JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK
Idzie szosta wiosna
bez Agnieszki
Mysmy
to mieli,
nam to dali,
to do nas sie usmiechnal Bog
Ja, kiedy przyszlam jeszcze grali,
ja, kiedy przyszlam, spiewal rog.
Krzesany
Kiedys, w jej pokoiku na Dabrowieckiej, rozmawialysmy o
ksiazce Williama Styrona Ciemnosc widoczna, w ktorej
znakomity powiesciopisarz przedstawil historie swojej choroby
depresyjnej: meki, samotnosc, manie samobojcza, wreszcie
szpital psychiatryczny i powrot do zdrowia. Ja sie zachwycalam,
ze autor taki szczery, a na to Agnieszka, ze dla niej tego
typu wynurzenia, takie grzebanie sie we wlasnych bebechach,
to wstyd. - Zeby mezczyzna sie tak mazgail! A cierpienia
biednej zony, a dzieci, niewazne! Tylko moja wrazliwa dusza
i delikatne cialko. Nad soba sie litowac... Beksa i narcyz!
Chcialam wtracic, ze to ku pomocy innym, ale powstrzymal
mnie wstyd, ze i ja nieraz sie mazgaje. A Agnieszka nigdy,
nigdy sie nad soba nie zalila. Do samego konca naglej, strasznej
choroby nikomu sie nie skarzyla. Mogla byc zla, wyjsc na
dwor, wylaczyc telefon, ale smutek i bol chronila przed
cudzym okiem i uchem. Odzywaly sie w tekstach jej genialnych
piosenek a pozniej wierszy; z ironia, z zawadiacka, zadziorna
melodyka, z jej nieprzetlumaczalnym z jezyka polskiego bogactwem
slownej wyobrazni.
Bo czy mozna przelozyc na jakikolwiek obcy jezyk: Czy
sad nad Wisla kiedys bladzil...? Albo: Zalosnie chuda
kwiatow kisc?
Przelamujac opory opowiem, jak zesmy sie poznaly, poniewaz
bylo to bardzo w stylu Agnieszki. No i w stylu tamtych,
jakze dawnych lat. W lipcu 1967 przylecial do Warszawy moj
przyszly maz, Blair Clark. Celem wizyty, jego pierwszej
za zelazna kurtyna, byly powazne konkury, a wiec przed wyjazdem
Blair zasiegnal porady u Elzbiety Czyzewskiej, wowczas Halberstamowej,
jak szybko i skutecznie przekonac polska wybranke, aby pozegnala
sie z ojczyzna i wstapila na nowa droge zycia po drugiej
stronie Atlantyku. Elzbieta rad udzielila, ale takze zaopatrzyla
atrakcyjnego konkurenta w liste swoich najlepszych przyjaciolek,
ktore - jej zdaniem - byly "do wziecia" i bardziej zaslugiwaly
na zmiane losu niz jakas nikomu nieznana Joanna z Brwinowa.
Po paru dniach spacerow Krolewskim Szlakiem, bezskutecznych
poszukiwan zyletek marki Gilette, itp., itd., zadzwonilismy
z hotelu Europejskiego do pierwszej z przyjaciolek na liscie:
Agnieszki Osieckiej.
Byl juz dosc pozny wieczor, kiedy piekna autorka Niech
no tylko zakwitna jablonie pojawila sie w ekskluzywnym
wowczas foyer, aby potem w tzw. apartamencie, z widokiem
na Grob Nieznanego Zolnierza, spedzic dluga reszte wieczoru
w towarzystwie egzotycznego Amerykanina i nizej podpisanej.
Przy dobrej whisky z soda i bez sody, wszyscysmy w mig przypadli
sobie do gustu, gawedzac o zyciu i polityce, a tym bardziej
o polityce im lekliwiej, ostrzezony przez bywalych na totalitarnych
rubiezach wspolziomkow Blairski, wskazywal na sufit. Wyszlysmy
o brzasku, odprowadzane gniewnymi pomrukami hotelowych strozy
moralnosci, ktorzy za tego rodzaju towarzyskie kontakty
miedzynarodowe mieli swiete prawo pobierac uregulowane z
gory oplaty. Agnieszka pojechala autobusem na Saska Kepe
do mamy, a ja z dworca Srodmiescie do dziecka w Brwinowie.
Ale otrzezwione cudnym lipcowym przedswitem, zegnajac sie,
obie wiedzialysmy, ze bedzie ciag dalszy.
Z wyjazdem do Ameryki zwlekalam jeszcze dobrych kilka lat,
a wiec byly kolejne wizyty Blaira (juz z zyletkami i wlasna
rolka papieru toaletowego), wspolne wakacje w Krzyzach,
niejeden upojny wieczor i wiele sam na sam jazd i spacerow.
Byl wstrzasajacy dla nas obu rok 1968. Zegnalysmy kolegow
i kolezanki ze szkoly, z uniwersytetu, z pracy, ktorzy wyjezdzali
z Polski nie, aby "zakosztowac Zachodu", ale spod pregierza
i z przeswiadczeniem, ze bezpowrotnie. Nasze gorzkie, bezradne
o tym rozmowy nie byly "w tancu" i nieraz myslalam, ze w
jakiejs pozniejszej fazie swojej tworczosci Agnieszka podejmie
ten temat, co uczynila - choc inaczej niz moglaby to zrobic,
gdyby starczylo jej czasu - poswiecajac cala slabnaca energie
tlumaczeniom i prezentacji piesni zydowskich.
Chcialaby? Moglaby? Miala kilka niespelnionych pragnien
- niespelnionych, poniewaz stal im na przeszkodzie i rodzaj
jej niewatpliwie wybitnego talentu, i jej zyciowy temperament,
lek przed zamknieciem w jakiejs dlugoterminowej pulapce:
nad ogromnie powaznym manuskryptem, przy ogromnie powaznym
mezu, w przywiazujacej ogromna wage do systematycznej pracy
Ameryce... Wiec choc probowala wejsc na Parnas Powaznej
Poezji i Prozy, jej sobiepanska, bystra jak marcowy potok
muza psula te w zamierzeniu dostojne szyki, ciagnela ja
za warkocz na powrot do kabaretu - tam gdzie zablysla i
gdzie zgasla jej poetycka gwiazda-cyganka.
Taka mnie sciezka poprowadz,
gdzie smieja sie smiechy
w ciemnosci
i gdzie muzyka gra.
...i nie daj mi, Boze, skosztowac
tak zwanej zyciowej madrosci,
dopoki zycie trwa.
Tu i owdzie wypowiadano po jej smierci (zmarla 7 marca
1997 r.) opinie, z ktorymi sie nie zgadzam. Ze byla apolityczna.
Nietrwala w uczuciach. Raczej byla nieufna wobec wszelkiej
polityki, moze dlatego ze przejmowal ja los ludzi marginalnych,
nieodmiennie przez politykow pogardzanych; "kochankow z
ulicy Kamiennej", polskich Madonn z biednych malych miasteczek,
ktorym kazdy nowy zwrot historii przynosi "przyrzeczen starych
tysiace/ i niedorzecznie male pieniadze". Jesli sama nie
zasiadala przy politycznych stolikach, to bardzo uwaznie
je podpatrywala. A czasem pomagala przynosic krzesla. I
przewozic przez granice i miedzy kordonami ZOMO ciezkie
bibuly.
Malo znalam ludzi rownie jak ona trwalych w istotnych zwiazkach
uczuciowych. Przez cale zycie, z niewielkimi przerwami,
mieszkala z matka, ktorej smierc, na krotko przed jej wlasna
choroba, pograzyla ja w rozpaczy. Tak, rozstajac sie z ojcem
jedynej corki, zostawila ja u niego, aby oszczedzic Agacie
czestej w takich sytuacjach szarpaniny i sadzac, nie bez
racji, ze tak bedzie dla dziecka lepiej. Nie tylko jednak
utrzymywala z nia staly czuly kontakt, ale pozostawala w
bliskiej przyjazni i z ojcem Agaty, i z jego zona oraz jej
synem Jakubem. Stali sie dobra rodzina, a to nie byle sztuka.
Mocne i trwale byly takze wiezi jej licznych przyjazni,
z najrozniejszych sfer. Przerywala je tylko zawsze przedwczesna,
co "w mysich dziurach czuwa", smierc: Marka Hlaski, Ami
Navarro, Andrzeja Jareckiego... Spelniala swoj obowiazek
"wdowy po pokoleniu" w coraz smutniejszych tekstach.
Czy warto bylo kochac nas?
Moze warto,
lecz ta karta zle gral czas...
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |