FLORIAN SMIEJA
Jubilat
Wsrod
starych, zapomnianych papierow odnalazlem niedawno wiele
lat temu napisane slowo zagajenia wieczoru autorskiego Czeslawa
Milosza, ktory sie odbyl w Sali Sztandarowej Instytutu im.
gen. Wladyslawa Sikorskiego w Londynie 26 czerwca 1963 roku.
Na tym spotkaniu Milosz m.in. odczytal Pozycje,
tekst wydrukowany nastepnie w Kontynentach w numerze
57 z wrzesnia 1963 r. W jednym z punktow stwierdzil zaskakujaco:
"Pisanie i publikowanie poza krajem wlasnego jezyka nie
jest zadnym odrebnym problemem, skoro sie zwazy, ze trudnosc
porozumienia upowszechnia sie i staje sie czyms niemal normalnym"
A takze: "Szczegol kraju, w ktorym sie mieszka, oblok, twarz,
muszla na plazy, powinien wystarczac do rozgrywania wlasnej
zasadniczej stawki".
A oto, co wowczas powiedzialem:
"Szanowni Panstwo,
Z szeregu wieczorow autorskich, ktore urzadzilismy w tej
sali, zapamietalem poprzedni wieczor naszego goscia, jakies
szesc a moze siedem lat temu. Bylismy dumni, ze moglismy
go przedstawic po raz pierwszy londynskim milosnikom poezji.
Podobne uczucia nurtuja mnie i dzis, kiedy znowu mamy zaszczyt
powitac poete w naszych progach.
Nie musze podkreslac chyba rzeczy oczywistej, ze Czeslaw
Milosz od dawna jest z nami w kontakcie. Dzisiejszy wieczor
potwierdza jego przychylnosc, jak swiadczyla o niej wypowiedz
drukowana w Kontynentach kilka miesiecy temu, w ktorej
nie szczedzac nam zreszta uwag krytycznych, poeta dal dowod
zainteresowania naszymi poczynaniami. Pomawial nas wprawdzie
o to, ze tytul pisma bezprawnie przywlaszczylismy sobie
z jego ksiazki. Ale to jest jego wersja prywatna. Naszym
zdaniem to on wlasnie nazwal jedna z ksiazek na czesc swietnego
pisma - a taki epitet wyczytalem w Dzienniku Polskim,
naszej londynskiej wyroczni - na czesc Kontynentow.
To, ze uczynil to o rok wczesniej od ukazania sie pierwszego
numeru miesiecznika, swiadczy o jego znakomitej intuicji
poetyckiej. W jego korespondencji wreszcie znajdziemy slady
zywego sledzenia tego wszystkiego, co sie w naszym srodowisku
dzieje.
Jestesmy mu za to wdzieczni, rzecz jasna, a od siebie mozemy
go zapewnic o wysokim uznaniu dla jego pisarstwa. Niedawno
gosc nasz ukonczyl piecdziesiat lat i mowiacy te slowa przemysliwal
o stosownym uczczeniu tego jubileuszu. Niestety, skonczylo
sie na slowianskim dumaniu
A Milosz, zaiste, zasluguje
ze wszech miar na uczczenie. Zlozylibysmy w ten sposob hold
czlowiekowi o naprawde imponujacych dokonaniach. Przypomnijmy
sobie jego dorobek.
Tyle sie mowi - i zapewne nie bez racji - o ciezkiej doli
emigracyjnego pisarza. O ile sytuacja materialna przedstawia
sie zle, o wiele smutniejsza jest sytuacja psychiczna. Otaczaja
nas milczace piora. Stare talenty jakby wygasly. Obiecujacy
pisarze daja nam najczesciej utwory marginesowe. Na tle
tych dlugich siedmiu lat chudych Milosz rysuje sie odrebnie.
Zadaje klam tezie, jakoby poza granicami Polski nie mozna
bylo tworzyc intensywnie. W ciagu ostatnich dziesieciu lat
Czeslaw Milosz wydal dziewiec tomow poezji i prozy oraz
piec tomow przekladow i opracowan. Sa to pozycje powazne,
niektore przelozono na wiele jezykow. Jezeli dodac do powyzszej
listy eseje i przeklady na jezyk polski, a takze na jezyk
angielski, otrzymamy imponujacy obraz dokonan.
Krytycy, a takze wprowadzajacy, jak ja dzisiaj, niepoprawnie
siegaja po jakis cytat, jakas mysl, ktora jakby in nuce charakteryzuje osobe, o ktorej mowia, ktora ukazuje jej
poetycka sylwetke. Jest to proceder nieco ryzykowny lecz
wielce pomocny i zrozumialy.
Kiedy wertowalem najnowszy tom wierszy naszego dzisiejszego
goscia Krol Popiel z 1962 roku, znalazlem w nim na
ostatku poemat o Ameryce, blizej, o Kalifornii. Poemat zreszta
na wskros przeszyty krajobrazem polskim, wsia litewska,
utwor mily mojemu sercu za reminiscencje historyczne, za
slady odysei Alvara Nuneza Cabeza de Vaca i heroicznie sprawnego
w rzeczach swieckich franciszkanina ojca Junipero Serry,
ktoremu Kalifornia zawdziecza tyle pieknych nazw miejscowosci,
jak: Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara czy San Juan.
W tym to poemacie znajduje sie czterowiersz, ktory kojarzy
w moim umysle dwa, wydawac by sie moglo, wrogie obozy, dwa
krancowo rozne zrodla natchnienia poetyckiego. Poeta dostrzega
piekno obu swiatow i przy dokladniejszym spojrzeniu piekno
to jest wcale podobne. Piekno swiata, o ktorym wspolczesni
wola mowic z przekasem i udalosc nowego, tak nieludzkiego
dla tradycjonalistow. W tym fragmencie widzimy nie tylko
mozliwosci nowej poezji, jest on, wydaje mi sie, charakterystyczny
dla poezji Milosza, tej arki przymierza, by posluzyc sie
utartym okresleniem, pomiedzy zywotnymi elementami poezji
przedwojennej a odkrywczymi cechami liryki wspolczesnej.
Mozna by juz cytat poprzedzic wersami poczatku czlonu dziesiatego:
Nad jego grobem Mozarta zagrali
Bo nic nie mieli co by ich dzielilo
Od zoltej gliny, chmur, nadgnilych dalii
A pod za duzym niebem za cicho im bylo.
Nieco dalej nastepuje czterowiersz, o ktory mi chodzi:
Brzmial Mozart, z pudru peruk odwiniety,
I babim latem unosil sie dlugo,
Niknac nad glowa, w tej pustce ktoredy
Szedl odrzutowiec z cienka biala smuga.
Prosze Panstwa, oddaje glos autorowi".
Kilka tygodni po spotkaniu w liscie z podparyskiej miejscowosci
Montgeron, datowanym 9 lipca 1963 roku, Milosz napisal m.in.:
"Chce podziekowac goraco za mile przyjecie w Londynie i
za Pana wstep do mojego wieczoru autorskiego traktujacy
mnie niemal jak jubilata"
Mysle, ze od tamtego czasu poeta mial bardzo wiele okazji,
by sie do takiego traktowania przyzwyczaic.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |