JERZY R. KRZYZANOWSKI
Mody na slowianszczyzne
Z Aleksandrem Schenkerem, slawista, profesorem Yale
University,
rozmawia Jolanta Szepieniec
Jolanta Szepieniec: - Panie Profesorze, jest Pan
zwiazany z Yale University i jego wydzialem slawistycznym
ponad, bagatela, 50 lat. Pamietam, ze kiedy spotkalismy
sie kilka lat temu, by porozmawiac na temat obecnosci Polakow
na Yale, wspomnial Pan o przypadku, ktory sprowadzil Pana
do New Haven. Prosze opowiedziec o tym zdarzeniu, ktore
przeciez zadecydowalo o Pana losach.
Prof. Aleksander Schenker: - Wszystko w zyciu
jest dzielem przypadku. Uwazam, ze nie ma rzeczy, ktora
nie bylaby nim kierowana. Idzie sie przez zycie i w pewnym
jego momencie stajemy na rozdrozu i trzeba zadecydowac,
czy skrecic w lewo, czy w prawo; i albo dokonamy korzystnego
wyboru, jesli mamy szczescie, albo nie, jezeli towarzyszy
nam pech. Dzisiaj moge juz sobie pozwolic na to, by powiedziec,
ze mialem raczej szczescie w zyciu. Kiedy Sowieci wywiezli
mnie i matke do lagru w glab Rosji, gdzie pracowalem przez
dwa lata jako drwal, myslalem, ze to juz koniec wszystkiego.
Okazalo sie jednak, ze gdybym pozostal we Lwowie, to pewnie
bym skonczyl w Oswiecimiu lub Treblince.
Wracajac jednak do przypadku, ktory sprowadzil mnie na
Yale. Wszystko zaczelo sie podczas wojny w Tadzykistanie,
niedaleko granicy z Afganistanem, gdzie los rzucil mnie
razem z matka. Pewnego dnia na bazarze sprzedawalem jakies
sukienki, ktore Polacy wowczas dostawali z delegatur polskich.
Jedna z kupujacych nie tylko zainteresowala sie moim towarem,
ale rowniez i mna. Kobieta, ktora okazala sie profesorem
literatury francuskiej na miejscowym uniwersytecie, namowila
mnie, by rozpoczac tam studia. Chociaz mialem ukonczone
wowczas trzy klasy gimnazjum, jakos udalo mi sie, musze
przyznac, przy dobrej woli profesorow, zdac wstepne egzaminy.
Kiedy w 1946 r. opuszczalem Tadzykistan, moj profesor od
jezykoznawstwa angielskiego, ktory widzial moj zapal i zdolnosci
do lingwistyki, kazal mi w Ameryce, do ktorej wlasnie wyjezdzalem,
poszukac prof. Bloomfielda.
- Jednym slowem w dalekiej Rosji dostal juz Pan
tak zwane dobre kontakty w Ameryce.
- Tez tak myslalem i zaraz po przyjezdzie zaczalem szukac
profesora Bloomfielda. Tymczasem nikt o nim nie slyszal
i, co gorsza, Amerykanie uznali, ze nie mam nawet skonczonej
szkoly sredniej. Nie mialem wyboru i zaczalem do niej uczeszczac.
Po jej ukonczeniu przyjeto mnie na New York University.
To byla zupelna katastrofa. Mialem wtedy 22 lata, a wiekszosc
moich kolegow - po lat 18. Nie potrafilem sie zaadaptowac
i wyjechalem do Europy, zahaczajac o Paryz. W teczce mialem
oczywiscie moje rosyjskie dokumenty. Wtedy we Francji ministerstwo
szkolnictwa bylo w rekach komunistow. Sierp i mlot na moich
papierach, ktore w Ameryce na nikim nie robily najmniejszego
wrazenia, mialy magiczna sile we Francji i otworzyly przede
mna Sorbone. Po roku jednak postanowilem wrocic do
Ameryki i na dobre zaczalem poszukiwac prof. Bloomfielda.
W koncu, po wielu trudach, znalazlem go na Yale. Zgodnie
z poleceniem zjawilem sie na uniwersytecie. Jednak wtedy
prof. Bloomfield byl umierajacy i przyjal mnie inny profesor,
jego zastepca, ktory, ku memu zaskoczeniu, zaproponowal
mi studia doktoranckie na wydziale lingwistyki - bylem przygotowany
na undergraduate courses. Profesor poinformowal mnie
rowniez, ze musze zdac egzaminy z niemieckiego, francuskiego,
laciny i greki. Francuski nie byl zadnym problemem, niemiecki
troche znalem, laciny uczylem sie w gimnazjum w Polsce,
ale o grece nie mialem pojecia. Profesor wytlumaczyl mi,
gdzie jest ksiegarnia, polecil podrecznik do nauki niemieckiej
gramatyki i kazal przyjsc pozniej. Troche odetchnalem, bo
pomyslalem, ze kilka tygodni starczy mi, by nadrobic zaleglosci.
Tymczasem tym "pozniej" okazalo sie popoludnie tego samego
dnia. Pamietam, ze wkuwalem ten niemiecki na cmentarzu,
bo to bylo jedyne miejsce, gdzie moglem usiasc, przeczucia
jednak mialem zle. Rzeczywiscie, egzaminu nie zdalem, ale
jednak mnie przyjeto.
- Takze jakis dobry duch sprawil, ze zostal Pan
najpierw doktorantem lingwistyki, a potem pracownikiem wydzialu
slawistyki.
- Lingwistyka byla doskonalym wydzialem. Kiedy jednak zaczeto
tworzyc na Yale wydzial rusycystyki, zatrudniono mnie na
nim, poniewaz bardzo dobrze mowilem po rosyjsku. Z roku
na rok wydzial sie rozrastal o inne filologie slowianskie
i ostatecznie powstal jeden z najlepszych wydzialow slawistyki
w Ameryce. Mialem w tym i ja swoj udzial, co mnie bardzo
cieszy. Dzisiaj, kiedy przegladam slawistyczne literackie
czy jezykoznawcze czasopisma wydawane w Ameryce, to wsrod
nazwisk autorow widze bardzo duzo naszych doktorantow, ktorzy
robia wspaniale kariery.
- Mam jednak wrazenie, ze slawistyka okres rozkwitu
ma juz za soba. Mysle, ze jest to zwiazane z panujacymi
modami w Ameryce. Byl okres, kiedy popularna byla rusycystyka,
a potem znowu cala slowianszczyzna, a w latach osiemdziesiatych,
z wiadomych powodow, polonistyka.
- Ma Pani racje. Poczatkowo na Yale bylo jedynie nauczanie
jezyka rosyjskiego na niskim poziomie. Uczyli wowczas Rosjanie,
emigranci, ktorzy przybyli tutaj po pierwszej wojnie swiatowej.
Uniwersytet Yale jednak szybko reagowal na popyt. Kiedy
tylko zauwazono duze zainteresowanie naukami slowianskimi,
przeznaczono pieniadze na ich rozwoj i zatrudniono doskonalych
naukowcow. Popyt na dana filologie jest zazwyczaj zwiazany
z sytuacja gospodarczo-polityczna danego kraju. Dzisiaj
Rosja zeszla do pozycji drugorzednego panstwa, zatem i zainteresowanie
nia zdecydowanie zmalalo. Studenci po prostu nie widza dla
siebie przyszlosci studiujac rusycystyke.
- Sugeruje Pan zatem, ze sila nauk slawistycznych,
w tym polonistyki, jest pochodna sily rusycystyki?
- W Ameryce zawsze tak bylo. Ubolewa nad tym zreszta Czeslaw
Milosz, mowiac, ze Rosjanie nas, Polakow, gniota swa dominacja
na wydzialach slawistycznych. I pewnie tak jest. Uwazam
jednak, ze polonistyka, a scisle literatura polska, nigdy
by nie zaistniala na amerykanskich uniwersytetach, gdyby
nie rusycystyka. O tym trzeba pamietac i z tym trzeba sie
pogodzic. Nie twierdze oczywiscie, ze nie byloby zainteresowania
historia Polski czy jezykiem polskim w sensie lingwistycznym.
Byloby takie same, jakie jest, na przyklad, zainteresowanie
historia czy jezykiem Wlochow. Z literatura jednak jest
zupelnie inaczej, a szczegolnie polska literatura, ktora
slusznie chlubi sie poezja. Aby polska poezja byla czytelna
dla amerykanskiego czytelnika, potrzebne sa doskonale przeklady,
ktore pokaza ja w calym jej pieknie. Tymczasem takich przekladow
nie ma.
- Nie ma?
- Wszystkie przeklady sa bardzo przyziemne. Dobry przeklad
bowiem wymaga dobrego tlumacza, a dobrzy tlumacze, niestety,
nie interesuja sie polska poezja. Dlatego poezja Mickiewicza,
jednego z najwiekszych poetow w historii swiata, dla Amerykanina
jest zupelnie nieznana wartoscia. No bo coz mozna zrobic
z Panem Tadeuszem? Jak Amerykanin moze zrozumiec
realia tego wspanialego dziela, skoro wielu wspolczesnym
Polakom sa one obce? Kto dzisiaj wie, jak wyglada gryka,
jesli w ogole wie, co to jest gryka? To samo jest z poezja
Slowackiego czy Wyspianskiego. Musze przyznac, ze nawet
Czeslaw Milosz w tlumaczeniu angielskim wypada blado.
- Zostaje jeszcze proza. Tez nie jest przetlumaczalna?
- Polska proza niestety nigdy nie pociagala Amerykanow.
Zaledwie kilku pisarzy, i to tylko z okresu powojennego,
zaciekawilo ten rynek. Nasi wielcy, Sienkiewicz czy Zeromski,
to tutaj zupelnie obce nazwiska. Ich proza, tak jak i reszty
pisarzy polskich, jest zbyt uboga, prowincjonalna w stosunku
do rosyjskiej, by moc egzystowac samodzielnie. Nie jest
to tylko klopot polski. Taki sam problem ma bohemistyka
czy inne filologie slowianskie.
- Czyli mali Slowianie sa zawsze przypisani do
duzej siostry, Rosji.
- Literatura rosyjska jest uniwersalna i nosna. Podziwiam
ja. W XIX wieku stworzyla dziela, ktore innym narodom nawet
sie nie marzyly. Polska, ktora kulturowo uwaza sie za cos
zdecydowanie lepszego niz Rosja, w sredniowieczu uzywala
tylko laciny i zalezala od zachodniej Europy. Wtedy Rosja
byla juz calkowicie zeslawizowana. Miala juz monumentalna
architekture i malarstwo z rodzimymi elementami i miala
wlasnych pisarzy, ktorzy pisali w staroruskim jezyku, tworzac
tym samym poczatki narodowej literatury. Ktorzy Slowianie
mogliby sie pochwalic w XII wieku tak przepieknym poematem,
jakim jest Slowo o wyprawie Igora? Nasz najstarszy
zabytek prozy to Kazania swietokrzyskie z XIV wieku,
mizerne zreszta od strony literackiej. Polacy, niestety,
nie akceptuja, nie rozumieja bogactwa rosyjskiej kultury,
ba, nie chca go nawet znac. Ulegaja w swoich sadach stereotypom,
widzac w Rosjanach narod dzikusow. A Rosja to kraj o wielkiej
kulturze. Dlatego wlasnie dzisiejszy zmierzch Rosji stanowi
o zmierzchu slawistki, o ktorym Pani wspomniala. Martwi
mnie to, bowiem wieloletnia praca amerykanskich slawistow
idzie jakby w zapomnienie.
- Nie sadze, by cokolwiek bylo zapomniane czy
stracone. Yale jest zbyt dobrym uniwersytetem, by sobie
na to pozwolic. A skoro mowa o dobrym uniwersytecie: co
kryje sie pod ta obiegowa ocena "najlepszy" czy "bardzo
dobry" uniwersytet?
- To bardzo dobre pytanie. Kiedy jestem na duzych stanowych
uniwersytetach, takich jak w Wisconsin czy Illinois i rozmawiam
z tamtejszymi profesorami, to nie widze zadnej roznicy miedzy
moimi kolegami z Yale a tamtejsza kadra naukowa. Uwazam,
ze jedyna roznica miedzy Yale a dobrym uniwersytetem stanowym,
to jakosc studentow. Prosze popatrzec na zagadnienie blizej.
Na Yale sklada podanie kilka tysiecy kandydatow. Sami kandydaci
dokonuja juz pierwszej selekcji samodzielnie decydujac,
czy maja jakiekolwiek szanse na przyjecie. Potem uczelnia
z tych kilku tysiecy chetnych przyjmuje jedynie poltora
tysiaca. Pozostaje zatem tylko najbardziej zdolna mlodziez,
ktora chce sie uczyc i ktora w wiekszosci wie, czego chce
sie uczyc.
- Slucham z wielka uwaga tego, co Pan Profesor
mowi i trudno mi sie pogodzic z opinia, ze uniwersytet to
tylko studenci. Jak sadze, dobor kadry naukowej nie jest
przypadkowy, a przeciez jest jeszcze tradycja, imponujaca
historia, ktorymi nie wszystkie uniwersytety moga sie poszczycic.
- Jeszcze trzeba dodac zasoby finansowe i biblioteczne,
ktore ogromnie roznia uczelnie. Wszystko to prawda. Bede
sie jednak upieral przy tym, ze o jakosci uniwersytetu stanowia
jego studenci.
- Trudno mi sie spierac. Stoi bowiem za Panem
piecdziesiecioletnie doswiadczenie.
Dziekuje za rozmowe.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |