[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (15 czerwca 2001)


CZESLAW KARKOWSKI

W parku Poego

Z okazji wznowienia "Orfeusza w piekle XX wieku" Jozefa Wittlina

Moglbym powiedziec, jak Jozef Wittlin w eseju Poe w Bronksie: znam dobrze ow parczek przy Grand Concourse i domek Poego na rozjezdzie drog, wcisniety pomiedzy duze kamienice czynszowe. Otoczony plotem i zwykle zamkniety, stoi sobie samotnie i w pelnym niemal zapomnieniu. Okolice dzis zamieszkuja glownie Latynosi, w oknach domow wokol portorykanskie flagi, napisy po hiszpansku, w nielicznych sklepikach i malych firmach poludniowoamerykanskie specjaly.

Jest to jedyny skrawek zieleni na szerokiej, ruchliwej arterii w poblizu wielkiego handlowego skrzyzowania z Fordham Road. Kiedy znalazlem sie tam ostatnio w zeszlym roku, byl czerwiec, sobota, potezniejacy upal poranny. Ludzie garna sie wiec do cienia, do lawek, dzieci pedza do rozbudowanej konstrukcji z wielkich kolorowych rur plastikowych. Mozna pelzac w nich skomplikowanym labiryntem, zjezdzac i wspinac sie. Graja radia, rozlegaja sie poludniowe rytmy, ludzie jedza, pija, bawia sie, tancza, rozmawiaja glosno, nieswiadomi sasiedztwa. Domek, otwarty zaledwie pare godzin w sobote i niedziele (wstep 2 dolary) stal pierwotnie w innym miejscu, przeniesiono go na druga strone, gdy budowano wielka arterie komunikacyjna Grand Concourse i wzniesiono wysokie domy czynszowe po bokach.

Edgar Allan Poe wprowadzil sie don w 1846 r. Wowczas bylo to miejsce juz dobrze za miastem, skoro poprzednio letnie miesiace lat 1843 i 1844 spedzal na farmie przy dzisiejszej 84 Ulicy i Broadwayu. Jesli tam byla prawie wies (dzis tetniacy srodek miasta), to co dopiero na Bronksie, gdzie mieszkal z zona, mlodziutka Wirginia. Zmarla ona tutaj na gruzlice w 1847 r. i pochowano ja na pobliskim cmentarzu. Pisal zreszta, ze zyje na wsi zwanej Fordham, 13 mil od miasta. Dzis Fordham to jeden z przystankow metra i duza ulica prowadzaca do jezuickiego uniwersytetu i do ogrodu zoologicznego.

Domek Poego, schowany wsrod drzew, kuli sie przed rozbawionymi, roztanczonymi i rozkrzyczanymi Latynosami. Rzadko ktos tam przychodzi, a jesli - z tego co widzialem - to tylko biali, starsi ludzie, ktorym nazwisko poety cos jeszcze mowi. Ale i to nieczesto: losem Poego "w Bronksie" jest zapomnienie. Nie tylko jego - chyba to los wszystkich poetow w Ameryce. Kiedy pare dobrych lat temu pojechalem do domku "narodowego" poety Stanow Zjednoczonych Walta Whitmana w Camden, takze nie bylo tam nikogo ze zwiedzajacych. Mlody czlowiek, ktory otworzyl wtedy drzwi, byl jakby troche zdziwiony goscmi, do tego mowiacymi z cudzoziemskim akcentem. Pozwolil obejrzec malenki, w pelni urzadzony domeczek z meblami, ksiazkami, fotografiami i innymi licznymi pamiatkami po Whitmanie. Tutaj autor zbioru Zdzbla trawy spedzil ostatnie lata zycia.

Takze innym razem i w innym domu Walta Whitmana, na Long Island, bylo pusto. Wnetrza bez sprzetow, domek krzywy, drewniany, malutki. Mloda dziewczyna, ktora pelnila funkcje gospodyni, otworzyla drzwi powtarzajac odruch zdziwienia z powodu obcego akcentu zwiedzajacych. Zaczela sie rozpytywac, i prosze, znala nazwisko Henryka Mikolaja Goreckiego (wymawiajac je "Gareki" lub jakos podobnie). Ot i kontakt nawiazany.

Okolica domku Poego z 2000 r. zupelnie nie przypomina dzielnicy opisywanej przez Jozefa Wittlina w jego szkicu. Po Zydach ani sladu, wszyscy sie wyprowadzili (podobno w ciagu kilku doslownie lat porzucili to miejsce), dawno zlikwidowano liczne sklepiki, pozostal tylko Emigrant Saving Bank (Wittlin pisze: Dollar Saving Bank) z jakby koscielna wieza i zegarem opisywanym przez Wittlina - dzis juz nie ma neonowych wskazowek, a tylko miedziane, pokryte zielona sniedzia. Slonce, beton, ruch samochodow, a zarazem swoista pustka - wrazenie stwarzane przez szeroka niezmiernie ulice i wysokie czynszowe kamienice - atmosfera zupelnie inna od elegijnej, opisywanej przez Wittlina. Ale kto wie, czy przez to nie bardziej przygnebiajaca. Zepchniecie poety na bok zycia tym silniej odczuwane, odsuniecie na margines, utrata znaczenia. Bylo, minelo, nie warto wspominac; dzis wesela sie tu Latynosi, smagle lub ciemne skory, polnagie, krepe ciala, radosc zycia, taniec, muzyka. Smutek, choroba, melancholia, groza Poego daleko w cieniu, w beztroskiej niepamieci. Dzis przyszedl czas innych ludzi, innej rasy, innej kultury. Oni opanowali dzielnice, oni dyktuja prawa zycia, oni dziedziczyc beda ziemie. Na swiat autora Dzwonow nie ma juz miejsca, nie ma tez miejsca na przejmujacy smutek Wittlina w obliczu "zydowskiego raju" na Bronksie, szczescia ludzi niepomnych na tragedie holocaustu gdzies daleko, daleko stad.

Niski bialy domeczek z czerwona dachowka, osloniety drzewami parku chowa sie w kacie, jakby kulil sie przed napierajacym zywiolem tanczacych, glosnych Latynosow, sklada sie z dwoch czesci: zasadniczego jednopietrowego domu oraz czegos w rodzaju przybudowki z osobnym kominem i dachem, jak rownia pochyla spadajacym gleboko w dol az gdzies na wysokosc czlowieka. Ganek przed zasadnicza czescia domku ma osobny daszek.

Byla to kiedys bardzo ladna dzielnica i wciaz taka jest. Nie ma zadnych sladow po poecie, wspominanych przez Wittlina - ani barow, ani zakladow uslugowych imienia Poego. Odszedl calkowicie w niepamiec. Kroluje latynoska kuchnia - male brudnawe na wyglad, nieporzadne garkuchnie, a po drugiej stronie parczku - sklepiki hinduskie, chinskie jadlodajnie.

Wittlin nie mogl wybrac sie na przechadzke po Bronksie "w wigilie Sadnego Dnia", by dojsc do domku - jak pisze w swoim szkicu. Fieldstone, gdzie mieszkal, dzieli od Grand Concourse i domku Poego ogromny dystans. Nawet dla wytrawnego piechura to przynajmniej dwie godziny drogi marszu i wspinania sie po gorzystych okolicach, a Wittlin nie nalezal do najmocniejszych. "Chyba jezdzil tam czy to do lekarza, czy moze do znajomych, albo w innych sprawach" - mowi corka Jozefa Wittlina, pani Elzbieta Lipton.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail