[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (27 kwietnia 2001)


GRAZYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Pange, lingua, gloriosi...

Dawno, dawno temu, na innym kontynencie, zupelnie inna ja, w innym swiecie, przezylam moment zblizony do malych wielkich objawien, o ktorych od czasu do czasu mozemy przeczytac w madrej ksiazce, uslyszec w biografii jakiegos wyjatkowego czlowieka albo rozpoznac w blysku wspanialego dziela.

Tez byl kwiecien. Dzien poniedzialkowy, w nijakim tygodniu zwyklego kalendarza. Rozjasniony sloncem, ale i to jest rzecza najzwyklejsza w porze niedeszczowej w Minas Gerais w Brazylii. Do Ouro Preto sprowadzily mnie krotkie wakacje, luksus kilku dni wolnego. Ouro Preto bylo wtedy jeszcze polsniete w swej prostocie i wyjatkowym uroku. Ani duze, ani male, leniwie rozlozone na wzgorzach. Szlam niespiesznie na spacer, bez specjalnego celu. Brukowane uliczki schodzily rytmicznie w dol, wspinaly sie w gore, rozchodzily promieniscie. Gliniane dachowki spadzistych dachow rudzialy w sloncu. Ktos sie wychylal z balkonu na pietrze, wspierajac o zelazna balustrade. Ktos pozdrawial z okna.

Na kazdym wzgorzu kosciol wznosil ku niebu barokowe wieze. Krzyze odcinaly sie bialo na tle szafirowego nieba. Anioly wznosily traby w wiecznym gescie chwaly. Figury swietych pilnowaly bram. Bylam juz daleko poza rynkiem, prawie za miastem, gdzie podchodza szare gory. Surowe - ze znakami ran z czasow dawnych kopaln srebra (tego ouro preto, "czarnego zlota", od ktorego stolica regionu przyjela nazwe). Ogolocone z drzew przez pozniejsze plantacje kawy, bowiem tam gdzie rosnie kawa, przez dziesiatki i dziesiatki lat nie rosnie nic.

Na skraju miasteczka bylo pusto. Cisza popoludnia stala zadumanym slupem. I nagle zdalo mi sie, ze slysze piesn - po lacinie, doskonalym sopranem spiewana. Skad tu lacina? Skad taki glos? Niemozliwe. Lecz slowa coraz wyrazniej brzmia, rozpoznaje swojska melodie. A wiec mozliwe. Sopran tak jasny, ze az przejrzysty. Jakby anioly z wiezy graly hejnal. Sanctus, sanctus, saaaanctuuus rozchodzi sie wokol.

Wypada zza rogu smarkaty chlopak, dziecko prawie. Skora ciemna, wlosy skrecone, krotkie portki, sprany podkoszulek. Murzynek podskakuje beztrosko, swiadom i nieswiadom, co spiewa. Ministrant wracajacy z lekcji? Gdzies sie spieszy. Moze mysli, ze matka czeka. Moze nic nie mysli, biegnie zadowolony, ze lekcji koniec. Wolny. Lysnal ku mnie usmiechem, leci dalej. Skacze z kamienia na kamien. Bose stopy klaszcza w rytmie sanc-tus-sanc-tus-saa... A z ust mu slowiki. Z ust hymny anielskie.

Piesn - jego glosem i niezalezna od niego - wznosi sie wyrazistymi kadencjami coraz wyzej i wyzej. Wzlatuje ponad rudymi dachami i koscielnymi wiezami. Ponad przestrzenia kamiennych gor. Prosto do nieba. Bog jest. Bog nas slyszy. Bog jest w nas. Spiewem i muzyka.

Podobny blysk fuzji zwyklego ze swietym zajasnial w czasie koncertu w Brooklyn Academy of Music z okazji wykonania Pasji wedlug sw. Mateusza Jana Sebastiana Bacha. Podstawowa jej sila lezy oczywiscie w samej muzyce. Bach tutaj jakby przeszedl samego siebie. Nadal oratorium bogata instrumentalizacje, ktora wymaga imponujacego aparatu muzycznego: podwojna orkiestra, 26 barokowych instrumentow, podwojny chor, siedmiu solistow. W recytatywy narracji z Ewangelii wlaczyl arie komentujace wydarzenia z ostatnich dni Jezusa, w choralach polaczyl glos ludzki w doskonalej harmonii z dzwiekiem instrumentow. Glos staje sie instrumentem. Ale muzyka nigdy nie istnieje sama w sobie. Oplata, wzmacnia, wznosi na nowe wyzyny slowo - pelne bolu i pelne obietnicy. Jest to medytacja o zdradzie i cierpieniu, przepelniona czuloscia. Pokorny hold ludzki i calkiem niepokornie boskie dzielo.

Lecz wymowa wieczoru wynika nie tylko z kunsztu kompozytora i wykonawcow. Utwor otrzymal wyjatkowy wyraz dzieki wspolpracy muzyka Paula Goodwina, producenta Rona Gonsalvesa i rezysera Jonathana Millera. Rezyser angielski (byc moze znany niektorym z panstwa z udanej inscenizacji Cesarza Ryszarda Kapuscinskiego w Londynie) przyjal tutaj prosta, a jednoczesnie bardzo odwazna koncepcje. Odarl oratorium z tradycyjnych obyczajow koncertowych. Udramatyzowal recytowane partie. Muzykow rozdzielil i umiescil naprzeciwko siebie. Z boku ustawil drewniany stol, na ktorym lezy chleb. Dwa chory rowniez ustawil po przeciwnych stronach sceny. Zwracaja sie ku sobie w dialogu ze soba i z instrumentami.

Muzycy i spiewacy zarysowuja krag, wokol ktorego my, sluchacze, stanowimy szerszy krag. Ubrani w codzienne stroje artysci wygladaja jak my. My wygladamy tak samo jak oni. Jestesmy najrozniejsi, wysocy i niscy, ciemnoskorzy i bladzi, zle ubrani i eleganccy, za grubi, za chudzi, brzydcy, starzy, bardzo mlodzi. Stanowimy wspolnote. Jednoczy nas muzyka Bacha, bochenek chleba na stole, slowo Boze.

Widzialam juz te rewelacyjna inscenizacje w 1997 r., w czasie pierwszej wizyty Pasji wedlug sw. Mateusza w rezyserii Millera w Nowym Jorku, rowniez w BAM. Kilku solistow pozostalo tych samych: cieply tenor Richard Clement, baryton Andrew Schroeder przejmujaco spiewajacy partie Jezusa i Daniel Taylor obdarzony dzwiecznym kontratenorem. Tak jak wtedy, dyrygowal Paul Goodwin, dyskretnie i z wielkim wyczuciem. Zmienila sie orkiestra, w tym roku wystapil znany zespol The New York Collegium specjalizujacy sie w muzyce barokowej. Doszli nowi solisci. Swietnie sprawdzil sie tenor Paul Agnew deklamujacy z przejeciem trudne partie Ewangelisty. Wzruszajaco spiewaly Phyllis Pancella i Heidi Grant Murphy. Czule zabrzmial baryton Stephena Varcoe'a.

Koncert w 1997 r. zapamietalam jako jedno z moich przezyc muzycznych. Szlam wiec w Wielki Piatek pelna oczekiwan, lecz ciut niespokojna, czy w podziw nie wkradnie sie nuta rozczarowania. Wprost przeciwnie. Inscenizacja sprawdza sie za powtornym razem, jeszcze glebiej poruszajac. Prostota i wstrzemiezliwosc zapraszaja do wspoludzialu. Pierwsze slowa Ewangelisty: "I stalo sie, gdy dokonczyl Jezus tych wszystkich mow, rzekl uczniom swoim..." wciagaja nas w pelna emocji spirale dramatycznej akcji. Jestesmy swiadkami meki Chrystusa. Stajemy sie czescia tlumu na ulicy Jeruzalem.

A raczej, Jeruzalem jest tu i teraz. Chrystus jest jednym z nas. Wielka muzyka Bacha nie wzbudza po prostu naszego podziwu. Przepelnia nas wzruszeniem. Oto my, zwykli i ulomni, wspolczujemy Bogu. Wspolczujemy sobie. Czulosc nas uwzniosla.

W tym samym Wielkim Tygodniu mialam przywilej - nieco psim swedem - uczestniczyc w jeszcze jednym wyjatkowym wydarzeniu muzycznym. Na cztery wieczory powrocil do Metropolitan Opera rzadko wystawiany Parsifal Richarda Wagnera, w tradycyjnej, lecz przekonujacej produkcji Otto Schenka, w oprawie Günthera Schneidera-Siemssena i z kostiumami Rolfa Langenfassa. James Levine dyrygowal jak natchniony, otrzymujac na koncu - a byla to juz polnoc - razem z orkiestra i solistami owacje.

Lecz dlaczego psim swedem? Szlam na wieczor pewna, ze mam od dawna zarezerwowany bilet. W kasie okazalo sie, ze nic dla mnie nie ma. W ogole wszystko jest wyprzedane, zreszta i tak kupic bym nie mogla, bo ceny szalencze. Wpuscili mnie jednak do czarodziejskiej sali, bowiem z takim przekonaniem nalegalam, ze bilet gdzies na pewno lezy, ze musze o operze napisac w polskiej gazecie, a wiec z takim przekonaniem mowilam wierzac swiecie w swe racje, ze glowny zarzadca obdarzyl mnie specjalna przepustka. Siedzialam wiec, jak jeszcze nigdy w zyciu, w reprezentacyjnej lozy. Spogladalam na nabita do ostatniego miejsca sale. Nawet rzedy dla stojacych byly wypelnione, co jest poswieceniem, bo opera trwa prawie szesc godzin. Sluchalam magicznej muzyki Wagnera wyspiewujacej stara historie o zdradzie i zalu, o cierpieniu i wedrowce w tesknocie za czyms ponadludzkim.

Muzyka rozlewala sie jak ocean szeroka fala. Orkiestra perfekcyjnie laczyla sie z glosami spiewakow. Zadnej innej chyba nie ma opery w tak niskim rejestrze, z tak plynnie rozlozonymi glosami. Na tle barytonow i basow jasnieje tenor Parsifala i mezzosopran Kundry. A tego wieczoru jasnialy szczegolnie. Violeta Urmana, gosc z Litwy, nadala roli "dzikiej kobiety", zmuszonej do sluzby zlemu magowi, bogaty ladunek emocjonalny. Placido Domingo spiewal role Parsifala-mlodzienca z taka madra godnoscia, ze jego siwe wlosy i sylwetka dojrzalego mezczyzny nie tylko nic nie ujmowaly roli, lecz jeszcze bardziej ja uszlachetnily. Domingo ma ponad szescdziesiat lat. Jest we wspanialej formie, spiewa dzisiaj lepiej niz kilka lat temu. Jednak byl to chyba jego pozegnalny wystep w tej roli, bowiem Parsifal nie wroci do Metropolitan Opera wczesniej niz za kilka lat.

W krainie nieopodal zamku w Monsalvat w Hiszpanii, zraniony Amfortas (baryton Hans-Jaochim Ketelsen) cierpi z powodu jatrzacej sie rany. Rycerze strzegacy Swietego Graala obserwuja bezradnie slabniecie jego sil. Przepowiednia powiada, ze wyleczyc go moze tylko ktos "niewinnego serca, oswiecony litoscia". Parsifal nic ze swego przeznaczenia jeszcze nie pojmuje, Gurnemanz (imponujacy bas John Tomlinson) widzac, ze jeszcze jest nieprzygotowany, wysyla go w dalsza droge. Klingsor, zazdrosny i glodny wladzy czarownik (baryton Richard Paul Fink), wysyla Kundry, by go sprowadzila na manowce. Po latach wedrowki Parsifal powraca, spokornialy doswiadczeniem, oczyszczony wspolczuciem. Swiety Graal ma znowu swego obronce.

Pange, língua, gloriosi/ Corporis mysterium... - "Glos chwale, jezyku, tajemnicy boskiego ciala" wyspiewuje misterium Ostatniej Wieczerzy hymn sw. Tomasza. Bach wersetami C. F. Henriciego, urzednika pocztowego w Lipsku, ktory jako Picander, nie najgorszy poeta, zakonczyl swoja Pasje: "W placzu, wolamy do Ciebie lezacego w grobie... Odpoczywaj, zloz swe umeczone czlonki, odpoczywaj spokojnie, odpoczywaj dobrze...". Wagner zakonczyl Parsifala tuz przed smiercia, napawajac ostatnie slowa spokojna nadzieja.

Muzyka pozwala nam zagrac Bogu wyciszona kolysanke. Oswajac sie z tajemnica smierci. Zblizyc do misterium zycia. Sanctus. Sanctus.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail