ANNA FRAJLICH
Lekcja literatury, lekcja zycia
Nie
stargam Cie ja - nie! - Ja, u-wydatnie!...
Cyprian Norwid, Fortepian
Szopena
Czesto mysle o tym, ze gdyby Mickiewicz pozostal w Lozannie,
zamiast wracac do Paryza, to mialby do konca zycia zapewniony
wzglednie spokojny byt dla siebie i rodziny, a my - wiecej
lirykow lozanskich. Ironia losu sprawila, ze dopiero tam,
w pieknej Lozannie, Mickiewicz poczul sie po raz pierwszy
na prawdziwym wygnaniu, bez przyjaciol filomatow, bez przyjaciol
Moskali, bez
nieprzyjaciol i to w ogromnej chyba mierze
zdecydowalo, ze wymienil spokojna przystan na dalsza tulaczke.
Akceptujac prace lektora (takie bylo jego pierwsze stanowisko)
na uniwersytecie w Berkeley, Czeslaw Milosz nie tylko zapewnil
byt rodzinie, ale przelamal archetyp ustanowiony niejako
przez Mickiewicza wlasnie, ze jezeli jest sie poeta na emigracji,
trzeba koniecznie byc "na paryskim (londynskim lub nowojorskim)
bruku". Milosz pozostawil za soba grupke oddanych przyjaciol,
legion zaprzysieglych nieprzyjaciol i zaakceptowal swe wygnanie
z wygnania na kalifornijskiej "Zaczarowanej Gorze".
W wywiadzie udzielonym mi dla Wolnej Europy na poczatku
listopada 1980 roku, tuz po otrzymaniu Nagrody Nobla, Milosz
powiedzial: "
samotnosci nikt nie wybiera. Samotnosc
to jest cos, co sie odczuwa jako kleske, jako klatwe, jako
nieszczescie. Ale kiedy sie to zaakceptuje, dopiero z perspektywy
widac, jak to jest potrzebne i jakie zbawienne. Mysle, ze
gdybym nie mial tej samotnosci, to prawdopodobnie o wiele
bym mniej mogl zrobic".
Wszyscy wiemy, czym zaowocowala zbawienna samotnosc Milosza
w Kalifornii w dziedzinie poezji, ale w Berkeley Milosz
odkryl w sobie zylke wykladowcy, profesora, tlumacza - w
doslownym i przenosnym sensie - literatury i kultury. Jezeli
najwybitniejsi krytycy amerykanscy wgryzaja sie w zawilosci
polskiej sceny literackiej i politycznej z okazji amerykanskiego
wydania ABC Milosza i jego Traktatu poetyckiego,
to nie dlatego, ze bez tych zawilosci nie mogliby zyc, ale
dlatego, ze on o tym pisze. Obowiazki, ktore wzial na siebie
Milosz w tej mierze, wciaz jeszcze czekaja na calosciowa
ocene, to on poprzez swoja Historie literatury polskiej i antologie powojennej poezji dal innym wykladowcom podstawowe
narzedzia do reki. Nie dlatego, ze inni przedtem nie starali
sie tego robic, ale dlatego, ze on pierwszy jakby wprowadzil
nowa metodyke. U podstaw tej metodyki jest stwierdzenie
wyrazone w eseju O historii polskiej literatury, wolnomyslicielach
i masonach, zamieszczone w wydanych w Paryzu
w 1972 roku Prywatnych obowiazkach: "...profesor,
zanim nie odzwyczai sie od polskiej publicznosci, nie potrafi
do cudzoziemcow przemowic. Mity rodzime zakorzenione w jezyku
i znajdujace uczuciowy oddzwiek, sa dla nich martwe". Specjalnie
podaje daty tych stwierdzen, aby podkreslic ich odkrywczosc;
dzis wielu jest wykladowcow na amerykanskich uczelniach,
ktorzy od cudzoziemskiej publicznosci zaczynali. Warto przypomniec
doskonala grupe mlodych wowczas londynskich poetow Kontynentow Floriana Smieje i Bogdana Czaykowskiego, ktorzy podobna
role odegrali w kanadyjskim szkolnictwie uniwersyteckim.
Byla to zreszta jedna z nielicznych emigracyjnych grup,
ktora Milosza zaakceptowala po jego wystapieniu o azyl polityczny.
Ta naukowa i translatorska dzialalnosc Milosza miala caly
czas charakter dwustronny, to on napisal najlepsza chyba
wciaz ksiazke o Brzozowskim Czlowiek wsrod skorpionow,
to on zabral sie za przeklady ze Starego i Nowego
Testamentu, aby ozywic wspolczesny kanon przekladow Biblii, to on pisal po polsku o wspolczesnej poezji
amerykanskiej i dal doskonale przyklady jej tlumaczen ,
to on, to on - kazdy moze sobie wstawic taka czy inna zasluge
Milosza dla kultury.
Poeta zdawal sobie sprawe, ze wiele z tych prac powstaje
kosztem wlasnej tworczosci. Nalezy podkreslic, ze z grona
wybitnych polskich poetow byl to chyba pierwszy, ktory cale
dziesieciolecia przepracowal w pelnym wymiarze godzin jako
profesor, a jest to zajecie, ktore potrafi pochlonac czlowieka
bez reszty.
Komentujac swa Historie literatury polskiej Milosz
pisal: "Niemniej jezeli ktos chce wykonac mozliwie najlepiej
mozliwie najgorsza z robot, poniewaz nikt inny tego sie
nie podejmuje, ma jako podniete swoj zmysl hazardu. Jest
to cwiczenie w rozrzutnosci i beztrosce, skoro sknerstwo
i troska doradzaja nie kalac poetyckiego powolania zadna
uzytkowa krzatanina". "Zmysl hazardu" posluzyl Miloszowi,
a "uzytkowa krzatanina" weszla mu niejako w krew. Kiedy
po zmianie systemu politycznego postanowil dzielic swoj
czas na Kalifornie i Polske, zobaczyl, ile w Polsce jest
do odrobienia, szczegolnie dla czlowieka majacego dzieki
swej perspektywie ostrzejsze spojrzenie na "mity rodzinne",
z ktorych jeden, nie tak znow dawny, dotyczy spojrzenia
na dwudziestolecie miedzywojenne. Jego Wyprawa w dwudziestolecie jest podyktowana pragnieniem, aby "czytelnicy zdobyli sie
na zrozumienie, ze wszystko, czym byla tamta Polska, ksztaltowalo
moje mysli i uczucia, lacznie z uczuciem gniewu i rozpaczy".
Jak sam autor przewidywal, byl to "przyslowiowy kij w mrowisko",
ale jest to pozycja, ktora jak wszystkie inne ksiazki Milosza
pozostanie na zawsze w literaturze przedmiotu, nie bedzie
mogla byc zignorowana. W literaturze przedmiotu pozostanie
takze na zawsze rzadko przywolywana rozprawa Milosza o Balu
w operze, zamieszczona jako przedmowa do wydania tego
poematu w znanej serii Wydawnictwa Literackiego pod tytulem
"Lekcja literatury". Jak to - moglby ktos zapytac - nawet
trwoni swoj cenny czas na przedmowe do szkolnej lektury?
W pozytywnej odpowiedzi na to pytanie zawiera sie nie tylko
lekcja literatury, ale lekcja zycia. Wiadomo, ze Milosz
w poczatkach swej pisarskiej tworczosci byl, musial byc
przeciwnikiem poetyki Skamandra. Ich optymizm, witalizm,
rytmicznosc wiersza obce byly wizji jego pokolenia. W Prywatnych
obowiazkach wobec polskiej literatury tak to skomentowal:
"Niektorzy poeci Skamandra naprawde uwierzyli, ze Polska
jest krajem 'normalnym', takim jak Francja". Ale Milosz,
chociaz przekorny, nie jest zaciekly i kilkadziesiat lat
po swym mlodzienczym buncie postanowil dac swiadectwo prawdzie,
tym bardziej ze byla ona zagrozona przez pozniejszych komentatorow.
W latach komunizmu w kraju i na emigracji rozpowszechniony
byl bowiem poglad, ze Polska dwudziestolecia, dlatego ze
zostala utracona, byla rajem - idealna demokracja. Takim
pogladem jak haszyszem upajali sie mlodzi poeci lat siedemdziesiatych,
stad wiersze satyryczne Tuwima, a szczegolnie Bal w operze wydawaly im sie bluznierstwem. Do tego doszedl zaciekly
antyskamandrytyzm spowodowany zrozumiala niechecia do poetyki,
ale niezrozumiala zajadloscia wobec poetow. Wowczas, kiedy
zywe slady skamandrytow w Nowym Jorku mozna bylo spotkac
na kazdym kroku, malo kto korzystal z ich dostepnosci. Teraz,
kiedy swiadkowie tamtych lat poumierali, a dokumenty w najlepszym
wypadku porozsypywane sa po wszystkich archiwach swiata,
zainteresowanie jakby wzroslo. Oslabl tez terror skamandryckich
zelotow.
Na dwudziestu paru stronach wstepu Milosz z olimpijskim
spokojem i rownie olimpijska prostota wyjasnia uczniom i
czytelnikom, na czym polegalo znaczenie Juliana Tuwima w
literaturze i na czym mistrzostwo jezykowe Balu w operze.
Nie pomija wstydliwych plam w zyciu Tuwima, bez ogrodek
pisze o jego prosowieckim nastawieniu podczas wojny i po
wojnie.
"Byloby zle - zauwaza jednak Milosz - gdyby arcydzielo
Tuwima zostalo odsuniete w zapomnienie z jakichkolwiek wzgledow,
chociazby politycznych. Postaram sie wykazac, ze Bal
w operze jest czyms wiecej niz satyra polityczna, mimo
jego scislego zwiazku z miejscem i czasem, w ktorym powstal".
Wlasnie w tej "lekcji literatury" napisanej w 1998 roku
w Krakowie widze lekcje zycia - oddac sprawiedliwosc komus,
kto jest z zupelnie innej armii, nie stargac - chociaz ma
sie wladze, ale u-wydatnic.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |