[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (11 maja 2001)


Granice wrazliwosci

Z krytykiem literackim Ryszardem Matuszewskim rozmawia Halina Barbara Klein

Halina Barbara Klein: - Nalezy Pan do grona krytykow, ktorzy kariere literacka zaczynali jako poeci. W imie czego zrezygnowal Pan z tworzenia poezji na rzecz pisania o niej?

Ryszard Matuszewski: - Mlody czlowiek, w wieku lat kilkunastu, w ktorym zazwyczaj pod wplywem lektur budzi sie wrazliwosc na poezje, przewaznie reaguje na to tak, ze sam zaczyna pisac wiersze. Czasem bywa zakochany, co go dodatkowo poetycko uskrzydla. Pozniej to na ogol mija. Zwlaszcza, jezeli nagle spostrzega, ze prawdziwa poezja naprawde wymaga wielkich skrzydel. A srednim poeta byc nie warto.

- W latach 30. byl Pan wspolzalozycielem artystycznego Klubu "S"; pod jego auspicjami, wspolnie z Janem Kottem i Wlodzimierzem Pietrzakiem opublikowal Pan tom wierszy. Jaka atmosfera towarzyszyla poetom tamtych lat?

- Mlodzienczej przyjazni, czasem troche mlodzienczego wspolzawodnictwa. Poza tym czulismy, ze przed kazdym z nas stoi pewien wybor. Poeci tamtych lat dzielili sie na kilka szkol zawziecie sie zwalczajacych. Odwiedzajacy nas w Klubie "S" apostolowie poezji awangardowej, Tadeusz Peiper i Julian Przybos mowili, ze z takiego np. Tuwima pozostana kiedys moze dwa, a moze trzy wiersze. Tuwim zas napisal na awangardowych poetow fraszke:

Szkoda papieru
I atramentu
Tudziez peiperu
I putramentu

(Jerzy Putrament w mlodosci tez byl awangardowym poeta).

- Krytyka literacka sprzezona jest z wiedza o literaturze. I nie tylko. "Potrzeba tez osobowosci, ktore rozumieja poezje jako wlasne intymne doswiadczenie, a nie zespol slow, ktore mozna opisac wychodzac od regul. Malo jest takich osobowosci. Krytyka jest rownie trudna jak poezja. Nikt nie podejmuje ryzyka. I pewne typy ryzyka sa zakazane" ("Od antyku do dzis czlowiek jest ten sam" - z rozmowy H.B.Klein z Jackiem Trznadlem, poeta i krytykiem, marzec 1975 r.). Co Pan sadzi o tej opinii Trznadla?

- Wsrod krytykow zawsze byli tacy, ktorych stosunek do literatury okreslaly przede wszystkim pewne reguly wiedzy humanistycznej. Ksztaltowaly ich na ogol studia polonistyczne. I byli inni, ktorzy pisali o literaturze powodowani zachwytem, miloscia, albo po prostu pasja. To, co czytali, konfrontowali z wlasnym idealem literatury. Mieli pretensje, ze lektura z ich idealem sie nie zgadza.

Czy krytyka jest rownie trudna jak poezja? Nie wiem, to sa zupelnie rozne rodzaje "trudnosci".

- W latach 1946-1950 byl Pan czlonkiem redakcji legendarnego tygodnika "Kuznica". Jakie to byly czasy dla poetow i krytykow?

- Inicjatorami stworzenia Kuznicy byli ludzie pelni - zwlaszcza na poczatku - nadziei i wiary, ze nadadza zyciu kulturalnemu w powojennej Polsce kierunek rozwoju odpowiadajacy ich zapatrywaniom. Wierzyli, jak sie potem okazalo dosc naiwnie, ze dzialaja w Polsce, ktora - pomimo nieuniknionej zaleznosci politycznej od ZSRR - bedzie Polska socjalistyczna wedlug ich wyobrazen, realizujaca idee spolecznej sprawiedliwosci, rozszerzajacej dostep do gleboko pojetej kultury. Wierzyli, ze uda im sie ograniczyc stopien zaleznosci od Rosji sowieckiej. W miare lat nadzieje na samodzielnosc slably, bo stopien ingerencji sowieckiej we wszystkie dziedziny zycia w Polsce, a wiec takze i w sprawy kultury, wzrastal. Momentem utracajacym wlasciwie wszelkie nadzieje na samodzielnosc w zyciu kulturalnym bylo proklamowanie przez wladze w roku 1949 tzw. realizmu socjalistycznego jako obowiazujacej - takze i w Polsce - "metody" tworzenia dla artystow wszelkich dziedzin.

- Kazda opinia - recenzja krytyka literackiego jest jednoczesnie potwierdzeniem jego tworczej tozsamosci. Czy zdarzylo sie Panu w ocenach tworczosci innych nie byc soba? A jesli tak - pod jaka presja?

- Wlasnie lata 1949-1954 byly okresem, w ktorym powstal taki rodzaj psychicznej presji oddzialujacej na ludzi piora pragnacych aktywnie pracowac w swoim zawodzie. Kiedy sie to ocenia z dzisiejszej perspektywy - trzeba mowic w pewnych przypadkach o utracie tozsamosci tworczej. Zdecydowana wiekszosc polskich pisarzy, i to niekiedy bardzo wybitnych, jezeli chciala wtedy publikowac, musiala isc na rozne kompromisy. Bywalo, ze stawaly sie one w praktyce utrata tozsamosci. Gdy czytam dzis pewne moje teksty z tamtego okresu, musze stwierdzic, ze i mnie to w jakims stopniu dotknelo. Wyrazalo sie to nawet niekoniecznie w tresci, czasem po prostu w dretwocie stylu, ktorym sie nasiakalo. Wtedy nie zdawalem sobie z tego sprawy. Wydawalo mi sie na przyklad, ze jezeli nie pisze panegirykow na czesc Stalina czy Bieruta, co i wtedy uwazalem za cos niesmacznego, a tylko ulegam obowiazujacej linii partii w ocenach estetycznych (np. oceniam negatywnie utwory, ktore nie spelniaja wymogow realizmu), nie czynie niczego nagannego. Zaraz po wojnie glosilismy w Kuznicy postulat realizmu po prostu jako nieodwracania oczu od rzeczywistosci; jako dazenie, by literatura stala sie dokumentem przezytej przez nas, straszliwej, ale i godnej utrwalenia piorem epoki. Oczywiscie w poezji pojecie realizmu nie ma w ogole sensu. Wtedy chodzilo o to, aby cala tworczosc wszystkich poetow byla politycznie zaangazowana "po stronie socjalizmu", co w praktyce znaczylo traktowanie jej jako narzedzia politycznej propagandy.

Przeciwko temu najszybciej zrodzil sie opor. Juz w roku 1952 buntowalismy sie przeciwko niedocenianiu w poezji czynnika wyobrazni czy humoru, a takze przeciw traktowaniu calej strefy prywatnosci w liryce jako "estetyzmu". Zaczelo sie od prob obrony poetow, ktorym co prawda zarzucano ow estetyczny "formalizm", ale ktorzy w pewnych swoich wierszach wyraznie manifestowali pozytywny stosunek do wladz, ustroju czy rzeczywistosci w ogole. Tak bylo z Konstantym Ildefonsem Galczynskim, Jaroslawem Iwaszkiewiczem. Staremu Leopoldowi Staffowi zaliczono na plus ogolna afirmacje swiata. Boleslaw Lesmian dluzej przebywal w "czysccu", ale po pazdzierniku 1956 r. i jego odwojowano, a nawet doczekal sie uznania, ktorego nie mial za zycia. Zrozumiano, ze spoleczne zaangazowanie poezji nie moze byc wymuszone, ze to smierc poezji. Co wiecej, za Gomulki przyszedl czas, ze wladze wolaly zdecydowanie poetow estetyzujacych niz tzw. zaangazowanych, bo ci sprawiali klopot: byli zaangazowani, ale nie po tej stronie co trzeba. Po prostu zaczal sie bunt.

- Panski ulubiony poeta Czeslaw Milosz, napisal: "...we wlasnym zyciu nie wolno poddawac sie rozpaczy z powodu naszych bledow i grzechow, poniewaz przeszlosc nie jest zamknieta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze pozniejsze czyny" (wiersz "Czego nauczylem sie od Jeanne Hersch" z tomu "To"). Co moglby Pan nazwac bledem lub grzechem w swojej karierze literackiej?

- Moim bledem i grzechem na przelomie lat 40. i 50. bylo przyjecie postawy, ktora dzis okreslilbym jako postawe grzecznego i poslusznego ucznia rezimu. Bylem dorosly i nie powinienem byl ulegac argumentom nawet przyjaznych mi ludzi, ktorzy swoja niewatpliwa inteligencje i wiedze podporzadkowali ideologii, o ktorej juz wszyscy powinnismy byli wiedziec, ze jest nie tylko falszywa, ale takze niekiedy zbrodnicza. Uleganie autorytetom takich dzialaczy i ludzi piora jak nader mi zyczliwy Stefan Zolkiewski lub Adam Wazyk okazalo sie tym zyciowym bledem. Gdybym mial wowczas dostatecznie silna osobowosc, uniknalbym wielu pomylek. Ale trzeba bylo rowniez wielkiej sily ducha i nieprawdopodobnej wiary w lepsza przyszlosc, by przeczuc, ze to, co nas wtedy tloczylo, nie jest naszym ostatecznym przeznaczeniem. Trzeba bylo i duzej intuicji i wielu sprzyjajacych okolicznosci, by wyrwac sie z tego zakletego kregu, jak uczynil to Czeslaw Milosz, ktory wiele ryzykowal.

- Tlumaczyl Pan znakomitych poetow francuskich, m.in. Mallarmégo i Claudela. A przeciez krytyka poetyckiego tekstu i jego tlumaczenie to zupelnie odmienne procesy. Co wymaga wiekszego osobistego zaangazowania?

- Tlumaczenie poezji z obcego jezyka to niewatpliwie sposob na rozszerzenie wlasnych horyzontow i granic poetyckiej wrazliwosci. Dlatego jako mlody czlowiek interesujacy sie poezja probowalem przekladac utwory poetow jezyka, ktory stosunkowo najlepiej znalem. Ale nigdy bym sie nie odwazyl byc krytykiem poezji innej niz polska. Aby oceniac poezje jakiegos jezyka, trzeba bardzo gleboko w tym jezyku tkwic.

- Czy slusznie zarzuca sie krytykom literackim, iz sa zbyt bierni lub nieufni wobec poezji najnowszej?

- Nieslusznie. Mlodzi poeci maja swoich krytykow, rowiesnikow, ktorzy o nich pisza. Pod tym wzgledem wcale nie sa w gorszej sytuacji niz ich poprzednicy. Inna sprawa, ze kazdy krytyk ma okreslone granice wlasnej wrazliwosci. Jezeli wiec krytykowi takiemu jak ja, a wiec dzis blisko 87-letniemu, ktos by zarzucil, ze nie dosc zywo reaguje na tworczosc poetow z generacji jego wnukow, byloby to bezpodstawne. Mam juz prawo nie czuc najmlodszej poezji. Co oczywiscie nie znaczy, ze nie moze ona w pewnych wypadkach wzbudzic we mnie najzywszego zachwytu. Trudno o wieksza radosc, niz takie spotkanie poetyckie z kims o kilka generacji mlodszym. A miewam czesto i dzis takie spotkania: np. z wierszami Anny Piwkowskiej, Jaroslawa Mikolajewskiego, Piotra Mitznera.

- Do czego moglby Pan sprowadzic nowe aspiracje i zaangazowanie w polskiej poezji ostatnich 20 lat?

- Wydaje mi sie, ze wiekszosc mlodych poetow dosc wyraznie odeszla od tego typu zaangazowania - spolecznego, intelektualnego, moralnego - jakie bylo udzialem ich poprzednikow. Nawet wielkie zagadnienia metafizyczne rzadko odnajduja jakis bardziej uchwytny wyraz w ich poezji. Dominuje prywatnosc, kameralnosc, nawet pewien egotyzm. Zadnych spolecznych czy moralnych zadan czy zobowiazan - pisza wylacznie o sobie i kreuja siebie. Ale to dotyczy glownie ostatniego dziesieciolecia. Bo jeszcze w pierwszej polowie lat 80. byl odzew spoleczny na ruch "Solidarnosci", na stan wojenny. Dzis np. nie wyobrazam sobie, aby mlody poeta napisal wiersz patriotyczny albo z nuta spoleczna. Jezeli sie buntuje, to wylacznie z pozycji czysto indywidualnych. Czasem ambicje mlodych koncentruja sie na jakichs nowych propozycjach w dziedzinie przetwarzania poetyckiego jezyka. Ale Mirona Bialoszewskiego chyba w tej dziedzinie nikt nie zdystansowal. Ani Stanislawa Baranczaka.

- Kto reprezentuje dzis nowa fale polskiej poezji? Czy, choc w minimalnym stopniu, jest ona kontynuacja poetyckich filozofii Wislawy Szymborskiej, Czeslawa Milosza, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Rozewicza?

- "Nowa fala" to m.in. poeci Marcin Swietlicki i Jaroslaw Mikolajewski. Wymienilem tylko tych dwoch, ale jest przeciez wielu innych. Nie nadazam juz ze sledzeniem nowej poezji tak, jak to mialo miejsce, kiedy omawialem caloksztalt dorobku poetyckiego kazdego roku dla Rocznika Literackiego. Ostatni tom Rocznika dal przeglad literatury za rok 1984. Z chwila wejscia polskiej gospodarki w sfere wolnego rynku, a wydawnictw na wlasny rozrachunek - Rocznik przestal wychodzic. Jego wznowienie wymagaloby hojnego sponsora. Dzis sledze nowa poezje tylko wyrywkowo. Czy "nowa fala" jest w jakiejs mierze kontynuacja tworczosci Milosza, Rozewicza, Szymborskiej, Herberta? Chyba nikt z mlodszych jeszcze nie siegnal ani tych wyzyn, ani nie kontynuuje tego rodzaju poezji, wzglednie filozofii poetyckiej. Ostatnia generacja kontynuujaca te rodzaje zaangazowania wydaje mi sie pokolenie Baranczaka, Adama Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego, Ewy Lipskiej, Adrianny Szymanskiej. Ale moze sie myle, moze to siega dalej, moze np. po rocznik Tomasza Jastruna (ur. 1950).

- Co irytuje Pana w tworczosci mlodych poetow?

- Zle by o mnie swiadczylo, gdyby miala mnie irytowac tworczosc mlodych. Nie widze siebie w roli poirytowanego staruszka. Oczywiscie nie zawsze "chwytam" o co im chodzi. W epoce rozluznienia tradycyjnych rygorow formy tym bardziej potrzebny jest - wydaje mi sie - rygor wewnetrzny wiersza, aby nie stal sie on tylko nawrotem do slawetnego "strumienia swiadomosci", choc James Joyce i surrealisci swiadomie stosowali ten chwyt. Czasem bawia mnie typowe dla mlodych ludzi przypadki manifestowania wlasnej odrebnosci gestami jakichs nonszalanckich zachowan. Moze nie uswiadamiaja sobie, jak bardzo nie sa w tym oryginalni, jak bardzo przypominaja zbuntowanych futurystow czy dadaistow sprzed wieku blisko.

- Artur Sandauer nazwal Pana "krytykiem srodowiskowym". Czy dlatego, ze wykazywal Pan bardziej niz inni krytycy tolerancje i szacunek dla gustow innych? Czy dlatego, ze przez lata konsekwentnie bronil Pan wlasnych przekonan i upodoban literackich?

- W ustach Artura Sandauera pojecie "krytyka srodowiskowego" nie bylo komplementem. On sam wyraznie przeciwstawial sie pewnym ukladom srodowiskowym, na przyklad - zaraz po wojnie - srodowisku Kuznicy, a potem Nowej Kultury. Byl silna indywidualnoscia i w okresie proklamowania socrealizmu nie poddal sie dyktatowi politykow, konsekwentnie broniac potepianych wtedy kierunkow awangardowych w poezji i prozie. Irytowalo go, ze pisarze, ktorym przedtem stawial sluszne zarzuty uleglosci systemowi, w pewnym momencie ockneli sie. Wlasnie teraz, kiedy znalezli sie w opozycji, mogl ich atakowac (mysle o takich pisarzach jak Jerzy Andrzejewski i Kazimierz Brandys) i zrobil to w bardzo ostrej formie w swojej ksiazce Bez taryfy ulgowej. Ale w gruncie rzeczy to, co bywa czesto wielka sila publicysty czy krytyka, zmysl przekory - zgubil go. Kiedy bowiem wszyscy jego antagonisci znalezli sie w ostrej opozycji wobec systemu, popierali najpierw Komitet Obrony Robotnikow a pozniej "Solidarnosc", Sandauer - wraz z pisarzami takimi jak Wojciech Zukrowski czy Jan Dobraczynski - stanal po stronie wladz wprowadzajacych stan wojenny. Chyba sekret tkwil w tym, ze bardziej bal sie wowczas odrodzenia tendencji prawicowych niz upadajacego rezimu komunistycznego, ktory niezbyt slusznie utozsamial z "lewica". Co do tolerancji: wydaje mi sie, ze z samej natury mego usposobienia mialem jej wiecej niz Sandauer i moze dlatego on byl twardszy w oporze wobec socrealizmu niz ja, nie doceniajacy wynikajacych z niego niebezpieczenstw. Dla niego glownym punktem odniesienia w sadach literackich byl nurt awangardowy z lat miedzywojennych, lat jego mlodosci. Julian Przybos, Bruno Schulz, Witold Gombrowicz (ale wczesny!) - to byli pisarze, ktorych cenil najwyzej. Ale kiedy pozniejsi nowatorzy, tacy jak np. Miron Bialoszewski czy Leopold Buczkowski wyszli poza granice kanonu awangardy Przybosia w poezji, czy tez Schulza i wczesnego Gombrowicza w prozie, Sandauer ich ostro krytykowal. Wydaje mi sie, ze byl on w krytyce znacznie bardziej ode mnie pryncypialny i uparty, ale ja bylem chyba bardziej otwarty.

- Panska biografie wzbogacaja przyjaznie ze znakomitymi poetami, prozaikami, politykami, tlumaczami. Porozmawiajmy o nich, poniewaz wiekszosc tych ludzi to juz historia polskiej literatury.

- Przez moje zycie przewinelo sie rzeczywiscie wielu ludzi interesujacych. Z niektorymi z nich bylem i jestem w przyjazni, ktora przetrwala lata, czasem nawet wbrew odmiennym kolejom losu i wyborom postaw politycznych. Na okladce pierwszego tomu moich wspomnien pt. Zolte dzioby, zielone lata (1990 r.) widnieje fotografia pieciu czternastolatkow, moich szkolnych kolegow. Jest wsrod nich Janek Kott, moj przyjaciel najblizszy, z ktorym drogi moje biegly czasem razem, czasem nieco oddzielnie, ale czula bliskosc przetrwala wszystkie burze. Jest wsrod nich tez Jan Nowak-Jezioranski (dla mnie - Zdzis Jezioranski), slynny "kurier z Warszawy", potem dyrektor Radia Wolna Europa, wybitny polityk, z ktorym utrzymywalem kontakty osobiste rowniez wtedy, kiedy to wymagalo od nas obu duzej dyskrecji. A malo co tak mnie wzruszylo jak nieoczekiwana wspolnota pogladow na zasadnicze sprawy polityczne, kiedy dane mi bylo pierwszy raz znalezc sie w USA i odwiedzic go w Waszyngtonie. Rowniez Boleslaw Wierzbianski, wieloletni redaktor naczelny i wydawca Nowego Dziennika byl w latach 30. moim bliskim kolega w Zwiazku Polskiej Mlodziezy Demokratycznej; kiedy bylem w Ameryce w 1986 r. spotkalismy sie i odnowili dawne kontakty.

- A pisarze?

- Lista tych, ktorych przyjaznia moge sie cieszyc i szczycic, jest zbyt dluga, bym mogl ja - bez ryzyka nieumyslnych pominiec - tutaj przedstawic. Jest na tej liscie m.in. para polskich noblistow w dziedzinie poezji; Czeslaw Milosz, ktorego poznalem i ktorego poezja wprowadzila mnie w zachwyt juz przed wojna (tom Trzy zimy).Zblizylismy sie w latach okupacji a po wojnie, kiedy byl na placowce w Waszyngtonie, wymienilismy wiele listow. Korespondencja ta zostala opublikowana przez Milosza w tomie pt. Zaraz po wojnie wraz z jego korespondencja z kilkoma innymi pisarzami. Odwiedzilem go w Berkeley jeszcze zanim dostal Nagrode Nobla; w dziesiecioleciu ostatnim, kiedy co roku bywa w Polsce i wlasciwie w tej chwili wiecej przemieszkuje w Krakowie niz w Berkeley, kontakty nasze wyraznie sie ozywily. Napisalem ostatnio dlugi szkic pt. Moje spotkania z Czeslawem Miloszem. Swiadectwem przyjacielskich kontaktow z Wislawa Szymborska, najbardziej urocza z poetek, jakie dane mi bylo poznac, jest u mnie kolekcja jej slynnych, dowcipnych karteczek-kolazy, z ktorych pierwsze pochodza bodaj z poczatku lat 60., a ostatnie dowodza, ze kolekcja ta nie jest zamknieta. Pisalem chyba prawie o wszystkich zbiorach jej wierszy, nie musze dodawac, ze zawsze z zachwytem i entuzjazmem.

Zyje dlugo, wiec niektorych wybitnych pisarzy dane mi bylo poznac bardzo dawno. Powtarzam jednak - ta lista jest za dluga, zeby tu wszystkich wymienic.

- Czy, powracajac do swoich dawnych tekstow, ksiazek, recenzji, wywiadow, moze Pan powiedziec: jestem wierny sobie?

- Niezupelnie. Jest kilka moich publikacji z lat 1953-1955, do ktorych wolalbym sie dzis nie musiec przyznawac. Ale juz np. moich podrecznikow literatury dla licealistow - o ktorych wiem, ze do pewnego czasu musialy byc rezultatem kompromisow miedzy mymi wlasnymi gustami a wytycznymi PRL-owskich programow szkolnych - nie mam powodu sie wstydzic. Wiem, ze spotykaja sie z roznymi osadami - od najprzychylniejszych do zdecydowanie niechetnych. Ale wiem takze, iz w danych mi warunkach robilem co moglem, by nie ulegac sugestiom, ktore wydawaly mi sie niesluszne. Wydawnictwa Szkolne raczej szly mi na reke, a rezultatem ostatecznym mojej wieloletniej wspolpracy z nimi sa trzy wydania mojej ostatniej wersji podrecznika Literatura polska 1939-1991 (1992, 1994, 1999), ktory w opinii wielu ma pewna wartosc informacyjno-poznawcza. Mysle rowniez, ze wszystkie moje zbiory szkicow krytyczno-poznawczych (Doswiadczenia i mity - 1964 r., Z bliska - 1981 r., Powroty i pozegnania - 1987 r., Olsnienia i swiadectwa - 1995 r.) sa w jakims sensie wiernym dokumentem tego, co czulem i myslalem obcujac z ksiazkami oraz ich autorami. Bardziej osobisty charakter maja dwa tomy moich wspomnien: Zolte dzioby - zielone lata (1990 r.) oraz ich dalszy ciag - Chmury na pogodnym niebie (1998 r.). Bardzo tez sie ciesze, ze udalo mi sie wydac w pieknej szacie graficznej w wydawnictwie "Tenten": esej o wloskich fascynacjach Jaroslawa Iwaszkiewicza pt. Przylecial aniol, caly malinowy. Cenie rowniez sobie kilka antologii poezji, jakie opracowalem. Pierwsza, Poezja polska 1914-1939, dzielo dobrej wspolpracy z moim przyjacielem Sewerynem Pollakiem, miala trzy wydania. Do I wydania tej antologii (1962 r.) Jaroslaw Iwaszkiewicz dopisal wlasne, interesujace glossy o poetach, ktorych wiersze sie w niej znalazly. To "wlasne wydanie" naszej antologii dedykowal mojej zonie Irenie. Teksty te ukazaly sie pozniej, juz po smierci Iwaszkiewicza - najpierw w Tworczosci, potem w oddzielnej ksiazce Jaroslawa pt. Marginalia. Opracowalem rowniez kilka antologii poezji okresu powojennego i wspolczesnego dla potrzeb szkolnych. Mysle, ze ostatnia z nich, Poezja polska 1939-1991 (ukazala sie w roku 1994 i stanowila dopelnienie mego zarysu historii literatury tego okresu) daje jakis sensowny przeglad liryki objetego nia okresu. Niestety, jej wydanie II, choc dopelnione garscia wierszy najmlodszych poetow (Poezja polska 1939-1996, rok wydania 1998), musialo byc podporzadkowane nowym przepisom prawnym, ktore bardzo utrudniaja prace antologisty. Uzaleznienie doboru wierszy w antologii od zgody ich autorow, a nawet spadkobiercow, nie tylko opoznia proces wydawniczy, ale takze pozbawia antologiste w pewnych wypadkach swobody doboru wierszy wedlug wlasnych kryteriow, co - biorac pod uwage, ze jest autorem opracowania - zakrawa na rodzaj nowej cenzury. Dawne przepisy w tej sprawie byly rozsadniejsze.

- Nad czym Pan obecnie pracuje?

- Chce dokonczyc trzeci tom wspomnien. Ukladam wybor moich szkicow z ostatnich pieciu-szesciu lat. Bardzo chetnie wydalbym niektore moje szkice z odbytych podrozy. Zreszta - na szczescie! - pomimo ze osiagnalem wiek, w ktorym mozna by tolerowac pewna drzemke i rozpamietywanie przeszlosci - wciaz ktos czegos ode mnie chce: wczoraj skonczylem np. szkic o pierwszym tomie swiezo rzuconego do ksiegarn, pelnego, niecenzurowanego zbioru slynnych przedwojennych Kronik tygodniowych Antoniego Slonimskiego. W tych dniach ma sie ukazac opracowany przeze mnie tom wspomnien mojej zony Ireny Szymanskiej pt. Mialam dar zachwytu. Wspomnienia wydawcy.

- I nikt nie wie, w czym sniegu lezy tajemnica,
jak nikt nie wie w czym lezy czar dzikiej poezji.
Na saniach nam bogowie ja niegdys przywiezli,
I oto po czas konca wszystkich nas zachwyca (Jaroslaw Iwaszkiewicz).
- Czym jest, Panskim zdaniem, poezja w zyciu czlowieka, narodu, swiata?

- Cytat z Jaroslawa Iwaszkiewicza jest z pewnoscia jedna z prob - w gruncie rzeczy niemozliwej - odpowiedzi na to pytanie. Nikt nie wie, w czym lezy czar dzikiej poezji - pisze Iwaszkiewicz i ma racje. Wiem, ze czytanie poezji bylo od wczesnej mlodosci moja najzywsza potrzeba wewnetrzna. Wiem tez, ze - jak pisze Wislawa Szymborska - tylko niektorzy lubia poezje i najprawdopodobniej bedzie tych osob chyba dwie na tysiac (cytat z wiersza Niektorzy lubia poezje). Na nia tez moglbym sie powolac, bo konczac ten wiersz pisze:

tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedz
na to pytanie juz padla.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam sie tego
jak zbawiennej poreczy.

Czym jest, a raczej bywala, poezja w zyciu narodu? (O swiecie lepiej nie mowmy). Mozna o tym przeczytac w wielu wznioslych dzielach naszych historykow literatury, by wspomniec tylko Ignacego Chrzanowskiego, Stanislawa Pigonia czy Juliusza Kleinera. Nie wiem, czy da sie w tej dziedzinie powiedziec cos nowego. Chyba kpiac z "kultu wieszczow", jak Gombrowicz w Ferdydurke. Ale i wtedy zrodzi sie pytanie, czy - kpiac - kult ten negujemy, czy - w istocie tylko przetwarzamy, doakcentowujemy; skoro, jak napisal kiedys Czeslaw Milosz, "na Mickiewicza, Slowackiego i Norwida, czytanych w bardzo mlodym wieku, nie ma zadnego antidotum, to zostaje".

Z Ryszardem Matuszewskim
rozmawiala Halina Barbara Klein

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail