GRAZYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)
Theatre
de Complicite, Mnemonic. Pomysl i rezyseria: Simon
McBurney we wspolpracy z zespolem, scenografia: Michael
Levine, kostiumy: Christina Cunningham, oswietlenie: Paul
Anderson, dzwiek: Christopher Shutt, lalkarz: Simon Auton.
Wykonawcy: Katrin Cartlidge (Alice), Simon McBurney (Virgil),
Tim McMullan (Prof. Spindler/Capsoni), Eric Mallett (BBC
Correspondent/Innsbruck), Kostas Philippoglou (Greek Taxi
Driver/ Italian), Catherine Schaub Abkarian (Chambermaid
in Berlin/Polish Half-sister) oraz Daniel Wahl (Piano Student/Swiss
Doctor). Przedstawienia od 28 marca do 24 maja, John Jay
College Theater, Manhattan.
Nowe przedstawienie przygotowane przez znany z inwencji
Teatr Wspoludzialu zebralo juz owacje w czasie festiwalu
w Salzburgu, gdzie bylo po raz pierwszy pokazane w 1999
r., otrzymalo nagrode od londynskich krytykow jako najlepsza
sztuka roku, odnioslo sukces w czasie dlugiego sezonu w
Royal National Theatre w Londynie, a takze w czasie wystepow
w Paryzu i Barcelonie. Ostatnio przez prawie dwa miesiace
zespol czarowal nowojorska publicznosc.
Czy sukces Mnemonic jest zasluzony - nie wiem. Z
cala pewnoscia trafia w pewna potrzebe: poszukiwanie przez
czesc ludzi nadal chodzacych do teatru przedstawien traktujacych
o powaznych sprawach w sposob wizualnie atrakcyjny, pobudzajacych
do dyskusji. Theatre de Complicite od poczatku swego istnienia
potrafil budowac widowiska imponujaco pomyslowe, na kanwie
wielkich tematow, uzywajac slowa w sposob poetycki. Niezapomniane
pozostaje piekne przedstawienie oparte na tekscie Bruno
Schulza Street of Crocodiles, ambitne widowisko The
Three Lives of Lucie Cabrol na podstawie opowiesci Johna
Bergera, czy swietne Krzesla Ionesco.
Szczegolnie atrakcyjnymi cechami grupy bylo anarchistyczne
zaciecie i krytyczne nastawienie. Tutaj z humoru zostala
skromna resztka, a ogolny ton stal sie nieznosnie bombastyczny.
Temat Mnemonic - tajemnice ludzkiej pamieci - jest
ciekawy. Ambicje - stworzyc widowisko o konkretnych losach
poszczegolnych ludzi wpisujac je w szersza opowiesc o losie
ludzkiego gatunku - sa szlachetne. Lecz ton napuszenia i
wielce nieskromne rozgadanie podwazaja wymowe calosci. Stad
moje powyzsze zastrzezenie, zawarte w "nie wiem", choc duzo
tutaj ciekawych elementow.
Rzecz zaczyna sie ladnie. Wita nas ze sceny samotny aktor
- czesciowo jako wykladowca, czesciowo prowodyr wspolnej
zabawy. Simon McBurney siedzi na drewnianym krzesle i ze
swada i lekka ironia opowiada o skomplikowanej dynamice
ludzkiej pamieci, o tym jak wiele o niej wiemy i jak wiele
nie wiemy. Zaczyna od pytan, Co to jest pamiec? Jak wyglada?
Jak piszemy na nowo stare historie? Jak rozumiemy czas?
Kiedys naukowcy mysleli, ze istnieja w mozgu specjalne "komorki
pamieci". Dzisiaj badania wskazuja w innym kierunku; pamiec
to nie mechaniczne gromadzenie wspomnien, lecz aktywne odtwarzanie
i tworzenie. Jak mysl, pamiec jest i jednoczesnie nie jest
- blysk nowych polaczen miedzy komorkami. Wynik chemicznych
reakcji w mozgu, akt woli i skok wyobrazni.
McBurney, doswiadczony aktor, a wiec troche zawodowy opowiadacz
a troche magik, wciaga nas z latwoscia w te rozwazania,
razem z nami dziwi sie granicom wiedzy, bawi watpliwosciami.
Zaprasza do krotkiego eksperymentu, uspokajajac, ze nie
oczekuje sie od nas zadnych dramatycznych czynnosci. Prosi,
by otworzyc torebke przygotowana dla nas na oparciu krzesla,
wyjac opaske na oczy, wziac do reki lisc. Zamknijcie oczy,
mowi, wyobrazcie sobie...
Gasnie swiatlo, w ciemnosci nic jego glosu prowadzi nas
w strone dziecinstwa, potem jeszcze bardziej wstecz, do
czasu przed narodzinami, przed narodzinami naszych rodzicow,
jeszcze dalej, w glab chaosu, kiedy wszystko bylo splatane
ze wszystkim, wszyscy z wszystkimi spokrewnieni. Siedzimy
z czarnymi opaskami na oczach. W reku trzymamy swiezy jeszcze
lisc, czujemy pod palcami zgrubienia linii przebiegajacych
przez jego powierzchnie, zyly przez ktore plynie sok czasu,
sok zycia.
Kiedy otwieramy oczy, jestesmy juz w srodku innego opowiadania.
Na scenie prostokat okna, lozko, telewizja zarysowuja kontur
pokoju, anonimowego, gdziekolwiek. Mlody mezczyzna rozmawia
niespokojnie przez telefon. Z fragmentow rozmowy rekonstruujemy
swojska historie. Porzucila go dziewczyna, bez wyjasnien.
Virgil nie daje sobie rady z myslami, nic nie rozumie. Wydzwania
do przyjaciol, skarzy sie, pyta dlaczego. Na historie opuszczonego
naklada sie wkrotce druga. Obserwujemy Alice, gdzies w innym
miescie, w drodze. Co dla Virgila bylo niespodziewanym odejsciem,
dla niej jest koniecznoscia. Alice szuka swych korzeni,
stara sie odnalezc slady ojca, ktorego nie znala, w historii
innego czlowieka rozpoznac linie swego zycia. Podroz bedzie
ja prowadzic przez Europe do Berlina, do Warszawy, dalej
na wschod, z powrotem do Polski, na wies podlubelska. Jej
nieobecnosc zas prowadzi Virgila ku obsesji oskarzen i samooskarzen,
wreszcie ku probie zrozumienia.
Opowiesc o losach pary wspolczesnych kochankow splata sie
z innymi historiami, a raczej z fragmentami innych losow,
z roznych czasow: wloskiego nauczyciela, ktory przed pol
wiekiem wyszedl na spacer w gory i nigdy nie wrocil. Greckiego
emigranta, syna uciekinierow z pogromow w Turcji, ktory
w poszukiwaniu zarobku pracuje jako taksowkarz w Niemczech.
Pojawia sie na chwile inna emigrantka sprzatajaca w berlinskim
hotelu. Szwajcarski lekarz z jakiegos niewyjasnionego powodu
pracujacy dla Czerwonego Krzyza na polskiej prowincji. Zlodzieje
na dworcu - Cyganie, Rosjanie, a moze Polacy. Korespondent
BBC w drodze na Wschod. Chyba przyrodnia siostra Alice w
Warszawie. Jacys przyjaciele ojca Alice, chyba w Tallinie,
niejasne, bo watki sie placza, nikna w cieniu jeszcze jednego
watku.
Bowiem na plan pierwszy wysuwa sie niespodziewanie los
czlowieka sprzed 5200 lat, ktorego cialo odkryto zamrozone
w lodowcu w Alpach tyrolskich. Politycy sie kloca, czy znalezisko
bardziej przynalezy do Austrii, czy do Wloch. Naukowcy debatuja,
kim mogl byc. Po drobiazgowych badaniach dokonanych przez
miedzynarodowy zespol, wiadomo o nim prawie wszystko: jaki
byl jego ostatni posilek (skromny), jak dlugo przed smiercia
ostatni raz jadl (dlugo, byl bardzo oslabiony), jak byl
ubrany (w okrycie misternie splecione z kilku rodzajow traw).
Wiadomo, ze byl ranny. Mial tatuaz na ciele, paciorki. Niosl
torebke z talizmanem, a wiec pewnie w cos wierzyl.
Pod koniec przedstawienia obserwujemy magiczna metamorfoze:
z krzesla, na ktorym McBurney siedzial na samym poczatku
rozmawiajac z nami, za pomoca kilku ruchow reki powstaje
kukielka. Prowadzona przez aktorow drewniana kukielka staje
sie Czlowiekiem z Lodowca. Czlowiek Neolityczny znowu wedruje
po sliskiej powierzchni zmrozonego lodu. Powoli wspina sie
na przelecz wysoko w gorach, ucieka przed drugim czlowiekiem
czy tez dazy ku innemu, w poszukiwaniu schronienia. Wiedzac
o nim tak wiele, nikt nie potrafi odgadnac: "Ile piosenek
umial zaspiewac? Z czego sie smial, jak czesto?"
W tym momencie mamy teatr w swym najlepszym wcieleniu.
Czysta magia - pelna prostoty, mysli i wzruszenia. Problem
jednak z Mnemonic jest podwojny. Po pierwsze, zanim
do tego magicznego momentu dotrzemy, bardzo duzo sie dzieje,
dlugo i halasliwie. Za duzo tu slow, cytatow z Johna Bergera,
Konrada Spindlera, autora The Man in The Ice, Anais
Nin, Hansa Magnusa Enzensbergera... Za duzo muzyki - pop,
New Age i modnej mieszanki "miedzykulturowego folkloru".
Za duzo watkow, synchronicznie przedstawianych. W tloku
poszczegolne opowiesci staja sie trywialne, oparte na stereotypach.
Ich wymowe oslabia ogolniejszy stereotyp emigracyjno-uciekinierskiej
Europy.
Za duzo kinomatograficznych technik - ostrych ciec, krotkich
zblizen i szybkich oddalen. W ogole za duzo techniki. McBurney
chcial przedstawic takze historie technologicznego skoku,
pokazac, jak integralna czescia kontaktow ludzkich staly
sie dzisiaj telefony, radio, telewizja, komputer. Pelno
tu wszelkiego rodzaju urzadzen; ludzie porozumiewaja sie
czy tez nie moga sie porozumiec za pomoca telefonu, ogladaja
swiat na ekranie telewizyjnym, zaleza od komputera i samolotow.
Ale opowiadajac o nadmiarze techniki, McBurney sam jej naduzywa:
rzuty przezroczy; projekcje filmow wideo; muzyka przez glosniki;
odtwarzany halas metra i ulicy; nakladany na "glos na zywo"
glos elektroniczny, sugerujacy mysli; aktorka obecna na
scenie, a jednoczesnie jej twarz wyswietlana na ciele drugiego
aktora...
Po drugie, ten wyciszony, magiczny moment to wcale jeszcze
nie koniec przedstawienia. Koda zas jest pelna patosu i
pretensjonalnosci. Za Wedrowcem pojawiaja sie projekcje
wideo na scianie. Na tle obrazow sugerujacych niekonczaca
sie wedrowke ludow, nagi Czlowiek Neolityczny/Virgil/McBurney
skacze na lozko, zrywa sie, biegnie dalej. Zanim skacza
inni, w kolko, coraz szybciej - Alice i Grek-taksowkarz,
korespondent BBC i szwajcarski lekarz, wszyscy. Ludzkosc
lka glosem spiewaka Kancheliego. A my, widzowie, zamiast
byc wspoluczestnikami w odkrywaniu czegos razem, jak orginalna
nazwa zespolu obiecuje, znajdujemy sie w pozycji celebrantow,
ktorzy z podziwem maja obserwowac misteria odwiecznego tanca.
Opowiesc zamienia sie w przypowiesc o gatunku ludzkim. Wzruszenie
za gardlo ma chwytac.
Opieram sie takim gromadnym wzruszeniom. Nagradzane oklaskami,
podbudowane rytmami chwytliwej muzyki, pachna mi niebezpieczna
latwizna i komfortem kiczu, watlego w mysl. Jesli bowiem
ostatnia scene, obraz niekonczacej sie pielgrzymki kazdego
i wszystkich odrzec ze wzruszenia, coz nam pozostaje? Ze
laczy nas biologiczna wspolnota gatunku. Sekularna wersja
mitu Adama i Ewy: wszyscy pochodzimy od tych samych przodkow,
wszyscysmy nomadzi, skazani na Wieczna Wedrowke czy tez
Wieczna Ucieczke, bowiem od prawiekow mordujemy sie nawzajem.
Mordujemy sie dzisiaj, jak mordowalismy sie w czasach neolitu.
O la la la.
Z zalozycieli Theatre de Complicite, ktorzy polaczyli swe
talenty w 1983 r., by tworzyc, jak deklarowali, "teatr zadziwiajacy,
podwazajacy", pozostal tylko Simon McBurney. Marcello Magni
jest teraz czolowym aktorem w Globe Theatre. Annabel Arden
kieruje Opera North. McBurney mocno uwija sie w potrojnym
wcieleniu kierownika artystycznego, aktora w glownych rolach
i pomyslodawcy nowych przedsiewziec. Ponadto rezyseruje
goscinnie tu i tam, rozdaje wywiady, przygotowuje specjalne
przedstawienia, jak The Noise of Time o zyciu Szostakowicza,
zamowione przez Lincoln Center Great Performance Series.
Z niepokornego, z anarchistycznym zacieciem, Theatre de
Complicite przeistoczyl sie w Pelen Powagi. Stroi miny,
ladne wprawdzie, ale miny. Bylo to widac w pretensjonalnym
przedstawieniu o Szostakowiczu. Zapachnialo patosem i folgowaniem
sobie takze w Mnenomic. Przywolujac ducha Gombrowicza,
ktorego Slub, nawiasem mowiac, tryumfy wlasnie swieci
w Comedie Francaise, mozna by powiedziec: sukces dorobil
McBurneyowi gebe.
Moze pora wziac wakacje. Lighten up, Simon. A ja
w pamieci zachowam z Mnemonic to, co ladne. Zostawie
sobie lisc z zylkami prowadzacymi wstecz, z zielenia obiecujaca
lepsze jutro.
*
Tom Stoppard, The Invention of Love. Rezyseria:
Jack O'Brien, scenografia i kostiumy: Bob Crowley, oswietlenie:
Brian MacDevitt, dzwiek: Scot Lehrer, muzyka: Bob James.
Wykonawcy: Daniel Davis (Oscar Wilde/Bunthorne), Richard
Easton (A. E. Housman, w wieku 77 lat), Mireille Enos (Katharine
Housman), Julian Gamble (John Ruskin/Jerome K. Jerome),
David Harbour (Moses John Jackson), Byron Jennings (Benjamin
Jowett/Henry Labouchere), Robert Sean Leonard (A. E. Houman,
w wieku lat 18-26), Peter McRobbie (Mark Pattison/W. T.
Stead), Guy Paul (Robinson Ellis/John Percival Postgate),
Martin Rayner (Walter Pater/Frank Harris) Michael Stuhlbarg
(Alfred William Pollard) oraz Jeff Weiss (Charon). Lyceum
Theatre, 149 W. 45 St., przy Broadwayu.
Choc rzecz to zupelnie inna, na inne tematy i z inna koncepcja
teatru, najnowsza sztuka Toma Stopparda ma wiele wspolnego
z przedstawieniem Theatre de Complicite. Obie sztuki sa
ambitne i wymykaja sie z ram "malego realizmu" (za to niech
im bedzie chwala). Obie wiele obiecuja, lecz jakby zapadaja
sie w srodku, rozlaza na boki i zamiast olsnienia czy spojnego
przezycia oferuja tylko serie wrazen, pamietnych poszczegolnych
scen.
Tak jak Mnemonic, The Invention of Love rozpoczyna sie ciekawie: z ciemnosci kulis w smudze polswiatla
wyplywa lodz. (Brian MacDevitt przez caly czas bardzo ladnie
operuje swiatlem i cieniem.) W wioslarzu lodzi rozpoznajemy
przewodnika Krolestwa Zmarlych, w jego pasazerze - poete
i specjaliste od literatury antycznej A. E. Housmana. Housman
swobodnie rozmawia z przewoznikiem, z lekka ironia mowi
o sobie, z ciekawoscia wypytuje o miejsce, do ktorego jada.
W pewnym momencie lodz Charona mija inna lodz. Siedzi w
niej troje rozesmianych mezczyzn, jeden trzyma malego pieska
na kolanach, drugi wiosluje, trzeci cos opowiada z przyjemnoscia,
wszyscy sa bardzo piekni i bardzo mlodzi. Szczesliwi. Pelni
planow na przyszlosc.
Stary Housman rozpoznaje w jednym z nich kogos znajomego.
Alez tak, to on sam, wiele lat temu, jako student w Oksfordzie
na wycieczce z najblizszymi przyjaciolmi. Rozpoczyna sie
opowiesc w opowiesci, starzec ogladajacy wlasne zycie z
drugiego juz brzegu, swiadom, ze wiele lat przelecialo jak
jeden moment, ze nic nie mozna zmienic ani nic przezyc na
nowo.
I znowu, jak w przypadku Mnemonic, pod koniec przedstawienia The Invention of Love oferuje piekny moment. Housman
odnajduje kruche piekno w swoich trudnych wyborach, w przelotnych
momentach beztroski, w lojalnosci przyjazni, w trwalym oddaniu
poezji i poszukiwaniu "wiedzy dla samej wiedzy", nieuzytecznej,
a madrej. Potrafi pogodzic sie nawet ze swego zycia niespelnieniem.
Kochal sie bowiem w towarzyszu tamtej wycieczki lodka, beznadziejnie,
skazany na milczenie lub zupelne niezrozumienie. Patrzac
wstecz, potwierdza swe wybory, swiadom smetku niespelnienia,
lecz pogodzony z koniecznoscia.
Problem i tutaj z rozlegla przestrzenia czasu pomiedzy
poczatkiem a koncem przedstawienia. Stoppard potrzebuje
prawie trzech godzin, by wypowiedziec wszystkie swoje medytacje
na temat pamieci i uplywu czasu, spelnien i niespelnien,
nierzetelnosci slow i niepewnej rzeczywistosci nieokreslonej
slowami. Wypowiada sie z pasja i blyskotliwie. Pelno tu
fascynujacych twierdzen samego Stopparda, a jeszcze wiecej
ciekawych cytatow - z poezji Katullusa i samego Housmana,
z Horacego i Propetiusa, z wypowiedzi o sztuce Johna Ruskina
i z bon motow Oscara Wilde'a. W sumie jednak za duzo slow
i gier slownych, za malo teatru. Choc przyznaje z checia,
ze aktorzy - szczegolnie Richard Easton jako stary Housman,
Robert Sean Leonard jako mlody poeta oraz swietnie dobrani
wykonawcy w podrzedniejszych, lecz ciekawych rolach ekscentrycznych
profesorow w Oksfordzie - staraja sie jak moga i prawie-prawie,
dzieki sprawnej rezyserii Jacka O'Briena udaje im sie natchnac
wyrafinowanie literackie postacie teatralnym zyciem.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |