JAN ZIELINSKI
Pod innym katem
Co odcial nozyk?
Kupilem ten tomik, bo marzy mi sie historia literatury
polskiej jako dzieje przedmiotow. Kusza mnie dzieje zwiazkow
miedzy przedstawianymi w literaturze przedmiotami, ich cichy
dialog, toczony niejako ponad glowami autorow. A tu, jak
na zamowienie, Tadeusz Rozewicz wydal dluzszy wiersz, moze
nawet poemat w szesciu czesciach, zatytulowany nozyk
profesora. Na okladce widac ten nozyk:
z kawalka obreczy
z beczki piwa albo innej beczki
ma raczke
tak zmyslnie
wygiety
Nozyk nalezal w obozie koncentracyjnym do Mieczyslawa Porebskiego
i do dzis spoczywa na biurku tego znanego krakowskiego historyka
sztuki i polihistora (a takze awangardowego prozaika). Teraz
stal sie pretekstem, a moze nawet osia tematyczna i tytulowym
bohaterem poematu Rozewicza.
*
Kazda nowa ksiazka Rozewicza jest oczywiscie wydarzeniem
dla jego wielbicieli i na pewno niebawem pojawia sie i tego
poematu uczone egzegezy (choc z gory uprzedzam, ze wnikliwych
krytykow czekaja w tym przypadku przykre niespodzianki).
Kogos, kto wielbicielem Rozewicza nie jest, rozczaruje zapewne
kolejny powrot do tematyki martyrologicznej, mala konkretnosc
w opisaniu tytulowego przedmiotu, reportazowa blahosc i
kompozycyjna niespojnosc nozyka profesora.
*
Obok nozyka profesora w ksiazce znalazlo sie tez
kilka drobniejszych utworow, z ktorych na szczegolna uwage
zasluguje tajemnica wiersza - na pozor bezpretensjonalna
gaweda, wywolana wspomnieniem czytanego przed wojna w Pionie wiersza o szachach, ktorego autorem byl malo znany poeta
Eminowicz. Wspomnienie obudowuje sie stopniowo, najpierw
Czeslaw Milosz podrzuca poecie zapomniane imie Eminowicza
(Ludwik), potem w sporzadzonej przez tegoz Milosza antologii Wypisy z ksiag uzytecznych Rozewicz znajduje inny
wiersz "zanikajacego poety", wreszcie na targach ksiazki
we Frankfurcie (z Miloszem czytalem wiersze/ przed nami
biegla Nike) wraca wspomnienie Eminowicza i tamtego
wiersza z Pionu. Ladny wiersz. Mozna sobie wyobrazic
jego dalszy ciag: jakis pilny historyk literatury odszuka
w Pionie tamten wiersz o szachach i przesle odbitke
Rozewiczowi, a ten bedzie mogl rozwiazac "tajemnice wiersza".
Ja jednak tego nie zrobie - balbym sie takiej konfrontacji.
Wole mgle niedopowiedzenia i tajemniczosci, jaka spowija
w tej chwili wiersz Rozewicza. Czasem lepiej nie byc zbyt
dokladnym.
*
Ksiazka zostala przez Wydawnictwo Dolnoslaskie opublikowana
z pietyzmem, z jakim rzadko wydaje sie nawet klasykow. Ostatecznemu
(na dzis) tekstowi tytulowego utworu i pieciu krotszych
wierszy towarzyszy podobizna jednej z wczesniejszych wersji nozyka profesora w postaci wydruku z rozmaitymi recznymi
zmianami i uzupelnieniami, ktore niekiedy weszly do tekstu
ostatecznego, czesto jednak pozostaly tylko w tej prowizorycznej
postaci. Ich odczytanie wymaga wprawy w obcowaniu z tekstami
rekopismiennymi, trud ten jednak chyba sie oplaca: mozna
dzieki niemu dotrzec do interesujacych wariantow, ktore
zostaly przez autora - moze za czyjas namowa - ocenzurowane.
Nozyk profesora Porebskiego posluzyl do odciecia tych wariantow,
ktore moglyby sie okazac zbyt drastycznymi. Godzac sie na
publikacje reprodukcji, Rozewicz podsuwa czytelnikowi te
warianty, jednakze wskazuje, ze maja one inny status, sa
nieostateczne, polowiczne, wycofane.
*
Przyjrzyjmy sie niektorym wariantom, jako ze wnosza one
do dosc martwego poematu powiew swiezosci i ostrosci politycznej.
I tak na przyklad we fragmencie:
u nas zawsze tak bylo
kazdy mial swojego Zyda albo ksiedza
w kazdym siedzi ksiadz Robak
Jankiel i Konrad Wallenrod.
W wersji reprodukowanej obok slow "ksiadz Robak" pojawia
sie - opatrzony innym atramentem znakiem zapytania, a nastepnie
przekreslony - dopisek:
albo ksiadz Rydzyk.
Dodajmy, ze gdyby ksiazka ukazala sie pare tygodni pozniej,
autor moglby dopisac jakas wstawke na temat Brunona Schulza
i afery z freskami w willi Landaua, do Schulza bowiem i
jego oprawcy odnosi sie w tragiczny sposob powiedzenie "kazdy
mial swojego Zyda"...
*
Inna bardzo aktualna wstawka pojawia sie w czesci zatytulowanej Pociagi odchodza dalej:
Czy to juz... pyta Dziewczyna
nie panienko to dopiero
Sobibor Majdanek...
potem bedzie Jedwabne
Jedwabne? Jaka to piekna
nazwa dla miejscowosci.
Ostatnie dwa slowa zostaly przekreslone, a caly ten fragment
nie wszedl do tekstu glownego. Troche szkoda (Jedwabne to
rzeczywiscie piekna nazwa), z drugiej strony mozna zrozumiec
autora, ze nie chcial sie zartobliwa niemal, poetycka wzmianka
mieszac do sporu, ktory zdominowal w ostatnich miesiacach
polska publicystyke. Zarazem jednak, powtarzam, godzac sie
na publikacje rekopismiennych wariantow slowa te do ksiazki
przemycil...
*
Pod koniec drugiej czesci poematu, po cytacie z Norwidowego Promethidiona, mamy rekopismienny dopisek:
Patrz a teraz w Krakowie ta historia z sercem Zygmunta
Peklo serce... nawet dzwon nie wytrzymal
I nizej slowa: kto? Kantor..., ktore sprawiaja,
ze linijka on jest niesamowity, w wierszu glownym
odnoszaca sie do Norwida, teraz moze odnosic sie do Tadeusza
Kantora. Obok tego miejsca jest na marginesie ciag dalszy,
zapisany kolorem granatowym, a potem przekreslony energiczna
kreska na czarno, przez co powstaje jakby graficzny wizerunek
wieziennych krat, znak sprzeciwu. Oto przekreslony fragment:
ale i serce Zygmunta juz nie
wytrzymalo peklo w Krakowie
tak jak unia wolnosci
ten Geremek tak dlugo cos tam
gmeral gderal papral
przy tym az sie rozlecialo
to nie smak magdalenki
na jezyku Madle Madle
nava macher tel suar spapral
polityke wschodnia
no i masz babo placek
a wiesz ze ja na nich kiedys
glosowalem.
Czytajac te slowa - wprawdzie nie w druku, ale przeciez
powielone w takim samym nakladzie jak cala ksiazka - ma
sie ochote pogratulowac wydawnictwu lub przyjaciolom autora,
albo moze jego sumieniu artystycznemu. Rozewicz skorzystal
z nozyka profesora Porebskiego i wycial ten potworkowaty
fragment (belkotliwe slowa w srodku to chyba z polska fonetycznie
zapisany, znieksztalcony cytat ze znanej piosenki o Madeleine,
ktora nie przychodzi wieczorem na umowione spotkanie). No
tak, wycial, ale zarazem go w dosc czytelnej formie publikuje.
Jest w tym jakas nieprzyjemna dwuznacznosc.
*
Nonszalancja Rozewicza. W nozyku profesora dosc
istotna role odgrywa pewien rzymski bog:
Robigus prawie nieznany
demon rdzy - z drugiego rzedu bogow
[...]
Robigus
ten co w starozytnosci
trawil metale.
Rozewicz eksploatuje watek rdzewienia, poczynajac od sensu
frazeologicznego (pioro rdzewieje) przez przenosny
(skowronek - rdzawa/ plamka na blekicie/ osypuje sie/
przypada do ziemi) po doslowny, rdzewienia metalu. Robigus
u niego
pozera tory szyny
parowozy
[...]
pozera klucze
i zamki
miecze lemiesze noze
ostrza gilotyny topory.
To wszystko w tekscie glownym. W pominietych wariantach
jest jeszcze taka notatka:
7 pazdziernika 1982 roku (czwartek)
bylem w Ustroniu - zapisalem -
"powstal osobny demon rdzy Robigus
potem dopisalem ze gwozdz jest to symbol
przymusu (boginie przymusu Ananke
przedstawiano z gwozdziem w rece".
Takie skojarzenia sa najzupelniej zrozumiale w kontekscie
tytulowego motywu starego nozyka. Klopot tylko w tym, ze
Robigus byl rzeczywiscie pomniejszym bostwem w rzymskiej
mitologii, jednym z tych bogow przywiazanych do jakiejs
konkretnej okolicznosci czy czynnosci, ale nie mial nic
wspolnego z metalami ani ich rozpadem. Robigus byl bogiem
plesni i rdzy... zbozowej. Uroczystosci ku jego czci (Robigalia)
urzadzano na wiosne, 25 kwietnia, mieszkancy Rzymu ciagneli
w pochodzie do grobu boga, gdzie skladano mu ofiare z rudego
psa. Coz, w jakims kosciele dzwonia, ale nie w tym. Szkoda,
ze redaktor, ktory tyle trudu wlozyl w pieczolowite opracowanie
graficzne i typograficzne ksiazki, nie mial wiecej smialosci
w sprawdzaniu autora, ze uwierzyl kazdemu jego slowu. Zbyt
balwochwalczy stosunek do pisarza nikomu nie wychodzi na
dobre.
*
Na koniec jeszcze jeden przyklad cenzury czy autocenzury,
z zakonczenia poematu, fragment dotyczacy Wadowic. W pierwszej
wersji brzmialo to tak:
chcialem zobaczyc miasto rodzinne poety Jawienia
(Piotra - Nastepcy) zobaczylem
dom rodzinny szkole ubogi kosciol
pelen kiepskich obrazow
Rozewicz najpierw skreslil ostatnia linijke, jakby nie
wypadalo pisac o kiepskich obrazach w wadowickim "papieskim"
kosciele. Potem z boku dopisal naszego kolegi z pokolenia
Kolumbow, co nawet dobrze wspolbrzmi i ze wspolnota
generacyjna Jana Pawla II i Rozewicza, i z pojeciem "pokolenia
Kolumbow" i nawet z obecnym w poemacie motywem "jajka Kolumba"
- ale sie z tego wariantu wycofal. Dodal element wzruszenia,
dodal mickiewiczowskie gory chmury i w wersji drukowanej
nozyk profesora dzis konczy sie tak:
chcialem zobaczyc miasto rodzinne poety Jawienia
poruszony zobaczylem jego gory chmury
dom rodzinny szkole ubogi kosciol
*
Pod wersja robocza poematu Rozewicza widnieja daty: 1950-2001.
Pol wieku dojrzewania. Mallarmé pisal, ze swiat istnieje
po to, by wydac ksiazke. Zgoda, pod warunkiem, ze ta ksiazka
nie musi byc nozyk profesora.
-----------
Tadeusz Rozewicz, nozyk profesora,
Wydawnictwo Dolnoslaskie, Wroclaw 2001.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |