GRAZYNA DRABIK
Widok z Delft
Przeczytalam wiadomosc w gazecie: 400 wiewiorek importowanych
z Chin zostalo zniszczonych na lotnisku Shiphol w Amsterdamie,
posiekanych w urzadzeniu do przerabiania smieci. Nie byl
to wypadek ani makabryczna pomylka. Linie KLM podjely decyzje
eliminacji zwierzat, zmuszone przez okolicznosci: Grecja,
gdzie w Atenach mial czekac odbiorca, odmowila ich przyjecia.
Nie mozna bylo odeslac z powrotem do Chin. Nie wolno wyladowac
w Holandii.
Dla wiewiorek rzecz zakonczyla sie tragicznie, choc z ich
punktu widzenia decydujacy moment rozegral sie duzo wczesniej,
gdzies w klatkach chinskich. Zakonczyla sie takze sprawa,
jaka holenderski prokurator wytoczyl holenderskim liniom.
Werdykt zostal wydany. KLM zaplacilo 35 tys. guldenow, okolo
15 tys. dol. Nie wiem, czy to duzo, czy malo, ani jakie
grzywna miala przeznaczenie.
Post factum interesujaca jest przede wszystkim natura oskarzenia,
drobnym drukiem pisane, lecz znaczace swiadectwo przesuniecia
punktu odniesienia. Prokurator nie protestowal przeciw eliminacji
wiewiorek; decyzja przedsiebiorstwa byla zgodna z prawem.
Kara zostala wymierzona za sposob, w jaki ta konieczna i
sluszna decyzja zostala wykonana. Chodzi wiec nie o zniszczenie
czy uratowanie zywych istot, nie o moralny charakter naszych
czynow i ich konsekwencje, lecz problem praktyczny i estetyczny.
Myslalam sobie o podstepnych zwyciestwach pragmatyzmu idac
przez luksusowe lotnisko. Pragmatyzm uczy sztuki kompromisow.
Wygoda domaga sie, by ja utrwalac. Komfort i kompromis,
jak fale morza, zmieniaja krajobraz.
Shiphol jest wielkim domem handlowym. Z witryn kusi podroznych
nadmiar potrzebnych i niepotrzebnych przedmiotow. Z glosnikow
plynie muzyka. Wznosi sie luk McDonalda. Blyszczy czystoscia.
Krzataja sie pracownicy utrzymujacy ten wysoki polysk. Jezdza
zmotoryzowanymi wozeczkami, posluguja sie zgrabnymi odkurzaczami.
Maja porzadne, granatowe kombinezony. Jasnozolte kamizelki.
Ciemne twarze.
*
Z Amsterdamu do Hagi pociag funkcjonuje jak metro. Pol
godziny, i z lotniska dowozi cie do samego centrum. Choc
centrum sie rozmywa, bowiem mimo okazalych budynkow i sklepow
Haga wyglada, jak trafnie okreslil ja przewodnik z XVII
wieku, "najladniejsza wies swiata". Tyle ze teraz jest to
wies-stolica. (Scislej, pol stolicy: w Hadze jest siedziba
holenderskiego parlamentu. W Amsterdamie, dworu krolewskiego
i miedzynarodowych finansow.) Ton nadaja funkcjonariusze
- urzednicy panstwowi, dyplomaci, zarzadcy firm miedzynarodowych,
wiec panuje nastroj rozwaznej statecznosci, wygody i samozadowolenia.
Jako ze osiadlo tutaj wielu bylych mieszkancow dawnych kolonii,
znana jest takze jako "wdowa Indonezji".
Przy malowniczym Hofvijver, Stawie Krolewskim, znajduje
sie elegancki Mauritshuis wybudowany przez Johana Mauritsa
z Nassau-Siegen. W domu Mauritsa, awanturnika, bezwzglednego
polityka i zawodowego zolnierza, miesci sie jedna z najbogatszych
w swiecie kolekcji sztuki zachodniej. Muzeum chlubi sie
posiadaniem Lekcji anatomii Rembrandta, Smiejacym
sie chlopcem Halsa, czulymi portretami krow i bykow
Paulusa Pottera. Mloda matka Gerrita Doua czuwa,
juz przez wieki, przy kolebce okrytej jasnoblekitna chusta.
Dzieki Carelowi Fabritiusowi, uczniowi Rembrandta, na zielonej
skrzyneczce nadal siedzi urokliwy Szczygiel.
Zaciekawia niespodziane polonicum na jednym z obrazow mniej
znanego malarza. Oto jakas feta dworska. Przez plac w Hadze
ciagnie procesja dworzan Johana Mauritsa w czerwieniach.
Sztandary. Orkiestra. Niebo spoglada poblazliwie. Z karczmy
z lewej strony placu wysypuje sie dosc niesforna gromadka.
Podgolone glowy. Pawie piora przy kolpakach. Zadarte czuby
butow. Powiewaja poly dlugich kaftanow. Wygladaja jak z
innego swiata. Sa z innego swiata. Goscie z daleka, delegacja
polska.
Na slynnym obrazie Vermeera Widok Delft z 1660 r.,
jednym z tylko dwoch jego pejzazy, miasto prawie ginie pod
ogromem nieba. Klebia sie chmury, nad horyzontem mleczno-jasne,
na pierwszym planie ciezarne deszczem. Szeroko rozlewa sie
rzeka Schie. Pewnie jest dzien swiateczny, bo zwykle ruchliwy
port wyglada sennie, nieopodal dlugiej Bramy Rotterdam kolysze
sie duza lodz. W tafli wody ciemno odbijaja sie prostokaty
gestej zabudowy. Szczegoly architektury domow wzdluz Schiekade
gina w cieniach. Nie widac godziny na zegarze w szczycie
bramy Schiedam. Nie widac, co sie dzieje na pokladzie lodzi.
Czerwone dachy w glebi, na dalszym planie, rozjasnia jednak
blysk swiatla. Promienie wymykaja sie zza chmur. Swietliscie
pieszcza wieze Nieuwe Kerk w centrum miasta.
Panorama Delft pozostala w muzeum przy Hofvijver. Do Nowego
Jorku przybyl jednak z wyjatkowa wizyta drugi miejski pejzaz
Vermeera: Het Straatje. Jest bardziej intymny, mniej
dramatyczny. (Kiedy pierwszy raz ogladam go "na zywo", po
latach znajomosci tylko dzieki reprodukcjom, zaskakuje mnie
niewielki rozmiar, wrecz rozczarowuje. Dopiero po chwili
ogarnia wzruszenie wobec celowej skromnosci.)
Uliczka, jak Widok Delft, jest obrazem pelnym
sugestii. Nie ogladamy rodzinnego miasta Vermeera z dystansu,
zza rzeki. Znajdujemy sie w jakims zaulku, w starej dzielnicy.
I tu jest pochmurnie, choc chmur widac mniej, bo niebo zaslania
fasada mieszczanskiego domu. Dom jest stary. Cegla w niektorych
miejscach peka. Tynk wokol bramy domaga sie odmalowania.
Przeplywajacy czas naznacza drewniane okiennice, nierowny
bruk. Tylko gest pracy pozostaje jakby niezmienny i natchniony
niezmiennym spokojem.
Kobieta pochyla sie nad haftem. Druga cos porzadkuje w
glebi podworka. Dwojka dzieci bawi sie pod lawa. Przyswiadczamy
temu jedynemu, najzwyklejszemu i nadzwyczajnemu momentowi.
Blogoslawiona codziennosc nasyca delikatna swiatlosc. Tak
bedzie jutro, pojutrze. Do smierci.
Obraz Vermeera gosci w Nowym Jorku do konca maja. Przy
Central Parku przycupnal takze Szczygiel Fabritiusa.
Dzieki Gerardowi Houckgeestowi, malarzowi wyimaginowanych
i rzeczywistych wnetrz koscielnych, mozemy nie opuszczajac
Manhattanu wejsc do Nowego Kosciola w Delftach. Stoi tam
okazaly grobowiec, jeden z ulubionych obiektow malarzy.
Wzniesiony w XVII wieku, glosi chwale ojca Johana Mauritsa,
Willema z Orange i Nassau. Willem I, w zwiazku z sympatiami
protestanckimi zwany Milczacym, uwazany jest za "ojca narodu".
Poprowadzil bowiem, choc poczatkowo bez sukcesow, mieszkancow
polnocnych Niderlandow buntujacych sie przeciw podatkom
narzuconym przez ksiecia Albe i Filipa II, do walki z hiszpanskimi
wojskami.
Dziela holenderskich artystow - pejzaze, martwe natury,
portrety, scenki obyczajowe, a takze stare mapy, arrasy,
kielichy rzniete w krysztale, zdobne niebiesko kafle i porcelanowe
michy, bogactwo obrazow i przedmiotow - zostaly zebrane
po swiecie, wypozyczone z Mauritshaus i Rijksmuseum w Amsterdamie,
z National Gallery i British Museum w Londynie, z Hermitage
w Petersburgu i z prywatnej kolekcji w Saint Petersburg
na Florydzie, z Institut Neerlandais w Paryzu, z muzeow
w Berlinie, Wiedniu, Filadelfii... Komponuja imponujaca
wystawe w Metropolitan Museum:"Vermeer and the Delft School".
*
Fabritius, mistrz swiatla podziwiany przez Vermeera, zginal
majac zaledwie 32 lata w wybuchu prochowni w Delftach, o
10 rano, 12 pazdziernika 1654 r. Jego Szczygiel nadal
cieszy. Fabritius i Vermeer sprowadzaja mnie do Delft.
Z Hagi do Delft jest blisko 5 kilometrow. Podroz tramwajem
nieklopotliwa, konduktor pomocny, uprzejmie wyjasnia po
angielsku, ile zaplacic, gdzie wysiasc. Tramwaj kolysze
sie na szynach, podzwania dzwonkiem. Ktos wsiada, wysiada,
siedze sobie wygodnie, za oknem przemija swiat. Wierzby
przyciete w lwie grzywy stoja nad rzeka, zupelnie jak w
polskim pejzazu. Wiatraki machaja skrzydlami, calkiem niepolskie.
Szlak kanalow laczacych miasta. Rytm jednopietrowych domow.
Skrzynki w oknach.
Na polnoc od Hagi, na przyklad w bardzo zamoznym Wassenaar,
uderza luksus przestrzeni. W ciagu calego popoludnia spotkalam
jednego rowerzyste i jedna starsza osobe, na spacerze z
psem. Ogladalam z ciekawoscia wygodne domy, niektore kryte
specjalna strzecha, otoczone gestym zywoplotem. W duzych
domach w zadrzewionych ogrodach czesto mieszka dzisiaj tylko
dwoje ludzi. Samotna wdowa. Rodzina z jednym dzieckiem.
Towarzyszylo mi uczucie dziwnej podwojnosci: bylo jednoczesnie
gesto i pusto. Wszedzie widac slady zmyslnej obecnosci czlowieka,
podziwu godne owoce pracy: kanaly, porzadnie posprzatane
ulice, solidnie zbudowane domy, zadbane tereny wokol domow,
rowno wytyczone rowy przecinajace laki. Szlam przez puste
uliczki i pusty park. Mijalam puste domy, zamkniety kosciol.
Tylko w supermarkecie bylo pelno ludzi.
Na poludnie od Hagi, w strone Delft, przedmiescia sa gesciej
zabudowane, przemyslowe. Asfalt i bruk lapczywie zjadaja
zielen. Niespodziewanie z bocznego placu wychyla sie meczet
uwienczony waska wieza. Domy wygladaja skromniej. Na ulicy
ludzie sie spiesza. Starsze kobiety dzwigaja torby z zakupami.
Grupka mlodych wysypuje sie z kompleksu sportowego czy ze
szkoly. Dziewczeta i chlopcy o oliwkowej skorze gestykuluja
szeroko.
*
Kiedy spogladam z wiezy Nieuwe Kerk (108,75 metra, 356
stopni do pokonania), widze, jak Delft sie rozrasta. Wokol
wiatraki, szyje fabrycznych kominow. Drapiezne ramiona budowlanych
dzwigow. Nowe domy wciskaja sie jasniejsza cegla pomiedzy
stare. Coraz wiecej plaskich, zamiast spadzistych, dachow.
Monotonne bryly szklanych biurowcow. Granice miasta rozmywaja
sie w przedmiescia. Przedmiescia zlewaja sie z przedmiesciami
sasiedniego miasta.
Ale centrum czaruje sladami przeszlosci: waskie uliczki,
ruda czerwien starych cegiel, ramiona kanalow, elegancka
geometria fasad odbijajacych sie w wodzie. Z prostokatu
rynku rozchodza sie ulice w cztery strony swiata: Kerk Straat,
Oude Langendijk, Papenstraat, Jacob Gerritstraat. Na Voldersgracht
znajduje fragmenty podobne do tych, z ktorych Vermeer komponowal Uliczke. Na podworkach przy Oude Delft prawie rozbrzmiewa
echo scen z obrazow Pietera de Hoocha. Wzdluz Oude Langendijk
plynie kanal, jak plynal, kiedy Fabritius malowal boczna
nawe Nieuwe Kerk.
Nowy Kosciol imponuje rozmachem. Stanal w miejscu, gdzie
w styczniu 1351 r. Simon, z braciszkow zebrzacych, i Jan
Cal, szary obywatel Delft, doswiadczyli powtarzajacych sie
wizji: otwieraly sie przed nimi bramy niebianskie. Wybudowano
wiec kosciol - w stylu poznego gotyku, na planie krucyfiksu.
Zadedykowano Matce Boskiej i sw. Urszuli. Wypelniono obrazami
i posagami swietych. Do 1572 r., kiedy kosciol przejeli
kalwinisci. Z przedreformacyjnych czasow pozostal jeden
uszkodzony posag.
Jest tu cicho i przestrzennie, jak we wnetrzach malowanych
przez Houckgueesta i Hendricka Van Vlieta. Nad wejsciem
wznosza sie wielkie organy, dyskretnie zdobione okuciami
z brazu. Plyty posadzki ukladaja sie w regularny wzor. W
glebi glownej nawy, tam, gdzie spodziewasz sie oltarza,
jest mauzoleum Willema, pater patriae. Czarny marmur, biale
alabastry. W czterech niszach wokol katafalku figury z brazu:
Wolnosc ze zlotym kapeluszem w dloni. Na przeciwko Aurea
Libertas stoi Sprawiedliwosc, z waga w reku, bez miecza.
Religia czyta Pismo Swiete, trzyma na dloni gotycki kosciol.
Sila, odziana w lwia skore, niesie galazke oliwna w prawej
rece. Posagi symbolizuja walory, za jakie ceniono Willema:
wolnosc, sprawiedliwosc, religijnosc i odwage, a takze cztery
idealy, na ktorych budowano tozsamosc panstwa: wolnosc mysli
i religii, rzad bez przesladowan i bez gwaltu.
Sam ksiaze jest obecny w dwoch postaciach. Posrodku, na
lozu z bloku bialego marmuru spoczywa Willem zaklety w kamiennym
snie. U jego stop lezy wierny pies. Przed mauzoleum spizowy
Willem siedzi na tronie, czujny, wiecznie gotow.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |