niesprecyzowane. Nabytkiem rownie dobrze moze byc koktajl czy coca-cola, jak likier. Choc w okolicy pija wiecej denaturatu niz likieru. No, w razie czego przynajmniej juz nie bede miala watpliwosci, jak rozumiec alkohol. Srodkiem stolow swieczniki, minikandelabry, jak nie z metalu to z fajansu w mocnych kolorkach, okazja od Ukraincow z bazaru. Obrusy od Ormian bazarowych, sztucce bialoruskie. Kelnerki klada przed kazde nakrycie ozdobna wizytowke i rozstawiaja salatki w talerzach od zupy. Salaterek nie nastarczysz, poza tym latwo sie tluka, a na gleboki talerz kopiato kladziesz, nie musisz latac z dokladkami.

Trzy... dwa... jeden... jak przed startem rakiety odlicza dyskdzokej. Beda dwie muzyki, i z tasmy, i na zywo. Kapela specjalnie przyjechala wczesniej, zeby ogarnac sytuacje, rozstawic wzmacniacze. Teraz sprawdza sie ich sile. Ryk ogluszajacy. Co jak co, one nie zawioda.

Gotowe. Juz zaplonely flary, pochodnie rozstawione wokol gazonu i obrzezajace staw. Gdy tylko u wylotu kiedys pieknej, teraz zbiedzonej, przetrzebionej z lip alei (lokatorzy swiezo zbudowanego osiedla nie zyczyli sobie, zeby im drzewa zagladaly w okna) ukaze sie karawana limuzyn, pisarze pokornie wycofuja sie do oficyny i stamtad sledza palacowe zycie.

Przyjechali. Juz im odegrano Mendelssohna, juz im przy gromkim "Sto lat" wreczono chleb na bialym reczniku (wczesniej chwila zgrozy: dziewczyny, recznik! Jezusie, recznik sie zapodzial! - chodzilo o serwete). Juz mlody zgrabnie przeniosl zone przez prog, pod okiem kamer. Scena przetrwa na tasmie i jezeli nie dzieci, to wnukowie tego stadla beda ja demonstrowac jako pamiatke z rodzinnego gniazda. Slabosc do palacow kwitnie w Polsce. Majatek mozna zbic na falszywych sygnetach, na przyszywaniu ludziom cudzych herbow, sfabrykowanych rodowodow. To sie tlilo i za peerelu, to rozgorzalo od kiedy coraz wiecej i szybciej zalatwiaja pieniadze.

Mlodzi zajechali wynajetym buickiem. Wynajetym, bo taka gablota nie na nerwy fiskusa, ktoryz przytomny przedsiebiorca draznilby sie z urzedem podatkowym. Prawdziwy czlowiek interesu, jakby nie zaszalal, zna swoje stad-dotad. Starczy mu renowka (tak sie swojsko spieszcza renault), lanos, peugeot.

Ile wozow by nie przyjechalo, zaden nie moze pozostac za brama. Do rana nie byloby w nich kol, na drzwiach i dachach czernialoby graffiti wyzlobione gwozdziem. Okolica czeka na takie okazje. Kradnie sie dla zysku, niszczy sie dla frajdy.

Na palacowym tarasie mlodzi juz ucalowali chleb, siebie tez ucalowali, i teraz nie ma rady, trzeba dac sie wysciskac mrowiu gosci. Wreszcie droga wolna na pokoje kiedys tam, kiedys panskie. Mlodzi wchodza bez zahamowan, sceneria ich nie peszy, co im tam antyki, w Desie wiekszy wybor. Zadnego oniesmielenia innoscia, cienia orientacji, ze jeszcze sie nie pokonalo wszystkich barier. Z punktu sa u siebie.

Wsrod gosci rozpoznawalni biznesmeni, co prawda z lekka mylacy sie z ochroniarzami. Meska mlodziez pod jeden sznurek: mrowia sie panowie bialo-czarni, bialoskarpetkowi, suto skropieni dezodorantami, co drugi z komorka przy uchu. Rozsylaja przekazy milosne (No czesc misiaczku. No sluchaj, nie dalo rady. Nie moglem. No fajnie. No to chwilowo), malzenskie (To trzeba bylo jechac ze mna. Nie, nie wiem, kiedy wroce. Maly spi?). Nawet tu i teraz pilnuja biznesu. (Nie rznij glupa. Nie ja jestem palant tylko ty, rozumiesz czlowieku? Czekam normalnie w terminie... no przelewem, jasne).

Okrazaja gazon przekrzykujac sie, bo ich gluszy kapela. Muzykanci cos sie pospieszyli, bo za wczesnie jeszcze na telewizyjny serial, przy ktorym wzrusza sie w tym roku Polska.

Dzisiaj bialy, bialy welon
jutro biale, biale wlosy...

Seniorzy w marynarkach, zaszanowanych od dnia slubu: wtedy jakos lepiej lezaly na czlowieku, ale kto by sie tym przejmowal przy zonie rowiesnicy. Koszula bez krawata, za to zapieta na ostatni zzolkly guzik przy kolnierzyku niegdysiejszego kroju, spranym, a i tak za luznym. Seniorom doskwiera swiatecznosc, sceptycznie przygladaja sie swoim wyelegantowanym wnukom: w ich pokoleniu nie bylo przyjete, zeby mezczyzna kogucil sie przed lustrem.

Z niewiastami to juz rozmaicie. Nie pozalowal im fryzjer ondulacji, nakladaly na siebie co w szafie najlepszego; bluzki w riuszkach, szczypankach, falbankach, umoscily sztuczne perelki albo ruskie bursztyny na rozleglym biuscie. Tylko najstarsze, te juz niezagrozone pokusa, a spokojne, bo odwykle od zdziwien, stawily sie w wydobytych ze skrzyni aksamitnych kaftanach, w chustach z adamaszku. Prawdziwe chlopki. Godne. Nie przeszkodza, ale tez nie lubia, zeby sie kto wtracal do ich osobnosci. Przy stole milcza, jedza tyle co nic, jak trzeba na przyjeciu. Daleko stad, w moich stronach rodzinnych wiejski gosc kromki chleba nie tknal bez prynuki, czyli bez namowy. Tylko wodke mozna bylo pic swobodnie, ile dusza zapragnie, no ale akurat to pragnienie zawsze bardziej dreczylo meska dusze.

Personel nie mial serca do dzisiejszego wesela i od razu zanioslo sie na klopot. Ktos za szybko obalil flaszke. Inni ledwo przy rosole, a ten chrapie jak niedobity wieprzek. Mlodzi zniesmaczeni, zwlaszcza on powarkuje, ze jego goscie sa ludzmi przynajmniej na poziomie, kurde, i ze spodziewal sie po rodzinie zony wiekszej odpowiedzialnosci.

Przy stole sprzeczka. Dwoje poklocilo sie o interesy. Prowadza wspolna firme.

- Ja zamawialem? Ja? Co ty mi tu ciemnote wciskasz?

- Robercie, nie przy ludziach.

- Trzniac ich, rozumiesz? Olewam!

- Ciszej!

- Zebym ja ciebie nie wyciszyl.

- Ach tak? No to ci normalnie powiem, wiesz? Jestes normalnie mlot, wiesz? Drewniak z przewrocona glowa. On mnie bedzie pouczal!

- Hej, tylko nie z tym podejsciem do mnie.

Powolutku rozgrzewa sie wesele. Jazgot damski miesza sie z ostrym rapowym staccato rozpierajacym glosniki.

Na tarasie rozmowki. O seksie (Totalna d..., powiadam ci... normalnie wyjmuje czlowieka z kontekstu, sluchaj!...). O sukcesie (...i mi w tej windzie zasuwa: pan to ma dobrze, panu sie udalo. Jakie: udalo? Panie, to nie jest logo na dzisiaj, pan mysli, ze cos dostalem pod choinke?). O programie zycia (Ja, prosze ciebie, nie preferuje dziadostwa, stawiam sobie wysoki prog, poniewaz badz nie badz miejmy cos na tym swiecie, skoro tata z mama nas wyprodukowali, prawda? Moja pani jeszcze sobie w glowce do konca nie ulozyla, chociaz jej powtarzam: kochana, piescic to ja sie moga z toba, byle nie z pieniedzmi. Pieniadz trzeba robic!).

Nie mowia: pieniadze. Mowia: pieniadz.

I ze trzeba go miec, normalnie, bo czlowiek bez pieniadza niewart jest w terazniejszym swiecie.

Wlasnie tak: ze niewart. Bez dodatku, ze nic.

Nic a nic czlowiek soba nie przedstawia z pusta reka. Normalnie, kazdy bierze. Lekarz. Nauczyciel. Urzednik. Ksiadz. Ksiadz tez? No, dopiero.

To nie protest. Relacja. Tym "normalnie" zastapiono dawne "oczywiscie". Ludziom jest zle, normalnie. Poprawy normalnie nie bedzie.

Na tarasie o pieniadzu z dwu punktow widzenia. Podlug starych, dawniej tak nie rzadzil. A znow mlodzi, ze zawracanie glowy, kase trzeba miec, inaczej cie zadepcza.

Starzy przy ulubionym temacie.

- Ja od dzieci nic nie potrzebuje.

- A pytaja chociaz? Bo z dziecmi roznie jest.

- Coz sie maja pytac, kiedy wiedza, ze i tak nie wezme. E, panie kochany, a na co to sie dziecmi wyslugiwac.

- Pewnie, pewnie. Zeby sie tylko za dobrze nie przyzwyczaili! Bo poki nogi nosza...

- Dlaczego? Na wypadek smierci tez zabezpieczona jestem. Sukienka jeszcze porzadna, ponczochy, jasiek, wszystko jest. Tyle ze beda mnie musieli umyc, ale to juz trudno.

Mlodziez ma wlasne dylematy.

- O nie, za kolkiem to ja na browar szlaban klade, na tym mnie nie dupna.

- Kurde, spanikowalem, ale ide, i dopiero cyrk, czlowieku, ja nastawiony na spieprzaj zdrow, a ta jak nie zasunie, ze to tamto, na jej gust mam osiagi, i takie tam, wiesz... normalnie premia...

- A kto ci kaze brukselke dawac? Spreferuj szparagi.

Wrze wesele. Seniorzy po wypitce zuchowaci, tance im w glowie, tyle ze jakies ludzkie, ladne, a nie nowoczesne. Z prawdziwa muzyka! Wiec mloda do tescia, usluznie: co ma byc, tatusiu? Co tatus preferuje? Stary spowaznial, mysli, nie umie zdecydowac. Synowa go wyrecza, naradza sie z kapela i raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, i juz dzieweczka do laseczka, do zie-loo-nego, tralala, i juz wszy-y-stkie rybki spia w jezio-o-rze, ale raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, ponagla dyskdzokej, prosze panstwa, my nie spimy, jedziemy do Wiednia. Koniecznie wszystkie pary tancza walca!

Tesciowi dobrze, walcuje z synowa slicznotka, pozostali radzi nie radzi biora sie za wlasne zony. Poznac, ze dawno nie bylo okazji, a moze i nie bedzie. Dlatego tancza cierpliwie i starannie, swiadomi obowiazku. Na twarzach powaga. Az tu kapela porzuca modry Dunaj i tnie smykiem po skrzypcach, paluchami po guzikach harmonii. Huknal beben, zalomotaly czynele. Znienacka, z zaskoczenia, podrywa sie oberek. Co starsi az zakrzyczeli z radosci. Tego im bylo trzeba, tak, to jest to, najprawdziwsza chlopska nuta. Jaka tam: wiejska. Wsiowa! No, tego sie w katku nie przesiedzi. - Rusz sie, matka - mowi maz do polowicy, wyciagajac ja na parkiet. I dopiero zabawa. Do ostatniego potu. Do niepamieci. Kapela jeszcze przylozyla instrumentom, dosypala zajadlych, zapalczywych nutek. Dyskdzokej w euforii: prosze panstwa, koniecznie pokazujemy, co umiemy. Nie tanczyc w taka noc to grzech. Obereczek! Obereczek!

Na parkiet wciska sie chlopina holujac malzonke najwyrazniej wieloletnia. Ona rozlegla, rosochata, on maciupenki, zaden, z tych, co to dzien po dniu w przejsciu mijasz i nie zapamietasz. Grosza by za niego czlowiek nie dal. Tymczasem dzieje sie cos nieoczekiwanego. Jak ten pokurcz tanczy! Inni wycofuja sie z parkietu, zeby nie przeszkadzac. Zona od razu zasapala sie, uciekla niezatrzymywana. Zostal bez partnerki. Rozglada sie, sprawdza sytuacje, patrzy po niewiastach, pannach - tylko reka machnal. Sam bedzie sie bawil.

Jedni tancza, drudzy przenosza sie na taras. "Mamusiu, a czemu mamusia uciekla z restauracji?" (czyli od stolu do jadalni). "Nie za chlodno tutaj? Co?" - troszczy sie synowa. Stara spanikowana. "A nie, skad, mnie tu dobrze, dziecko. W stolowce strasznie grajkow slychac". "No, ale oni ladnie graja, mamo". "Pewnie, ze ladnie, tylko po dzisiejszemu". "Bo to jest hard rock, mamusiu. Zaraz mamusi spreferujemy jakies country albo disco polo". "Kiedy nie trzeba, dziecko. Mnie juz bez roznicy". Za jej plecami nowozeniec daje swojej niecierpliwe znaki - w koncu ile czasu mozna tracic na takie gadanie - i mocno przez nia objety w pasie, sam z reka czule, choc wladczo polozona na jej karku, prowadzi swoja moze i dozgonna pod strumien dygoczacych, jak zyletki ostrych swiatel dyskoteki.

Okolo polnocy grill: szaszlyki, znakomita kielbasa, piwo z butelki. Niekiedy goscie upominaja sie o szklanki, a to klopot, poniewaz obchodza sie ze szklem bez milosierdzia, tluka, potrafia i do stawu wrzucic. Dzisiejszym bez roznicy, nie rozgrymaszeni. Jest gosc - i gosc, jak sie mawia wsrod sluzby. W Oborach nie odwazylabym sie uzyc tego slowa. Oborom pasuje bardziej eleganckie: personel.

Ciepla noc, przyjazna, posiedzialoby sie przy browarku, tymczasem panie lase tanca, nuda z tymi babami, trzeba do nich nerwow. - Mendzisz, mendzisz - uskarza sie biznesmen w bezblednie skrojonym garniturze. I na cale gardlo w strone stolika, nad ktorym welon mlodej wzdyma sie, przeplywa jak na filmie Kusturicy: - Idioto, po co tys sie zenil?!

Koledzy smieja sie, panie posykuja. Obrocili sprawe w zart tym latwiej, ze juz polnoc, pora na oczepiny. Zeby bylo po starodawnemu, mloda sili sie na lzy, blaznuje, i nagle - w szczery placz. Szlocha nie dbajac o makijaz. Spodobalo sie, dostala brawa. A niech sie nad soba uzali, tak trzeba, panienskie lzy okrasa wesela. Niech sobie pomarkoci. Bez obaw, wlosow jej nie zetna, tylko welon straca, i to ostroznie, zeby nie uszkodzic fryzury. Terazniejsze panny nie zaznaly warkocza, zwolnienie od welonu nie z tej jednej przyczyny miewa symboliczny charakter. No, ale lez nigdy nie za malo. Z oczepiona solidarnie pochlipuje matka. Ktoz ja wie, przewiduje czy wspomina?

Po techno, break dance'ach i folku pora na swojszczyzne. Przenikliwy sopran intonuje Gleboka studzienke, ale to nie to, jeszcze wczesniej zdaloby sie cos zartobliwego.

Dyskdzokej bierze sie do dziela.

Zaraz po niedzieli
kupie ci fartuszek
zeby nie widzieli
ja ci rosnie brzuszek...

Smiech, znowu oklaski. Mloda opedza sie reka, nie chce sluchac. Akurat jej pozwola! Teraz kto moze, stara sie, zeby nudno nie bylo. W drugiej zwrotce choralny atak na nowozenca.

A ja tobie kupie
zdrowego ogorka
zebys dobrze trafial
tam gdzie moja dziurka...

Dopiero uciecha! Panowie po brzuchach sie klepia. Mlody trzyma fason i odrzuca chwacko:

- Znajde znajde, spokojnie, znam sie na tej drodze.

Jednak speszony, wciaz poprawia krawat. A piosenka dluga.

Nie boj sie, oj nie boj
nie trzeba pomocy
doszukam sie furtki
po najglebszej nocy.
Bac to sie nie boje
jest na wszystko rada
czego mi maz nie da
wezme od sasiada...

Zabawie przyglada sie ktos, kogo zebrani tytuluja dziekanem, troskliwie tytuluja, co zdanie to dziekan, a przynajmniej - profesor, chociaz wola dziekana. Profesorow jak grzybow, nie zaimponuja. Ten wspial sie oczko wyzej. Z rozmowy wynika, ze swoj czlowiek, a przynajmniej byl swoj, dopoki nie uskrzydlila go kariera. Juz mu tutaj obco. Ziewa, spoglada na zegarek, w koncu wyznaje, ze sie musi wyspac. Musi, to i trudno, widac tego wymaga stanowisko. Nie zegnajac sie odjezdza wypolerowanym, nieskazitelnym mercedesem. Moze i naprawde nic go z tymi ludzmi nie laczy, nic im nie zawdziecza, jesli nie liczyc punktow za pochodzenie, ktore mu pozwolily byc obcym.

Mlodzi juz u siebie, w komnacie dla oblubiencow. Pod plafonem z pulchnymi amorkami na rumianych chmurkach nie powinno im do szczescia brakowac nic poza lazienka, ale jeszcze nie slyszalam, zeby jakas para upomniala sie o prysznic, bidet. Malzenskie inicjacje dawno z glowy, zyjemy w szybkich czasach, pod oczkiem amorkow nie odsypia sie milosci, tylko wodke, tak przynajmniej twierdza wszystkowiedzacy, czyli sluzba.

Nieobecnosc mlodych przeszla bez wrazenia. Zobaczymy ich kolo poludnia, szykujacych sie do drogi, rozzutych z elegancji, juz na luzie, w bawelnianych farmerkach, T-shirtach. Rodzice zawineli sie z wiktualami, mlodym zostawili kwiaty. Dzis padlo na tych akuratnych. Biora wszystkie, powiedle, swieze, jak leci. On czeka z nadstawionymi rekami, ona kladzie bukiety, coraz wyzej, wreszcie tak wysoko, ze nie widac spoza nich czlowieka tylko nogi juz po codziennemu, dzinsowe. Ogromny, jaskrawy, w celofanach i kokardach zatopiony pokos, ktory ostroznie przesuwa sie w kierunku bagaznika. Mezczyzna klnie i sprawdza droge butem, zeby wreszcie stracic z siebie storczyki i roze jak kartofle w worku. Zona czuwa nad sytuacja, co okazalsze wiazanki lokuje wewnatrz wozu. Niedospana i juz nie taka ladna, jak w goraczce wesela. Do tego obrazona. Prawie nie rozmawia z mezem. Cos tam do niego ma, ale nie sprzed chwili, to jakis starszy zal, ktory urwal sie ze smyczy po kwarantannie narzeczenskiej dyplomacji.

Nad ranem szklista czern pogody odplywa z niebosklonu, ktory porasta w nieznaczne jeszcze, siwe pasma switu. Noc sie przerzedza, wodki z piwem ubywa i panowie coraz czesciej decyduja sie na nielatwa (bo to z tarasu po trzech schodkach trzeba zejsc i utrzymac w pionie) droge za pierwsze z brzegu drzewko. Powracajac, bez skrepowania porzadkuja koszule, dopinaja spodnie. Na paniach nie robi to wrazenia. Wazne, zeby sie nie przyzostali w parku, bo swieze powietrze rozklada napitego. Pozwolic takiemu przysnac - po nim, juz sie nie podniesie do zabawy.

Na tarasie nieskrepowana wymiana informacji.

- Samanta, gdzie jest Waldi?

- A gdzie ma byc. Pewnie poszedl siku.

No tak, po burzy socjalnej w ojczyznie juz sie nie siusia, tylko sika.

Wypatrujac Waldiego, panie zabawiaja sie rozmowa.

- Ten wasz pediatra, przynajmniej dobry jakis?

- Bo ja wiem? Placi sie, to dobry.

- Dziewczyny, trafilam fajowa kosmetyczke. Co ona wyprawia z moja buzia!

- Majonez raczej nie ma wartosci odzywczej dla dziecka. Ja sporzadzam surowke na bazie jogurtu.

- Nie spanikowalam, sprawdzilismy od razu na goraco kazdy jeden wpis, rozumiesz, bo ja pieniadze klade w legal, rozumiesz.

- Ile mam byc ta druga? Moze jestem upierdliwa, ale jesli dostal mi sie lajdak... Jak nie skoczy! Ja lajdak! Ja?...Ty, dokladnie.

- Sluchajcie babki, Tunezja do wziecia jest. Hotel zaraz przy plazy, blizej juz ten zeszloroczny...

- Znowu Tunezja? Umawialysmy sie na Sycylie.

W cienistym katku dokloca sie dwoje od biznesu. Juz wyczerpani, juz im sie znudzilo.

- Ja ciebie rozumiem, Robert, tylko zrozum ty: mial byc pewniak. Moze sie jeszcze odkreci.

- Beze mnie!

- Nie wyglupiaj sie, Robert.

- Slyszalas. Gub sie, no?...

- Aha, dobrze, bardzo dobrze, wiesz? Wspaniale sie sklada, bo tez mam dosyc.

- Przestan truc.

- Taka jest prawda, Robert. Odchodze.

- Jak Boga jedynego... Kobito, czy ty musisz mnie tak zawsze wnerwiac?

Chylkiem, boczkiem do samochodow wycofuja sie niecierpliwe pary. Pol godzinki nieopodal palacu, na poboczu drogi - i juz sa z powrotem.

Zdazylo sie pogodzic dwoje od biznesu. Niby nadasani (- Najpierw to ty musisz sama siebie stolerowac, prawda? - Znalazl sie... kaznodzieja. Najpierw to ty musisz!), ale to tak dla proformy. Inaczej nie powiedza.

Juz dzien, juz zabawa wiednie. Tanczy sie, ale bez zapalu. Ostatnia para wytrwale slania sie i wygina w melancholijnej sambie.

Juz i szpilkowe wyniosly sie na taras, pozrzucaly pantofle, chlodza nogi i nie protestuja, gdy jakas starowina rozbudzila sie z pierwszego snu, wykaszlala sie, rozprostowala kosci i zaciaga swojsko:

Sluzylam u pana
przez cale lato
dal mi korzec owsa
tylko owsa za to.
Sluzylam u pana
do pierwszego mrozu
lepiej mial ode mnie
nawet kon u wozu...

Na tarasie donosnie, rytmicznie chrapie ktos, komu juz nie pomoze ani odswiezajacy barszczyk, ani radosna lambada, ktora nagle zrobila sie z samby. Ktos wybawiony, jak sie tutaj mawia. Nie od zbawienia to pochodzi, tylko od zabawy. Wybawil sie, ma dosyc.

Ledwie slychac odjezdzajace samochody. Tak powinno byc, dobra fura nie halasuje. Ojcowie zagladali szkapom w zeby, synowie patrza pod maski volkswagenow, fiatow, toyot. Niejedna morga poszla w te gabloty. Przynajmniej mozna sie policytowac.

- To twoja fura?

- No...

- Niekiepska. Z gieldy?

- Nie wyglupiaj sie. Nowka.

- A wiesz, ja takze zmieniam bryke. Na merca.

- No?!...

Ozywieni skupieni, przetrzasaja zalety mercedesa i wady decyzji.

- Stary, pomyslales, ze cie traca na podatku? Uwzglednij.

- Spoko. Jesli wtedy nie dalem sie ugotowac...

Przechodza na szept. A spiewaczka swoje:

Sluzylam u pana
do niejednej wiosny
uzbieralam koszyk
suchych szyszek z sosny.
Sluzylam prosilam
o kruszyne chleba
zebym raz pojadla
nim pojde do nieba...

Na tarasie przybywa wybawionych. Miedzy nimi zdrzemnal sie chlopina, ktory tak pieknie popisal sie w oberku. Wcisnal sie w ciemny kacik, posapuje cichutko, dobrze mu, ale nie za dlugo. Juz go syn czy ziec odszukal i budzi.

- No, co za pomysly. Trzeba sie bawic, slyszy tato?

Trzeba, to trzeba. Stary wstaje. Ciezko, niechetnie, ale wstaje i kustyka z powrotem do palacu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail