PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (22 czerwca 2001)


JAN KAZIMIERZ KAPERA

Jachimeccy

- ostatnia mlodopolska para Krakowa

Pisac o ludziach wielkich, ludziach kultury i sztuki, uczonych, nie jest rzecza latwa. Coz dopiero, gdy w jednostkach takich, niczym w soczewce skupiaja sie cechy zarowno uczonego, jak i artysty. Takimi wlasnie postaciami byli Zofia i Zdzislaw Jachimeccy, zwiazani z historia i kultura Krakowa w okresie kilkudziesieciu lat XX wieku.

Mlodosc w Galicji na przelomie wiekow

Lata dziecinstwa, szkoly, wchodzenia w wiek mlodzienczy - to takze okres poszukiwan, ksztaltowania zainteresowan, a w koncu wyboru drogi zyciowej. Mlodosc w Galicji, w dwoch jej glownych centrach - Krakowie i Lwowie, dala potomkom mieszczanskich rodzin warunki do wszechstronnej edukacji, rozwijania zainteresowan, poglebiania talentow.

Zdzislaw, urodzony w 1882 roku we Lwowie, bedac jeszcze dzieckiem zaczal pobierac lekcje gry na skrzypcach i fortepianie. W roku 1901 ukonczyl kurs teorii muzyki w Konserwatorium Galicyjskiego Towarzystwa Muzycznego w klasie Niewiadomskiego i Jarockiego. To wlasnie muzyka stala sie jego pasja, miloscia, glownym przedmiotem zainteresowania - i tak juz pozostalo do konca zycia.

W 1902 roku Jachimecki wyjechal do Wiednia, by kontynuowac nauke u wybitnego muzykologa Guido Adlera. Po czterech latach studiow uzyskal tytul doktora filozofii w zakresie muzykologii za prace poswiecona psalmom Mikolaja Gomolki. Rownoczesnie studiowal kompozycje u Hermana Graedenera i Arnolda Schönberga. W koncu 1906 roku przeniosl sie na stale do Krakowa, gdzie od 1 stycznia 1907 roku wykladal na Kursach Oswiatowych dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego.

Zofia Godzicka, przyszla zona Jachimeckiego, urodzila sie w Krakowie w 1886 roku, w dosc zamoznej rodzinie mieszczanskiej. Jej ojciec - radca miejski - byl udzialowcem w fabryce chemicznej, wspolwlascicielem destylarni nafty w Skawinie, a takze znanym producentem kafli piecowych. O swej edukacji pisala: "Odebralam wyksztalcenie zgodne z epoka, na ktora przypadla moja mlodosc, to znaczy chodzilam do szkol i jednoczesnie uczono mnie w domu, a w pozniejszym okresie zapisywalam sie na Uniwersytecie Jagiellonskim na wyklady profesorow: Jerzego Mycielskiego, Tarnowskiego, Natansona, Chrzanowskiego i innych". Jezykow obcych uczyla sie w innej, niz w zaborze rosyjskim, kolejnosci. Panie w Galicji zaczynaly bowiem od niemieckiego, nastepnie przychodzil czas na francuski, a potem w zaleznosci od warunkow mozna bylo wybrac cos innego. Ulubionym jezykiem pani Zofii mial sie okazac wloski.

Jachimeccy poznali sie prawdopodobnie w Szczawnicy w roku 1901, a wiec w kurorcie zdobywajacym sobie dopiero popularnosc. Jachimecki pisal do Zofii Godzickiej w liscie ze Lwowie 29 sierpnia 1902 r.: "...dla mnie pozostaniesz jednaka, niezmieniona, taka, jaka Cie poznalem w Szczawnicy, jaka bylas wlasnie rok temu w Krakowie, w Krynicy i dzisiaj taka mi jestes, moim geniuszem, moja swietoscia". Slub odbyl sie 7 wrzesnia 1908 roku w Krakowie w kosciele sw. Piotra i Pawla przy ulicy Grodzkiej. Zdzislaw mial wowczas dwadziescia szesc lat, a jego wybranka dwadziescia dwa. Od tej chwili stanowili nierozlaczna pare, zawsze razem na spacerach po Plantach, podczas wedrowek ulicami Starego Miasta, na premierach teatralnych, czy tez gdy wybierali sie do ktorejs z licznych kawiarni, a to do Hawelki, a to do Jamy Michalikowej czy na slynne "kooperatywy" w Grandzie, gdzie popoludniami schodzili sie artysci, malarze i ludzie piora.

Wezly przymierza na co dzien i na dlugie lata - "poki zycia"

Mozna smialo powiedziec, ze poza czysto zawodowymi sprawami ich zycie nie dzielilo sie na odrebne nurty. Czesto zdarzalo sie jednak, ze te nurty laczyly sie. Niekiedy bowiem i maz siegal po pioro, by przetlumaczyc cos z niemieckiego, francuskiego czy wloskiego, a zona, by przyswoic wielbicielom muzyki libretta do slynnych arii. Rowniez w zyciu prywatnym uzupelniali sie "umyslami, refleksja serdeczna, rodzajami dowcipu, a takze smetku, rzecz jasna; tym, co w uczuciu jest - sluzba, niepokojem, wiedza o drugim czlowieku", jak wspominala pani Zofia.

Po osiedleniu sie w Krakowie odbyl Jachimecki liczne podroze zagraniczne, ktorych efektem byla praca habilitacyjna "Wplywy wloskie w muzyce polskiej" (Krakow, 1911 r.). 1 listopada 1911 roku rozpoczal - jako pierwszy nie tylko w Krakowie, ale w ogole w Polsce - wyklady z muzykologii na Uniwersytecie Jagiellonskim. W okresie miedzywojennym przyczynil sie do popularyzowania muzyki polskiej w swiecie, bedac czlonkiem Société Francaise de Musicologie w Paryzu oraz Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Wiedniu; pracowal jako recenzent muzyczny i teatralny, publikujac w czasopismach polskich i zagranicznych. Byl indywidualnoscia o bardzo szerokich zainteresowaniach. Jak wspomina Zygmunt Lesnodorski: "Lubil reprezentowac, do czego mial zreszta pierwszorzedne warunki. Wspaniale wygladal w todze i zlotym lancuchu, lekko upozowany, z przymruzonymi oczyma i malowniczo siwiejaca fryzura artysty". Rzeczywiscie, czesto wyjezdzal za granice na kongresy, zjazdy, z wykladami o muzyce polskiej, glownie o Chopinie i Szymanowskim. To wlasnie on przyczynil sie do rozpropagowania tworczosci autora Krola Rogera, az do przyznania mu tytulu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellonskiego w 1930 roku. Byl pierwszym, ktory poswiecil Szymanowskiemu osobna monografie, wydana w Krakowie w 1927 roku. Jego studia o Mozarcie, Hugo Wolfie, Haydnie i Wagnerze stanowily i stanowia do dzis o wielkim wkladzie polskiej mysli muzykologicznej w dorobek kultury europejskiej. Dziela Jachimeckiego, napisane ze swada typowa dla artysty, swobodne i pelne literackich wtretow, byly szeroko znane i czytane. Podobny charakter mialy jego audycje slowno-muzyczne w polskim radiu w latach 1926-1934.

Nie byl wylacznie teoretykiem muzyki, byl takze kompozytorem i dyrygentem. Zachowaly sie jego piesni solowe na glos i fortepian, piesni choralne, muzyka do przedstawien teatralnych oraz Fantazja symfoniczna.

6 listopada 1939 roku to dla nauki i kultury polskiej dzien tragiczny. Wraz z innymi profesorami Uniwersytetu Jagiellonskiego Zdzislaw Jachimecki zostal aresztowany i wywieziony do obozu w Sachsenhausen. Na szczescie, po czteromiesiecznym pobycie w skrajnie zlych warunkach, przy mrozie siegajacym minus 25 stopni Celsjusza, zostal zwolniony 6 marca 1940 roku. Po powrocie do Krakowa nauczal tajnie historii i teorii muzyki, kilku studentow przygotowal nawet do egzaminu.

W styczniu 1945 roku objal funkcje kierownika Katedry Muzykologii UJ i pelnil ja do smierci w pazdzierniku 1953 roku. Byl postacia, ktora dzieki swej wrecz tytanicznej pracy, wielkiej erudycji zdobyla sobie poczesne miejsce w historii kultury polskiej, a takze, co chyba najwazniejsze - w sercach wielu ludzi, jego uczniow, kolegow, uczonych, przyjaciol, artystow i pisarzy pierwszej polowy XX wieku.

Miejsce takie winna zajac w historii kultury, literatury i teatru, a takze dziejow stosunkow polsko-wloskich jego zona Zofia, jedna z najbarwniejszych postaci zycia towarzyskiego Krakowa.

Natchnienie dla poetow i muza dla niezliczonych rzeszy artystow, w tym najslynniejszych, ktorzy tworzyli jej portrety i rzezby. Byli to: Axentowicz ("Jemu pozowalam co niemiara. Zawsze prosil: Pragne Pania malowac"), Chwistek, Mehoffer, Witkacy, Tichy, Pienkowski, Czajkowski, a w koncu slynny Wojciech Kossak (ostatni jej portret namalowal w grudniu 1941 r.); z rzezbiarzy - Laszczka, Dunikowski i Puget. Wszystkie te obrazy, rzezby, liczne drobiazgi i bibeloty stanowily barwne uzupelnienie ogromnej, bo liczacej przeszlo szesc tysiecy pozycji kolekcji ksiazek, ktore przez lata Jachimeccy gromadzili w swej kamienicy przy Grodzkiej 47. Nadawaly wnetrzom nastroj powagi, dostojenstwa, a jednoczesnie wprowadzaly element pierwiastka artystycznego, cos z ulotnosci sztuki, jej niematerialnosci. Zofia Jachimecka pozowala artystom, gdyz byli jej bliscy: "Ja bardzo kochalam przyjaciol, ludzi znakomitych, zawdzieczam im najlepsza czesc mego zycia". Nie tylko byla piekna kobieta, z cudownymi puklami blond wlosow siegajacymi ziemi, jak mozna to zobaczyc na zdjeciach z mlodosci, spowita w szale, tiule i woalki. Eteryczna i wiotka, mozna by rzec "plynaca" w powietrzu u boku swego przystojnego meza, sama wyznaczala gusta w modzie, a to czarny aksamit, a to rozowe krepdeszyny, a to ciemnoblekitne tiule. Przede wszystkim byla jednak wybitna tlumaczka i znawczynia literatury francuskiej i niemieckiej, a w szczegolnosci wloskiej. Tej ostatniej poswiecila najwiecej uwagi, pracy i na pewno - milosci.

Poczatkowo tlumaczyla dla wlasnej przyjemnosci drobne utwory z jezyka niemieckiego i francuskiego, m.in. Gauthiera i Mériméego. Czesto aktorzy zwracali sie do niej z prosba o przetlumaczenie jakiegos utworu. Tak bylo w przypadku Nieprzyjaciolki Niccodemiego, ktora grala we Wloszech Jadwiga Mrozowska, po wyjsciu za maz za Wlocha. Wkrotce Zofia Jachimecka przetlumaczyla druga jego sztuke Swit, dzien i noc, ktora przywiozla z Wloch. Sztuka ta, w wykonaniu Aleksandra Wegierki i Marii Malickiej, stala sie pod koniec lat 20. wielkim przebojem polskich scen. Tak znani rezyserzy, jak Zelwerowicz, Osterwa, Solski, Szyfman czesto zwracali sie do niej z prosba o przeklady sztuk, o dobor muzyki do przedstawien, a nawet oferowali jej role w teatrze. W czasie podrozy do Wloch w 1925 r. sam Pirandello zwrocil sie do niej z prosba o tlumaczenie. Alez to nie na serio (wystawiona ponad sto razy w 1936 r. w Warszawie). Ogolem pani Zofia przelozyla kilkanascie sztuk Pirandella, Goldoniego, kilka komedii Niccodemiego, Chiarellego, Bracco i innych. Zachowalo sie kilkadziesiat rekopisow i maszynopisow, z ktorych tylko nieliczne do tej pory ukazaly sie drukiem, w tym w bardzo przez Jachimecka cenionej serii Biblioteki Narodowej.

Wspolna miloscia Jachimeckich byl teatr. Jak wspomina Aleksander Ziemny: "Przez kilkadziesiat lat towarzyszyla wraz z mezem wszystkim dobrym i smutnym przygodom krakowskich teatrow". Nie bylo premiery w Teatrze Slowackiego, na ktorej zabrakloby jej obecnosci. Jezeli jednak przypadkiem tak sie zdarzylo, to rezyserzy od razu mogli sobie powiedziec za Magdalena Samozwaniec: "Premiera padla, bo Zosi nie bylo".

Slynny w Krakowie byl prowadzony przez Jachimeckich salon - miejsce intelektualnych spotkan i dyskusji. Byl jednym z wielu w Krakowie, ale i jednym z ostatnich w duchu mlodopolskim prowadzonych salonow literacko-artystycznych. W tradycyjne "wtorki" przewijal sie swiat uniwersytecki, teatralny, elita artystyczna i towarzyska. Tak ich salon wspominal znany krakowski ksiegarz Marian Krzyzanowski: "Zbierali sie tam najwybitniejsi ludzie tak miejscowi, jak i z innych dzielnic kraju, a takze zza granicy. Istnialo nawet takie powiedzonko, ze gdy kto z cudzoziemcow przyjechal do Krakowa, to najpierw ogladal Brame Florianska, a potem spieszyl do pp. Jachimeckich". Grono znajomych i przyjaciol bylo rzeczywiscie znakomite. Bywali tu i pisarze: Otwinowski, Konopka, Berent, Choromanski, Sinko, Nalkowska, Boy, Pawlikowska-Jasnorzewska, Illakowiczowna, Samozwaniec, i malarze: Weiss z zona, Waskowski, Kossak, Czajkowski, i rezyserzy i aktorzy: Voglerowie, Frycz, Jaroszewska, Nowakowski, Trzcinski, i wreszcie muzycy i kompozytorzy: Szymanowski, Rubinstein, Fitelberg, Smendzianka. Ci, ktorym udalo sie przezyc pieklo wojennej zawieruchy, nadal wpadali do pani Zofii, takze po smierci meza, gdy sama musiala stawic czolo zyciu w trudnej rzeczywistosci.

Ostatnia dama Mlodej Polski

Problemy zaczely sie juz w pierwszych latach powojennych. Sytuacja polityczna w kraju nie sprzyjala rozwojowi wielkiej literatury. Wiele sztuk, projektow i zamierzen teatralnych nie moglo dojsc do skutku.

Podobnie rzecz sie miala z tlumaczeniami "ambasadorki teatru wloskiego w Polsce", jak nazywaly Zofie Jachimecka czasopisma wloskie okresu miedzywojennego. Dopiero w latach 50. i 60. teatry polskie zaczely wystawiac sztuki w jej przekladach, glownie komedie Goldoniego, Niccodemiego i Pirandella, ktorego Jaka mnie pragniesz i Szesc postaci scenicznych w poszukiwaniu autora przez wiele sezonow goscily na scenie. "Moje wysilki szly w kierunku przyswojenia polskiej scenie arcydziel swiatowych - praca przekladowa sprawiala mi zawsze wielka radosc" - wspomni po latach. W sztuce translatorskiej zajela poczesne, choc nadal zbyt malo eksponowane, miejsce. Ze swa bogata spuscizna staje w rzedzie najwybitniejszych, obok Leopolda Staffa, Aliny Swiderskiej, Edwarda Boyé, Edwarda Porebowicza, ktorzy swymi przekladami wzbogacili kulture polska o cenne dziela literatury wloskiej.

Pracowala do konca zycia. Choc od wielu lat chorowala, jej dom i salon byly zawsze otwarte. Nie zapomniala rowniez o dzieciach. To jej swietny przeklad Pinokia Collodiego uzupelnil pieknymi ilustracjami Jan Marcin Szancer.

Poniewaz tantiemy za tlumaczenia i wystawiane sztuki oraz emerytura po mezu nie wystarczaly na pokrycie kosztow utrzymania mieszkania, pani Zofia udostepnila swe zbiory Polskiemu Wydawnictwu Muzycznemu, ktore w dwoch pokojach zorganizowalo Biblioteke im. Zdzislawa Jachimeckiego. Znalazla tu swe miejsce takze Redakcja Chopinowska.

Trapiona chorobami, rzadziej niz kiedys zagladala do teatrow na premiery, do muzeow i galerii na wystawy, ale za to kazdy czwartkowy i sobotni wieczor poswiecala na wysluchanie oper transmitowanych przez radio wloskie. "Juz dawno wycofalam sie z zyciowego teatru, inni maja teraz prawo do swiatel rampy. Gdyby starzy wystrzegali sie natrectwa, nie byliby tak czesto smieszni, godni pozalowania" - te slowa, az nadto charakteryzuja postac tej niezwyklej kobiety, ktora podobnie jak jej maz nigdy nie ulegla sezonowym modom, zmieniajacym sie ideologiom, czy wreszcie korzysciom plynacym z takiej, a nie innej postawy w roznych, jakze pogmatwanych okresach naszej historii. Coz jednak za przewrotnosc losu! Te, ktora cale swe zycie poswiecila wzbogacaniu polskiej kultury, w dniu jej pogrzebu 28 sierpnia 1973 roku odprowadzala zaledwie garstka przyjaciol, ludzi bliskich. W zaimprowizowanej napredce mowie zegnal ja Henryk Vogler. Powiedzial, ze zawsze pozostawala soba - lekka, zwiewna i powabna muza artystow. Ostatnia wielka dama Mlodej Polski, "ostatnia z tego pokolenia, ktore umialo sie bawic soba i zyciem, a jednoczesnie mrowczo i tytanicznie pracowac".

Zapisy sporzadzone przez wdowe po profesorze nie uchronily jednak pieknych zbiorow Jchimeckich oraz olbrzymiej biblioteki przed rozproszeniem. Nie ostala sie rowniez idea zachowania w calosci kolekcji, ktora przyswiecala jej przy przekazywaniu zbiorow Panstwowemu Wydawnictwu Muzycznemu; idea swoistego salonu-muzeum po profesorze Jachimeckim, otwartego dla badaczy muzyki polskiej. Dalsze losy tej niezwyklej kolekcji, stanowiacej unikatowa pozycje naszego majatku narodowego w dziedzinie muzyki, sa trudne do przewidzenia. W marcu 1992 r. miala miejsce w PWM dyskusja nad przyszloscia spuscizny po Jachimeckich. Zainteresowanie przejeciem zbiorow, ich ochrona, przechowywaniem w formie depozytu wieczystego i opracowaniem wykazala Biblioteka Jagiellonska. Czy spuscizna po profesorze i jego zonie rzeczywiscie znajdzie tam swe miejsce? Czy mozna miec chocby cien nadziei, iz marzenia pani Zofii o salonie-muzeum po jej mezu kiedys sie spelnia? o

------------------------

Autor artykulu pragnie podziekowac Pani Annie Godzickiej za udostepnienie archiwalnych zdjec rodzinnych.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail