PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (15 marca 2002)


EWA BERBERYUSZ

Kartki ze skazonej strefy

Skorzystalam z promocyjnej ceny i polecialam do Izraela liniami EL-Al. Mowiono mi: "Wariatka, nie boisz sie?". Wzruszalam ramionami. Bardziej boje sie wracac wieczorem z przystanku do domu; moge dostac kijem po lbie, az milo. Nie ma dnia w Warszawie, zeby ktos nie oberwal, i to na smierc.

Zebralo sie 150 walecznych, caly samolot. Towarzystwo mieszane. W zasadzie mieli byc dziennikarze od turystyki, ale doszlusowali inni. Marek Kaminski latajacy po biegunach, posiwialy Hermaszewski latajacy niegdys w kosmos, z malzonka; ktos z GROM-u po cywilnemu, brat prymasa Glempa piszacy sie Glemb, bo pokrecili cos w metryce; prof. prawa, konstytucjonalista, Wiktor Osiatynski, madry, dowcipny, doskonale piszacy, jego zona, Ewa Woydyllo, guru od alkoholizmu; komendant Biedziak, rzecznik policji na kraj. Przemily, cieply ambasador Izraela w Polsce. No i cala rzesza dziennikarzy terenowych. Chetnych bylo wiecej, wiec szykuje sie druga tura.

Kontrola na Okeciu drobiazgowa. Przechodzilam przez wiele sit, zeby wreszcie stanac w okienku oko w oko z wopista. Czlowiek dosc mlody, zerknal w moj paszport, stary, komunistyczny, z orlem bez korony, pelnym wiz, poorany czerwonymi stemplami w skos "anulowano", i skonstatowal: "Pamieta pani przedwojnie". Potaknelam. "W Warszawie? - spytal. Skinelam glowa. "A powstanie?". "Tez". "Czy moze mi pani powiedziec, ktora dzielnica trzymala sie najdluzej?" - kontynuowal, nie liczac sie z presja kolejki za moimi plecami. "Srodmiescie - powiedzialam. - Czy jeszcze cos?". "Nie, moze pani przejsc" - otworzyl bramke.

Zachwycil mnie ten wopista-historyk w czasach powszechnej pogardy dla historii wsrod mlodych. Trwalam w zachwycie do powrotu. Maz ostudzil go twierdzac, ze wopiscie potrzebne bylo haslo do krzyzowki. Moj przyjaciel Oles Wolynski, stary lagiernik, byl innego zdania: straznik sprawdzal, czy spod starej warszawianki, "solidarnosciowy", ktorej w czasie stanu wojennego nie puszczano za granice, nie wyziera agentka al Fatah. Moze nie jako zywa torpeda, ale usluzna informatorka. Sklonilam sie ku tej drugiej wersji. Wlasciwie od 11 wrzesnia 2001 roku zastanawialam sie, dlaczego CIA nie szpera w zyciorysach leciwych pan o nobliwym wygladzie. Przeciez juz klasyk przedmiotu, Agata Christie, wykazala ich bezkonkurencyjna przydatnosc. Niestety, CIA, zapatrzona w technike, nie dysponuje wyobraznia psychologiczna.

Gdysmy wracali do kraju, na lotnisku w Tel Awiwie bylo inaczej. Mlodziutka dziewczyna, zapewne agentka Mosadu, z notesikiem w reku wylowila mnie z tlumu podroznych. Nie zadawala banalnych pytan typu: kto mnie pakowal i czy ktos nie prosil o przewiezienie listu. Kazala strescic czterodniowy pobyt w Izraelu, raz i drugi. Gdy skonczylam, zaczynala od nowa: "Gdzie stacjonowaliscie?". "W Natanii". "W jakich hotelach?". "Grand, Park i Residence". "Jak wygladal Yad Vashem?". "Rozorany buldozerami, przebudowa". "Gdzie pani zaslabla i doznala obrazen?". "W Morzu Martwym". "Dlaczego?". "Bo siedzialam w wodzie dwie godziny". "Kto pomogl?". "Ratownik". "I wszystko bylo dobrze?". "Nie. Na kolacji w hotelu obrzmiala mi reka. Opatrzyl ja policjant". "Dlaczego opuscila pani zaplanowane Forum Dyskusyjne w Tel Awiwie?". "Wolalam wykapac sie w morzu w Natanii". "O tej porze, w zimie?". "Jestem ´morsemª. Kapie sie w Baltyku w temperaturze zerowej. A wasze morze mialo 17 stopni". "W jakich hotelach staliscie?". "Grand, Park i Residence". "Kto byl kierowca waszego autokaru?". "Musa, Arab z izraelskim paszportem". "Cos mowil?". "Usmiechal sie". "Dziekuje". Odeszla.

Nie powiedzialam jej, ze kiedy przejezdzalismy kolo Ramalli, Musa, ktory stamtad pochodzi, zwierzyl sie nam, ze jest przyjacielem Arafata, czesto u niego bywa i jest pewien, ze gdybysmy tylko chcieli, to by nas pieknie ugoscil. Zapewne. Ale w danej sytuacji byl to zart. Niemniej przewodniczka Miriam, Zydowka z Krakowa, przetlumaczyla jego slowa. Bez zlosliwego komentarza. Lubia sie. Jada na jednym wozku. Zyja z turystow. Niestety turystyka w Izraelu pada. Cudzoziemcy boja sie przyjezdzac. Zalamal sie most pielgrzymkowy.

Nieslusznie. Turysta jest w Izraelu swieta krowa. Nie tknie go ani Palestynczyk, ani Zyd. Rozpozna wechem w czarna noc. Zreszta nikt sie nie pcha w ogniska bitewne. Bo do glownych starc dochodzi w rejonie Gazy, na pasku wybrzeza Morza Srodziemnego, na Zachodnim Brzegu, w okolicach Betlejem, Hebronu, Sychem.

Dlatego rozmowy o podziale kraju na dwa niezalezne panstwa sa tak trudne. Jak wyodrebnic "wyspy" z jednego terytorium? Jak podzielic Jerozolime, ktorej dwa najswietsze miejsca przylegaja do siebie: Sciana Placzu, czyli to, co zostalo ze swiatyni Dawidowej, stanowi mur oporowy meczetu Omara, z ktorego Mahomet wzniosl sie do nieba.

Telewizja nastawiona na krwawe jatki wypacza obraz kraju. W okresie trzech miesiecy zginelo w Izraelu dwukrotnie wiecej Palestynczykow niz Zydow, ale czterokrotnie wiecej osob obu narodowosci ponioslo smierc w wypadkach samochodowych. Nasze przewodniczki mowia, ze naturalnie nie czuja sie komfortowo, ale glownym ich zmartwieniem jest brak turystow. Boja sie nie o utrate zycia, ale chleba. Nikt z naszej 150-osobowej wycieczki ani przez chwile nie musial sie bac wojny. Nie spotkalismy sie z niechecia czy podejrzliwoscia ze strony Zydow, co czesto da sie wyczuc w Stanach Zjednoczonych. Nic do nas nie maja, niczego od nas nie chca. Starsi mowia piekna polszczyzna. W Izraelu wyroslo nadzwyczaj urodziwe pokolenie sabrow: mieszanka Polakow, Rosjan, Zydow balkanskich i afrykanskich. Rosjanie wciaz naplywaja i wciaz pija. A jest co pic.

Gdy bylam w Ziemi Swietej w latach 80., wino nie istnialo. Arabowie zniszczyli kulture winna. Salezjanie usadowieni od XIX w. na wzgorzach za Betlejem probowali ja odnowic; sprowadzili kiperow z Wloch. Plyn, ktory nam wtedy podano w ewangelicznej Kanie Galilejskiej, trudno bylo nazwac winem. Dzis jest pierwszorzedne. Jak rowniez jedzenie. Co prawda nie ma znanej nam zydowskiej kuchni, w ktorej rozsmakowuja sie nawet zazarci antysemici. Gospodarze zagadnieci np. o karpia na szaro czy gesie pipki wzruszali ramionami. "Ach, wam chodzi o liturgiczna kuchnie dawnych polskich Zydow. Nie, tego nie mamy". Maja cos znacznie lepszego; wymienie to, co podbilo moje podniebienie: humus, czyli pasta z ciecierzycy, i wspaniale przyrzadzone baklazany.

Agituje: leccie na urlop do Izraela! Nie zakopujcie sie w mysiej dziurze. Bo czy mysia dziura zapewnia bezpieczenstwo w dzisiejszej dobie?

*

Bywa, ze czlowiekiem cos tak wstrzasnie, iz przeleje to na papier jakby w natchnieniu poetyckim. Krzysztof Czabanski jest dziennikarzem. W artykule (Gazeta Wyborcza, 4 marca br.) wyrzucil z siebie oburzenie w formie godnej przytoczenia, chocby we fragmentach: "Skonczmy z nadymaniem sie jak pawie... Niech politycy przestana wykrzykiwac bzdety o honorze, atakujac Unie Europejska. Polska to kraj biedny i fatalnie rzadzony, zapyziala prowincja Europy w sensie materialnym i kulturowym. Mamy olbrzymie dlugi i zero zapalu do pracy. Jezeli znalazl sie frajer, ktory chce nam dac choc jedno euro, ktory chce zainwestowac w nasza ziemie, ktory chce nauczyc nas oglady i zmusic do roboty, nie mamy nad czym myslec". I jeszcze: "...naszym przeklenstwem jest, ze zycie publiczne traktowane jest jako tort, postaw sukna, konfitury czy jak kto chce to jeszcze nazwac. Liczy sie, ile pieniedzy mozna skrecic dla siebie i swoich. Miedzy opowiastki nalezy wlozyc wyobrazenie, ze politycy lamia sobie glowe, jak nalezy rozwiazac problem bezrobocia, budownictwa, katastrofy urbanistycznej w Warszawie. Nie, prosze panstwa, tok rozumowania jest inny: jaki szyld wymyslic, pod ktorym najefektywniej da sie ukrasc jak najwiecej pieniedzy... Bo musimy zaplacic naszym ludziom, naszym strukturom, naszemu aktywowi, podzielic sie ze sprzymierzencami, wzmocnic partie, przywalic konkurencji...".

Tyle Czabanski. Ja natomiast nie moge oprzec sie zgrozie, ze zamiast intensywnie edukowac spoleczenstwo na temat UE, ustawicznie w czasie najwyzszej ogladalnosci dopuszcza sie do wizji i do glosu - zeby to eurosceptykow! - ale troglodytow ekonomicznych i warcholow, ktorzy maca ludziom w glowach o swietosci polskiej ziemi. Drze na mysl, ze zmarnujemy jeszcze jedna szanse, jakiej uzycza nam historia.

*

Afera metropolity poznanskiego Juliusza Paetza. Pierwsza "dala glos" Rzeczpospolita, artykul na czolowce, z kolorowym wielkim zdjeciem arcybiskupa w pelnej liturgicznej gali. Autor przytoczyl relacje poszkodowanych homoseksualnymi zapedami duszpasterza, przewaznie klerykow i mlodych ksiezy, a wiec osob zaleznych od hierarchy.

No i rozpetala sie burza. Nalezalo pisac czy nalezalo zmilczec? Jezeli pisac, to czy z wielkim zdjeciem, typowym dla brukowej prasy? Czy zostawic sprawe wladzom koscielnym, niech ja zalatwia w sobie wlasciwy dyskretny, acz powolny sposob?

Sprawa nie jest prosta. Za biskupem stanelo murem srodowisko naukowo-artystyczne Poznania. Byl przyjacielem artystow, mecenasem, "czlowiekiem Renesansu", podobnym rozwiazlym papiezom, dzieki ktorym mogli rozwijac skrzydla i tworzyc wielcy artysci. Ponadto - aczkolwiek Poznan, i nie tylko - huczal o sprawie od lat, do prokuratury nie wplynal zaden obciazajacy hierarche wniosek.

Homoseksualizm wysokich dostojnikow koscielnych nie jest sprawa tylko polska, nie przodujemy w tej dziedzinie. Byly skandale gdzie indziej, ale byly tez krzywdzace posadzenia, jak chocby wobec metropolity Chicago Bernardina. Nie wyrokujmy pochopnie.

Moim zdaniem w tym przypadku Kosciol powinien skrocic procedury i dzialac dyskretnie, ale szybko. Ma po temu odpowiednie instrumenty. Powinien byl wyprzedzic prase, ktora predzej czy pozniej musiala zajac sie ta sprawa. A ponadto chowanie glowy w piasek przez Watykan doprowadzilo, byc moze, do poglebienia poczucia bezkarnosci u duchownego i rozbuchania sklonnosci.

Na swiecie glosno o rownouprawnieniu homoseksualistow, o legalizacji malzenstw, o adopcji dzieci. Kosciol rowniez zmienil stanowisko wobec ludzi o homoseksualnych sklonnosciach. Nie odsadza ich od czci i wiary, nie uwaza za zboczencow. Mowi, ze jest to krzyz dany czlowiekowi, cierpienie, z ktorym musi zmagac sie w cichosci.

Ale kazdy przyzna, ze w zadnym przypadku czlowiek tak obarczony nie powinien sprawowac wladzy duchowej nad innymi.

*

Oderwalam sie od komputera. Spojrzalam w okno. Slonce. Pierwszy dzien wiosny, za ktorym zaraz przyjdzie zima. Jak to u nas. Robotnicy w czerwonych kaskach i pomaranczowych kamizelkach sennie ruszaja sie przy filarach estakady, ktorymi ma pojsc most Siekierkowski. Sam most - piekny, imponujacy, wabiacy teczowymi barwami lin nosnych - juz stoi na Wisle. Stoi i czeka. Specjalisci mowia, ze zrobienie dojazdow po obu stronach rzeki potrwa. Rok 2004 jako zakonczenie calosci to marzenie scietej glowy. Akurat na to nie ma pieniedzy.

Nawet dziecko instynktownie buduje z klockow najpierw podstawe, a potem zamek. My, dorosli Polacy, postapilismy odwrotnie. Zbudowalismy most donikad. Rzecz do ogladania z odleglosci, jak miraz. Z jakiej to bajki?

My, mieszkancy najblizszego otoczenia, cieszymy sie. Wolimy twierdze z blota, dziur i zasiekow, ktora nas okopano, odgradzajac od miasta, niz to, co nastapi, gdy most ruszy. Mamy przynajmniej cisze. Robotnicy coraz czesciej zagladaja do osiedlowego sklepiku. Wlasciciel mowi nam: "Jak bym mial licencje na piwo, jeszcze dlugo byloby tu cicho".

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail