JERZY R. KRZYZANOWSKI
Ksiazka
o Stefanie Zeromskim
Kazda nowa pozycja serii wydawniczej "A to Polska wlasnie"
Wydawnictwa Dolnoslaskiego staje sie nowym, cennym przyczynkiem
do encyklopedycznego opracowania historii i kultury kraju.
Zebrane razem biale tomiki serii, ukazujace sie w jednolitym
formacie, bogato ilustrowane i - co najwazniejsze - w wiekszosci
przypadkow opracowane przez najlepszych w danej dziedzinie
specjalistow, powinny kiedys zlozyc sie na prawdziwe, pelne
kompendium dziejow kultury polskiej, rozpisanych zarowno
na zagadnienia, jak i biografie. Z ta tez nadzieja wzialem
do reki najnowszy w tej serii tom, poswiecony Stefanowi
Zeromskiemu, co w czasie, kiedy na ekranach jest film Przedwiosnie,
zrealizowany na podstawie jego znanej powiesci, wydaje sie
znakomitym pomyslem. Nie tylko przygotowujacy sie do egzaminow
"z polskiego" uczniowie, ale takze rzesze widzow siegnac
zapewne zechca po informacje o pisarzu, od wielu juz lat
zepchnietym na margines zainteresowan publicznych, mimo
ze zawsze na baczna uwage zaslugiwal. Czy oczekiwania ich
zostana spelnione? Odpowiedz w tym przypadku nie jest latwa,
bowiem lektura ksiazki sklania zarowno do wielu pochwal,
jak i slow krytyki.
Napisal ja Jerzy Paszek, profesor literatury polskiej Uniwersytetu
Slaskiego w Katowicach, autor wielu ksiazek i opracowan
krytycznych, jak czytamy w nocie redakcyjnej. Ale w tej
samej nocie znajdujemy zgola intrygujaca informacje o tym,
ze 60-letni uczony "od 10 lat gra w scrabble". Co "gra w
scrabble" ma wspolnego z dorobkiem naukowym w ogole, a z
Zeromskiem w szczegolnosci, pozostaje tajemnica wydawcy,
jednak tego rodzaju przedstawienie autora nie wzbudza u
potencjalnego czytelnika zaufania do jego specyficznie polonistycznych
kwalifikacji. Co prawda to pierwsze wrazenie nie potwierdza
sie przy poczatkowej lekturze pracy, ale w miare dalszego
czytania watpliwosci powracaja, zwlaszcza gdy zwazy sie
stylistyczne - i nie tylko - dziwolagi napotykane raz po
raz na kolejnych kartkach ksiazki.
Zwyczajem przyjetym w opracowaniach biograficznych autor
wprowadza historie rodu Zeromskich, rzucona na szerokie
tlo dziejow Kielecczyzny, przy czym nie skapi cytat z powiesci
i opowiadan Stefana Zeromskiego, najblizej z terenem tym
zwiazanych. Ale juz tutaj dowiadujemy sie, ze ksiadz Michal
Tomaszewski, ktory podpisal metryke urodzenia Stefana, "pracowal"
w kosciolku w Strawczynie. W jakim charakterze - zakrystiana,
dzwonnika, czy nocnego dozorcy? A moze prosciej byloby powiedziec,
ze byl proboszczem czy chocby tylko wikarym?
Niewiele sie dowiadujemy o najwczesniejszych latach przyszlego
powiesciopisarza, a zgola podstawowa informacja o jego urodzeniu
w 1864 r. pomija jeden z najwazniejszych czynnikow pisarstwo
to ksztaltujacych - psychologiczny spadek powstania styczniowego
1863 r., ktorego Zeromski byl pogrobowcem. Widzimy go natomiast
lepiej w kieleckiej szkole, w scenach pozniejszych Syzyfowych
prac, przy czym powiekszona z klasowego tableau fotografia okreslona jest jako "portret" (s. 21). Zreszta
blad tego rodzaju powtarza sie w ksiazce kilkakrotnie.
Znacznie lepiej udalo sie autorowi powiazac mlodziencze
dzienniki Zeromskiego z jego powiesciami i opowiadaniami.
Poczynajac od wyliczenia imponujacej liczby lektur, jakie
gimnazjalista przeczytal, poprzez erotyczne podboje korepetytora
w ziemianskich dworach i dworkach (okreslone przez autora
jako "zawirowania milosne"!), oraz wyliczenie slownictwa
mlodego uwodziciela, az po dokladna analize odbicia tych
przezyc w powiesciach, na poczatku XX wieku szokujacych
smialoscia - wszystko to Jerzy Paszek przedstawia interesujaco
i szczegolowo. Tylko... dlaczego popularne wsrod uczniow
slowko "macedonia" tlumaczone jest jako petting?
Czy staropolska "oblapka" chociazby nie oddawalaby lepiej
charakteru tej milej zabawy, jesli tlumaczenie jest w ogole
konieczne? Warto jednak przeczytac zestawienie okreslen,
jakimi mlody Zeromski darzyl w dziennikach lat 80. swoja
kochanke Helene Radziszewska - od "mojego aniola" po jej
"piekielnie piekny usmiech" (s. 51) - z okresleniami innej,
slawniejszej Heleny z Popiolow, aby zobaczyc, jak
silnie przezycia okresu mlodosci oddzialaly na tworczosc
dojrzalego pisarza. Tego rodzaju zestawienia sa z pewnoscia
duzym osiagnieciem pracy Jerzego Paszka, a nazwanie diariuszy
Zeromskiego "czarodziejskim laboratorium" (s. 55) zasluguje
na szczegolne podkreslenie.
Godnym wysokiej pochwaly jest tez omowienie krotszych utworow
proza Zeromskiego, slusznie rozroznianych jako nowele (scisla,
zdyscyplinowana forma narracji) i opowiadania (struktura
luzna, dygresyjna, swobodna). Zgodzic sie tez nalezy z autorem,
gdy pisze, ze "najpiekniejszym i najlepiej skomponowanym
utworem Zeromskiego o powstaniu 1863 r. jest niewatpliwie
nowela Echa lesne" (s. 72), nazwana przez Iwaszkiewicza
"arcydzielem w skali swiatowej". Zalowac tylko wypada, ze
w omowieniu tej noweli Jerzy Paszek pominal jej kluczowy
final, czy - jak przywyklismy to nazywac - puente. Przypomnijmy
najkrocej, ze konczy sie ona egzekucja powstanca Rymwida
Rozluckiego, ktory zwraca sie do skazujacych go Rosjan i
"rozkazuje przed smiercia", aby jego szescioletni syn Piotr
wychowany zostal jako Polak. A kiedy relacjonujacy te scene
jego stryj, zrusyfikowany general Rozlucki konczy swa opowiesc,
Zeromski dodal tylko jeden jeszcze akapit, stanowiacy nieodzowny
komentarz nie tylko literacki, ale i historyczny:
"Ja sie tez od razu dorozumialem - odrzekl pisarz, patrzac
swymi szelmowskimi oczami, z bezczelna drwina, prosto w
oczy starego generala - ja sie tez od razu dorozumialem,
ze z tej twojej ostatniej woli, moj ty 'kapitanie Rymwidzie',
tego sie diabel musial usmiac...".
Zakonczenie to nadaje tragicznemu konfliktowi, tragedii
powstania, ton ostrej ironii, to, co w anglosaskiej terminologii
literackiej nazywa sie ironic twist, ironicznym zwrotem.
Bez tego nasze zrozumienie tak przeslania pisarza, jak i
dalszych dziejow rodziny Rozluckich sprowadza sie do minimum.
A o tym, ze dopelnieniem ich historii z Ech lesnych stac sie miala pozniejsza o lat siedem powiesc Uroda
zycia (1912 r.) dowiadujemy sie dopiero po przeczytaniu
nastepnych piecdziesieciu pieciu stron...
Ocena, a nawet omawianie powiesci Zeromskiego nie naleza
do najmocniejszych stron pracy Jerzego Paszka. Przytaczajac
kilka opinii znanych pisarzy o Popiolach, tyle samo
miejsca poswieca sprawie zuzytkowania honorarium za te powiesc,
co samej jej tresci, a przy okazji wyglasza nieumotywowane
sady, takie jak nazwanie Napoleona jej bohaterem (s. 104),
co zapewne wplynelo na wydawnicza decyzje umieszczenia figurki
cesarza na okladce ksiazki. W kazdym razie nie zazdroszcze
tegorocznym maturzystom, jesli przyjdzie im odpowiadac na
pytanie, kto wlasciwie jest bohaterem epopei Zeromskiego.
Terminu "epopeja" uzywam tu nieprzypadkowo, chce bowiem
podkreslic charakter tej wielkiej powiesci w odroznieniu
od stosunkowo skromnej jakosciowo i objetosciowo Powiesci
o Udalym Walgierzu, ktora autor nazywa "dzielem epickim"
(s. 112). Wydaje sie, ze bardziej konsekwentne uzywanie
terminologii literackiej wyszloby ksiazce na korzysc, podobnie
jak unikanie stale sie powtarzajacych kolokwializmow. Nie
mam nic przeciwko zywemu, stale sie zmieniajacemu jezykowi
i w tworczosci, i w pracach krytycznoliterackich, sadze
jednak, ze nazywanie rewolucji 1905 r. "zawirowaniami rewolucyjnymi"
(s. 119), maszyny do pisania "owym sprzetem" (s. 88) czy
wreszcie "wyjasnianie rzeczy bez rekawiczek" (s. 200) nie
powinny znalezc miejsca w pracy o ambicjach naukowych.
Trudno tez zgodzic sie z nazwaniem Artura Hutnikiewicza,
autora monograficznej pracy o Zeromskim, ktora sam Paszek
nazywa jego "ksiega zycia", "konkurentem" Stanislawa Adamczewskiego
(s. 200), badacza piszacego o Zeromskim niemal 60 lat wczesniej!
Jesli istnieje w dziedzinie badan literackich prawo kontynuacji
i postepu, to trudno wynajdywac tam przypadki konkurencji.
Podobnie lekcewazaco brzmi okreslenie "podstawowego kompendium
wiedzy o biografii Zeromskiego", Kalendarza zycia i tworczosci,
sporzadzonego przez Stanislawa Eilego i Stanislawa Kasztelowicza,
"opasla ksiega" (s. 203). Nie wiem, czy bez takich "opaslych
ksiag" naukowcy - w tym Jerzy Paszek - zdobyliby sie na
pisanie swoich popularnych ksiazek. A juz zgola niedopuszczalne
jest nazwanie dziela zycia znakomitego edytora Stanislawa
Pigonia "przymierzaniem sie" do wydania "kompletu utworow
pisarza". Faktem jest, ze oba podjete przez niego pelne
wydania pism Zeromskiego nie zostaly ukonczone wskutek zakazow
cenzury, ale dokonania przewazaly nad niedociagnieciami
- ostatecznie dzieki Pigoniowi poprawne wydania dziel Zeromskiego
pojawily sie na powojennym rynku wydawniczym w setkach tysiecy
egzemplarzy, pisanie wiec o "przymierzaniu sie" jest jednym
jeszcze, tym razem krzywdzacym kolokwializmem.
Podobnie ma sie sprawa z pewnymi sadami opartymi na niedokladnej
znajomosci rzeczy. Piszac o Przedwiosniu autor wspomina,
ze mlody Cezary traktowal niektore wiersze Puszkina jako
pornografie, bo tak istotnie w Baku Baryka odbieral erotyczne
poezje wielkiego Rosjanina; nie oznacza to, ze dojrzaly
Czarus - czy przede wszystkim Zeromski - tak samo mowilby
o tych lirykach (s. 178).
Otoz wyjasnic trzeba, ze "wielki Rosjanin", poza pisaniem
lirykow, w mlodosci z upodobaniem zajmowal sie tworczoscia
pornograficznych wierszykow, masowo potem krazacych wsrod
szkolnej mlodziezy i stad znanych i Baryce, i Zeromskiemu.
Zalowac wypada, ze autor nie dotarl do tomu Elegie (1928 r.), gdzie znalazlby nie tylko wyjasnienie dane przez
zupelnie dojrzalego, bo 60-letniego Zeromskiego rosyjskiemu
autorowi pornograficznej powiesci Sanin, Arcybaszewowi,
ale nawet dokladna liste tytulow rzekomych lirykow. Sam
zreszta znalem kilku starszych panow, ktorzy nauke rozpoczynali
jeszcze w rosyjskim gimnazjum, ale nawet na stare lata te
wlasnie wierszyki pamietali lepiej niz najpiekniejsze strofy Eugeniusza Oniegina...
Podobnie ma sie rzecz z szeroko przedstawionym wplywem Martwych dusz Gogola na "mlodziencza gogoliade" pisarza
(s. 98; zob. tez s. 77-79), co rzekomo znalazlo odbicie
w satyrycznych nazwiskach postaci i nazwach miejscowosci,
takich jak Kielce - Klerykow itp. Przypomnijmy dla porzadku,
ze byla to praktyka szeroko stosowana w literaturze polskiej,
od Krasickiego po Prusa. Wystarczy wspomniec nazwisko Mikolaja
Doswiadczynskiego, a z Sienkiewiczowskich Szkicow weglem (1880 r.) Barania Glowe, wloscianina Buraka i pisarza Zolzikiewicza
czy tez z Lalki (1890 r.) Prusa galerie warszawskiego
eleganckiego swiatka, ludzi o nazwiskach takich, jak ksiaze
Kielbik, hrabia Sledzinski, pani de Gins-Upadalska itp.,
zeby sie przekonac, jak mylne jest twierdzenie autora, iz
"Syzyfowe prace i Promien jednoczy i miejsce
akcji i iscie gogolowski humor jezykowy, charakterystyczny
dla wczesniejszej Mogily" (s. 97) - a wiec utworow
napisanych w drugiej polowie lat 90. XIX w. Wydaje sie,
ze przesadne przypisywanie tworczosci Zeromskiego wplywow
rosyjskich nie jest uzasadnione.
Jako cenny aneks zamiescil autor pod koniec swojej pracy
rozdzial zatytulowany Wieloglos o pisarzu, zawierajacy
wyjatki z wypowiedzi 23 historykow literatury, krytykow,
pisarzy i dwoch rezyserow filmowych zajmujacych sie tworczoscia
Zeromskiego. Wybor, miejscami kontrowersyjny (jest Helena
Zaworska, ale nie ma Pigonia), doprowadzono do czasow najnowszych,
zamykajac wypowiedzia Filipa Bajona, zatytulowana "Baryka
jako James Dean" (!). Wraz z kolekcja cennych ilustracji,
wybrana bibliografia i indeksem nazwisk wybor ten znakomicie
uzupelnia wywody autora.
Nie chcialbym, zeby te krytyczne uwagi potraktowane byly
jako dyskredytacja ksiazki Jerzego Paszka. Ma ona wiele
partii wartosciowych, zaslugujacych na uznanie, wierzyc
wiec wolno, ze po przemysleniu ich przez autora i skorygowaniu
zasadniczych bledow ksiazka ta znajdzie nalezne miejsce
w cennej serii "A to Polska wlasnie", trudno bowiem wyobrazic
ja sobie bez portretu czlowieka nazwanego przez Adamczewskiego
"sercem nienasyconym".
-----------------------
Jerzy Paszek, Zeromski, seria "A to
Polska wlasnie", Wydawnictwo Dolnoslaskie, Wroclaw 2001,
s. 234, cena 20 dol. plus NY tax i 5.50 dol. porto w przypadku
zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |