GRAZYNA DRABIK
Widok z Delft (2)
W Oude Kerk, najstarszej parafii w Delfcie, z katolickiej
przeszlosci pozostawiono rzezbiona, debowa ambone. Ostala
sie granitowa posadzka, piekne luki okien, szeregi wznioslych
kolumn.
Najbardziej zdobnym elementem tutaj takze sa nagrobki:
admiralow Maartena Trompa i Pieta Heina, naturalisty i wynalazcy
mikroskopu Anthony'ego van Leeuwenhoeka, radcow miejskich.
Plaskorzezba bitwy morskiej na grobie Trompa jest tak wyrazista,
ze wychwalal ja podroznik z Anglii Samuel Pepys, odnotowujac
w znanym pamietniku, ze nad statkami wzlatuje "dym odtworzony
w marmurze najlepiej, jak w zyciu kiedykolwiek widzialem".
Grobowiec Heina uswietniaja flagi hiszpanskiej armady, zdobyte
na Morzu Karaibskim i wzdluz wybrzezy Ameryki Poludniowej.
Posagi, ktorych nie wolno bylo stawiac Bogu, glosza chwale
admiralow. Zasluzyli sie przeciez wybitnie. Dzieki sprawnej
flocie, bogacily sie miejskie skarbce - z piractwa i z handlu.
Od poczatku dzialalnosci, od 1602 r., Kompania Wschodnioindyjska
miala w Delfcie wazny oddzial. Kilka lat pozniej kupcy z
Delftu razem z kupcami z innych miast zalozyli takze Kompanie
Zachodnioindyjska. Skarb zabrany Hiszpanom przez Pieta Heina,
admirala floty tej spolki - srebrny kruszec wywozony z Meksyku,
wart 11 milionow guldenow - uczynil go bohaterem narodowym,
opiewanym dotad w piosenkach.
Amsterdam stal sie najbogatszym miastem Europy. Holenderskie
statki przewozily przez Atlantyk niewolnikow do pracy na
plantacjach. Do portowych skladow w Rotterdamie, Dordrechcie,
Delfcie zwozily dobra z calego swiata. W 1636 r. Johan Maurits
z Nassau-Siegen, ten sam, ktory potem wybudowal Mauritshaus
w Hadze, syn Willema, poplynal do Pernambuco jako pierwszy
gubernator kolonii w Brazylii. Razem z nim pojechali malarze
i botanicy. Frans Post malowal odtad tylko brazylijskie
pejzaze - piaszczyste plaze wyspy Itamaraca, pioropusze
palm rozkwitajace na wiecznie niebieskim niebie. Albert
Eckhout starannie odtwarzal na papierze zolwie, orzechy
kokosu, wydluzone bulwy ignamow, ananasy. Dzieki ich rysunkom
i obrazom, Nowy Swiat nabral koloru. Ogladany z Delftu stal
sie bardziej rzeczywisty.
W cieniu admiralskich nagrobkow, prosta tablica przypomina,
ze w Oude Kerk pochowany zostal rowniez Johannes Vermeer.
Odslonieta zostala w 1975 r., w 300. rocznice smierci malarza.
Wmurowana w posadzke bocznej nawy, bez wychwalajacych napisow.
Vermeer pewnie nie zdziwilby sie dyskrecja holdu. Byl stad,
lecz jakby nie w pelni tu przynalezal. Zeniac sie z Catharina
Bolnes, wybral religie mniejszosci. Rodzina zony zwiazana
byla z zakonem jezuitow. Katolikow tolerowano w miastach
protestanckiej Polnocy, lecz nie nalezeli do elity, modlili
sie w oddzielnych, tzw. ukrytych kosciolach. Cieszyl sie
uznaniem kolegow artystow. Byl czlonkiem cechu malarzy od
21. roku zycia, dwa razy wybrano go na przewodniczacego
cechowej rady. Nie zyskal jednak szerszej popularnosci.
Nie mogl wyzyc z wlasnej pracy. 200 guldenow, jakie rocznie
zbieral za dwa-trzy obrazy, nie pozwalaly utrzymac licznej
gromadki dzieci. (Malarz wzorow porcelany mogl liczyc na
800 guldenow rocznego dochodu.) Zyl nadzwyczaj skromnie,
mieszkal w domu tesciowej Marii Thins. Zmarl majac zaledwie
43 lata, powalony atakiem serca i dlugami. Tylko piekarzowi
winny byl 617 guldenow. Po jego smierci Catharina musiala
oglosic bankructwo.
Moze potencjalni kolekcjonerzy - synowie fabrykantow porcelany
i wlascicieli browarow, producenci gobelinow, udzialowcy
Kompanii Wschodnio- i Zachodnioindyjskiej - wyczuwali u
Vermeera za malo kultu dla przedmiotu, za malo aprobaty
dla siebie. Nie malowal przeciez portretow zamoznych kupcow
czy pewnych swych racji dygnitarzy. Ani pietrzacych sie
kaskad wspanialych owocow. Nie ma u Vermeera rodziny wspolnie
spedzajacej popoludnie w zacisznej prywatnosci podworka,
jak u Pietera de Hoocha. Nie ma rubasznych uczt w ogrodach
pod kisciami winogron, sardonicznych, ale jednak z nuta
poblazliwego uznania, jak u Steena. Nic z moralizmu slawiacego
mieszczanski dobrobyt i zalety gromadnego zycia.
Przeciwnie. Spokoj dnia codziennego buduja rece samotnej
kobiety. Dojarka nalewa do glinianej miski mleko z dzbana.
Dziewczyna gra na lutni w promieniu swiatla wpadajacym przez
polodsloniete okno. Mapa wiszaca za jej plecami odtwarza
kontur Europy, statki rozsiane na oceanie. Kobieta w ciazy
czyta list, moze od nieobecnego ojca dziecka. Inna czyta
list w polswietle poranka, pochylona twarz odbija sie w
szybce otwartej okiennicy. Przy stole pokrytym niebieskim
obrusem pani domu zastanawia sie nad rozpoczetym listem,
a sluzaca podaje jej zlozona w pol kartke. Kobieta w czerwonym
kapeluszu patrzy nam prosto w oczy.
Na najwczesniejszym obrazie, bardzo mlodego jeszcze Vermeera,
pojawia sie wprawdzie grupa, ale nawet juz wtedy jego zamiar
jakby biezy w innym kierunku. Oto Diana z druzkami,
motyw popularny w tamtych czasach. Jednak co zwraca uwage,
to nie piekna postac bogini czy igraszki na lonie natury.
Jedna z towarzyszek myje stopy Diany. Delikatne, boczne
swiatlo nadaje scenie ton intymnej czulosci, uswieca gest
pokory. Na innym mlodzienczym obrazie, jedynym znanym nam
otwarcie religijnym, Chrystus nie siedzi wsrod swych uczniow,
nie naucza w swiatyni, nie cierpi na krzyzu. Odpoczywa w
towarzystwie dwoch kobiet, w domu Marii i Marty.
Nieobecnosc mezczyzny na obrazach jest znaczaca. Moze plynie
w strone Brazylii lub Indonezji. Moze jest w wojsku. W skladzie
handlowym czy na posiedzeniu rady miejskiej. Kiedy sie pojawia,
stanowi zagrozenie, poddaje sie pokusie i sam jest pokusa:
kawaler w czerwonym kubraku w konszachtach ze streczycielka.
Mezczyzna z twarza ocieniona szerokim rondem kapelusza dolewa
nieostroznej dziewczynie wina do kielicha, obserwujac ja
chlodno.
Przyciaga do Vermeera nie bogactwo alegorii, ciekawe detale
obyczajowe, ani piekna kompozycja. Wszystko to przeciez
mozna podziwiac na obrazach takze innych holenderskich mistrzow.
Moze fascynuje nas niedopowiedziane. Wyciszenie. Ufnosc.
Ten spokoj oczekiwania. Wiara, ze nieobecny wroci.
A moze Vermeer jest poeta, ktory uchyla zaslone tajemnicy.
Jak mistycy, kontempluje zrodlo swiatla. W nieobecnosci
domysla sie melodii obecnego. Wsluchuje sie w obietnice
zawarta w slowach: zywot wieczny, amen.
*
Na rynku Delftu, naprzeciwko Nowego Kosciola stoi ratusz
zbudowany z szarego kamienia, z bogato rzezbiona renesansowa
fasada. Zza wielkich, drewnianych drzwi Stadhuisa
dobiega spiew a capella, kusi. Ktos widzi moje wahanie,
uchyla szerszej drzwi, gestem zaprasza do srodka. Na scianie
duzej sali na parterze wisi stara mapa. Pod mapa stoi chor.
Biale kolnierzyki, ciemne stroje, nuty w reku, pelne przejecia
gesty dyrygenta. Sluchacze oklaskuja wystepy chetnie, pod
koniec dolaczaja do choralnego spiewu. Zbieraja sie w ratuszu
jak pewnie zbierali sie ich rodzice, dziadkowie, dziadkowie
dziadkow.
Ich twarze mozemy rozpoznac z dawnych obrazow. Dzisiejszy
krajobraz miejski powtarza widoki z XIX-wiecznych pocztowek.
Kanalami nadal plyna lodki. Wprawdzie wzdluz kanalow zamiast
koni stoja teraz samochody, lecz panuje podobny porzadek,
podobny nastroj statecznej przyzwoitosci. Widac podobna
troskliwosc o byt materialny. Fasady mieszczanskich domow
milcza: wstrzemiezliwe na zewnatrz, luksusowe wewnatrz.
Uderza nieprawdopodobna ciaglosc historii tego kawalka
swiata. Nikt, wydaje sie, nie musi sie tu o fakty spierac.
Zgadywac jak bylo, konsultowac z duchami. Wymyslac zamki
na wodzie. Puszczac w tan chocholy. Wystarczy pojsc do urzedu,
gdzie w archiwach wszystko zapisane, skatalogowane, wyliczone.
Wystarczy zajrzec do latwo dostepnych dokumentow. Poczytac
kroniki miasta.
Nie chodzi o iluzje, ze historyczne dzieje byly tu szczegolnie
pokojowe czy szlachetne. I ten kawalek ziemi naznaczony
jest swoja dola dramatow i konfliktow, drobnych i wielkich
okrucienstw. W pozarach splonely wczesniejsze, drewniane
struktury kosciolow i sredniowieczny ratusz. "Delftycki
piorun", wybuch 90 000 funtow prochu, ktory kosztowal zycie
Fabritiusa, zmiotl w gruzy prawie cale miasto. Ksiaze Willem
z Orange i Nassau zginal w 1584 r., zastrzelony przez obronce
katolickiej wiary. Troche wczesniej, mniej niby fanatyczni
protestanci z pasja oczyszczali koscioly, palili obrazy
i rozbijali posagi. Cisza moze pokrywac krzywde. Estetyka
ostentacyjnej skromnosci przyzwalac na prywatne ekscesy.
Chodzi o ciaglosc historii: na tym samym kawalku ziemi
podobni sobie mieszkancy dzialali w imie wyraznie okreslonych
wartosci. Na brzegu rzeki Schie budowali dostatek od XIII
wieku - ciagnac zyski z browarow, fabryk porcelany i szkla,
warsztatow tkackich, z produkcji luksusowych dobr i z handlu,
z handlu. Wydzierajac morzu ziemie pod laki i pola. Kiedy
trzeba, odwaznie wyruszali w swiat. Stawiali czolo hiszpanskim
wojskom.
Przede wszystkim umieli pracowac i pracowali solidnie.
Gromadzili skrzetnie majatek, przekazujac dorobek z pokolenia
na pokolenie. Holdowali zasadom bez manifestacji. Spiewali
w chorze, nie za glosno. Dla wlasnej przyjemnosci. Z szacunkiem
dla przodkow. Z aprobata sasiadow.
*
Nawet ta jednak stabilnosc - zasobnosc wypracowywana od
wiekow, zdobycze oparte nie na mrzonkach, lecz racjonalnej
kalkulacji i wytrwalosci - jest zakorzeniona na ruchomych
piaskach.
Z balkonu wiezy Nieuwe Kerk Delft wyglada pieknie. Jak
z obrazka. Jak kiedys. Niewiele niby sie zmienilo. Wieza
Oude Kerk pochyla sie nieco bardziej. Zmienia sie jednak
caly swiat wokol.
Zal dawnej elegancji. Zal znanej hierarchii wartosci, z
calym jej pomieszaniem tesknot za pieknem z wielkiej i malej
litery. Ale moze jest w tym jakas szersza dziejowa sprawiedliwosc.
Kiedys Europa pojechala w swiat. Zwozila do krolewskich
skarbcow i mieszczanskich domow wonne przyprawy, jedwabie,
perly, zloto, srebro, sol, zboze z Gdanska, listki herbaty
z Cejlonu, palone ziarno kawy z Brazylii, cukier z Surinamu.
Na mapie naznaczono ujscia rzek, linie dotad nieznanych
wybrzezy, nowe kontynenty. Sklasyfikowano nowa faune i flore.
Swiat zaistnial inaczej. Stal sie kopalnia, ogrodem i polem,
gdzie miejscowe sily robocze pracowaly, by na stole w Amsterdamie
czy w Delfcie misternie rzezbiona cukiernica wypelnila sie
bialymi krysztalkami drogocennej slodyczy.
Teraz swiat zjezdza do Europy. Slodycz w cukiernicy kusi.
Cukiernica kusi.
Zjezdzaja turysci. W Delftach wiosna i latem - tlumy. Miasto
z rozmachem sprzedaje malownicza historie na turystycznym
jarmarku. Specjalna mapka oprowadza cie po miejscach zwiazanych
z Vermeerem, choc jego dom rodzinny dawno zostal zburzony,
jak i zajazd, ktory prowadzil jego ojciec, jak dom Marii
Thins, jak siedziba cechu sw. Lukasza. Najwyrazniejszy jest
slad jego smierci: tablica w Starym Kosciele.
W sklepach i kioskach pietrza sie gory malowanych kafelkow.
W lepszych galeriach mozna znalezc slynna lokalna porcelane,
drogie rekodzielo, lecz podkoszulki zdobne w niebieskie
wzory, pogodnie niebieskie tacki, miseczki, plakatki, sciereczki,
reczniki, wisiorki, figurki usmiechnietych dziewczat w chodakach,
rybacy z fajka w gebie i siecia w dloni, krasnale, wiatraczki
malutkie, srednie i duze - powodz chodliwej tandety - nosi
nalepki Made in China.
Zjezdzaja sezonowi robotnicy. Zjezdzaja imigranci. Na przedmiesciach
Delftu, na przedmiesciach Hagi, na niekonczacych sie przedmiesciach
Amsterdamu nowe osiedla skladaja nastepne fragmenty zagadki.
W dzwonek tramwaju wpisuje sie nawolywanie z meczetu. Szeregi
jednopietrowych domkow, skromniejsze, lecz podobne do tych
z przeszlosci, ciagna sie wzdluz ulic o nazwach: Afrikalaan,
Brasilaan, Israelaan, Sadatweg. W stara forme wlewa sie
nowy zywiol ludzki.
Nie wiadomo, czy ktos namaluje, nie wiadomo dla kogo i
po co, nastepny Widok Delft.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |