GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Pange, lingua, gloriosi...
Dawno, dawno temu, na innym kontynencie, zupelnie inna ja,
w innym swiecie, przezylam moment zblizony do malych wielkich
objawien, o ktorych od czasu do czasu mozemy przeczytac
w madrej ksiazce, uslyszec w biografii jakiegos wyjatkowego
czlowieka albo rozpoznac w blysku wspanialego dziela.
Tez byl kwiecien. Dzien poniedzialkowy, w nijakim tygodniu
zwyklego kalendarza. Rozjasniony sloncem, ale i to jest
rzecza najzwyklejsza w porze niedeszczowej w Minas Gerais
w Brazylii. Do Ouro Preto sprowadzily mnie krotkie wakacje,
luksus kilku dni wolnego. Ouro Preto bylo wtedy jeszcze
polsniete w swej prostocie i wyjatkowym uroku. Ani duze,
ani male, leniwie rozlozone na wzgorzach. Szlam niespiesznie
na spacer, bez specjalnego celu. Brukowane uliczki schodzily
rytmicznie w dol, wspinaly sie w gore, rozchodzily promieniscie.
Gliniane dachowki spadzistych dachow rudzialy w sloncu.
Ktos sie wychylal z balkonu na pietrze, wspierajac o zelazna
balustrade. Ktos pozdrawial z okna.
Na kazdym wzgorzu kosciol wznosil ku niebu barokowe wieze.
Krzyze odcinaly sie bialo na tle szafirowego nieba. Anioly
wznosily traby w wiecznym gescie chwaly. Figury swietych
pilnowaly bram. Bylam juz daleko poza rynkiem, prawie za
miastem, gdzie podchodza szare gory. Surowe - ze znakami
ran z czasow dawnych kopaln srebra (tego ouro preto,
"czarnego zlota", od ktorego stolica regionu przyjela nazwe).
Ogolocone z drzew przez pozniejsze plantacje kawy, bowiem
tam gdzie rosnie kawa, przez dziesiatki i dziesiatki lat
nie rosnie nic.
Na skraju miasteczka bylo pusto. Cisza popoludnia stala
zadumanym slupem. I nagle zdalo mi sie, ze slysze piesn
- po lacinie, doskonalym sopranem spiewana. Skad tu lacina?
Skad taki glos? Niemozliwe. Lecz slowa coraz wyrazniej brzmia,
rozpoznaje swojska melodie. A wiec mozliwe. Sopran tak jasny,
ze az przejrzysty. Jakby anioly z wiezy graly hejnal. Sanctus,
sanctus, saaaanctuuus rozchodzi sie wokol.
Wypada zza rogu smarkaty chlopak, dziecko prawie. Skora
ciemna, wlosy skrecone, krotkie portki, sprany podkoszulek.
Murzynek podskakuje beztrosko, swiadom i nieswiadom, co
spiewa. Ministrant wracajacy z lekcji? Gdzies sie spieszy.
Moze mysli, ze matka czeka. Moze nic nie mysli, biegnie
zadowolony, ze lekcji koniec. Wolny. Lysnal ku mnie usmiechem,
leci dalej. Skacze z kamienia na kamien. Bose stopy klaszcza
w rytmie sanc-tus-sanc-tus-saa... A z ust mu slowiki. Z
ust hymny anielskie.
Piesn - jego glosem i niezalezna od niego - wznosi sie
wyrazistymi kadencjami coraz wyzej i wyzej. Wzlatuje ponad
rudymi dachami i koscielnymi wiezami. Ponad przestrzenia
kamiennych gor. Prosto do nieba. Bog jest. Bog nas slyszy.
Bog jest w nas. Spiewem i muzyka.
Podobny blysk fuzji zwyklego ze swietym zajasnial w czasie
koncertu w Brooklyn Academy of Music z okazji wykonania Pasji wedlug sw. Mateusza Jana Sebastiana Bacha.
Podstawowa jej sila lezy oczywiscie w samej muzyce. Bach
tutaj jakby przeszedl samego siebie. Nadal oratorium bogata
instrumentalizacje, ktora wymaga imponujacego aparatu muzycznego:
podwojna orkiestra, 26 barokowych instrumentow, podwojny
chor, siedmiu solistow. W recytatywy narracji z Ewangelii
wlaczyl arie komentujace wydarzenia z ostatnich dni Jezusa,
w choralach polaczyl glos ludzki w doskonalej harmonii z
dzwiekiem instrumentow. Glos staje sie instrumentem. Ale
muzyka nigdy nie istnieje sama w sobie. Oplata, wzmacnia,
wznosi na nowe wyzyny slowo - pelne bolu i pelne obietnicy.
Jest to medytacja o zdradzie i cierpieniu, przepelniona
czuloscia. Pokorny hold ludzki i calkiem niepokornie boskie
dzielo.
Lecz wymowa wieczoru wynika nie tylko z kunsztu kompozytora
i wykonawcow. Utwor otrzymal wyjatkowy wyraz dzieki wspolpracy
muzyka Paula Goodwina, producenta Rona Gonsalvesa i rezysera
Jonathana Millera. Rezyser angielski (byc moze znany niektorym
z panstwa z udanej inscenizacji Cesarza Ryszarda
Kapuscinskiego w Londynie) przyjal tutaj prosta, a jednoczesnie
bardzo odwazna koncepcje. Odarl oratorium z tradycyjnych
obyczajow koncertowych. Udramatyzowal recytowane partie.
Muzykow rozdzielil i umiescil naprzeciwko siebie. Z boku
ustawil drewniany stol, na ktorym lezy chleb. Dwa chory
rowniez ustawil po przeciwnych stronach sceny. Zwracaja
sie ku sobie w dialogu ze soba i z instrumentami.
Muzycy i spiewacy zarysowuja krag, wokol ktorego my, sluchacze,
stanowimy szerszy krag. Ubrani w codzienne stroje artysci
wygladaja jak my. My wygladamy tak samo jak oni. Jestesmy
najrozniejsi, wysocy i niscy, ciemnoskorzy i bladzi, zle
ubrani i eleganccy, za grubi, za chudzi, brzydcy, starzy,
bardzo mlodzi. Stanowimy wspolnote. Jednoczy nas muzyka
Bacha, bochenek chleba na stole, slowo Boze.
Widzialam juz te rewelacyjna inscenizacje w 1997 r., w
czasie pierwszej wizyty Pasji wedlug sw. Mateusza w
rezyserii Millera w Nowym Jorku, rowniez w BAM. Kilku solistow
pozostalo tych samych: cieply tenor Richard Clement, baryton
Andrew Schroeder przejmujaco spiewajacy partie Jezusa i
Daniel Taylor obdarzony dzwiecznym kontratenorem. Tak jak
wtedy, dyrygowal Paul Goodwin, dyskretnie i z wielkim wyczuciem.
Zmienila sie orkiestra, w tym roku wystapil znany zespol
The New York Collegium specjalizujacy sie w muzyce barokowej.
Doszli nowi solisci. Swietnie sprawdzil sie tenor Paul Agnew
deklamujacy z przejeciem trudne partie Ewangelisty. Wzruszajaco
spiewaly Phyllis Pancella i Heidi Grant Murphy. Czule zabrzmial
baryton Stephena Varcoe'a.
Koncert w 1997 r. zapamietalam jako jedno z moich przezyc
muzycznych. Szlam wiec w Wielki Piatek pelna oczekiwan,
lecz ciut niespokojna, czy w podziw nie wkradnie sie nuta
rozczarowania. Wprost przeciwnie. Inscenizacja sprawdza
sie za powtornym razem, jeszcze glebiej poruszajac. Prostota
i wstrzemiezliwosc zapraszaja do wspoludzialu. Pierwsze
slowa Ewangelisty: "I stalo sie, gdy dokonczyl Jezus tych
wszystkich mow, rzekl uczniom swoim..." wciagaja nas w pelna
emocji spirale dramatycznej akcji. Jestesmy swiadkami meki
Chrystusa. Stajemy sie czescia tlumu na ulicy Jeruzalem.
A raczej, Jeruzalem jest tu i teraz. Chrystus jest jednym
z nas. Wielka muzyka Bacha nie wzbudza po prostu naszego
podziwu. Przepelnia nas wzruszeniem. Oto my, zwykli i ulomni,
wspolczujemy Bogu. Wspolczujemy sobie. Czulosc nas uwzniosla.
W tym samym Wielkim Tygodniu mialam przywilej - nieco psim
swedem - uczestniczyc w jeszcze jednym wyjatkowym wydarzeniu
muzycznym. Na cztery wieczory powrocil do Metropolitan Opera
rzadko wystawiany Parsifal Richarda Wagnera, w tradycyjnej,
lecz przekonujacej produkcji Otto Schenka, w oprawie Günthera
Schneidera-Siemssena i z kostiumami Rolfa Langenfassa. James
Levine dyrygowal jak natchniony, otrzymujac na koncu - a
byla to juz polnoc - razem z orkiestra i solistami owacje.
Lecz dlaczego psim swedem? Szlam na wieczor pewna, ze mam
od dawna zarezerwowany bilet. W kasie okazalo sie, ze nic
dla mnie nie ma. W ogole wszystko jest wyprzedane, zreszta
i tak kupic bym nie mogla, bo ceny szalencze. Wpuscili mnie
jednak do czarodziejskiej sali, bowiem z takim przekonaniem
nalegalam, ze bilet gdzies na pewno lezy, ze musze o operze
napisac w polskiej gazecie, a wiec z takim przekonaniem
mowilam wierzac swiecie w swe racje, ze glowny zarzadca
obdarzyl mnie specjalna przepustka. Siedzialam wiec, jak
jeszcze nigdy w zyciu, w reprezentacyjnej lozy. Spogladalam
na nabita do ostatniego miejsca sale. Nawet rzedy dla stojacych
byly wypelnione, co jest poswieceniem, bo opera trwa prawie
szesc godzin. Sluchalam magicznej muzyki Wagnera wyspiewujacej
stara historie o zdradzie i zalu, o cierpieniu i wedrowce
w tesknocie za czyms ponadludzkim.
Muzyka rozlewala sie jak ocean szeroka fala. Orkiestra
perfekcyjnie laczyla sie z glosami spiewakow. Zadnej innej
chyba nie ma opery w tak niskim rejestrze, z tak plynnie
rozlozonymi glosami. Na tle barytonow i basow jasnieje tenor
Parsifala i mezzosopran Kundry. A tego wieczoru jasnialy
szczegolnie. Violeta Urmana, gosc z Litwy, nadala roli "dzikiej
kobiety", zmuszonej do sluzby zlemu magowi, bogaty ladunek
emocjonalny. Placido Domingo spiewal role Parsifala-mlodzienca
z taka madra godnoscia, ze jego siwe wlosy i sylwetka dojrzalego
mezczyzny nie tylko nic nie ujmowaly roli, lecz jeszcze
bardziej ja uszlachetnily. Domingo ma ponad szescdziesiat
lat. Jest we wspanialej formie, spiewa dzisiaj lepiej niz
kilka lat temu. Jednak byl to chyba jego pozegnalny wystep
w tej roli, bowiem Parsifal nie wroci do Metropolitan
Opera wczesniej niz za kilka lat.
W krainie nieopodal zamku w Monsalvat w Hiszpanii, zraniony
Amfortas (baryton Hans-Jaochim Ketelsen) cierpi z powodu
jatrzacej sie rany. Rycerze strzegacy Swietego Graala obserwuja
bezradnie slabniecie jego sil. Przepowiednia powiada, ze
wyleczyc go moze tylko ktos "niewinnego serca, oswiecony
litoscia". Parsifal nic ze swego przeznaczenia jeszcze nie
pojmuje, Gurnemanz (imponujacy bas John Tomlinson) widzac,
ze jeszcze jest nieprzygotowany, wysyla go w dalsza droge.
Klingsor, zazdrosny i glodny wladzy czarownik (baryton Richard
Paul Fink), wysyla Kundry, by go sprowadzila na manowce.
Po latach wedrowki Parsifal powraca, spokornialy doswiadczeniem,
oczyszczony wspolczuciem. Swiety Graal ma znowu swego obronce.
Pange, língua, gloriosi/ Corporis mysterium... - "Glos chwale, jezyku, tajemnicy boskiego ciala" wyspiewuje
misterium Ostatniej Wieczerzy hymn sw. Tomasza. Bach wersetami
C. F. Henriciego, urzednika pocztowego w Lipsku, ktory jako
Picander, nie najgorszy poeta, zakonczyl swoja Pasje:
"W placzu, wolamy do Ciebie lezacego w grobie... Odpoczywaj,
zloz swe umeczone czlonki, odpoczywaj spokojnie, odpoczywaj
dobrze...". Wagner zakonczyl Parsifala tuz przed
smiercia, napawajac ostatnie slowa spokojna nadzieja.
Muzyka pozwala nam zagrac Bogu wyciszona kolysanke. Oswajac
sie z tajemnica smierci. Zblizyc do misterium zycia. Sanctus. Sanctus.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |