[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (8 marca 2002)


JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Idzie szosta wiosna
bez Agnieszki

Mysmy to mieli,
nam to dali,
to do nas sie usmiechnal Bog
Ja, kiedy przyszlam jeszcze grali,
ja, kiedy przyszlam, spiewal rog.

Krzesany

Kiedys, w jej pokoiku na Dabrowieckiej, rozmawialysmy o ksiazce Williama Styrona Ciemnosc widoczna, w ktorej znakomity powiesciopisarz przedstawil historie swojej choroby depresyjnej: meki, samotnosc, manie samobojcza, wreszcie szpital psychiatryczny i powrot do zdrowia. Ja sie zachwycalam, ze autor taki szczery, a na to Agnieszka, ze dla niej tego typu wynurzenia, takie grzebanie sie we wlasnych bebechach, to wstyd. - Zeby mezczyzna sie tak mazgail! A cierpienia biednej zony, a dzieci, niewazne! Tylko moja wrazliwa dusza i delikatne cialko. Nad soba sie litowac... Beksa i narcyz!

Chcialam wtracic, ze to ku pomocy innym, ale powstrzymal mnie wstyd, ze i ja nieraz sie mazgaje. A Agnieszka nigdy, nigdy sie nad soba nie zalila. Do samego konca naglej, strasznej choroby nikomu sie nie skarzyla. Mogla byc zla, wyjsc na dwor, wylaczyc telefon, ale smutek i bol chronila przed cudzym okiem i uchem. Odzywaly sie w tekstach jej genialnych piosenek a pozniej wierszy; z ironia, z zawadiacka, zadziorna melodyka, z jej nieprzetlumaczalnym z jezyka polskiego bogactwem slownej wyobrazni.

Bo czy mozna przelozyc na jakikolwiek obcy jezyk: Czy sad nad Wisla kiedys bladzil...? Albo: Zalosnie chuda kwiatow kisc?

Przelamujac opory opowiem, jak zesmy sie poznaly, poniewaz bylo to bardzo w stylu Agnieszki. No i w stylu tamtych, jakze dawnych lat. W lipcu 1967 przylecial do Warszawy moj przyszly maz, Blair Clark. Celem wizyty, jego pierwszej za zelazna kurtyna, byly powazne konkury, a wiec przed wyjazdem Blair zasiegnal porady u Elzbiety Czyzewskiej, wowczas Halberstamowej, jak szybko i skutecznie przekonac polska wybranke, aby pozegnala sie z ojczyzna i wstapila na nowa droge zycia po drugiej stronie Atlantyku. Elzbieta rad udzielila, ale takze zaopatrzyla atrakcyjnego konkurenta w liste swoich najlepszych przyjaciolek, ktore - jej zdaniem - byly "do wziecia" i bardziej zaslugiwaly na zmiane losu niz jakas nikomu nieznana Joanna z Brwinowa. Po paru dniach spacerow Krolewskim Szlakiem, bezskutecznych poszukiwan zyletek marki Gilette, itp., itd., zadzwonilismy z hotelu Europejskiego do pierwszej z przyjaciolek na liscie: Agnieszki Osieckiej.

Byl juz dosc pozny wieczor, kiedy piekna autorka Niech no tylko zakwitna jablonie pojawila sie w ekskluzywnym wowczas foyer, aby potem w tzw. apartamencie, z widokiem na Grob Nieznanego Zolnierza, spedzic dluga reszte wieczoru w towarzystwie egzotycznego Amerykanina i nizej podpisanej. Przy dobrej whisky z soda i bez sody, wszyscysmy w mig przypadli sobie do gustu, gawedzac o zyciu i polityce, a tym bardziej o polityce im lekliwiej, ostrzezony przez bywalych na totalitarnych rubiezach wspolziomkow Blairski, wskazywal na sufit. Wyszlysmy o brzasku, odprowadzane gniewnymi pomrukami hotelowych strozy moralnosci, ktorzy za tego rodzaju towarzyskie kontakty miedzynarodowe mieli swiete prawo pobierac uregulowane z gory oplaty. Agnieszka pojechala autobusem na Saska Kepe do mamy, a ja z dworca Srodmiescie do dziecka w Brwinowie. Ale otrzezwione cudnym lipcowym przedswitem, zegnajac sie, obie wiedzialysmy, ze bedzie ciag dalszy.

Z wyjazdem do Ameryki zwlekalam jeszcze dobrych kilka lat, a wiec byly kolejne wizyty Blaira (juz z zyletkami i wlasna rolka papieru toaletowego), wspolne wakacje w Krzyzach, niejeden upojny wieczor i wiele sam na sam jazd i spacerow. Byl wstrzasajacy dla nas obu rok 1968. Zegnalysmy kolegow i kolezanki ze szkoly, z uniwersytetu, z pracy, ktorzy wyjezdzali z Polski nie, aby "zakosztowac Zachodu", ale spod pregierza i z przeswiadczeniem, ze bezpowrotnie. Nasze gorzkie, bezradne o tym rozmowy nie byly "w tancu" i nieraz myslalam, ze w jakiejs pozniejszej fazie swojej tworczosci Agnieszka podejmie ten temat, co uczynila - choc inaczej niz moglaby to zrobic, gdyby starczylo jej czasu - poswiecajac cala slabnaca energie tlumaczeniom i prezentacji piesni zydowskich.

Chcialaby? Moglaby? Miala kilka niespelnionych pragnien - niespelnionych, poniewaz stal im na przeszkodzie i rodzaj jej niewatpliwie wybitnego talentu, i jej zyciowy temperament, lek przed zamknieciem w jakiejs dlugoterminowej pulapce: nad ogromnie powaznym manuskryptem, przy ogromnie powaznym mezu, w przywiazujacej ogromna wage do systematycznej pracy Ameryce... Wiec choc probowala wejsc na Parnas Powaznej Poezji i Prozy, jej sobiepanska, bystra jak marcowy potok muza psula te w zamierzeniu dostojne szyki, ciagnela ja za warkocz na powrot do kabaretu - tam gdzie zablysla i gdzie zgasla jej poetycka gwiazda-cyganka.

Taka mnie sciezka poprowadz,
gdzie smieja sie smiechy
w ciemnosci
i gdzie muzyka gra.
...i nie daj mi, Boze, skosztowac
tak zwanej zyciowej madrosci,
dopoki zycie trwa.

Tu i owdzie wypowiadano po jej smierci (zmarla 7 marca 1997 r.) opinie, z ktorymi sie nie zgadzam. Ze byla apolityczna. Nietrwala w uczuciach. Raczej byla nieufna wobec wszelkiej polityki, moze dlatego ze przejmowal ja los ludzi marginalnych, nieodmiennie przez politykow pogardzanych; "kochankow z ulicy Kamiennej", polskich Madonn z biednych malych miasteczek, ktorym kazdy nowy zwrot historii przynosi "przyrzeczen starych tysiace/ i niedorzecznie male pieniadze". Jesli sama nie zasiadala przy politycznych stolikach, to bardzo uwaznie je podpatrywala. A czasem pomagala przynosic krzesla. I przewozic przez granice i miedzy kordonami ZOMO ciezkie bibuly.

Malo znalam ludzi rownie jak ona trwalych w istotnych zwiazkach uczuciowych. Przez cale zycie, z niewielkimi przerwami, mieszkala z matka, ktorej smierc, na krotko przed jej wlasna choroba, pograzyla ja w rozpaczy. Tak, rozstajac sie z ojcem jedynej corki, zostawila ja u niego, aby oszczedzic Agacie czestej w takich sytuacjach szarpaniny i sadzac, nie bez racji, ze tak bedzie dla dziecka lepiej. Nie tylko jednak utrzymywala z nia staly czuly kontakt, ale pozostawala w bliskiej przyjazni i z ojcem Agaty, i z jego zona oraz jej synem Jakubem. Stali sie dobra rodzina, a to nie byle sztuka. Mocne i trwale byly takze wiezi jej licznych przyjazni, z najrozniejszych sfer. Przerywala je tylko zawsze przedwczesna, co "w mysich dziurach czuwa", smierc: Marka Hlaski, Ami Navarro, Andrzeja Jareckiego... Spelniala swoj obowiazek "wdowy po pokoleniu" w coraz smutniejszych tekstach.

Czy warto bylo kochac nas?
Moze warto,
lecz ta karta zle gral czas...

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail