PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (25 maja 2001)


GRAZYNA DRABIK

Widok z Delft (2)

W Oude Kerk, najstarszej parafii w Delfcie, z katolickiej przeszlosci pozostawiono rzezbiona, debowa ambone. Ostala sie granitowa posadzka, piekne luki okien, szeregi wznioslych kolumn.

Najbardziej zdobnym elementem tutaj takze sa nagrobki: admiralow Maartena Trompa i Pieta Heina, naturalisty i wynalazcy mikroskopu Anthony'ego van Leeuwenhoeka, radcow miejskich. Plaskorzezba bitwy morskiej na grobie Trompa jest tak wyrazista, ze wychwalal ja podroznik z Anglii Samuel Pepys, odnotowujac w znanym pamietniku, ze nad statkami wzlatuje "dym odtworzony w marmurze najlepiej, jak w zyciu kiedykolwiek widzialem". Grobowiec Heina uswietniaja flagi hiszpanskiej armady, zdobyte na Morzu Karaibskim i wzdluz wybrzezy Ameryki Poludniowej.

Posagi, ktorych nie wolno bylo stawiac Bogu, glosza chwale admiralow. Zasluzyli sie przeciez wybitnie. Dzieki sprawnej flocie, bogacily sie miejskie skarbce - z piractwa i z handlu. Od poczatku dzialalnosci, od 1602 r., Kompania Wschodnioindyjska miala w Delfcie wazny oddzial. Kilka lat pozniej kupcy z Delftu razem z kupcami z innych miast zalozyli takze Kompanie Zachodnioindyjska. Skarb zabrany Hiszpanom przez Pieta Heina, admirala floty tej spolki - srebrny kruszec wywozony z Meksyku, wart 11 milionow guldenow - uczynil go bohaterem narodowym, opiewanym dotad w piosenkach.

Amsterdam stal sie najbogatszym miastem Europy. Holenderskie statki przewozily przez Atlantyk niewolnikow do pracy na plantacjach. Do portowych skladow w Rotterdamie, Dordrechcie, Delfcie zwozily dobra z calego swiata. W 1636 r. Johan Maurits z Nassau-Siegen, ten sam, ktory potem wybudowal Mauritshaus w Hadze, syn Willema, poplynal do Pernambuco jako pierwszy gubernator kolonii w Brazylii. Razem z nim pojechali malarze i botanicy. Frans Post malowal odtad tylko brazylijskie pejzaze - piaszczyste plaze wyspy Itamaraca, pioropusze palm rozkwitajace na wiecznie niebieskim niebie. Albert Eckhout starannie odtwarzal na papierze zolwie, orzechy kokosu, wydluzone bulwy ignamow, ananasy. Dzieki ich rysunkom i obrazom, Nowy Swiat nabral koloru. Ogladany z Delftu stal sie bardziej rzeczywisty.

W cieniu admiralskich nagrobkow, prosta tablica przypomina, ze w Oude Kerk pochowany zostal rowniez Johannes Vermeer. Odslonieta zostala w 1975 r., w 300. rocznice smierci malarza. Wmurowana w posadzke bocznej nawy, bez wychwalajacych napisow.

Vermeer pewnie nie zdziwilby sie dyskrecja holdu. Byl stad, lecz jakby nie w pelni tu przynalezal. Zeniac sie z Catharina Bolnes, wybral religie mniejszosci. Rodzina zony zwiazana byla z zakonem jezuitow. Katolikow tolerowano w miastach protestanckiej Polnocy, lecz nie nalezeli do elity, modlili sie w oddzielnych, tzw. ukrytych kosciolach. Cieszyl sie uznaniem kolegow artystow. Byl czlonkiem cechu malarzy od 21. roku zycia, dwa razy wybrano go na przewodniczacego cechowej rady. Nie zyskal jednak szerszej popularnosci.

Nie mogl wyzyc z wlasnej pracy. 200 guldenow, jakie rocznie zbieral za dwa-trzy obrazy, nie pozwalaly utrzymac licznej gromadki dzieci. (Malarz wzorow porcelany mogl liczyc na 800 guldenow rocznego dochodu.) Zyl nadzwyczaj skromnie, mieszkal w domu tesciowej Marii Thins. Zmarl majac zaledwie 43 lata, powalony atakiem serca i dlugami. Tylko piekarzowi winny byl 617 guldenow. Po jego smierci Catharina musiala oglosic bankructwo.

Moze potencjalni kolekcjonerzy - synowie fabrykantow porcelany i wlascicieli browarow, producenci gobelinow, udzialowcy Kompanii Wschodnio- i Zachodnioindyjskiej - wyczuwali u Vermeera za malo kultu dla przedmiotu, za malo aprobaty dla siebie. Nie malowal przeciez portretow zamoznych kupcow czy pewnych swych racji dygnitarzy. Ani pietrzacych sie kaskad wspanialych owocow. Nie ma u Vermeera rodziny wspolnie spedzajacej popoludnie w zacisznej prywatnosci podworka, jak u Pietera de Hoocha. Nie ma rubasznych uczt w ogrodach pod kisciami winogron, sardonicznych, ale jednak z nuta poblazliwego uznania, jak u Steena. Nic z moralizmu slawiacego mieszczanski dobrobyt i zalety gromadnego zycia.

Przeciwnie. Spokoj dnia codziennego buduja rece samotnej kobiety. Dojarka nalewa do glinianej miski mleko z dzbana. Dziewczyna gra na lutni w promieniu swiatla wpadajacym przez polodsloniete okno. Mapa wiszaca za jej plecami odtwarza kontur Europy, statki rozsiane na oceanie. Kobieta w ciazy czyta list, moze od nieobecnego ojca dziecka. Inna czyta list w polswietle poranka, pochylona twarz odbija sie w szybce otwartej okiennicy. Przy stole pokrytym niebieskim obrusem pani domu zastanawia sie nad rozpoczetym listem, a sluzaca podaje jej zlozona w pol kartke. Kobieta w czerwonym kapeluszu patrzy nam prosto w oczy.

Na najwczesniejszym obrazie, bardzo mlodego jeszcze Vermeera, pojawia sie wprawdzie grupa, ale nawet juz wtedy jego zamiar jakby biezy w innym kierunku. Oto Diana z druzkami, motyw popularny w tamtych czasach. Jednak co zwraca uwage, to nie piekna postac bogini czy igraszki na lonie natury. Jedna z towarzyszek myje stopy Diany. Delikatne, boczne swiatlo nadaje scenie ton intymnej czulosci, uswieca gest pokory. Na innym mlodzienczym obrazie, jedynym znanym nam otwarcie religijnym, Chrystus nie siedzi wsrod swych uczniow, nie naucza w swiatyni, nie cierpi na krzyzu. Odpoczywa w towarzystwie dwoch kobiet, w domu Marii i Marty.

Nieobecnosc mezczyzny na obrazach jest znaczaca. Moze plynie w strone Brazylii lub Indonezji. Moze jest w wojsku. W skladzie handlowym czy na posiedzeniu rady miejskiej. Kiedy sie pojawia, stanowi zagrozenie, poddaje sie pokusie i sam jest pokusa: kawaler w czerwonym kubraku w konszachtach ze streczycielka. Mezczyzna z twarza ocieniona szerokim rondem kapelusza dolewa nieostroznej dziewczynie wina do kielicha, obserwujac ja chlodno.

Przyciaga do Vermeera nie bogactwo alegorii, ciekawe detale obyczajowe, ani piekna kompozycja. Wszystko to przeciez mozna podziwiac na obrazach takze innych holenderskich mistrzow. Moze fascynuje nas niedopowiedziane. Wyciszenie. Ufnosc. Ten spokoj oczekiwania. Wiara, ze nieobecny wroci.

A moze Vermeer jest poeta, ktory uchyla zaslone tajemnicy. Jak mistycy, kontempluje zrodlo swiatla. W nieobecnosci domysla sie melodii obecnego. Wsluchuje sie w obietnice zawarta w slowach: zywot wieczny, amen.

*

Na rynku Delftu, naprzeciwko Nowego Kosciola stoi ratusz zbudowany z szarego kamienia, z bogato rzezbiona renesansowa fasada. Zza wielkich, drewnianych drzwi Stadhuisa dobiega spiew a capella, kusi. Ktos widzi moje wahanie, uchyla szerszej drzwi, gestem zaprasza do srodka. Na scianie duzej sali na parterze wisi stara mapa. Pod mapa stoi chor. Biale kolnierzyki, ciemne stroje, nuty w reku, pelne przejecia gesty dyrygenta. Sluchacze oklaskuja wystepy chetnie, pod koniec dolaczaja do choralnego spiewu. Zbieraja sie w ratuszu jak pewnie zbierali sie ich rodzice, dziadkowie, dziadkowie dziadkow.

Ich twarze mozemy rozpoznac z dawnych obrazow. Dzisiejszy krajobraz miejski powtarza widoki z XIX-wiecznych pocztowek. Kanalami nadal plyna lodki. Wprawdzie wzdluz kanalow zamiast koni stoja teraz samochody, lecz panuje podobny porzadek, podobny nastroj statecznej przyzwoitosci. Widac podobna troskliwosc o byt materialny. Fasady mieszczanskich domow milcza: wstrzemiezliwe na zewnatrz, luksusowe wewnatrz.

Uderza nieprawdopodobna ciaglosc historii tego kawalka swiata. Nikt, wydaje sie, nie musi sie tu o fakty spierac. Zgadywac jak bylo, konsultowac z duchami. Wymyslac zamki na wodzie. Puszczac w tan chocholy. Wystarczy pojsc do urzedu, gdzie w archiwach wszystko zapisane, skatalogowane, wyliczone. Wystarczy zajrzec do latwo dostepnych dokumentow. Poczytac kroniki miasta.

Nie chodzi o iluzje, ze historyczne dzieje byly tu szczegolnie pokojowe czy szlachetne. I ten kawalek ziemi naznaczony jest swoja dola dramatow i konfliktow, drobnych i wielkich okrucienstw. W pozarach splonely wczesniejsze, drewniane struktury kosciolow i sredniowieczny ratusz. "Delftycki piorun", wybuch 90 000 funtow prochu, ktory kosztowal zycie Fabritiusa, zmiotl w gruzy prawie cale miasto. Ksiaze Willem z Orange i Nassau zginal w 1584 r., zastrzelony przez obronce katolickiej wiary. Troche wczesniej, mniej niby fanatyczni protestanci z pasja oczyszczali koscioly, palili obrazy i rozbijali posagi. Cisza moze pokrywac krzywde. Estetyka ostentacyjnej skromnosci przyzwalac na prywatne ekscesy.

Chodzi o ciaglosc historii: na tym samym kawalku ziemi podobni sobie mieszkancy dzialali w imie wyraznie okreslonych wartosci. Na brzegu rzeki Schie budowali dostatek od XIII wieku - ciagnac zyski z browarow, fabryk porcelany i szkla, warsztatow tkackich, z produkcji luksusowych dobr i z handlu, z handlu. Wydzierajac morzu ziemie pod laki i pola. Kiedy trzeba, odwaznie wyruszali w swiat. Stawiali czolo hiszpanskim wojskom.

Przede wszystkim umieli pracowac i pracowali solidnie. Gromadzili skrzetnie majatek, przekazujac dorobek z pokolenia na pokolenie. Holdowali zasadom bez manifestacji. Spiewali w chorze, nie za glosno. Dla wlasnej przyjemnosci. Z szacunkiem dla przodkow. Z aprobata sasiadow.

*

Nawet ta jednak stabilnosc - zasobnosc wypracowywana od wiekow, zdobycze oparte nie na mrzonkach, lecz racjonalnej kalkulacji i wytrwalosci - jest zakorzeniona na ruchomych piaskach.

Z balkonu wiezy Nieuwe Kerk Delft wyglada pieknie. Jak z obrazka. Jak kiedys. Niewiele niby sie zmienilo. Wieza Oude Kerk pochyla sie nieco bardziej. Zmienia sie jednak caly swiat wokol.

Zal dawnej elegancji. Zal znanej hierarchii wartosci, z calym jej pomieszaniem tesknot za pieknem z wielkiej i malej litery. Ale moze jest w tym jakas szersza dziejowa sprawiedliwosc. Kiedys Europa pojechala w swiat. Zwozila do krolewskich skarbcow i mieszczanskich domow wonne przyprawy, jedwabie, perly, zloto, srebro, sol, zboze z Gdanska, listki herbaty z Cejlonu, palone ziarno kawy z Brazylii, cukier z Surinamu. Na mapie naznaczono ujscia rzek, linie dotad nieznanych wybrzezy, nowe kontynenty. Sklasyfikowano nowa faune i flore. Swiat zaistnial inaczej. Stal sie kopalnia, ogrodem i polem, gdzie miejscowe sily robocze pracowaly, by na stole w Amsterdamie czy w Delfcie misternie rzezbiona cukiernica wypelnila sie bialymi krysztalkami drogocennej slodyczy.

Teraz swiat zjezdza do Europy. Slodycz w cukiernicy kusi. Cukiernica kusi.

Zjezdzaja turysci. W Delftach wiosna i latem - tlumy. Miasto z rozmachem sprzedaje malownicza historie na turystycznym jarmarku. Specjalna mapka oprowadza cie po miejscach zwiazanych z Vermeerem, choc jego dom rodzinny dawno zostal zburzony, jak i zajazd, ktory prowadzil jego ojciec, jak dom Marii Thins, jak siedziba cechu sw. Lukasza. Najwyrazniejszy jest slad jego smierci: tablica w Starym Kosciele.

W sklepach i kioskach pietrza sie gory malowanych kafelkow. W lepszych galeriach mozna znalezc slynna lokalna porcelane, drogie rekodzielo, lecz podkoszulki zdobne w niebieskie wzory, pogodnie niebieskie tacki, miseczki, plakatki, sciereczki, reczniki, wisiorki, figurki usmiechnietych dziewczat w chodakach, rybacy z fajka w gebie i siecia w dloni, krasnale, wiatraczki malutkie, srednie i duze - powodz chodliwej tandety - nosi nalepki Made in China.

Zjezdzaja sezonowi robotnicy. Zjezdzaja imigranci. Na przedmiesciach Delftu, na przedmiesciach Hagi, na niekonczacych sie przedmiesciach Amsterdamu nowe osiedla skladaja nastepne fragmenty zagadki. W dzwonek tramwaju wpisuje sie nawolywanie z meczetu. Szeregi jednopietrowych domkow, skromniejsze, lecz podobne do tych z przeszlosci, ciagna sie wzdluz ulic o nazwach: Afrikalaan, Brasilaan, Israelaan, Sadatweg. W stara forme wlewa sie nowy zywiol ludzki.

Nie wiadomo, czy ktos namaluje, nie wiadomo dla kogo i po co, nastepny Widok Delft.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail