ANNA STRONSKA
Trzy podroze
Miedzy Polska a Litwa jest pasemko Bialorusi i tranzytowy
czysciec. Dostaje do wypelnienia wielka plachte papieru.
W rubrykach druk drobniutki i jednojezyczny. Nie znasz rosyjskiego
- nie ugryziesz. Ale odpowiadac wolno po swojemu.
Nie wystawiwszy nosa z pociagu, wyliczam, co wioze. Co
zostawie. Co powroci ze mna. Nastepnie: jaka wartosc celna
przedstawia - w dolarach - to, co wioze.
W wagonie zbozna cisza. Kazdy albo ma cos na sumieniu,
albo nie wie, czy nie ma. Jasnosc w tej materii zalezy -
Boze, nie daj - od pana celnika. Zatem wszyscy z nagla grzeczni
i pokorni. Prastara szkola ruska - unizonosc jako sposob
bycia z wladza.
Poci sie wagon, cierpi, ale pisze. Sumiennie orza papier
dlugopisy. Zanim celnik, nie patrzac, lupnie w papier pieczatka,
zanim "sztamp" odetnie nas od szansy na dodanie lub odjecie
czegokolwiek z rachunku pierewozki pod transitnym nadzorom,
uplywaja kwadranse. Na slabe pocieszenie przypomne, ze po
naszej stronie granicy tez czeka sie do upojenia, wliczywszy
postoj-gigant w Bialymstoku. Pod koniec drogi znow sobie
postoimy, w Poreczje, w Kabeliai i juz dziesiec czy dwanascie
godzin z glowy.
Czekac, czekac. To jest najgorsze w podrozach po wschodnich
pograniczach. Obojetnosc na czas. Krocej, dluzej... detal.
Czepucha. To przypelzlo z Azji i wgryzlo sie w sowieckosc.
"Wolniej jedziesz, predzej zdazysz".
Czekamy w miescie, ktore przez krotki czas nazywalo sie
Gardinas, a przez bardzo dlugi - Grodno. Po drugiej wojnie
swiatowej juz tylko dwie republiki - litewska i bialoruska
- z lekka, niegroznie, bo na sowieckiej smyczy, spieraly
sie o dzisiejsze Hrodno. Nie ma Grodna, nie ma Gardinas,
wygrala Bialorus.
Ciekawe, ilu polskich maturzystow umialoby powiedziec,
gdzie tez odbyl sie ostatni Sejm Rzeczypospolitej i ktory
laureat Nobla napisal o tym powiesc.
Moi wspolpasazerowie maja swiezsze zmartwienia. Na korytarzu
czyjes targi z pohranycznykiem o zgode na dzien w Grodnie,
- Bedzie wiza, bedzie Hrodno - odpowiada straznik.
Petent nie ustepuje. Przeciez do kilku godzin ma sie prawo
nawet przy tranzycie! Pol dnia, panie ladny, tylko pol,
nie dluzej. A tamten w przestrzen - wiza.
I znow amator Grodna: ale jak to zrobic? On chetnie...
Cena nie gra roli...
No, no, mysle sobie. Ryzykant z turysty. Zeby tylko nie
zostal w Grodnie dluzej, niz zamierzal. Ale nie, chyba mu
odpuszcza. Przychodzi drugi straznik, zdaje sie wyzszy ranga,
bo pierwszy jakby sie zaslanial jego decyzjami. Teraz juz
we trzech, jak dobrzy znajomi rozprawiaja o tym Grodnie
za kurtyna wizy, a tu czas najwyzszy na meska decyzje. Odjazd!
Kolejarze juz sie okrzykuja, machaja latarkami. Nieomal
w ostatniej chwili - pociag zaraz ruszy - wazniejszy rozstrzyga,
ze zaprowadzi turyste do jeszcze wazniejszego. Niech sie
tamten martwi. Od tego on naczelnik.
Wysiadaja juz w duzej komitywie. Usatysfakcjonowani, bo
kazdy ma powody. Jeden juz prawie pewny, ze zalatwil, dwu
zadowolonych z siebie, poniewaz dobrze obeszli sie z czlowiekiem,
nie biorac za to odpowiedzialnosci. Sprawa nie przesadzona,
ale to juz trudno, to juz nie ich grzadka.
Znam ten mechanizm. Kiedys moja walizka z Okecia zamiast
ze mna do Leningradu, poleciala do Rzymu czy na Bliski Wschod.
To sie zdarza. Samolot byl wegierski, w Leningradzie przedstawicielstwo
Malevy mimo poznej pory od reki wyplacilo mi odszkodowanie.
W dalsza droge do Tartu (dawnego Dorpatu) wyruszylam nie
liczac na odzyskanie walizki. A tu po kilku dniach telefon:
jest. Dogonila mnie i czeka w Tallinie na cle w porcie.
Pojechalam, uwierzytelnilam sie paszportem i wszystko juz
bylo na najlepszej drodze, juz siegalam po pioro, by potwierdzic
odbior, gdy urzednik wpatrzony w moja deklaracje celna spytal
cicho - gdzie pieczatka?
Starszy czlowiek, nawet sympatyczny. Dzisiaj, z dystansu,
nawet mu wspolczuje, ale wtedy martwilam sie o siebie. Musialam
miec bardzo glupia mine, bo z wyraznym wspolczuciem uscislil
moje polozenie.
- To jest nielegalny bagaz. Celnik go nie widzial. I deklaracji
nie widzial. Dlaczego? Pani nie przeszla przez kontrole
"tiamazna". Dlaczego? Dalej nie rozumialam w czym problem.
A zreszta tu, w Tallinie, tez sie przeciez zalatwia graniczne
formalnosci? Zachecajaco wskazalam na walizke: przejrzyjmy
zawartosc i spokoj. Chyba go zniecierpliwil moj optymizm,
bo postukujac dlugopisem w te cholerna pusta deklaracje
wzial sie do przypominania: moja stacja graniczna bylo lotnisko
w Leningradzie, nie w Tallinie. Tam byla federalna republika
rosyjska, a tu jest estonska. Jakim sposobem wydostalam
sie z lotniska bez odprawy celnej? W Zwiazku Sowieckim nie
zdarzaja sie takie przeoczenia. A jeszcze gdyby sumiennie
rozwazyc przypadek, pozostaje pytanie, czy wlasnie on ma
nie tyko obowiazek, ale prawo, otoz to: prawo, by sie nim
zajmowac, czy nie za duzo wymagam od prostego naczelnika?
Z Tallina do Leningradu jedzie sie okolo pieciu godzin.
Nogi sie pode mna ugiely. Mialam gleboka, niejednym doswiadczeniem
utwierdzona pewnosc, ze dojechawszy - i tak od reki tego
nie zalatwie, na co jak na co, ale na to nie powinien liczyc
petent w sowieckim urzedzie.
Juz sie nie odzywalam. Naczelnik tez zamilkl. Postukiwal
palcami o zgrzebne biurko i wzdychal przez sciagniete wargi,
co dawalo ciekawy efekt akustyczny. Spuscilam glowe, ale
czulam, ze mnie obserwuje. Zaryzykowalam spojrzenie, spotykajac
sie ze wzrokiem kogos nieomal rozumiejacego. W znuzonych,
wysluzonych oczach czlowieka na spokojnym stanowisku bylo
jeszcze cos w rodzaju zdziwienia. Moj bagatelizujacy stosunek
do przepisu poruszyl w nim jakies poklady pamieci albo wyobrazni.
Byla polowa lat osiemdziesiatych i naczelnik nie mogl nie
wiedziec o wydarzeniach w Polsce. Szybszy oddech historii
zaczynalo sie juz odczuwac i w panstwie Gorbaczowa, ale
tylko na wysokosci Kremla. Tallinski naczelnik na razie
mial czas na zadziwienie pierestrojka, w jego urzedzie ziemia
jeszcze sie nie trzesla. Tak spokojnie czekalo mu sie na
emeryture! Narobilysmy galimatiasu, ja i moja walizka.
Czekalam. Konczyl sie dzien pracy i brutalnie wymakijazowana
dziewucha przy sasiednim biurku od dobrej chwili spogladala
na zegarek. Naczelnik mocniej sciagnal wargi, wyswistujac
westchnienie. Patrzyl na moja pusta deklaracje celna jak
na jadowitego gada. Na pewno mial rodzine, zone, ktora czeka
z obiadem, tuzin wnukow. Tak, byloby mi go zal, gdyby nie
chodzilo o mnie.
- No to jak - zwrocil sie do ufarbowanej - przystawiamy
pieczateczke? - klepnal sie po udzie razno, zuchowato, ale
ze spelzlych oczek bila desperacja. - No, decyduj - zachecil
podwladna. Tylko sie zasmiala.
Naczelnik przyjrzal sie pieczatce, potem mnie i znowu pieczatce.
Trzymal ja zawieszona nad papierkiem, mocno trzymal w sekatych
chlopskich palcach. Z resztka nadziei, ze przechytrzy dziewuche,
znalazl rozwiazanie.
- Ano, ty przybij. Co?
Nie bylo odpowiedzi. Naczelnik niezdecydowanie pohustal
pieczatka. Wyprostowal sie w krzesle, zaraz znow sie przygarbil.
- Tak - powiedzial cicho, wspolczujaco. - Taak. No, coz...
Zrozumialam, ze sprawa jest przegrana i zalatwie ja - bo
kiedys chyba zalatwie - dopiero w Leningradzie, jezeli nie
az w Moskwie. Siegnelam po paszport.
- No, coz... ponownie odezwal sie naczelnik. Nabral w pluca
powietrza, przyszykowal sie w sobie i niespodziewanie lupnal
pieczecia w moja deklaracje. Odbila sie jak trzeba: gesta,
fioletowa. Nawet nie musialam otwierac walizki.
*
Podroze rzeczywiscie ksztalca. Na sowieckiej Litwie bylam
swiadkiem zdarzenia ilustrujacego system. Nie moglam wtedy
napisac, ze to, co widzialam, zdarzylo sie w pociagu z Kowna
do Wilna. Ku mojemu zdziwieniu cenzura przepuscila relacje
w mojej ksiazce o... Anglii. "Za granica, mniejsza za ktora...
" - rozpoczelam dyplomatycznie. A dalej juz tylko relacja.
Poza jednym finalnym zdaniem, jednak sugerujacym, ze to
nie w Anglii pasazerowie wyreczaja policjantow.
"Wagon na przestrzal, bez przedzialow, takie kursuja i
po Anglii, nie jestesmy gdzie indziej. Pociag sunie nie
spieszac sie, podroznych nie za wielu. Do wagonu wbiega
czlowiek, ktory jest pijany, to takze, ale przede wszystkim
robi wrazenie psychopaty. Widoczne spod wodki.
Trwa napieta cisza. W wagonie wiekszosc kobiet. Pijany
- chory i pijany - uderzyl jedna; teraz przemierza przestrzen
w susach, odbijajac sie od lawek. Zabawa czy strach, wspomagany
ostrym ptasim wrzaskiem. Przebiega, zdazylam zobaczyc jego
zle rozradowana, szczegolna, spieta, glucha na swiat buzke
nawiedzonego litrem i choroba. Boje sie. Wszystkie sie boimy.
Wraca. Nie sam. Znalezli sie mezczyzni. Prowadza do lawki,
klada go. Przygnietli, juz nie wyje. Syczy. Teraz i baby,
podnosza sie, nizsze staja na palcach. Z odleglosci patrza.
U nas przy poskramianym od razu bylby tlum i to tlum rozbity
na stronnictwa, tutaj ciekawosc odbywa sie z dystansu. Podejsc,
znaczyloby, Boze uchron, zajac stanowisko. A uderzona nawet
nie podglada. Siedzi milczac i rozciera twarz.
Poskramiaja mezczyzni. Gromada. Odbywa sie sprawnie i spokojnie,
kilku ukleklo nad wiazanym i trzyma go samymi kolanami,
dwu zesupluje sznurem rece. Nie wiedziec skad wzial sie
sznur, lecz jest. Nagle drzwi na osciez. Wchodza mundurowi.
I tych kilku, ktorzy im przygotowywali pole, cicho cofa
sie, odstepujac zwiazanego. W wagonie wypogodzony szmerek
rozmow. Wypil, to wypil, ale po co bije. Musial? Na pewno
nie musial. Posiedzi, mowia. O, posiedzi. Siedem lat dostanie,
jak nie jedenascie. Dlaczego az tyle? Trzeba. Siedem? Tyle
trzeba. Aha. Wlasnie siedem? No, moze dostac wiecej.
I prosze, o czym to sie czlowiekowi nie przypomni pod grynszpanowym
niebem w Sussex".
Do dzisiejszej Klajpedy mozna plynac promem z Danii lub
ze Szwecji. Funkcjonuje kilkanascie agencji lotniczych,
w tym dwie niemieckie, dwie rosyjskie. Ja po raz pierwszy
przyjechalam tam w polowie lat siedemdziesiatych, czyli
w czasach, gdy miasto, a juz zwlaszcza najezona rakietami
mierzeja kuronska, byly trudno dostepne nawet dla Litwinow
z innych stron republiki. Znalazlam sie w grupie polskich
pisarzy, zaproszonych na zwiedzanie kraju, w tym - wybrzeza.
Na czym to polega, ze jakis strzep obrazu wchodzi w pamiec
jak drzazga pod paznokiec. Do Klajpedy przyjechalismy gleboka
noca, nieomal juz nad ranem, a w swoim czasie to wlasnie
byla dobrze wyspekulowana pora deportacji. Czlowiek wytracony
ze snu jest bardziej nieporadny i bezbronny. Wierzylam,
ze juz nie mysle o tym, ze sie uporalam jak z niejednym
cieniem, tymczasem musialo to tkwic we mnie, zapamietane
po drobiazg, z perfekcja, ktora cechuje zdumiewajaca pamiec
dziecka.
Z Wilna do Klajpedy jest dwiescie czterdziesci nieciekawych
kilometrow. Plaska droga wreszcie zeszla w dol, co sygnalizowalo,
ze dojezdzamy do Baltyku. Reflektory zlizaly grafitowa ciemnosc
z pierwszych okien Klajpedy, ukazujac samotna, niska, spelzla
z zoltej farby kamienice, charakterystyczna dla rosyjskiej
zabudowy. Komisna czynszowka na obrzezu miasta w niczym
nie przypominala tamtego domu, w ktorym - mnostwo kilometrow
stad i mnostwo lat - noc w noc, az do klarownego dnia, czekalismy,
kiedy przyjda po ojca. Nie rozumiem dlaczego akurat tu i
wlasnie teraz zobaczylam siebie, dziecko z rekami nad glowa
i twarza do sciany jak wszyscy, dopoki ktorys z enkawudystow
nie zbagatelizowal daze eto rebionok" i zwolniono
mnie z postawy dla doroslych.
W sowieckiej Klajpedzie na wieczorze autorskim odczytanie
radiogramu z pozdrowieniami dla nas od zalogi litewskiego
statku. Serdecznosci. Podpisani: kapitan Jefimow, pierwszy
zastepca kapitan Andriuszkow. Sytuacja jak z dowcipu o wizytatorze
z ONZ, ktory niedowierzajaco przyglada sie jasnoczupryniastym
i niebieskookim zolnierzom syryjskiej armii, az jednego
to zniecierpliwilo. "Nu czto smotrisz... Araba nie widiel?"
Nadawcy radiogramu litewskiego statku tez mogliby zagadnac
"Ty czto, Litwina nie widiela?"
Latwo sie smiac, dzisiaj.
Po Klajpedzie mielismy obejrzec kurorty. Miedzy miastem
a jeziorem mierzei "Kurskoj Kasse" kursowal prom, na ktory
czekalo mnostwo ciezarowek. Znuzeni kierowcy - ktory z Minska,
a ktory z Kubania - drzemali, od czasu do czasu wychylajac
glowy, zeby sprawdzic czy cos drgnelo w kolejce. Na oko
mierzac, przestalibysmy tutaj bite dwie godziny, albo i
dluzej. Piekna perspektywa. A prom wlasnie zblizal sie do
brzegu. Zajeta liczeniem ciezarowek nie zwrocilam uwagi,
kto tam do kogo podszedl, kto zakomenderowal - dosc, ze
wjechalismy na prom natychmiast i rownie szybko odbilismy
od brzegu, nie zabierajac nikogo z kolejki. A przeciez bylo
miejsce! Oponowalismy przeciw nadmiarowi przywilejow, ale
nasz opiekun wykonal uspokajajacy gest: wszystko w porzadku.
Poczekaja.
Wyobrazalam sobie, co teraz czuja i czego nam serdecznie
zycza - ci gorsi", juz i bez naszego udzialu dostatecznie
umordowani przejazdzka z Tuly czy Symferopola. Niesmialo
zerknelam w ich strone. Nawet nie wygladali na poirytowanych.
Twarze bez wyrazu. Kompletna obojetnosc. Trzeba to trzeba,
trudno. Juz to maja w krwi. Nie zadac, nie pytac, nie nalegac.
I nie wychodzic z cienia. Nie istnieje lepsza asekuracja
niz nijakosc. Cala szkola posepnej ludowej madrosci wspiera
sie na tym aksjomacie.
Chyba nie mieli nam za zle. Moze nikomu juz nie mieli.
Zmiescilismy sie w ich sowieckim swiecie. Nie do takich
ustepstw nawykli oni, wychowankowie "kursow" rozwleczonych
na tysiace kilometrow na tygodnie drogi. I do tego nawykli,
ze za ktoryms tysiacem tych kilometrow nieodwolalnie zaczynaly
sie kolczaste druty, reflektory, zaorana ziemia. Granica.
Cokolwiek w Zwiazku Sowieckim bylo pieczolowicie zorganizowane,
spenetrowane i strzezone - w rachunku mieszcza sie granice.
Jedna szosta kuli ziemskiej spowita w drut kolczasty.
System upadl, ale sowieckosc na dlugo wchodzi w skore,
jak weglowy mial.
Juz nie umiem powiedziec, jak sie nazywal tamten hotel
w Rydze. Zapamietalam ciemny staroswiecki korytarz i za
podwojnymi szybami w ciezkich secesyjnych oknach rozmazywane
zjadliwym, nadmorskim, nieslabnacym deszczem kontury miasta,
ktore jak Tallin, jak Sankt Petersburg czy Odessa, krzyczaco
nie pasowalo do systemu.
Przyjechalam do Rygi ginacej w oczach, zruderowanej, w
swoim najstarszym i kiedys najpiekniejszym kwartale przypominajacej
martwe rumowisko. Ulokowano mnie w hotelu, ktoremu nic nie
moglam zarzucic poza tym, ze drzwi do pokoju nie dawaly
sie otworzyc. Dyzurna z mojego pietra, mloda i podejrzliwa
Rosjanka, przyjrzala mi sie niechetnie (czego to tym innostrancom
sie zachciewa), ale przyslala pokojowa. Nie przyszla, przybiegla
starsza osoby o twarzy rasowej inteligentki. Scielenie cudzych
lozek z pewnoscia nie bylo czyms, do czego przyzwyczaila
sie w mlodosci. Zmrozil mnie jej strach. Skoro poczulam
sie niezadowolona - niewazne dlaczego, wazne, ze ktos za
to musi odpowiedziec. Ktos. Najpewniej ona.
Czulam sie okropnie. Przeklinajac w duchu ten cholerny
zamek, probowalam tlumaczyc blahosc sprawy: nic sie nie
dzieje, w ostatecznosci wystarczy poslac po slusarza. Nie
pomagalo. Estonka patrzyla na mnie wzrokiem psa, ktory juz
wie, ze znowu bedzie bity.
W miedzywojennej Estonii Rosjanie - zadomowieni tam w spadku
po kilkusetletniej okupacji - stanowili okolo dwudziestu
dwoch procent mieszkancow, w republice zaanektowanej przez
Zwiazek Sowiecki - juz czterdziesci piec procent. Jesli
wiec mowi sie dzisiaj, a mowi sie duzo i glosno, o "agresywnym
estonskim nacjonalizmie", to trzeba pamietac, ze ten dym
wzial sie z tegiego ognia.
Po latach dowiedzialam sie (bo tez i badania przeprowadzono
po latach), ze po Estonii - Lotwa wyroznia sie niepokojaca
liczba schorzen psychicznych i nerwowych. Obserwatorzy upatruja
przyczyn w ciezkim stresie, ktorego ofiarami stawali sie
przede wszystkim ludzie starsi (co piata kobieta pomiedzy
czterdziestym a piecdziesiatym rokiem zycia) oraz starzy
(ponad siedemdziesiat procent kobiet po siedemdziesiatce!).
Troche to psuje mit naszej wiekszej odpornosci.
Jesli pokojowa z ryskiego hotelu zyje, to od dawna jest
na emeryturze. Nie poznalabym jej. Ale wyraz oczu, psia
panike w oczach sponiewieranego czlowieka - o, to pamietam.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |