JAN ZIELINSKI
Pod innym katem
Pytania na Berdyczow
Kiedy z okazji przelomu wiekow warszawski Magazyn Literacki zwrocil sie do mnie z propozycja podsumowania literatury
polskiej minionego stulecia i zarysowania perspektyw na
przyszlosc, nie mialem watpliwosci, ze w tym bilansie w
dziedzinie eseju pierwsze miejsce nalezy sie Jerzemu Stempowskiemu.
W pisanym w noc sylwestrowa tysiaclecia tekscie zwracalem
uwage na "wedrowne" tytuly jego ksiazek: Pielgrzym, Chimera jako zwierze pociagowe, Nowe marzenia
samotnego wedrowca, Dziennik podrozy do Austrii i
Niemiec, Od Berdyczowa do Rzymu, Listy z Ziemi
Bernenskiej, do ktorych dodac nalezy tytul cyklu publikowanego
przez lata na lamach paryskiej Kultury: Notatnik
niespiesznego przechodnia. "Pisarstwo Jerzego Stempowskiego
ma swoj osobliwy dukt, ma rytm, wystukiwany kijem swieckiego
pielgrzyma, ktory wedruje po drogach i sciezkach kultury"
- pisalem.
Nic zatem dziwnego, ze kiedy jesienia ubieglego roku Wydawnictwo
Czarne zapowiedzialo publikacje tomu, zbierajacego dzienniki
podrozy Stempowskiego w opracowaniu Andrzeja Stanislawa
Kowalczyka, czekalem na ten tom z niecierpliwoscia. I z
zadowoleniem, ze majace swa siedzibe w podgorskiej miejscowosci
Wolowiec (poczta Sekowa) wydawnictwo, obok celu glownego,
jakim jest publikowanie ksiazek Andrzeja Stasiuka, bierze
sie takze za dobra literature emigracyjna (poprzednio wydano
proze Zygmunta Haupta).
Edycja nieco sie opoznila, w koncu jednak mam przed soba
gruby (prawie 550 stron) tom na ladnym jasnokremowym papierze,
w twardej okladce, z ktorej uwaznie patrzy na czytelnika
autor w jasnej marynarce, z muszka i obracanym w ustach
papierosem. A na tylnej okladce tenze Stempowski na bliskim
memu sercu bernenczyka z wyboru zdjeciu, ktore go pokazuje
na glownej ulicy tutejszej Starowki, z wieza Zytglocke w
tle.
*
Kowalczyk w eseizujacym wstepie probuje otworzyc pisarstwo
Stempowskiego - a zwlaszcza jego dzienniki podrozy - kluczem
dwoch metafor: labiryntu i palimpsestu. Labiryntem sa zwiedzane
przez autora Dziennika podrozy do Austrii i Niemiec powojenne ruiny miast, jest nim takze getto amsterdamskie,
widziane w siedemnascie lat po wojnie. Szerzej - autor wstepu
nie mowi tego wprost, ale taka interpretacje sugeruje -
powojenna Europa okresu zimnej wojny stala sie jakby dwoma
labiryntami, zachodnim i wschodnim, miedzy ktorymi przejscia
byly dosc szczelnie pozasypywane. Z kolei palimpsestem,
nawarstwieniem tekstow powstalych w roznych czasach, byl
dla Stempowskiego glownie Rzym, gdzie w jednym miejscu wspolistnieje
tyle roznych epok. Ale takze Rumunia, ktorej jezyk jest
"mieszanina lacinsko-slowianska, ocukrowana bizantynizmem
i posolona turecko-bulgarska aglutynacja" (z listu do Mieczyslawa
Grydzewskiego). I Dalmacja, gdzie mauzoleum Dioklecjana
stalo sie z biegiem wiekow kosciolem: "W zadnym innym miejscu
ciaglosc historii nie narzuca sie z rowna sila wyobrazni"
(z eseju Slonce jesieni). Zacytujmy autora wstepu:
"Labirynt chroni swietosc, cos najwazniejszego, a wiec przypomina
o hierarchicznosci swiata, przestrzega przed drogami donikad.
[...] Metafora palimpsestu zas swiadczy o ciaglosci cywilizacji".
Ukazala sie zatem w Polsce nowa ksiazka Jerzego Stempowskiego,
i to cieszy. Mozna jednak spojrzec na sprawe pod innym katem,
od edytorskiej podszewki, a wtedy pojawiaja sie pytania.
*
Pytanie pierwsze - o status dziennika podrozy. Jestesmy
tu w wygodnej sytuacji, poniewaz niedawno, w trzecim zeszycie
torunskiego Archiwum Emigracji, ukazal sie interesujacy
szkic Krzysztofa Cwiklinskiego Emigracyjne dzienniki
podrozy - proba rekonesansu. Cwiklinski, ktory pracuje
nad ksiazka o gatunkach literackich uprawianych przez Andrzeja
Bobkowskiego, wsrod emigracyjnych podroznikow-diarystow
(w odroznieniu od reporterow) wymienia Bobkowskiego, Witolda
Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzinskiego, Stempowskiego,
Tymona Terleckiego i Ryszarda Krygiera, i powiada, ze procz
ostatniego stanowia oni czolowke pisarzy emigracyjnych.
To spostrzezenie jest znamienne dla rangi gatunku "dziennik
podrozy" i jego szczegolnego miejsca w pismiennictwie emigracyjnym.
Cwiklinski przywoluje esej Stempowskiego z lat 60., zatytulowany Spiew podroznego (przedrukowany przez Jerzego Timoszewicza
w zbiorze Klimat zycia i klimat literatury), ktory
jest jakby wykladnia przemyslen eseisty na temat gatunku
dziennika podrozy. Szkoda, ze Kowalczyk (ktory jako monografista
Stempowskiego tekst ten oczywiscie zna) nie wykorzystal
go we wstepie, albo nawet nie przedrukowal w charakterze
przedmowy autorskiej. Jeden cytat: "Probowalem sam pisac
dzienniki podrozy i poznalem granice tego rodzaju literackiego.
Latwo jest spisywac wrazenia wyniesione z tzw. peregrinatio
domestica, podrozy po krajach srodziemnomorskich, gdzie
kazdy przedmiot mial swa nazwe grecka i lacinska, zanim
znalazl sie w slownikach jezykow nowozytnych. [...] Wspomnienia
i slownictwo kultury klasycznej sa domem, ktory nosimy na
plecach jak zolwie i slimaki. Wystarczy zen wyjsc, aby poczuc
sie zgubionym wsrod rzeczy nowych, nie majacych nazwy i
nie poddajacych sie opisowi lub tlumaczeniu". Parafrazujac
metafory Kowalczyka mozna by powiedziec, ze utrata kontaktu
z palimpsestem prowadzi do zagubienia w labiryncie nowosci.
Cwiklinski wylicza dzienniki podrozy w dorobku Stempowskiego
i jego lista w duzej mierze pokrywa sie ze spisem tresci
tomu Od Berdyczowa do Lafitow. Przy tytule Sulmina torunski polonista pisze: "raczej esej niz dziennik". Zas
jako ostatni dziennik podrozy Stempowskiego wymienia, slusznie, Slonce jesieni. Co ma bowiem z dziennikiem podrozy
wspolnego szkic Klopoty awangardy, opisujacy (glownie
bodaj za prasa wloska) Biennale w Wenecji w roku 1968 i
wystawy w bernenskiej Kunsthalle? Przeciez, zeby do Kunsthalle
dotrzec, Stempowski nie musial specjalnie podrozowac, wystarczylo
przejechac trzy przystanki tramwajem albo przejsc pieszo
z Kalcheggweg do Helvetiaplatz... Rownie malo ma z dziennikiem
podrozy wspolnego ostatni tekst w ksiazce, nie dokonczony
esej wspomnieniowy o poczatkach Kultury. No, moze
wiecej z tytulem zbioru przygotowanego przez Andrzeja Stanislawa
Kowalczyka, jako ze zdanie Stempowskiego "Przenosiny z Rzymu
do Maisons-Laffitte zdaja sie swiadczyc, ze Kultura narodzila sie pod szczesliwa gwiazda" w polaczeniu z tytulem
posmiertnego zbioru esejow mistrza Od Berdyczowa do Rzymu wraca echem w obecnym tytule Od Berdyczowa do Lafitow i go kompozycyjnie uzasadnia (pierwszy szkic w w ksiazce
ulozonej przez Kowalczyka to Esej berdyczowski).
*
Pytanie drugie - o dobor tekstow. Czesciowo juz o tym mowilem,
zastanawiajac sie nad gatunkowa czystoscia tomu. Teraz spojrzmy
na intencje autorskie. Pomysl wydania dziennikow podrozy,
jak wiele dobrych pomyslow na polska literature (na przyklad Dziennik Gombrowicza) wyszedl od Jerzego Giedroycia.
W odpowiedzi, w liscie z 21 marca 1965 roku, Stempowski
podawal spis dotychczasowych swoich dziennikow podrozy,
zapowiadajac napisanie jeszcze jednego, pod tytulem Opera
Baroku, i dodanie krotkiego szkicu wstepnego o podrozach
jako takich ("Cos takiego mam juz przemyslane z okazji felietonu
o podrozach Janty [...]". Ten "felieton" to wlasnie Spiew
podroznego, ktory chcialoby sie widziec na poczatku
obecnego tomu.) Do opracowania autorskiego takiej ksiazki
nie doszlo, ale spis powtarza sie w duzej mierze w dziale Dzienniki podrozy, ktory stanowi trzon wydanego przez
Instytut Literacki w dwa lata po smierci pisarza obszernego
tomu Od Berdyczowa do Rzymu.
Edytor Od Berdyczowa do Lafitow dodal, tez z tomu
paryskiego, tylko z innego dzialu, Esej berdyczowski i przedwojennego Pielgrzyma oraz dwa szkice koncowe,
ktore, jak juz wspomnialem, dziennikami podrozy nie sa.
Pominal natomiast zupelnie umieszczony przez Stempowskiego
na liscie szkic Spotkanie historykow w Tybindze.
Mial do tego, jako wydawca, prawo, nalezalo jednak swoja
decyzje uzasadnic, a przynajmniej zasygnalizowac. A przeciez
szkic o zorganizowanym w pazdzierniku przelomowego roku
1956 spotkaniu niemieckich i polskich historykow, choc nieco
suchy, wspolbrzmi przeciez z jednej strony z takimi tekstami
sprawozdawczymi jak "Forum" europejskie w Alpach czy Konferencja Czterech w Genewie, z drugiej zas
- z Malym dziennikiem podrozy, opisujacym krotki
wypad autora do Bonn w roku 1963, na pogrzeb przyjaciela.
*
Pytanie trzecie - o sposob. Kowalczyk powiada w nocie edytorskiej:
"Zmiany w tekscie ograniczono do niezbednych, poprawiajac
oczywiste omylki i bledy literowe". Dlaczego zatem w eseju Klopoty awangardy czytamy, ze autorem pokazanej na
wystawie powszechnej w Lozannie rzezby kinetycznej ("Stojac
w parku posrod pawilonow reprezentujacych niestrudzona prace
Szwajcarii, pseudomaszyna poruszajaca sie zupelnie bezinteresownie
miala w sobie cos ironicznego") byl "Tingely"? Chwala Stempowskiemu
za to, ze w latach 60. rozpoznal istotny sens rzezby kinetycznej,
tak jak chwala mu za to, ze dostrzegl (choc nie zamierzal
uznawac) Warhola. Redaktorowi wypadalo jednak chocby milczaco
poprawic nazwisko klasyka szwajcarskiej sztuki nowoczesnej,
jakim z dzisiejszej perspektywy jest niewatpliwie Jean Tinguely
(1925-91).
*
Pytanie ostatnie - o cel. Wydawac by sie moglo, ze publikacja
kazdej ksiazki najwybitniejszego polskiego eseisty XX wieku
ma sens. Czy jednak ogloszenie Od Berdyczowa do Lafitow,
ksiazki dosc luksusowo wydanej i stosunkowo drogiej, nie
zamknie drogi do krajowej publikacji Od Berdyczowa do
Rzymu? Przeciez zawartosc obu tomow prawie sie pokrywa.
Kowalczyk pisze na zakonczenie: "Publikacja dziennikow podrozy
nie oznacza, ze wznowiono juz wszystkie dziela Hostowca.
W kraju nie zostaly dotad wydane wszystkie jego eseje. Pisarz,
ktorego encyklopedie i podreczniki nazywaja klasykiem polskiego
eseju, jest wiec znany publicznosci czytajacej przede wszystkim
jako diarysta, epistolograf i krytyk literacki. Nalezy pilnie
zaniedbaniu temu zaradzic". Apel brzmi szlachetnie. Czy
jednak w przypadku pisarza, u ktorego granica miedzy dziennikiem
podrozy a esejem jest zatarta i praktycznie niemozliwa do
wytyczenia, co wiecej, kiedy granice te rozmyslnie sie zaciera
- publikacja grubego tomu "dziennikow podrozy" nie podcina,
a w kazdym razie nie opoznia ewentualnej inicjatywy wydania
obszernego tomu esejow Jerzego Stempowskiego?
*
Niezaleznie od odpowiedzi na te pytania jest oczywiste,
ze Stempowskiego warto wydawac. A juz na pewno trzeba go
uwaznie czytac. .
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |