EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Atmosfere Zjazdu Polonii w Polsce poprzedzila wczesniejsza,
i moim zdaniem, fatalna wypowiedz prezesa Moskala na temat
Jana Nowaka-Jezioranskiego, pomawiajaca go o okupacyjna
wspolprace z Niemcami. Media zawrzaly. Problem, nie bedacy
przeciez istota zjazdu, znalazl sie nagle calkiem niepotrzebnie
na pierwszych stronach gazet. Przykro rzec, ale gdy sie
wspolnie zbierzemy - niezaleznie gdzie mieszkamy, w kraju
czy za granica - trudno nam ustawiac sprawy we wlasciwych
hierarchiach.
Rozumiem, ze prezes Moskal moze nie znosic Nowaka-Jezioranskiego.
Ludzkie emocje. Martwi mnie, iz swoja wypowiedzia dal dowod
calkowitej ignorancji realiow okupacyjnych.
Kazdy, najmlodszy harcerzyk z Szarych Szeregow wiedzial,
iz zeby dzialac w konspiracji, trzeba bylo miec zelazne
papiery. Zelazne, czyli falszywe. Im funkcja i zadania wazniejsze,
tym papiery musialy byc solidniejsze, czytaj: gesciej upstrzone
niemieckimi wronami. Chodzilo o to, zeby moc sie swobodnie
poruszac nie tylko po Generalnym Gubernatorstwie, ale i
po Reichu; nie tylko za dnia, ale i po godzinie policyjnej,
rowniez dlatego, zeby nie pasc ofiara przypadkowej lapanki
ulicznej. Takie papiery mieli wszyscy kierujacy ruchem oporu,
z dowodca Armii Krajowej generalem Grotem-Roweckim wlacznie.
Fabryka "falszywek" i lipnie zatrudnionych w administracji
Warszawy dzialala od samego poczatku.
Opowiadal mi cichociemny Stanislaw Jankowski, ps. Agaton,
z zawodu architekt, ze w podrabianiu ausweisow osiagnela
doskonalosc komorka specow zakonspirowana na wydziale architektury
(Niemcy fakultet zamkneli). Produkty wychodzace spod ich
reki byly najwyzszej jakosci, nie do rozpoznania; wyrob
masowy. Moj ojciec jako oficer zawodowy powinien zglosic
sie do niewoli. Przebywanie na wolnosci opatrzone bylo klauzula
smierci. Nie zglosil sie, jak wielu innych w jego sytuacji.
Od razu otrzymal falszywa kenkarte na nazwisko Jan Kowalski
i jakies lipne zatrudnienie.
Nowak-Jezioranski, przeznaczony w konspiracji do specjalnych
poruczen, musial miec mocniejsze papiery. I dostal je. Opisuje
cala sprawe w ksiazce Polska z oddali. Trudno o dokladne
daty, konspiracja z natury rzeczy nie lubi dokumentacji.
Jak mozna pomawiac o kolaboracje czlowieka wywodzacego sie
ze srodowiska patriotycznie wychowanej mlodziezy, dla ktorej
dekowanie sie czy bezczynne czekanie na koniec wojny bylo
nie do pomyslenia.
Gdyby pociagnac rozumowanie prezesa Moskala dalej, "zdrajcow"
znalazloby sie wielu. Chocby Kazimierz Leski, ktory w mundurze
wysokiego oficera niemieckiego i z odpowiednia legitymacja
szastal sie po okupowanej Europie, korzystajac z wszelkich
udogodnien.
Czlowiek, ktory urodzil sie i mieszka w USA, jak Edward
Moskal, zabierajac glos w tej materii powinien staranniej
zapoznac sie z okupacyjna rzeczywistoscia.
Tyle na ten temat.
*
W niedawnym wywiadzie, opublikowanym w Gazecie Wyborczej,
Adam Michnik nazwal generala Czeslawa Kiszczaka czlowiekiem
honoru. Swego czasu siedzacy w wiezieniu Michnik napisal
do szefa owczesnego Ministerstwa Spraw Wewnetrznych, tegoz
Kiszczaka, list odsadzajacy go od czci i wiary. List wieznia
uragajacy czlowiekowi, ktory mogl z nim zrobic, co zechcial,
a w kazdym razie, zemscic sie i "przykrecic srube" - byl
bezsprzecznie aktem odwagi. Kiszczak jednakze nie zareagowal
na inwektywy. Stad zapewne dla Michnika jawi sie po latach
jako czlowiek honoru. Dla Michnika - zgoda, ale dla reszty?
Czy jest czlowiekiem honoru ten, ktory od lat, odkad ciagnie
sie w nieskonczonosc proces zomowcow strzelajacych do gornikow
z kopalni "Wujek" - nie stawia sie na kolejne rozprawy?
Zgoda, od czasu do czasu mozna zaniemoc, ale zawsze? Wielokrotnie
"obrazki" pokazuja postac generala, jak krzata sie wsrod
zieleni w ogrodzie przy swojej willi; nie jest obloznie
chory. Spojrzmy prawdzie w oczy: bierze na przeczekanie,
az sprawa ulegnie przedawnieniu.
Czy tak zachowuje sie dowodca, ktorego zolnierze stoja
pod zarzutem mordu? Wcale nie twierdze, ze on kazal strzelac.
Ale niechze stawi sie przed sadem i - wszem i wobec - poda
swoja wersje. Czlowiek honoru nie zastawia sie wiecznie
swiadectwem lekarskim. Tak robi - wypowiem to slowo - tchorz.
W procesie "Wujka" moze nastapic przelom. Oto po latach
zglosil sie Jacek Jaworski, owczesny porucznik ZOMO, dzis
inwalida i emeryt. Podaje imie i nazwisko podoficera, ktory
samowolnie nakazal podwladnym strzelac. Gdy czolgi nie zdolaly
staranowac bramy "Wujka" bronionej przez gornikow, trzykrotnie
zadzwonil do zwierzchnika z prosba o pozwolenie strzelania
wprost do ludzi. Po trzykrotnej odmowie warknal: "Pierdolic
pulkownika" i nakazal otwarcie ognia. Padaly rozkazy: "Komora-leb,
komora-leb!" - jak do zwierzecia na polowaniu. Dziewiec
salw i dziewiec trupow.
Jaworski znal ten oddzial, szkolil go uprzednio w Tatrach.
Komandos pierwszej wody, mistrz technik walk Wschodu, uchodzil
na wybitnego instruktora. Po akcji w "Wujku" zaproponowal
szefostwu relaksujacy trening wysokogorski dla oddzialu,
zeby zomowcy odreagowali szok. Uzyskal zgode. Bazowali w
pustym schronisku w Dolinie Pieciu Stawow. Jaworski wzial
ich ostro do galopu. Wieczorem alkohol. Potrwalo, nim rozwiazaly
sie jezyki. Glowny sprawca, cudem ocalony od smierci pod
spadajacym glazem, wydusil z siebie, jak bylo: "Komora-leb,
komora-leb!...".
Jaworski sporzadzil raport, ktory zwinal w harmonijke jak
szkolna sciagawke. Zdawal sobie sprawe, iz jego swiadectwo
nie wystarczy. Zorganizowal wiec oboz wspinaczkowy w warunkach
zimowych w skali wyjatkowo trudnej, z roboczymi kamerami
i alpinistami tej miary co Ryszard Szafirski, ktorego nazwisko
przewija sie w relacji. Zrelaksowani po trudach dnia zomowcy,
przy wieczornych biesiadach wyspiewywali jak z nut swoja
niedawna przeszlosc. Powstaly raporty zaopatrzone w zdjecia.
Jaworski lokowal je u zaufanych solidarnosciowcow, niekiedy
ksiezy. Niestety, poza jego ustna relacja nic nie przetrwalo.
Jeden z ksiezy raport natychmiast spalil, uwazajac go za
prowokacje; inni swiadkowie wyjechali w nieznane, jeszcze
inni - pomarli. Szafirski, w dalekiej Kanadzie, nie chce
wracac do koszmarnego okresu zycia. Za udzial w szkoleniu
zomowcow otoczyl go ostracyzm najblizszych, pluto nan, okrzyczano
zdrajca. Musial to znosic, nie mogl wyjawic prawdy. Jaworski
po rozeslaniu raportow, bojac sie o zycie, z pomoca zaufanych
kolegow dokonal samookaleczenia tak przemyslnego, zeby w
opinii zwierzchnikow moc uchodzic za "chorego na glowe",
a wiec byc poza podejrzeniem. Dostal rente.
Dzis Jaworski, ze swiadectwem, w ktorym kazde nazwisko
jest prawdziwe, zglasza sie do sadu jako swiadek oskarzenia.
Kto da mu wiare? Czy znakomici i najwyzej platni adwokaci
Kiszczaka i innych podsadnych nie beda nadal torpedowac
rozprawy az do momentu przedawnienia?
Generale Kiszczak, prosze oderwac sie od rabatek i stawic
w sadzie! Honor wzywa.
*
Wyprobowany wieloletni zwolennik Unii Wolnosci stwierdzil
w towarzyskiej rozmowie, iz to, co Unia ma jeszcze do zrobienia,
to z godnoscia umrzec. Powiedziane ze smutna ironia. Szkoda,
wielka szkoda. Wszyscy my, niegdysiejsi entuzjasci, potem
nieraz zagniewani, ale wiernie sekundujacy, no bo ktoz,
procz Unii? - patrzymy, jak Unia gasnie.
Wprawdzie na oczach rozpada sie na drobne kawalki rowniez
Akcja Wyborcza Solidarnosc; rozpada sie niechlubnie, bo
jakby nie wstydzac sie swojego rozpadu: co rusz staje przed
nami jakis ich przedstawiciel zapewniajac, ze juz-juz, dzisiejszej
nocy, po jutrzejszej konferencji wszystko sie scali.Nic
sie nie scala. Nie zenuja ich niedotrzymywane obietnice.
Ale w odroznieniu od Unii, AWS-u nie szkoda. Od poczatku
byl to sztuczny zlepek sklecony na rzecz obrony tak zwanej
prawej strony, przeciwko potezniejacemu Sojuszowi Lewicy
Demokratycznej. Od kleski Mariana Krzaklewskiego w wyborach
prezydenckich wiadomo bylo, ze z tej maki chleba nie bedzie.
Wiec niech zniknie.
Ale po Unii bedzie rzeczywisty zal. Z jej zaletami i wadami;
z jej inteligencja i indywidualnosciami, ktore, prawda,
chwilami rozczarowywaly, malaly, ale na ogol kazdy unionista
cos soba reprezentowal. I nagle klops. Koniec i bomba, kto
wierzyl, ten traba.
Co z tego, ze przewodniczacy, prof. Bronislaw Geremek,
dwoi sie i troi, przemawia, perswaduje, tlumaczy cele, dalekosiezne
zamierzenia; jezdzi po kraju, stawia sie do dyspozycji mediow
o kazdej porze dnia i nocy. Krzywa popularnosci Unii spada
nieublaganie.
Moze jej smierc, krolowej naszej mlodej demokracji, stanie
sie ozdrowienczym spolecznym szokiem? Moze nie powinnismy
sie zamartwiac? W koncu kazdy unionista ma gdzie wrocic.
Przypuszczam, ze sa profesjonalistami lepszymi niz w polityce.
Profesor Geremek moze wrocic do ksiag, ktore zdradzil dla
polityki. Kto wie, czy jego przeszlych i przyszlych dokonan
w nauce historia nie oceni wyzej niz osiagniecia na polu
dyplomacji. Moze wiec zamiast stawac przed wyborcami i wyglaszac
spoznione tyrady, lepiej zakrzatnac sie w niezagospodarowanych
rubiezach dziedzin pozarzadowych, ktore wolaja o madrych
ludzi? Na razie unionisci wybrali obrone Grenady. Czynia
to lepiej lub gorzej, bywa jednak, ze brzydko. Na przyklad,
cos niedobrego dzieje sie z Wladyslawem Frasyniukiem. Idol
pierwszej Solidarnosci, szlachetnie konkurujacy o prymat
powodzenia z Walesa, kochany przez kobiety i mezczyzn, rowniez
przez wroclawskiego ordynariusza kardynala Henryka Gulbinowicza;
czlowiek mestwa, nieodpartego wdzieku i wewnetrznej uczciwosci
- nagle dostaje negatywnej fiksacji na temat swojego niedawnego
kolegi klubowego Pawla Piskorskiego. Piskorski, prezydent
Warszawy, wystapil z Unii Wolnosci, zeby wstapic do Platformy
Obywatelskiej. Zmiana barw klubowych - szczegolnie w Unii
Wolnosci - pojmowana jest tak, jak sprzeniewierzenie sie
slubom zakonnym. Moim zdaniem, pomieszanie pojec. Przeciez
odpowiedzialnosc wobec wyborcow jest wazniejsza niz lojalnosc
wobec kolegow partyjnych. Frasyniuk, pytany o kleske Unii,
czepia sie Piskorskiego. Boze swiety! Za Piskorskim nie
stoi etos. Za mlody. Gdy Frasyniuk siedzial, Piskorski co
najwyzej rozrzucal ulotki. Trudno przewidziec, co z niego
wyrosnie. Ma wszystkie wady i zalety swojego pokolenia.
Ale Frasyniuk robi z niego demona, przypisujac mu wine za
zapasc Unii.
Dawno temu, gdy Tadeusz Mazowiecki wyszedl z "internatu"
i udzielil mi wywiadu, moje pierwsze pytanie brzmialo: "Szczescie
w nieszczesciu, ale spadlo wam z nieba bezterminowe zebranie
Krajowki; duzo wolnego czasu na analize bledow; do jakich
doszliscie wnioskow?". Ze zdziwieniem dowiedzialam sie,
ze do zadnych. Dlaczego? Poniewaz z miejsca przyrzekli sobie
solennie, ze nie bedzie rozmow na ten temat. Zadnego zastanawiania
sie, gdzie tkwil ich blad. Dlaczego? Chyba nieuleczalna
cecha naszych politykow - niechec do refleksji.
Teraz mamy powtorke. Wtedy, w przymusowym stlamszeniu fizycznym,
moze bano sie niszczacych wybuchow klotni, ale dzis? Co
przeszkadza, zeby zrobic doglebny rachunek sumienia, uderzyc
sie w piers i poszukac wlasciwej drogi i stylu kontaktow
ze spoleczenstwem, zgola odmiennych niz dotychczasowe?
*
Wole Krakow w maju niz Paryz w kwietniu. Tetniaca zyciem,
gesta zabudowa wtopiona w wysoka rozhustana zielen Plant.
Zmieszane zapachy dobrej kuchni, czeremchy i bzu, spiew
ptakow. Zmieszane jezyki ludzkie. Malo polszczyzny. Po chaotycznej
Warszawie, rozrzuconej bez ladu i skladu po wiejacej piaskiem
w oczy Rowninie Mazowieckiej, Krakow polozony w dolku jest
dla mnie czyms kojacym. Zawsze mi sie tu dobrze spalo, a
ze snem od dziecka mam klopoty.
W Krakowie na kazdym kroku, za kazdym zaulkiem cos przykuwa,
cos przyciaga: a to restauracyjka-dziupla, a to stragan,
a to czyjes rece i prosby. Krakow szczyci sie najszerszym
wachlarzem zebrakow. Nie namolnych. Latwo sie od nich odczepic.
Niechciani - ida dalej bez zlosci. Wokol dworca i przy kasach
plejady mlodziutkich narkomanow o delikatnych twarzyczkach
i zmierzwionych wlosach; cos tam mamrocza pod nosem do stojacych
w kolejce. Nikt nie daje. Na peronie podbiega do pasazerow
sliczna panienka o ujmujacym usmiechu i obejsciu. Uosobienie
dobrego wychowania; niedzisiejsza, dziewietnastowieczna.
Zwraca sie o jalmuzne tak, jakby to ona chciala mi pomoc.
Niezrazona moja mina, odbiega i juz widze ja, jak smiga
do nastepnego dawcy. Tez odmowa, wiec ona dalej...
W sumie, zebractwo poplaca. Zawsze znajdzie sie ktos taki,
jak na przyklad moj maz, kto chce w ten ulatwiony sposob
zalatwic sprawe ze swoim filantropijnym sumieniem. Krakow,
z jego niespiesznym ruchem przechodniow, z ogladaniem zabytkow,
postojami na Plantach, jest jakby stworzony dla zebrakow.
Nie tylko. Na eksponowanej lawce dwie prostytutki. Nie
wyzywajace, spokojnie czekaja. Staje nad nimi wygolony na
lyso chlopak z ogromnym plecakiem. Rusztowanie sterczy wysoko
nad glowa. "Sp... stad, ale juz!" - zwraca sie do dziewczyn.
Z kamiennymi twarzami wstaja i ruszaja przed siebie. Skin-turysta
siada na ich miejscu. Wokol puste lawki.
Nieopodal moj cel. "Ignatianum", czyli kompleks naukowych
instytucji jezuickich. Ksztalci dwa tysiace mlodych, nie
tylko zakonnikow. Siedza, ucza sie na powietrzu w rozlicznych
zakatkach, gdzie w sadzawkach plywaja zlote rybki. Gospodarz
domu, mlody ojciec Stanislaw Obirek pyta, czy bym z nim
nie poszla do synagogi na Kazimierzu. Prowadzi tam Irlandke,
u ktorej odezwaly sie korzenie zydowskie. "Naprawde warto
- zacheca. - Swietnie odbudowali".
Jak dobrze byc u jezuitow - mysle.
*
Z powrotem w Warszawie. Na spotkaniu z przedstawicielami
Instytutu Pamieci Narodowej. Mlody dyrektor Pawel Machcewicz
(nawiasem mowiac wspolautor ksiazki Druga Wielka Emigracja,
napisanej wraz z Andrzejem Friszke i Rafalem Habielskim)
opowiada o zamierzeniach placowki. Wygrzebia, wykopia, wydra,
zbiora wszystko o naszych najnowszych dziejach, co jeszcze
nie zetlalo, ogien nie strawil, wrog nie zdeptal czy nie
sfalszowal. Ludzie IPN-u kompetentni, zapaleni i nie nadgryzieni
bakcylem partyjnosci. Arcypotrzebna instytucja. Pieniadze
podatnika nie pojda na marne. Czujac obawe unoszaca sie
w powietrzu Pawel Machcewicz zapewnia, ze rekrutacji pracownikow
nie obciazy ani nepotyzm, ani partyjnosc. Wierze mu.
Moze wiec dobrze byc Polka. Byle mlodsza.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |