CZESLAW KARKOWSKI
W parku Poego
Z okazji wznowienia "Orfeusza w piekle XX wieku"
Jozefa Wittlina
Moglbym
powiedziec, jak Jozef Wittlin w eseju Poe w Bronksie:
znam dobrze ow parczek przy Grand Concourse i domek Poego
na rozjezdzie drog, wcisniety pomiedzy duze kamienice czynszowe.
Otoczony plotem i zwykle zamkniety, stoi sobie samotnie
i w pelnym niemal zapomnieniu. Okolice dzis zamieszkuja
glownie Latynosi, w oknach domow wokol portorykanskie flagi,
napisy po hiszpansku, w nielicznych sklepikach i malych
firmach poludniowoamerykanskie specjaly.
Jest to jedyny skrawek zieleni na szerokiej, ruchliwej
arterii w poblizu wielkiego handlowego skrzyzowania z Fordham
Road. Kiedy znalazlem sie tam ostatnio w zeszlym roku, byl
czerwiec, sobota, potezniejacy upal poranny. Ludzie garna
sie wiec do cienia, do lawek, dzieci pedza do rozbudowanej
konstrukcji z wielkich kolorowych rur plastikowych. Mozna
pelzac w nich skomplikowanym labiryntem, zjezdzac i wspinac
sie. Graja radia, rozlegaja sie poludniowe rytmy, ludzie
jedza, pija, bawia sie, tancza, rozmawiaja glosno, nieswiadomi
sasiedztwa. Domek, otwarty zaledwie pare godzin w sobote
i niedziele (wstep 2 dolary) stal pierwotnie w innym miejscu,
przeniesiono go na druga strone, gdy budowano wielka arterie
komunikacyjna Grand Concourse i wzniesiono wysokie domy
czynszowe po bokach.
Edgar Allan Poe wprowadzil sie don w 1846 r. Wowczas bylo
to miejsce juz dobrze za miastem, skoro poprzednio letnie
miesiace lat 1843 i 1844 spedzal na farmie przy dzisiejszej
84 Ulicy i Broadwayu. Jesli tam byla prawie wies (dzis tetniacy
srodek miasta), to co dopiero na Bronksie, gdzie mieszkal
z zona, mlodziutka Wirginia. Zmarla ona tutaj na gruzlice
w 1847 r. i pochowano ja na pobliskim cmentarzu. Pisal zreszta,
ze zyje na wsi zwanej Fordham, 13 mil od miasta. Dzis Fordham
to jeden z przystankow metra i duza ulica prowadzaca do
jezuickiego uniwersytetu i do ogrodu zoologicznego.
Domek Poego, schowany wsrod drzew, kuli sie przed rozbawionymi,
roztanczonymi i rozkrzyczanymi Latynosami. Rzadko ktos tam
przychodzi, a jesli - z tego co widzialem - to tylko biali,
starsi ludzie, ktorym nazwisko poety cos jeszcze mowi. Ale
i to nieczesto: losem Poego "w Bronksie" jest zapomnienie.
Nie tylko jego - chyba to los wszystkich poetow w Ameryce.
Kiedy pare dobrych lat temu pojechalem do domku "narodowego"
poety Stanow Zjednoczonych Walta Whitmana w Camden, takze
nie bylo tam nikogo ze zwiedzajacych. Mlody czlowiek, ktory
otworzyl wtedy drzwi, byl jakby troche zdziwiony goscmi,
do tego mowiacymi z cudzoziemskim akcentem. Pozwolil obejrzec
malenki, w pelni urzadzony domeczek z meblami, ksiazkami,
fotografiami i innymi licznymi pamiatkami po Whitmanie.
Tutaj autor zbioru Zdzbla trawy spedzil ostatnie
lata zycia.
Takze innym razem i w innym domu Walta Whitmana, na Long
Island, bylo pusto. Wnetrza bez sprzetow, domek krzywy,
drewniany, malutki. Mloda dziewczyna, ktora pelnila funkcje
gospodyni, otworzyla drzwi powtarzajac odruch zdziwienia
z powodu obcego akcentu zwiedzajacych. Zaczela sie rozpytywac,
i prosze, znala nazwisko Henryka Mikolaja Goreckiego (wymawiajac
je "Gareki" lub jakos podobnie). Ot i kontakt nawiazany.
Okolica domku Poego z 2000 r. zupelnie nie przypomina dzielnicy
opisywanej przez Jozefa Wittlina w jego szkicu. Po Zydach
ani sladu, wszyscy sie wyprowadzili (podobno w ciagu kilku
doslownie lat porzucili to miejsce), dawno zlikwidowano
liczne sklepiki, pozostal tylko Emigrant Saving Bank (Wittlin
pisze: Dollar Saving Bank) z jakby koscielna wieza i zegarem
opisywanym przez Wittlina - dzis juz nie ma neonowych wskazowek,
a tylko miedziane, pokryte zielona sniedzia. Slonce, beton,
ruch samochodow, a zarazem swoista pustka - wrazenie stwarzane
przez szeroka niezmiernie ulice i wysokie czynszowe kamienice
- atmosfera zupelnie inna od elegijnej, opisywanej przez
Wittlina. Ale kto wie, czy przez to nie bardziej przygnebiajaca.
Zepchniecie poety na bok zycia tym silniej odczuwane, odsuniecie
na margines, utrata znaczenia. Bylo, minelo, nie warto wspominac;
dzis wesela sie tu Latynosi, smagle lub ciemne skory, polnagie,
krepe ciala, radosc zycia, taniec, muzyka. Smutek, choroba,
melancholia, groza Poego daleko w cieniu, w beztroskiej
niepamieci. Dzis przyszedl czas innych ludzi, innej rasy,
innej kultury. Oni opanowali dzielnice, oni dyktuja prawa
zycia, oni dziedziczyc beda ziemie. Na swiat autora Dzwonow nie ma juz miejsca, nie ma tez miejsca na przejmujacy smutek
Wittlina w obliczu "zydowskiego raju" na Bronksie, szczescia
ludzi niepomnych na tragedie holocaustu gdzies daleko, daleko
stad.
Niski bialy domeczek z czerwona dachowka, osloniety drzewami
parku chowa sie w kacie, jakby kulil sie przed napierajacym
zywiolem tanczacych, glosnych Latynosow, sklada sie z dwoch
czesci: zasadniczego jednopietrowego domu oraz czegos w
rodzaju przybudowki z osobnym kominem i dachem, jak rownia
pochyla spadajacym gleboko w dol az gdzies na wysokosc czlowieka.
Ganek przed zasadnicza czescia domku ma osobny daszek.
Byla to kiedys bardzo ladna dzielnica i wciaz taka jest.
Nie ma zadnych sladow po poecie, wspominanych przez Wittlina
- ani barow, ani zakladow uslugowych imienia Poego. Odszedl
calkowicie w niepamiec. Kroluje latynoska kuchnia - male
brudnawe na wyglad, nieporzadne garkuchnie, a po drugiej
stronie parczku - sklepiki hinduskie, chinskie jadlodajnie.
Wittlin nie mogl wybrac sie na przechadzke po Bronksie
"w wigilie Sadnego Dnia", by dojsc do domku - jak pisze
w swoim szkicu. Fieldstone, gdzie mieszkal, dzieli od Grand
Concourse i domku Poego ogromny dystans. Nawet dla wytrawnego
piechura to przynajmniej dwie godziny drogi marszu i wspinania
sie po gorzystych okolicach, a Wittlin nie nalezal do najmocniejszych.
"Chyba jezdzil tam czy to do lekarza, czy moze do znajomych,
albo w innych sprawach" - mowi corka Jozefa Wittlina, pani
Elzbieta Lipton.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |