PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (1 czerwca 2001)


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)

Theatre de Complicite, Mnemonic. Pomysl i rezyseria: Simon McBurney we wspolpracy z zespolem, scenografia: Michael Levine, kostiumy: Christina Cunningham, oswietlenie: Paul Anderson, dzwiek: Christopher Shutt, lalkarz: Simon Auton. Wykonawcy: Katrin Cartlidge (Alice), Simon McBurney (Virgil), Tim McMullan (Prof. Spindler/Capsoni), Eric Mallett (BBC Correspondent/Innsbruck), Kostas Philippoglou (Greek Taxi Driver/ Italian), Catherine Schaub Abkarian (Chambermaid in Berlin/Polish Half-sister) oraz Daniel Wahl (Piano Student/Swiss Doctor). Przedstawienia od 28 marca do 24 maja, John Jay College Theater, Manhattan.

Nowe przedstawienie przygotowane przez znany z inwencji Teatr Wspoludzialu zebralo juz owacje w czasie festiwalu w Salzburgu, gdzie bylo po raz pierwszy pokazane w 1999 r., otrzymalo nagrode od londynskich krytykow jako najlepsza sztuka roku, odnioslo sukces w czasie dlugiego sezonu w Royal National Theatre w Londynie, a takze w czasie wystepow w Paryzu i Barcelonie. Ostatnio przez prawie dwa miesiace zespol czarowal nowojorska publicznosc.

Czy sukces Mnemonic jest zasluzony - nie wiem. Z cala pewnoscia trafia w pewna potrzebe: poszukiwanie przez czesc ludzi nadal chodzacych do teatru przedstawien traktujacych o powaznych sprawach w sposob wizualnie atrakcyjny, pobudzajacych do dyskusji. Theatre de Complicite od poczatku swego istnienia potrafil budowac widowiska imponujaco pomyslowe, na kanwie wielkich tematow, uzywajac slowa w sposob poetycki. Niezapomniane pozostaje piekne przedstawienie oparte na tekscie Bruno Schulza Street of Crocodiles, ambitne widowisko The Three Lives of Lucie Cabrol na podstawie opowiesci Johna Bergera, czy swietne Krzesla Ionesco.

Szczegolnie atrakcyjnymi cechami grupy bylo anarchistyczne zaciecie i krytyczne nastawienie. Tutaj z humoru zostala skromna resztka, a ogolny ton stal sie nieznosnie bombastyczny. Temat Mnemonic - tajemnice ludzkiej pamieci - jest ciekawy. Ambicje - stworzyc widowisko o konkretnych losach poszczegolnych ludzi wpisujac je w szersza opowiesc o losie ludzkiego gatunku - sa szlachetne. Lecz ton napuszenia i wielce nieskromne rozgadanie podwazaja wymowe calosci. Stad moje powyzsze zastrzezenie, zawarte w "nie wiem", choc duzo tutaj ciekawych elementow.

Rzecz zaczyna sie ladnie. Wita nas ze sceny samotny aktor - czesciowo jako wykladowca, czesciowo prowodyr wspolnej zabawy. Simon McBurney siedzi na drewnianym krzesle i ze swada i lekka ironia opowiada o skomplikowanej dynamice ludzkiej pamieci, o tym jak wiele o niej wiemy i jak wiele nie wiemy. Zaczyna od pytan, Co to jest pamiec? Jak wyglada? Jak piszemy na nowo stare historie? Jak rozumiemy czas? Kiedys naukowcy mysleli, ze istnieja w mozgu specjalne "komorki pamieci". Dzisiaj badania wskazuja w innym kierunku; pamiec to nie mechaniczne gromadzenie wspomnien, lecz aktywne odtwarzanie i tworzenie. Jak mysl, pamiec jest i jednoczesnie nie jest - blysk nowych polaczen miedzy komorkami. Wynik chemicznych reakcji w mozgu, akt woli i skok wyobrazni.

McBurney, doswiadczony aktor, a wiec troche zawodowy opowiadacz a troche magik, wciaga nas z latwoscia w te rozwazania, razem z nami dziwi sie granicom wiedzy, bawi watpliwosciami. Zaprasza do krotkiego eksperymentu, uspokajajac, ze nie oczekuje sie od nas zadnych dramatycznych czynnosci. Prosi, by otworzyc torebke przygotowana dla nas na oparciu krzesla, wyjac opaske na oczy, wziac do reki lisc. Zamknijcie oczy, mowi, wyobrazcie sobie...

Gasnie swiatlo, w ciemnosci nic jego glosu prowadzi nas w strone dziecinstwa, potem jeszcze bardziej wstecz, do czasu przed narodzinami, przed narodzinami naszych rodzicow, jeszcze dalej, w glab chaosu, kiedy wszystko bylo splatane ze wszystkim, wszyscy z wszystkimi spokrewnieni. Siedzimy z czarnymi opaskami na oczach. W reku trzymamy swiezy jeszcze lisc, czujemy pod palcami zgrubienia linii przebiegajacych przez jego powierzchnie, zyly przez ktore plynie sok czasu, sok zycia.

Kiedy otwieramy oczy, jestesmy juz w srodku innego opowiadania. Na scenie prostokat okna, lozko, telewizja zarysowuja kontur pokoju, anonimowego, gdziekolwiek. Mlody mezczyzna rozmawia niespokojnie przez telefon. Z fragmentow rozmowy rekonstruujemy swojska historie. Porzucila go dziewczyna, bez wyjasnien. Virgil nie daje sobie rady z myslami, nic nie rozumie. Wydzwania do przyjaciol, skarzy sie, pyta dlaczego. Na historie opuszczonego naklada sie wkrotce druga. Obserwujemy Alice, gdzies w innym miescie, w drodze. Co dla Virgila bylo niespodziewanym odejsciem, dla niej jest koniecznoscia. Alice szuka swych korzeni, stara sie odnalezc slady ojca, ktorego nie znala, w historii innego czlowieka rozpoznac linie swego zycia. Podroz bedzie ja prowadzic przez Europe do Berlina, do Warszawy, dalej na wschod, z powrotem do Polski, na wies podlubelska. Jej nieobecnosc zas prowadzi Virgila ku obsesji oskarzen i samooskarzen, wreszcie ku probie zrozumienia.

Opowiesc o losach pary wspolczesnych kochankow splata sie z innymi historiami, a raczej z fragmentami innych losow, z roznych czasow: wloskiego nauczyciela, ktory przed pol wiekiem wyszedl na spacer w gory i nigdy nie wrocil. Greckiego emigranta, syna uciekinierow z pogromow w Turcji, ktory w poszukiwaniu zarobku pracuje jako taksowkarz w Niemczech. Pojawia sie na chwile inna emigrantka sprzatajaca w berlinskim hotelu. Szwajcarski lekarz z jakiegos niewyjasnionego powodu pracujacy dla Czerwonego Krzyza na polskiej prowincji. Zlodzieje na dworcu - Cyganie, Rosjanie, a moze Polacy. Korespondent BBC w drodze na Wschod. Chyba przyrodnia siostra Alice w Warszawie. Jacys przyjaciele ojca Alice, chyba w Tallinie, niejasne, bo watki sie placza, nikna w cieniu jeszcze jednego watku.

Bowiem na plan pierwszy wysuwa sie niespodziewanie los czlowieka sprzed 5200 lat, ktorego cialo odkryto zamrozone w lodowcu w Alpach tyrolskich. Politycy sie kloca, czy znalezisko bardziej przynalezy do Austrii, czy do Wloch. Naukowcy debatuja, kim mogl byc. Po drobiazgowych badaniach dokonanych przez miedzynarodowy zespol, wiadomo o nim prawie wszystko: jaki byl jego ostatni posilek (skromny), jak dlugo przed smiercia ostatni raz jadl (dlugo, byl bardzo oslabiony), jak byl ubrany (w okrycie misternie splecione z kilku rodzajow traw). Wiadomo, ze byl ranny. Mial tatuaz na ciele, paciorki. Niosl torebke z talizmanem, a wiec pewnie w cos wierzyl.

Pod koniec przedstawienia obserwujemy magiczna metamorfoze: z krzesla, na ktorym McBurney siedzial na samym poczatku rozmawiajac z nami, za pomoca kilku ruchow reki powstaje kukielka. Prowadzona przez aktorow drewniana kukielka staje sie Czlowiekiem z Lodowca. Czlowiek Neolityczny znowu wedruje po sliskiej powierzchni zmrozonego lodu. Powoli wspina sie na przelecz wysoko w gorach, ucieka przed drugim czlowiekiem czy tez dazy ku innemu, w poszukiwaniu schronienia. Wiedzac o nim tak wiele, nikt nie potrafi odgadnac: "Ile piosenek umial zaspiewac? Z czego sie smial, jak czesto?"

W tym momencie mamy teatr w swym najlepszym wcieleniu. Czysta magia - pelna prostoty, mysli i wzruszenia. Problem jednak z Mnemonic jest podwojny. Po pierwsze, zanim do tego magicznego momentu dotrzemy, bardzo duzo sie dzieje, dlugo i halasliwie. Za duzo tu slow, cytatow z Johna Bergera, Konrada Spindlera, autora The Man in The Ice, Anais Nin, Hansa Magnusa Enzensbergera... Za duzo muzyki - pop, New Age i modnej mieszanki "miedzykulturowego folkloru". Za duzo watkow, synchronicznie przedstawianych. W tloku poszczegolne opowiesci staja sie trywialne, oparte na stereotypach. Ich wymowe oslabia ogolniejszy stereotyp emigracyjno-uciekinierskiej Europy.

Za duzo kinomatograficznych technik - ostrych ciec, krotkich zblizen i szybkich oddalen. W ogole za duzo techniki. McBurney chcial przedstawic takze historie technologicznego skoku, pokazac, jak integralna czescia kontaktow ludzkich staly sie dzisiaj telefony, radio, telewizja, komputer. Pelno tu wszelkiego rodzaju urzadzen; ludzie porozumiewaja sie czy tez nie moga sie porozumiec za pomoca telefonu, ogladaja swiat na ekranie telewizyjnym, zaleza od komputera i samolotow. Ale opowiadajac o nadmiarze techniki, McBurney sam jej naduzywa: rzuty przezroczy; projekcje filmow wideo; muzyka przez glosniki; odtwarzany halas metra i ulicy; nakladany na "glos na zywo" glos elektroniczny, sugerujacy mysli; aktorka obecna na scenie, a jednoczesnie jej twarz wyswietlana na ciele drugiego aktora...

Po drugie, ten wyciszony, magiczny moment to wcale jeszcze nie koniec przedstawienia. Koda zas jest pelna patosu i pretensjonalnosci. Za Wedrowcem pojawiaja sie projekcje wideo na scianie. Na tle obrazow sugerujacych niekonczaca sie wedrowke ludow, nagi Czlowiek Neolityczny/Virgil/McBurney skacze na lozko, zrywa sie, biegnie dalej. Zanim skacza inni, w kolko, coraz szybciej - Alice i Grek-taksowkarz, korespondent BBC i szwajcarski lekarz, wszyscy. Ludzkosc lka glosem spiewaka Kancheliego. A my, widzowie, zamiast byc wspoluczestnikami w odkrywaniu czegos razem, jak orginalna nazwa zespolu obiecuje, znajdujemy sie w pozycji celebrantow, ktorzy z podziwem maja obserwowac misteria odwiecznego tanca. Opowiesc zamienia sie w przypowiesc o gatunku ludzkim. Wzruszenie za gardlo ma chwytac.

Opieram sie takim gromadnym wzruszeniom. Nagradzane oklaskami, podbudowane rytmami chwytliwej muzyki, pachna mi niebezpieczna latwizna i komfortem kiczu, watlego w mysl. Jesli bowiem ostatnia scene, obraz niekonczacej sie pielgrzymki kazdego i wszystkich odrzec ze wzruszenia, coz nam pozostaje? Ze laczy nas biologiczna wspolnota gatunku. Sekularna wersja mitu Adama i Ewy: wszyscy pochodzimy od tych samych przodkow, wszyscysmy nomadzi, skazani na Wieczna Wedrowke czy tez Wieczna Ucieczke, bowiem od prawiekow mordujemy sie nawzajem. Mordujemy sie dzisiaj, jak mordowalismy sie w czasach neolitu. O la la la.

Z zalozycieli Theatre de Complicite, ktorzy polaczyli swe talenty w 1983 r., by tworzyc, jak deklarowali, "teatr zadziwiajacy, podwazajacy", pozostal tylko Simon McBurney. Marcello Magni jest teraz czolowym aktorem w Globe Theatre. Annabel Arden kieruje Opera North. McBurney mocno uwija sie w potrojnym wcieleniu kierownika artystycznego, aktora w glownych rolach i pomyslodawcy nowych przedsiewziec. Ponadto rezyseruje goscinnie tu i tam, rozdaje wywiady, przygotowuje specjalne przedstawienia, jak The Noise of Time o zyciu Szostakowicza, zamowione przez Lincoln Center Great Performance Series.

Z niepokornego, z anarchistycznym zacieciem, Theatre de Complicite przeistoczyl sie w Pelen Powagi. Stroi miny, ladne wprawdzie, ale miny. Bylo to widac w pretensjonalnym przedstawieniu o Szostakowiczu. Zapachnialo patosem i folgowaniem sobie takze w Mnenomic. Przywolujac ducha Gombrowicza, ktorego Slub, nawiasem mowiac, tryumfy wlasnie swieci w Comedie Francaise, mozna by powiedziec: sukces dorobil McBurneyowi gebe.

Moze pora wziac wakacje. Lighten up, Simon. A ja w pamieci zachowam z Mnemonic to, co ladne. Zostawie sobie lisc z zylkami prowadzacymi wstecz, z zielenia obiecujaca lepsze jutro.

*

Tom Stoppard, The Invention of Love. Rezyseria: Jack O'Brien, scenografia i kostiumy: Bob Crowley, oswietlenie: Brian MacDevitt, dzwiek: Scot Lehrer, muzyka: Bob James. Wykonawcy: Daniel Davis (Oscar Wilde/Bunthorne), Richard Easton (A. E. Housman, w wieku 77 lat), Mireille Enos (Katharine Housman), Julian Gamble (John Ruskin/Jerome K. Jerome), David Harbour (Moses John Jackson), Byron Jennings (Benjamin Jowett/Henry Labouchere), Robert Sean Leonard (A. E. Houman, w wieku lat 18-26), Peter McRobbie (Mark Pattison/W. T. Stead), Guy Paul (Robinson Ellis/John Percival Postgate), Martin Rayner (Walter Pater/Frank Harris) Michael Stuhlbarg (Alfred William Pollard) oraz Jeff Weiss (Charon). Lyceum Theatre, 149 W. 45 St., przy Broadwayu.

Choc rzecz to zupelnie inna, na inne tematy i z inna koncepcja teatru, najnowsza sztuka Toma Stopparda ma wiele wspolnego z przedstawieniem Theatre de Complicite. Obie sztuki sa ambitne i wymykaja sie z ram "malego realizmu" (za to niech im bedzie chwala). Obie wiele obiecuja, lecz jakby zapadaja sie w srodku, rozlaza na boki i zamiast olsnienia czy spojnego przezycia oferuja tylko serie wrazen, pamietnych poszczegolnych scen.

Tak jak Mnemonic, The Invention of Love rozpoczyna sie ciekawie: z ciemnosci kulis w smudze polswiatla wyplywa lodz. (Brian MacDevitt przez caly czas bardzo ladnie operuje swiatlem i cieniem.) W wioslarzu lodzi rozpoznajemy przewodnika Krolestwa Zmarlych, w jego pasazerze - poete i specjaliste od literatury antycznej A. E. Housmana. Housman swobodnie rozmawia z przewoznikiem, z lekka ironia mowi o sobie, z ciekawoscia wypytuje o miejsce, do ktorego jada. W pewnym momencie lodz Charona mija inna lodz. Siedzi w niej troje rozesmianych mezczyzn, jeden trzyma malego pieska na kolanach, drugi wiosluje, trzeci cos opowiada z przyjemnoscia, wszyscy sa bardzo piekni i bardzo mlodzi. Szczesliwi. Pelni planow na przyszlosc.

Stary Housman rozpoznaje w jednym z nich kogos znajomego. Alez tak, to on sam, wiele lat temu, jako student w Oksfordzie na wycieczce z najblizszymi przyjaciolmi. Rozpoczyna sie opowiesc w opowiesci, starzec ogladajacy wlasne zycie z drugiego juz brzegu, swiadom, ze wiele lat przelecialo jak jeden moment, ze nic nie mozna zmienic ani nic przezyc na nowo.

I znowu, jak w przypadku Mnemonic, pod koniec przedstawienia The Invention of Love oferuje piekny moment. Housman odnajduje kruche piekno w swoich trudnych wyborach, w przelotnych momentach beztroski, w lojalnosci przyjazni, w trwalym oddaniu poezji i poszukiwaniu "wiedzy dla samej wiedzy", nieuzytecznej, a madrej. Potrafi pogodzic sie nawet ze swego zycia niespelnieniem. Kochal sie bowiem w towarzyszu tamtej wycieczki lodka, beznadziejnie, skazany na milczenie lub zupelne niezrozumienie. Patrzac wstecz, potwierdza swe wybory, swiadom smetku niespelnienia, lecz pogodzony z koniecznoscia.

Problem i tutaj z rozlegla przestrzenia czasu pomiedzy poczatkiem a koncem przedstawienia. Stoppard potrzebuje prawie trzech godzin, by wypowiedziec wszystkie swoje medytacje na temat pamieci i uplywu czasu, spelnien i niespelnien, nierzetelnosci slow i niepewnej rzeczywistosci nieokreslonej slowami. Wypowiada sie z pasja i blyskotliwie. Pelno tu fascynujacych twierdzen samego Stopparda, a jeszcze wiecej ciekawych cytatow - z poezji Katullusa i samego Housmana, z Horacego i Propetiusa, z wypowiedzi o sztuce Johna Ruskina i z bon motow Oscara Wilde'a. W sumie jednak za duzo slow i gier slownych, za malo teatru. Choc przyznaje z checia, ze aktorzy - szczegolnie Richard Easton jako stary Housman, Robert Sean Leonard jako mlody poeta oraz swietnie dobrani wykonawcy w podrzedniejszych, lecz ciekawych rolach ekscentrycznych profesorow w Oksfordzie - staraja sie jak moga i prawie-prawie, dzieki sprawnej rezyserii Jacka O'Briena udaje im sie natchnac wyrafinowanie literackie postacie teatralnym zyciem.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail