[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (25 maja 2001)


JAN ZIELINSKI

Pod innym katem

Pytania na Berdyczow

Kiedy z okazji przelomu wiekow warszawski Magazyn Literacki zwrocil sie do mnie z propozycja podsumowania literatury polskiej minionego stulecia i zarysowania perspektyw na przyszlosc, nie mialem watpliwosci, ze w tym bilansie w dziedzinie eseju pierwsze miejsce nalezy sie Jerzemu Stempowskiemu. W pisanym w noc sylwestrowa tysiaclecia tekscie zwracalem uwage na "wedrowne" tytuly jego ksiazek: Pielgrzym, Chimera jako zwierze pociagowe, Nowe marzenia samotnego wedrowca, Dziennik podrozy do Austrii i Niemiec, Od Berdyczowa do Rzymu, Listy z Ziemi Bernenskiej, do ktorych dodac nalezy tytul cyklu publikowanego przez lata na lamach paryskiej Kultury: Notatnik niespiesznego przechodnia. "Pisarstwo Jerzego Stempowskiego ma swoj osobliwy dukt, ma rytm, wystukiwany kijem swieckiego pielgrzyma, ktory wedruje po drogach i sciezkach kultury" - pisalem.

Nic zatem dziwnego, ze kiedy jesienia ubieglego roku Wydawnictwo Czarne zapowiedzialo publikacje tomu, zbierajacego dzienniki podrozy Stempowskiego w opracowaniu Andrzeja Stanislawa Kowalczyka, czekalem na ten tom z niecierpliwoscia. I z zadowoleniem, ze majace swa siedzibe w podgorskiej miejscowosci Wolowiec (poczta Sekowa) wydawnictwo, obok celu glownego, jakim jest publikowanie ksiazek Andrzeja Stasiuka, bierze sie takze za dobra literature emigracyjna (poprzednio wydano proze Zygmunta Haupta).

Edycja nieco sie opoznila, w koncu jednak mam przed soba gruby (prawie 550 stron) tom na ladnym jasnokremowym papierze, w twardej okladce, z ktorej uwaznie patrzy na czytelnika autor w jasnej marynarce, z muszka i obracanym w ustach papierosem. A na tylnej okladce tenze Stempowski na bliskim memu sercu bernenczyka z wyboru zdjeciu, ktore go pokazuje na glownej ulicy tutejszej Starowki, z wieza Zytglocke w tle.

*

Kowalczyk w eseizujacym wstepie probuje otworzyc pisarstwo Stempowskiego - a zwlaszcza jego dzienniki podrozy - kluczem dwoch metafor: labiryntu i palimpsestu. Labiryntem sa zwiedzane przez autora Dziennika podrozy do Austrii i Niemiec powojenne ruiny miast, jest nim takze getto amsterdamskie, widziane w siedemnascie lat po wojnie. Szerzej - autor wstepu nie mowi tego wprost, ale taka interpretacje sugeruje - powojenna Europa okresu zimnej wojny stala sie jakby dwoma labiryntami, zachodnim i wschodnim, miedzy ktorymi przejscia byly dosc szczelnie pozasypywane. Z kolei palimpsestem, nawarstwieniem tekstow powstalych w roznych czasach, byl dla Stempowskiego glownie Rzym, gdzie w jednym miejscu wspolistnieje tyle roznych epok. Ale takze Rumunia, ktorej jezyk jest "mieszanina lacinsko-slowianska, ocukrowana bizantynizmem i posolona turecko-bulgarska aglutynacja" (z listu do Mieczyslawa Grydzewskiego). I Dalmacja, gdzie mauzoleum Dioklecjana stalo sie z biegiem wiekow kosciolem: "W zadnym innym miejscu ciaglosc historii nie narzuca sie z rowna sila wyobrazni" (z eseju Slonce jesieni). Zacytujmy autora wstepu: "Labirynt chroni swietosc, cos najwazniejszego, a wiec przypomina o hierarchicznosci swiata, przestrzega przed drogami donikad. [...] Metafora palimpsestu zas swiadczy o ciaglosci cywilizacji".

Ukazala sie zatem w Polsce nowa ksiazka Jerzego Stempowskiego, i to cieszy. Mozna jednak spojrzec na sprawe pod innym katem, od edytorskiej podszewki, a wtedy pojawiaja sie pytania.

*

Pytanie pierwsze - o status dziennika podrozy. Jestesmy tu w wygodnej sytuacji, poniewaz niedawno, w trzecim zeszycie torunskiego Archiwum Emigracji, ukazal sie interesujacy szkic Krzysztofa Cwiklinskiego Emigracyjne dzienniki podrozy - proba rekonesansu. Cwiklinski, ktory pracuje nad ksiazka o gatunkach literackich uprawianych przez Andrzeja Bobkowskiego, wsrod emigracyjnych podroznikow-diarystow (w odroznieniu od reporterow) wymienia Bobkowskiego, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzinskiego, Stempowskiego, Tymona Terleckiego i Ryszarda Krygiera, i powiada, ze procz ostatniego stanowia oni czolowke pisarzy emigracyjnych. To spostrzezenie jest znamienne dla rangi gatunku "dziennik podrozy" i jego szczegolnego miejsca w pismiennictwie emigracyjnym. Cwiklinski przywoluje esej Stempowskiego z lat 60., zatytulowany Spiew podroznego (przedrukowany przez Jerzego Timoszewicza w zbiorze Klimat zycia i klimat literatury), ktory jest jakby wykladnia przemyslen eseisty na temat gatunku dziennika podrozy. Szkoda, ze Kowalczyk (ktory jako monografista Stempowskiego tekst ten oczywiscie zna) nie wykorzystal go we wstepie, albo nawet nie przedrukowal w charakterze przedmowy autorskiej. Jeden cytat: "Probowalem sam pisac dzienniki podrozy i poznalem granice tego rodzaju literackiego. Latwo jest spisywac wrazenia wyniesione z tzw. peregrinatio domestica, podrozy po krajach srodziemnomorskich, gdzie kazdy przedmiot mial swa nazwe grecka i lacinska, zanim znalazl sie w slownikach jezykow nowozytnych. [...] Wspomnienia i slownictwo kultury klasycznej sa domem, ktory nosimy na plecach jak zolwie i slimaki. Wystarczy zen wyjsc, aby poczuc sie zgubionym wsrod rzeczy nowych, nie majacych nazwy i nie poddajacych sie opisowi lub tlumaczeniu". Parafrazujac metafory Kowalczyka mozna by powiedziec, ze utrata kontaktu z palimpsestem prowadzi do zagubienia w labiryncie nowosci.

Cwiklinski wylicza dzienniki podrozy w dorobku Stempowskiego i jego lista w duzej mierze pokrywa sie ze spisem tresci tomu Od Berdyczowa do Lafitow. Przy tytule Sulmina torunski polonista pisze: "raczej esej niz dziennik". Zas jako ostatni dziennik podrozy Stempowskiego wymienia, slusznie, Slonce jesieni. Co ma bowiem z dziennikiem podrozy wspolnego szkic Klopoty awangardy, opisujacy (glownie bodaj za prasa wloska) Biennale w Wenecji w roku 1968 i wystawy w bernenskiej Kunsthalle? Przeciez, zeby do Kunsthalle dotrzec, Stempowski nie musial specjalnie podrozowac, wystarczylo przejechac trzy przystanki tramwajem albo przejsc pieszo z Kalcheggweg do Helvetiaplatz... Rownie malo ma z dziennikiem podrozy wspolnego ostatni tekst w ksiazce, nie dokonczony esej wspomnieniowy o poczatkach Kultury. No, moze wiecej z tytulem zbioru przygotowanego przez Andrzeja Stanislawa Kowalczyka, jako ze zdanie Stempowskiego "Przenosiny z Rzymu do Maisons-Laffitte zdaja sie swiadczyc, ze Kultura narodzila sie pod szczesliwa gwiazda" w polaczeniu z tytulem posmiertnego zbioru esejow mistrza Od Berdyczowa do Rzymu wraca echem w obecnym tytule Od Berdyczowa do Lafitow i go kompozycyjnie uzasadnia (pierwszy szkic w w ksiazce ulozonej przez Kowalczyka to Esej berdyczowski).

*

Pytanie drugie - o dobor tekstow. Czesciowo juz o tym mowilem, zastanawiajac sie nad gatunkowa czystoscia tomu. Teraz spojrzmy na intencje autorskie. Pomysl wydania dziennikow podrozy, jak wiele dobrych pomyslow na polska literature (na przyklad Dziennik Gombrowicza) wyszedl od Jerzego Giedroycia. W odpowiedzi, w liscie z 21 marca 1965 roku, Stempowski podawal spis dotychczasowych swoich dziennikow podrozy, zapowiadajac napisanie jeszcze jednego, pod tytulem Opera Baroku, i dodanie krotkiego szkicu wstepnego o podrozach jako takich ("Cos takiego mam juz przemyslane z okazji felietonu o podrozach Janty [...]". Ten "felieton" to wlasnie Spiew podroznego, ktory chcialoby sie widziec na poczatku obecnego tomu.) Do opracowania autorskiego takiej ksiazki nie doszlo, ale spis powtarza sie w duzej mierze w dziale Dzienniki podrozy, ktory stanowi trzon wydanego przez Instytut Literacki w dwa lata po smierci pisarza obszernego tomu Od Berdyczowa do Rzymu.

Edytor Od Berdyczowa do Lafitow dodal, tez z tomu paryskiego, tylko z innego dzialu, Esej berdyczowski i przedwojennego Pielgrzyma oraz dwa szkice koncowe, ktore, jak juz wspomnialem, dziennikami podrozy nie sa. Pominal natomiast zupelnie umieszczony przez Stempowskiego na liscie szkic Spotkanie historykow w Tybindze. Mial do tego, jako wydawca, prawo, nalezalo jednak swoja decyzje uzasadnic, a przynajmniej zasygnalizowac. A przeciez szkic o zorganizowanym w pazdzierniku przelomowego roku 1956 spotkaniu niemieckich i polskich historykow, choc nieco suchy, wspolbrzmi przeciez z jednej strony z takimi tekstami sprawozdawczymi jak "Forum" europejskie w Alpach czy Konferencja Czterech w Genewie, z drugiej zas - z Malym dziennikiem podrozy, opisujacym krotki wypad autora do Bonn w roku 1963, na pogrzeb przyjaciela.

*

Pytanie trzecie - o sposob. Kowalczyk powiada w nocie edytorskiej: "Zmiany w tekscie ograniczono do niezbednych, poprawiajac oczywiste omylki i bledy literowe". Dlaczego zatem w eseju Klopoty awangardy czytamy, ze autorem pokazanej na wystawie powszechnej w Lozannie rzezby kinetycznej ("Stojac w parku posrod pawilonow reprezentujacych niestrudzona prace Szwajcarii, pseudomaszyna poruszajaca sie zupelnie bezinteresownie miala w sobie cos ironicznego") byl "Tingely"? Chwala Stempowskiemu za to, ze w latach 60. rozpoznal istotny sens rzezby kinetycznej, tak jak chwala mu za to, ze dostrzegl (choc nie zamierzal uznawac) Warhola. Redaktorowi wypadalo jednak chocby milczaco poprawic nazwisko klasyka szwajcarskiej sztuki nowoczesnej, jakim z dzisiejszej perspektywy jest niewatpliwie Jean Tinguely (1925-91).

*

Pytanie ostatnie - o cel. Wydawac by sie moglo, ze publikacja kazdej ksiazki najwybitniejszego polskiego eseisty XX wieku ma sens. Czy jednak ogloszenie Od Berdyczowa do Lafitow, ksiazki dosc luksusowo wydanej i stosunkowo drogiej, nie zamknie drogi do krajowej publikacji Od Berdyczowa do Rzymu? Przeciez zawartosc obu tomow prawie sie pokrywa. Kowalczyk pisze na zakonczenie: "Publikacja dziennikow podrozy nie oznacza, ze wznowiono juz wszystkie dziela Hostowca. W kraju nie zostaly dotad wydane wszystkie jego eseje. Pisarz, ktorego encyklopedie i podreczniki nazywaja klasykiem polskiego eseju, jest wiec znany publicznosci czytajacej przede wszystkim jako diarysta, epistolograf i krytyk literacki. Nalezy pilnie zaniedbaniu temu zaradzic". Apel brzmi szlachetnie. Czy jednak w przypadku pisarza, u ktorego granica miedzy dziennikiem podrozy a esejem jest zatarta i praktycznie niemozliwa do wytyczenia, co wiecej, kiedy granice te rozmyslnie sie zaciera - publikacja grubego tomu "dziennikow podrozy" nie podcina, a w kazdym razie nie opoznia ewentualnej inicjatywy wydania obszernego tomu esejow Jerzego Stempowskiego?

*

Niezaleznie od odpowiedzi na te pytania jest oczywiste, ze Stempowskiego warto wydawac. A juz na pewno trzeba go uwaznie czytac. .

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail