[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (25 maja 2001)


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skazonej strefy

Atmosfere Zjazdu Polonii w Polsce poprzedzila wczesniejsza, i moim zdaniem, fatalna wypowiedz prezesa Moskala na temat Jana Nowaka-Jezioranskiego, pomawiajaca go o okupacyjna wspolprace z Niemcami. Media zawrzaly. Problem, nie bedacy przeciez istota zjazdu, znalazl sie nagle calkiem niepotrzebnie na pierwszych stronach gazet. Przykro rzec, ale gdy sie wspolnie zbierzemy - niezaleznie gdzie mieszkamy, w kraju czy za granica - trudno nam ustawiac sprawy we wlasciwych hierarchiach.

Rozumiem, ze prezes Moskal moze nie znosic Nowaka-Jezioranskiego. Ludzkie emocje. Martwi mnie, iz swoja wypowiedzia dal dowod calkowitej ignorancji realiow okupacyjnych.

Kazdy, najmlodszy harcerzyk z Szarych Szeregow wiedzial, iz zeby dzialac w konspiracji, trzeba bylo miec zelazne papiery. Zelazne, czyli falszywe. Im funkcja i zadania wazniejsze, tym papiery musialy byc solidniejsze, czytaj: gesciej upstrzone niemieckimi wronami. Chodzilo o to, zeby moc sie swobodnie poruszac nie tylko po Generalnym Gubernatorstwie, ale i po Reichu; nie tylko za dnia, ale i po godzinie policyjnej, rowniez dlatego, zeby nie pasc ofiara przypadkowej lapanki ulicznej. Takie papiery mieli wszyscy kierujacy ruchem oporu, z dowodca Armii Krajowej generalem Grotem-Roweckim wlacznie. Fabryka "falszywek" i lipnie zatrudnionych w administracji Warszawy dzialala od samego poczatku.

Opowiadal mi cichociemny Stanislaw Jankowski, ps. Agaton, z zawodu architekt, ze w podrabianiu ausweisow osiagnela doskonalosc komorka specow zakonspirowana na wydziale architektury (Niemcy fakultet zamkneli). Produkty wychodzace spod ich reki byly najwyzszej jakosci, nie do rozpoznania; wyrob masowy. Moj ojciec jako oficer zawodowy powinien zglosic sie do niewoli. Przebywanie na wolnosci opatrzone bylo klauzula smierci. Nie zglosil sie, jak wielu innych w jego sytuacji. Od razu otrzymal falszywa kenkarte na nazwisko Jan Kowalski i jakies lipne zatrudnienie.

Nowak-Jezioranski, przeznaczony w konspiracji do specjalnych poruczen, musial miec mocniejsze papiery. I dostal je. Opisuje cala sprawe w ksiazce Polska z oddali. Trudno o dokladne daty, konspiracja z natury rzeczy nie lubi dokumentacji. Jak mozna pomawiac o kolaboracje czlowieka wywodzacego sie ze srodowiska patriotycznie wychowanej mlodziezy, dla ktorej dekowanie sie czy bezczynne czekanie na koniec wojny bylo nie do pomyslenia.

Gdyby pociagnac rozumowanie prezesa Moskala dalej, "zdrajcow" znalazloby sie wielu. Chocby Kazimierz Leski, ktory w mundurze wysokiego oficera niemieckiego i z odpowiednia legitymacja szastal sie po okupowanej Europie, korzystajac z wszelkich udogodnien.

Czlowiek, ktory urodzil sie i mieszka w USA, jak Edward Moskal, zabierajac glos w tej materii powinien staranniej zapoznac sie z okupacyjna rzeczywistoscia.

Tyle na ten temat.

*

W niedawnym wywiadzie, opublikowanym w Gazecie Wyborczej, Adam Michnik nazwal generala Czeslawa Kiszczaka czlowiekiem honoru. Swego czasu siedzacy w wiezieniu Michnik napisal do szefa owczesnego Ministerstwa Spraw Wewnetrznych, tegoz Kiszczaka, list odsadzajacy go od czci i wiary. List wieznia uragajacy czlowiekowi, ktory mogl z nim zrobic, co zechcial, a w kazdym razie, zemscic sie i "przykrecic srube" - byl bezsprzecznie aktem odwagi. Kiszczak jednakze nie zareagowal na inwektywy. Stad zapewne dla Michnika jawi sie po latach jako czlowiek honoru. Dla Michnika - zgoda, ale dla reszty?

Czy jest czlowiekiem honoru ten, ktory od lat, odkad ciagnie sie w nieskonczonosc proces zomowcow strzelajacych do gornikow z kopalni "Wujek" - nie stawia sie na kolejne rozprawy? Zgoda, od czasu do czasu mozna zaniemoc, ale zawsze? Wielokrotnie "obrazki" pokazuja postac generala, jak krzata sie wsrod zieleni w ogrodzie przy swojej willi; nie jest obloznie chory. Spojrzmy prawdzie w oczy: bierze na przeczekanie, az sprawa ulegnie przedawnieniu.

Czy tak zachowuje sie dowodca, ktorego zolnierze stoja pod zarzutem mordu? Wcale nie twierdze, ze on kazal strzelac. Ale niechze stawi sie przed sadem i - wszem i wobec - poda swoja wersje. Czlowiek honoru nie zastawia sie wiecznie swiadectwem lekarskim. Tak robi - wypowiem to slowo - tchorz.

W procesie "Wujka" moze nastapic przelom. Oto po latach zglosil sie Jacek Jaworski, owczesny porucznik ZOMO, dzis inwalida i emeryt. Podaje imie i nazwisko podoficera, ktory samowolnie nakazal podwladnym strzelac. Gdy czolgi nie zdolaly staranowac bramy "Wujka" bronionej przez gornikow, trzykrotnie zadzwonil do zwierzchnika z prosba o pozwolenie strzelania wprost do ludzi. Po trzykrotnej odmowie warknal: "Pierdolic pulkownika" i nakazal otwarcie ognia. Padaly rozkazy: "Komora-leb, komora-leb!" - jak do zwierzecia na polowaniu. Dziewiec salw i dziewiec trupow.

Jaworski znal ten oddzial, szkolil go uprzednio w Tatrach. Komandos pierwszej wody, mistrz technik walk Wschodu, uchodzil na wybitnego instruktora. Po akcji w "Wujku" zaproponowal szefostwu relaksujacy trening wysokogorski dla oddzialu, zeby zomowcy odreagowali szok. Uzyskal zgode. Bazowali w pustym schronisku w Dolinie Pieciu Stawow. Jaworski wzial ich ostro do galopu. Wieczorem alkohol. Potrwalo, nim rozwiazaly sie jezyki. Glowny sprawca, cudem ocalony od smierci pod spadajacym glazem, wydusil z siebie, jak bylo: "Komora-leb, komora-leb!...".

Jaworski sporzadzil raport, ktory zwinal w harmonijke jak szkolna sciagawke. Zdawal sobie sprawe, iz jego swiadectwo nie wystarczy. Zorganizowal wiec oboz wspinaczkowy w warunkach zimowych w skali wyjatkowo trudnej, z roboczymi kamerami i alpinistami tej miary co Ryszard Szafirski, ktorego nazwisko przewija sie w relacji. Zrelaksowani po trudach dnia zomowcy, przy wieczornych biesiadach wyspiewywali jak z nut swoja niedawna przeszlosc. Powstaly raporty zaopatrzone w zdjecia. Jaworski lokowal je u zaufanych solidarnosciowcow, niekiedy ksiezy. Niestety, poza jego ustna relacja nic nie przetrwalo. Jeden z ksiezy raport natychmiast spalil, uwazajac go za prowokacje; inni swiadkowie wyjechali w nieznane, jeszcze inni - pomarli. Szafirski, w dalekiej Kanadzie, nie chce wracac do koszmarnego okresu zycia. Za udzial w szkoleniu zomowcow otoczyl go ostracyzm najblizszych, pluto nan, okrzyczano zdrajca. Musial to znosic, nie mogl wyjawic prawdy. Jaworski po rozeslaniu raportow, bojac sie o zycie, z pomoca zaufanych kolegow dokonal samookaleczenia tak przemyslnego, zeby w opinii zwierzchnikow moc uchodzic za "chorego na glowe", a wiec byc poza podejrzeniem. Dostal rente.

Dzis Jaworski, ze swiadectwem, w ktorym kazde nazwisko jest prawdziwe, zglasza sie do sadu jako swiadek oskarzenia. Kto da mu wiare? Czy znakomici i najwyzej platni adwokaci Kiszczaka i innych podsadnych nie beda nadal torpedowac rozprawy az do momentu przedawnienia?

Generale Kiszczak, prosze oderwac sie od rabatek i stawic w sadzie! Honor wzywa.

*

Wyprobowany wieloletni zwolennik Unii Wolnosci stwierdzil w towarzyskiej rozmowie, iz to, co Unia ma jeszcze do zrobienia, to z godnoscia umrzec. Powiedziane ze smutna ironia. Szkoda, wielka szkoda. Wszyscy my, niegdysiejsi entuzjasci, potem nieraz zagniewani, ale wiernie sekundujacy, no bo ktoz, procz Unii? - patrzymy, jak Unia gasnie.

Wprawdzie na oczach rozpada sie na drobne kawalki rowniez Akcja Wyborcza Solidarnosc; rozpada sie niechlubnie, bo jakby nie wstydzac sie swojego rozpadu: co rusz staje przed nami jakis ich przedstawiciel zapewniajac, ze juz-juz, dzisiejszej nocy, po jutrzejszej konferencji wszystko sie scali.Nic sie nie scala. Nie zenuja ich niedotrzymywane obietnice. Ale w odroznieniu od Unii, AWS-u nie szkoda. Od poczatku byl to sztuczny zlepek sklecony na rzecz obrony tak zwanej prawej strony, przeciwko potezniejacemu Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. Od kleski Mariana Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich wiadomo bylo, ze z tej maki chleba nie bedzie. Wiec niech zniknie.

Ale po Unii bedzie rzeczywisty zal. Z jej zaletami i wadami; z jej inteligencja i indywidualnosciami, ktore, prawda, chwilami rozczarowywaly, malaly, ale na ogol kazdy unionista cos soba reprezentowal. I nagle klops. Koniec i bomba, kto wierzyl, ten traba.

Co z tego, ze przewodniczacy, prof. Bronislaw Geremek, dwoi sie i troi, przemawia, perswaduje, tlumaczy cele, dalekosiezne zamierzenia; jezdzi po kraju, stawia sie do dyspozycji mediow o kazdej porze dnia i nocy. Krzywa popularnosci Unii spada nieublaganie.

Moze jej smierc, krolowej naszej mlodej demokracji, stanie sie ozdrowienczym spolecznym szokiem? Moze nie powinnismy sie zamartwiac? W koncu kazdy unionista ma gdzie wrocic. Przypuszczam, ze sa profesjonalistami lepszymi niz w polityce. Profesor Geremek moze wrocic do ksiag, ktore zdradzil dla polityki. Kto wie, czy jego przeszlych i przyszlych dokonan w nauce historia nie oceni wyzej niz osiagniecia na polu dyplomacji. Moze wiec zamiast stawac przed wyborcami i wyglaszac spoznione tyrady, lepiej zakrzatnac sie w niezagospodarowanych rubiezach dziedzin pozarzadowych, ktore wolaja o madrych ludzi? Na razie unionisci wybrali obrone Grenady. Czynia to lepiej lub gorzej, bywa jednak, ze brzydko. Na przyklad, cos niedobrego dzieje sie z Wladyslawem Frasyniukiem. Idol pierwszej Solidarnosci, szlachetnie konkurujacy o prymat powodzenia z Walesa, kochany przez kobiety i mezczyzn, rowniez przez wroclawskiego ordynariusza kardynala Henryka Gulbinowicza; czlowiek mestwa, nieodpartego wdzieku i wewnetrznej uczciwosci - nagle dostaje negatywnej fiksacji na temat swojego niedawnego kolegi klubowego Pawla Piskorskiego. Piskorski, prezydent Warszawy, wystapil z Unii Wolnosci, zeby wstapic do Platformy Obywatelskiej. Zmiana barw klubowych - szczegolnie w Unii Wolnosci - pojmowana jest tak, jak sprzeniewierzenie sie slubom zakonnym. Moim zdaniem, pomieszanie pojec. Przeciez odpowiedzialnosc wobec wyborcow jest wazniejsza niz lojalnosc wobec kolegow partyjnych. Frasyniuk, pytany o kleske Unii, czepia sie Piskorskiego. Boze swiety! Za Piskorskim nie stoi etos. Za mlody. Gdy Frasyniuk siedzial, Piskorski co najwyzej rozrzucal ulotki. Trudno przewidziec, co z niego wyrosnie. Ma wszystkie wady i zalety swojego pokolenia. Ale Frasyniuk robi z niego demona, przypisujac mu wine za zapasc Unii.

Dawno temu, gdy Tadeusz Mazowiecki wyszedl z "internatu" i udzielil mi wywiadu, moje pierwsze pytanie brzmialo: "Szczescie w nieszczesciu, ale spadlo wam z nieba bezterminowe zebranie Krajowki; duzo wolnego czasu na analize bledow; do jakich doszliscie wnioskow?". Ze zdziwieniem dowiedzialam sie, ze do zadnych. Dlaczego? Poniewaz z miejsca przyrzekli sobie solennie, ze nie bedzie rozmow na ten temat. Zadnego zastanawiania sie, gdzie tkwil ich blad. Dlaczego? Chyba nieuleczalna cecha naszych politykow - niechec do refleksji.

Teraz mamy powtorke. Wtedy, w przymusowym stlamszeniu fizycznym, moze bano sie niszczacych wybuchow klotni, ale dzis? Co przeszkadza, zeby zrobic doglebny rachunek sumienia, uderzyc sie w piers i poszukac wlasciwej drogi i stylu kontaktow ze spoleczenstwem, zgola odmiennych niz dotychczasowe?

*

Wole Krakow w maju niz Paryz w kwietniu. Tetniaca zyciem, gesta zabudowa wtopiona w wysoka rozhustana zielen Plant. Zmieszane zapachy dobrej kuchni, czeremchy i bzu, spiew ptakow. Zmieszane jezyki ludzkie. Malo polszczyzny. Po chaotycznej Warszawie, rozrzuconej bez ladu i skladu po wiejacej piaskiem w oczy Rowninie Mazowieckiej, Krakow polozony w dolku jest dla mnie czyms kojacym. Zawsze mi sie tu dobrze spalo, a ze snem od dziecka mam klopoty.

W Krakowie na kazdym kroku, za kazdym zaulkiem cos przykuwa, cos przyciaga: a to restauracyjka-dziupla, a to stragan, a to czyjes rece i prosby. Krakow szczyci sie najszerszym wachlarzem zebrakow. Nie namolnych. Latwo sie od nich odczepic. Niechciani - ida dalej bez zlosci. Wokol dworca i przy kasach plejady mlodziutkich narkomanow o delikatnych twarzyczkach i zmierzwionych wlosach; cos tam mamrocza pod nosem do stojacych w kolejce. Nikt nie daje. Na peronie podbiega do pasazerow sliczna panienka o ujmujacym usmiechu i obejsciu. Uosobienie dobrego wychowania; niedzisiejsza, dziewietnastowieczna. Zwraca sie o jalmuzne tak, jakby to ona chciala mi pomoc. Niezrazona moja mina, odbiega i juz widze ja, jak smiga do nastepnego dawcy. Tez odmowa, wiec ona dalej...

W sumie, zebractwo poplaca. Zawsze znajdzie sie ktos taki, jak na przyklad moj maz, kto chce w ten ulatwiony sposob zalatwic sprawe ze swoim filantropijnym sumieniem. Krakow, z jego niespiesznym ruchem przechodniow, z ogladaniem zabytkow, postojami na Plantach, jest jakby stworzony dla zebrakow.

Nie tylko. Na eksponowanej lawce dwie prostytutki. Nie wyzywajace, spokojnie czekaja. Staje nad nimi wygolony na lyso chlopak z ogromnym plecakiem. Rusztowanie sterczy wysoko nad glowa. "Sp... stad, ale juz!" - zwraca sie do dziewczyn. Z kamiennymi twarzami wstaja i ruszaja przed siebie. Skin-turysta siada na ich miejscu. Wokol puste lawki.

Nieopodal moj cel. "Ignatianum", czyli kompleks naukowych instytucji jezuickich. Ksztalci dwa tysiace mlodych, nie tylko zakonnikow. Siedza, ucza sie na powietrzu w rozlicznych zakatkach, gdzie w sadzawkach plywaja zlote rybki. Gospodarz domu, mlody ojciec Stanislaw Obirek pyta, czy bym z nim nie poszla do synagogi na Kazimierzu. Prowadzi tam Irlandke, u ktorej odezwaly sie korzenie zydowskie. "Naprawde warto - zacheca. - Swietnie odbudowali".

Jak dobrze byc u jezuitow - mysle.

*

Z powrotem w Warszawie. Na spotkaniu z przedstawicielami Instytutu Pamieci Narodowej. Mlody dyrektor Pawel Machcewicz (nawiasem mowiac wspolautor ksiazki Druga Wielka Emigracja, napisanej wraz z Andrzejem Friszke i Rafalem Habielskim) opowiada o zamierzeniach placowki. Wygrzebia, wykopia, wydra, zbiora wszystko o naszych najnowszych dziejach, co jeszcze nie zetlalo, ogien nie strawil, wrog nie zdeptal czy nie sfalszowal. Ludzie IPN-u kompetentni, zapaleni i nie nadgryzieni bakcylem partyjnosci. Arcypotrzebna instytucja. Pieniadze podatnika nie pojda na marne. Czujac obawe unoszaca sie w powietrzu Pawel Machcewicz zapewnia, ze rekrutacji pracownikow nie obciazy ani nepotyzm, ani partyjnosc. Wierze mu.

Moze wiec dobrze byc Polka. Byle mlodsza.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail