[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (25 maja 2001)


ANNA STRONSKA

Trzy podroze

Miedzy Polska a Litwa jest pasemko Bialorusi i tranzytowy czysciec. Dostaje do wypelnienia wielka plachte papieru. W rubrykach druk drobniutki i jednojezyczny. Nie znasz rosyjskiego - nie ugryziesz. Ale odpowiadac wolno po swojemu.

Nie wystawiwszy nosa z pociagu, wyliczam, co wioze. Co zostawie. Co powroci ze mna. Nastepnie: jaka wartosc celna przedstawia - w dolarach - to, co wioze.

W wagonie zbozna cisza. Kazdy albo ma cos na sumieniu, albo nie wie, czy nie ma. Jasnosc w tej materii zalezy - Boze, nie daj - od pana celnika. Zatem wszyscy z nagla grzeczni i pokorni. Prastara szkola ruska - unizonosc jako sposob bycia z wladza.

Poci sie wagon, cierpi, ale pisze. Sumiennie orza papier dlugopisy. Zanim celnik, nie patrzac, lupnie w papier pieczatka, zanim "sztamp" odetnie nas od szansy na dodanie lub odjecie czegokolwiek z rachunku pierewozki pod transitnym nadzorom, uplywaja kwadranse. Na slabe pocieszenie przypomne, ze po naszej stronie granicy tez czeka sie do upojenia, wliczywszy postoj-gigant w Bialymstoku. Pod koniec drogi znow sobie postoimy, w Poreczje, w Kabeliai i juz dziesiec czy dwanascie godzin z glowy.

Czekac, czekac. To jest najgorsze w podrozach po wschodnich pograniczach. Obojetnosc na czas. Krocej, dluzej... detal. Czepucha. To przypelzlo z Azji i wgryzlo sie w sowieckosc. "Wolniej jedziesz, predzej zdazysz".

Czekamy w miescie, ktore przez krotki czas nazywalo sie Gardinas, a przez bardzo dlugi - Grodno. Po drugiej wojnie swiatowej juz tylko dwie republiki - litewska i bialoruska - z lekka, niegroznie, bo na sowieckiej smyczy, spieraly sie o dzisiejsze Hrodno. Nie ma Grodna, nie ma Gardinas, wygrala Bialorus.

Ciekawe, ilu polskich maturzystow umialoby powiedziec, gdzie tez odbyl sie ostatni Sejm Rzeczypospolitej i ktory laureat Nobla napisal o tym powiesc.

Moi wspolpasazerowie maja swiezsze zmartwienia. Na korytarzu czyjes targi z pohranycznykiem o zgode na dzien w Grodnie, - Bedzie wiza, bedzie Hrodno - odpowiada straznik.

Petent nie ustepuje. Przeciez do kilku godzin ma sie prawo nawet przy tranzycie! Pol dnia, panie ladny, tylko pol, nie dluzej. A tamten w przestrzen - wiza.

I znow amator Grodna: ale jak to zrobic? On chetnie... Cena nie gra roli...

No, no, mysle sobie. Ryzykant z turysty. Zeby tylko nie zostal w Grodnie dluzej, niz zamierzal. Ale nie, chyba mu odpuszcza. Przychodzi drugi straznik, zdaje sie wyzszy ranga, bo pierwszy jakby sie zaslanial jego decyzjami. Teraz juz we trzech, jak dobrzy znajomi rozprawiaja o tym Grodnie za kurtyna wizy, a tu czas najwyzszy na meska decyzje. Odjazd! Kolejarze juz sie okrzykuja, machaja latarkami. Nieomal w ostatniej chwili - pociag zaraz ruszy - wazniejszy rozstrzyga, ze zaprowadzi turyste do jeszcze wazniejszego. Niech sie tamten martwi. Od tego on naczelnik.

Wysiadaja juz w duzej komitywie. Usatysfakcjonowani, bo kazdy ma powody. Jeden juz prawie pewny, ze zalatwil, dwu zadowolonych z siebie, poniewaz dobrze obeszli sie z czlowiekiem, nie biorac za to odpowiedzialnosci. Sprawa nie przesadzona, ale to juz trudno, to juz nie ich grzadka.

Znam ten mechanizm. Kiedys moja walizka z Okecia zamiast ze mna do Leningradu, poleciala do Rzymu czy na Bliski Wschod. To sie zdarza. Samolot byl wegierski, w Leningradzie przedstawicielstwo Malevy mimo poznej pory od reki wyplacilo mi odszkodowanie. W dalsza droge do Tartu (dawnego Dorpatu) wyruszylam nie liczac na odzyskanie walizki. A tu po kilku dniach telefon: jest. Dogonila mnie i czeka w Tallinie na cle w porcie. Pojechalam, uwierzytelnilam sie paszportem i wszystko juz bylo na najlepszej drodze, juz siegalam po pioro, by potwierdzic odbior, gdy urzednik wpatrzony w moja deklaracje celna spytal cicho - gdzie pieczatka?

Starszy czlowiek, nawet sympatyczny. Dzisiaj, z dystansu, nawet mu wspolczuje, ale wtedy martwilam sie o siebie. Musialam miec bardzo glupia mine, bo z wyraznym wspolczuciem uscislil moje polozenie.

- To jest nielegalny bagaz. Celnik go nie widzial. I deklaracji nie widzial. Dlaczego? Pani nie przeszla przez kontrole "tiamazna". Dlaczego? Dalej nie rozumialam w czym problem. A zreszta tu, w Tallinie, tez sie przeciez zalatwia graniczne formalnosci? Zachecajaco wskazalam na walizke: przejrzyjmy zawartosc i spokoj. Chyba go zniecierpliwil moj optymizm, bo postukujac dlugopisem w te cholerna pusta deklaracje wzial sie do przypominania: moja stacja graniczna bylo lotnisko w Leningradzie, nie w Tallinie. Tam byla federalna republika rosyjska, a tu jest estonska. Jakim sposobem wydostalam sie z lotniska bez odprawy celnej? W Zwiazku Sowieckim nie zdarzaja sie takie przeoczenia. A jeszcze gdyby sumiennie rozwazyc przypadek, pozostaje pytanie, czy wlasnie on ma nie tyko obowiazek, ale prawo, otoz to: prawo, by sie nim zajmowac, czy nie za duzo wymagam od prostego naczelnika?

Z Tallina do Leningradu jedzie sie okolo pieciu godzin. Nogi sie pode mna ugiely. Mialam gleboka, niejednym doswiadczeniem utwierdzona pewnosc, ze dojechawszy - i tak od reki tego nie zalatwie, na co jak na co, ale na to nie powinien liczyc petent w sowieckim urzedzie.

Juz sie nie odzywalam. Naczelnik tez zamilkl. Postukiwal palcami o zgrzebne biurko i wzdychal przez sciagniete wargi, co dawalo ciekawy efekt akustyczny. Spuscilam glowe, ale czulam, ze mnie obserwuje. Zaryzykowalam spojrzenie, spotykajac sie ze wzrokiem kogos nieomal rozumiejacego. W znuzonych, wysluzonych oczach czlowieka na spokojnym stanowisku bylo jeszcze cos w rodzaju zdziwienia. Moj bagatelizujacy stosunek do przepisu poruszyl w nim jakies poklady pamieci albo wyobrazni. Byla polowa lat osiemdziesiatych i naczelnik nie mogl nie wiedziec o wydarzeniach w Polsce. Szybszy oddech historii zaczynalo sie juz odczuwac i w panstwie Gorbaczowa, ale tylko na wysokosci Kremla. Tallinski naczelnik na razie mial czas na zadziwienie pierestrojka, w jego urzedzie ziemia jeszcze sie nie trzesla. Tak spokojnie czekalo mu sie na emeryture! Narobilysmy galimatiasu, ja i moja walizka.

Czekalam. Konczyl sie dzien pracy i brutalnie wymakijazowana dziewucha przy sasiednim biurku od dobrej chwili spogladala na zegarek. Naczelnik mocniej sciagnal wargi, wyswistujac westchnienie. Patrzyl na moja pusta deklaracje celna jak na jadowitego gada. Na pewno mial rodzine, zone, ktora czeka z obiadem, tuzin wnukow. Tak, byloby mi go zal, gdyby nie chodzilo o mnie.

- No to jak - zwrocil sie do ufarbowanej - przystawiamy pieczateczke? - klepnal sie po udzie razno, zuchowato, ale ze spelzlych oczek bila desperacja. - No, decyduj - zachecil podwladna. Tylko sie zasmiala.

Naczelnik przyjrzal sie pieczatce, potem mnie i znowu pieczatce. Trzymal ja zawieszona nad papierkiem, mocno trzymal w sekatych chlopskich palcach. Z resztka nadziei, ze przechytrzy dziewuche, znalazl rozwiazanie.

- Ano, ty przybij. Co?

Nie bylo odpowiedzi. Naczelnik niezdecydowanie pohustal pieczatka. Wyprostowal sie w krzesle, zaraz znow sie przygarbil. - Tak - powiedzial cicho, wspolczujaco. - Taak. No, coz...

Zrozumialam, ze sprawa jest przegrana i zalatwie ja - bo kiedys chyba zalatwie - dopiero w Leningradzie, jezeli nie az w Moskwie. Siegnelam po paszport.

- No, coz... ponownie odezwal sie naczelnik. Nabral w pluca powietrza, przyszykowal sie w sobie i niespodziewanie lupnal pieczecia w moja deklaracje. Odbila sie jak trzeba: gesta, fioletowa. Nawet nie musialam otwierac walizki.

*

Podroze rzeczywiscie ksztalca. Na sowieckiej Litwie bylam swiadkiem zdarzenia ilustrujacego system. Nie moglam wtedy napisac, ze to, co widzialam, zdarzylo sie w pociagu z Kowna do Wilna. Ku mojemu zdziwieniu cenzura przepuscila relacje w mojej ksiazce o... Anglii. "Za granica, mniejsza za ktora... " - rozpoczelam dyplomatycznie. A dalej juz tylko relacja. Poza jednym finalnym zdaniem, jednak sugerujacym, ze to nie w Anglii pasazerowie wyreczaja policjantow.

"Wagon na przestrzal, bez przedzialow, takie kursuja i po Anglii, nie jestesmy gdzie indziej. Pociag sunie nie spieszac sie, podroznych nie za wielu. Do wagonu wbiega czlowiek, ktory jest pijany, to takze, ale przede wszystkim robi wrazenie psychopaty. Widoczne spod wodki.

Trwa napieta cisza. W wagonie wiekszosc kobiet. Pijany - chory i pijany - uderzyl jedna; teraz przemierza przestrzen w susach, odbijajac sie od lawek. Zabawa czy strach, wspomagany ostrym ptasim wrzaskiem. Przebiega, zdazylam zobaczyc jego zle rozradowana, szczegolna, spieta, glucha na swiat buzke nawiedzonego litrem i choroba. Boje sie. Wszystkie sie boimy.

Wraca. Nie sam. Znalezli sie mezczyzni. Prowadza do lawki, klada go. Przygnietli, juz nie wyje. Syczy. Teraz i baby, podnosza sie, nizsze staja na palcach. Z odleglosci patrza. U nas przy poskramianym od razu bylby tlum i to tlum rozbity na stronnictwa, tutaj ciekawosc odbywa sie z dystansu. Podejsc, znaczyloby, Boze uchron, zajac stanowisko. A uderzona nawet nie podglada. Siedzi milczac i rozciera twarz.

Poskramiaja mezczyzni. Gromada. Odbywa sie sprawnie i spokojnie, kilku ukleklo nad wiazanym i trzyma go samymi kolanami, dwu zesupluje sznurem rece. Nie wiedziec skad wzial sie sznur, lecz jest. Nagle drzwi na osciez. Wchodza mundurowi. I tych kilku, ktorzy im przygotowywali pole, cicho cofa sie, odstepujac zwiazanego. W wagonie wypogodzony szmerek rozmow. Wypil, to wypil, ale po co bije. Musial? Na pewno nie musial. Posiedzi, mowia. O, posiedzi. Siedem lat dostanie, jak nie jedenascie. Dlaczego az tyle? Trzeba. Siedem? Tyle trzeba. Aha. Wlasnie siedem? No, moze dostac wiecej.

I prosze, o czym to sie czlowiekowi nie przypomni pod grynszpanowym niebem w Sussex".

Do dzisiejszej Klajpedy mozna plynac promem z Danii lub ze Szwecji. Funkcjonuje kilkanascie agencji lotniczych, w tym dwie niemieckie, dwie rosyjskie. Ja po raz pierwszy przyjechalam tam w polowie lat siedemdziesiatych, czyli w czasach, gdy miasto, a juz zwlaszcza najezona rakietami mierzeja kuronska, byly trudno dostepne nawet dla Litwinow z innych stron republiki. Znalazlam sie w grupie polskich pisarzy, zaproszonych na zwiedzanie kraju, w tym - wybrzeza.

Na czym to polega, ze jakis strzep obrazu wchodzi w pamiec jak drzazga pod paznokiec. Do Klajpedy przyjechalismy gleboka noca, nieomal juz nad ranem, a w swoim czasie to wlasnie byla dobrze wyspekulowana pora deportacji. Czlowiek wytracony ze snu jest bardziej nieporadny i bezbronny. Wierzylam, ze juz nie mysle o tym, ze sie uporalam jak z niejednym cieniem, tymczasem musialo to tkwic we mnie, zapamietane po drobiazg, z perfekcja, ktora cechuje zdumiewajaca pamiec dziecka.

Z Wilna do Klajpedy jest dwiescie czterdziesci nieciekawych kilometrow. Plaska droga wreszcie zeszla w dol, co sygnalizowalo, ze dojezdzamy do Baltyku. Reflektory zlizaly grafitowa ciemnosc z pierwszych okien Klajpedy, ukazujac samotna, niska, spelzla z zoltej farby kamienice, charakterystyczna dla rosyjskiej zabudowy. Komisna czynszowka na obrzezu miasta w niczym nie przypominala tamtego domu, w ktorym - mnostwo kilometrow stad i mnostwo lat - noc w noc, az do klarownego dnia, czekalismy, kiedy przyjda po ojca. Nie rozumiem dlaczego akurat tu i wlasnie teraz zobaczylam siebie, dziecko z rekami nad glowa i twarza do sciany jak wszyscy, dopoki ktorys z enkawudystow nie zbagatelizowal „daze eto rebionok" i zwolniono mnie z postawy dla doroslych.

W sowieckiej Klajpedzie na wieczorze autorskim odczytanie radiogramu z pozdrowieniami dla nas od zalogi litewskiego statku. Serdecznosci. Podpisani: kapitan Jefimow, pierwszy zastepca kapitan Andriuszkow. Sytuacja jak z dowcipu o wizytatorze z ONZ, ktory niedowierzajaco przyglada sie jasnoczupryniastym i niebieskookim zolnierzom syryjskiej armii, az jednego to zniecierpliwilo. "Nu czto smotrisz... Araba nie widiel?" Nadawcy radiogramu litewskiego statku tez mogliby zagadnac "Ty czto, Litwina nie widiela?"

Latwo sie smiac, dzisiaj.

Po Klajpedzie mielismy obejrzec kurorty. Miedzy miastem a jeziorem mierzei "Kurskoj Kasse" kursowal prom, na ktory czekalo mnostwo ciezarowek. Znuzeni kierowcy - ktory z Minska, a ktory z Kubania - drzemali, od czasu do czasu wychylajac glowy, zeby sprawdzic czy cos drgnelo w kolejce. Na oko mierzac, przestalibysmy tutaj bite dwie godziny, albo i dluzej. Piekna perspektywa. A prom wlasnie zblizal sie do brzegu. Zajeta liczeniem ciezarowek nie zwrocilam uwagi, kto tam do kogo podszedl, kto zakomenderowal - dosc, ze wjechalismy na prom natychmiast i rownie szybko odbilismy od brzegu, nie zabierajac nikogo z kolejki. A przeciez bylo miejsce! Oponowalismy przeciw nadmiarowi przywilejow, ale nasz opiekun wykonal uspokajajacy gest: wszystko w porzadku. Poczekaja.

Wyobrazalam sobie, co teraz czuja i czego nam serdecznie zycza - ci „gorsi", juz i bez naszego udzialu dostatecznie umordowani przejazdzka z Tuly czy Symferopola. Niesmialo zerknelam w ich strone. Nawet nie wygladali na poirytowanych. Twarze bez wyrazu. Kompletna obojetnosc. Trzeba to trzeba, trudno. Juz to maja w krwi. Nie zadac, nie pytac, nie nalegac. I nie wychodzic z cienia. Nie istnieje lepsza asekuracja niz nijakosc. Cala szkola posepnej ludowej madrosci wspiera sie na tym aksjomacie.

Chyba nie mieli nam za zle. Moze nikomu juz nie mieli. Zmiescilismy sie w ich sowieckim swiecie. Nie do takich ustepstw nawykli oni, wychowankowie "kursow" rozwleczonych na tysiace kilometrow na tygodnie drogi. I do tego nawykli, ze za ktoryms tysiacem tych kilometrow nieodwolalnie zaczynaly sie kolczaste druty, reflektory, zaorana ziemia. Granica. Cokolwiek w Zwiazku Sowieckim bylo pieczolowicie zorganizowane, spenetrowane i strzezone - w rachunku mieszcza sie granice. Jedna szosta kuli ziemskiej spowita w drut kolczasty.

System upadl, ale sowieckosc na dlugo wchodzi w skore, jak weglowy mial.

Juz nie umiem powiedziec, jak sie nazywal tamten hotel w Rydze. Zapamietalam ciemny staroswiecki korytarz i za podwojnymi szybami w ciezkich secesyjnych oknach rozmazywane zjadliwym, nadmorskim, nieslabnacym deszczem kontury miasta, ktore jak Tallin, jak Sankt Petersburg czy Odessa, krzyczaco nie pasowalo do systemu.

Przyjechalam do Rygi ginacej w oczach, zruderowanej, w swoim najstarszym i kiedys najpiekniejszym kwartale przypominajacej martwe rumowisko. Ulokowano mnie w hotelu, ktoremu nic nie moglam zarzucic poza tym, ze drzwi do pokoju nie dawaly sie otworzyc. Dyzurna z mojego pietra, mloda i podejrzliwa Rosjanka, przyjrzala mi sie niechetnie (czego to tym innostrancom sie zachciewa), ale przyslala pokojowa. Nie przyszla, przybiegla starsza osoby o twarzy rasowej inteligentki. Scielenie cudzych lozek z pewnoscia nie bylo czyms, do czego przyzwyczaila sie w mlodosci. Zmrozil mnie jej strach. Skoro poczulam sie niezadowolona - niewazne dlaczego, wazne, ze ktos za to musi odpowiedziec. Ktos. Najpewniej ona.

Czulam sie okropnie. Przeklinajac w duchu ten cholerny zamek, probowalam tlumaczyc blahosc sprawy: nic sie nie dzieje, w ostatecznosci wystarczy poslac po slusarza. Nie pomagalo. Estonka patrzyla na mnie wzrokiem psa, ktory juz wie, ze znowu bedzie bity.

W miedzywojennej Estonii Rosjanie - zadomowieni tam w spadku po kilkusetletniej okupacji - stanowili okolo dwudziestu dwoch procent mieszkancow, w republice zaanektowanej przez Zwiazek Sowiecki - juz czterdziesci piec procent. Jesli wiec mowi sie dzisiaj, a mowi sie duzo i glosno, o "agresywnym estonskim nacjonalizmie", to trzeba pamietac, ze ten dym wzial sie z tegiego ognia.

Po latach dowiedzialam sie (bo tez i badania przeprowadzono po latach), ze po Estonii - Lotwa wyroznia sie niepokojaca liczba schorzen psychicznych i nerwowych. Obserwatorzy upatruja przyczyn w ciezkim stresie, ktorego ofiarami stawali sie przede wszystkim ludzie starsi (co piata kobieta pomiedzy czterdziestym a piecdziesiatym rokiem zycia) oraz starzy (ponad siedemdziesiat procent kobiet po siedemdziesiatce!). Troche to psuje mit naszej wiekszej odpornosci.

Jesli pokojowa z ryskiego hotelu zyje, to od dawna jest na emeryturze. Nie poznalabym jej. Ale wyraz oczu, psia panike w oczach sponiewieranego czlowieka - o, to pamietam.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail