PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (27 kwietnia 2001)


JERZY R. KRZYZANOWSKI

Mody na slowianszczyzne

Z Aleksandrem Schenkerem, slawista, profesorem Yale University,
rozmawia Jolanta Szepieniec

Jolanta Szepieniec: - Panie Profesorze, jest Pan zwiazany z Yale University i jego wydzialem slawistycznym ponad, bagatela, 50 lat. Pamietam, ze kiedy spotkalismy sie kilka lat temu, by porozmawiac na temat obecnosci Polakow na Yale, wspomnial Pan o przypadku, ktory sprowadzil Pana do New Haven. Prosze opowiedziec o tym zdarzeniu, ktore przeciez zadecydowalo o Pana losach.

Prof. Aleksander Schenker: - Wszystko w zyciu jest dzielem przypadku. Uwazam, ze nie ma rzeczy, ktora nie bylaby nim kierowana. Idzie sie przez zycie i w pewnym jego momencie stajemy na rozdrozu i trzeba zadecydowac, czy skrecic w lewo, czy w prawo; i albo dokonamy korzystnego wyboru, jesli mamy szczescie, albo nie, jezeli towarzyszy nam pech. Dzisiaj moge juz sobie pozwolic na to, by powiedziec, ze mialem raczej szczescie w zyciu. Kiedy Sowieci wywiezli mnie i matke do lagru w glab Rosji, gdzie pracowalem przez dwa lata jako drwal, myslalem, ze to juz koniec wszystkiego. Okazalo sie jednak, ze gdybym pozostal we Lwowie, to pewnie bym skonczyl w Oswiecimiu lub Treblince.

Wracajac jednak do przypadku, ktory sprowadzil mnie na Yale. Wszystko zaczelo sie podczas wojny w Tadzykistanie, niedaleko granicy z Afganistanem, gdzie los rzucil mnie razem z matka. Pewnego dnia na bazarze sprzedawalem jakies sukienki, ktore Polacy wowczas dostawali z delegatur polskich. Jedna z kupujacych nie tylko zainteresowala sie moim towarem, ale rowniez i mna. Kobieta, ktora okazala sie profesorem literatury francuskiej na miejscowym uniwersytecie, namowila mnie, by rozpoczac tam studia. Chociaz mialem ukonczone wowczas trzy klasy gimnazjum, jakos udalo mi sie, musze przyznac, przy dobrej woli profesorow, zdac wstepne egzaminy. Kiedy w 1946 r. opuszczalem Tadzykistan, moj profesor od jezykoznawstwa angielskiego, ktory widzial moj zapal i zdolnosci do lingwistyki, kazal mi w Ameryce, do ktorej wlasnie wyjezdzalem, poszukac prof. Bloomfielda.

- Jednym slowem w dalekiej Rosji dostal juz Pan tak zwane dobre kontakty w Ameryce.

- Tez tak myslalem i zaraz po przyjezdzie zaczalem szukac profesora Bloomfielda. Tymczasem nikt o nim nie slyszal i, co gorsza, Amerykanie uznali, ze nie mam nawet skonczonej szkoly sredniej. Nie mialem wyboru i zaczalem do niej uczeszczac. Po jej ukonczeniu przyjeto mnie na New York University. To byla zupelna katastrofa. Mialem wtedy 22 lata, a wiekszosc moich kolegow - po lat 18. Nie potrafilem sie zaadaptowac i wyjechalem do Europy, zahaczajac o Paryz. W teczce mialem oczywiscie moje rosyjskie dokumenty. Wtedy we Francji ministerstwo szkolnictwa bylo w rekach komunistow. Sierp i mlot na moich papierach, ktore w Ameryce na nikim nie robily najmniejszego wrazenia, mialy magiczna sile we Francji i otworzyly przede mna Sorbone. Po roku jednak postanowilem wrocic do Ameryki i na dobre zaczalem poszukiwac prof. Bloomfielda. W koncu, po wielu trudach, znalazlem go na Yale. Zgodnie z poleceniem zjawilem sie na uniwersytecie. Jednak wtedy prof. Bloomfield byl umierajacy i przyjal mnie inny profesor, jego zastepca, ktory, ku memu zaskoczeniu, zaproponowal mi studia doktoranckie na wydziale lingwistyki - bylem przygotowany na undergraduate courses. Profesor poinformowal mnie rowniez, ze musze zdac egzaminy z niemieckiego, francuskiego, laciny i greki. Francuski nie byl zadnym problemem, niemiecki troche znalem, laciny uczylem sie w gimnazjum w Polsce, ale o grece nie mialem pojecia. Profesor wytlumaczyl mi, gdzie jest ksiegarnia, polecil podrecznik do nauki niemieckiej gramatyki i kazal przyjsc pozniej. Troche odetchnalem, bo pomyslalem, ze kilka tygodni starczy mi, by nadrobic zaleglosci. Tymczasem tym "pozniej" okazalo sie popoludnie tego samego dnia. Pamietam, ze wkuwalem ten niemiecki na cmentarzu, bo to bylo jedyne miejsce, gdzie moglem usiasc, przeczucia jednak mialem zle. Rzeczywiscie, egzaminu nie zdalem, ale jednak mnie przyjeto.

- Takze jakis dobry duch sprawil, ze zostal Pan najpierw doktorantem lingwistyki, a potem pracownikiem wydzialu slawistyki.

- Lingwistyka byla doskonalym wydzialem. Kiedy jednak zaczeto tworzyc na Yale wydzial rusycystyki, zatrudniono mnie na nim, poniewaz bardzo dobrze mowilem po rosyjsku. Z roku na rok wydzial sie rozrastal o inne filologie slowianskie i ostatecznie powstal jeden z najlepszych wydzialow slawistyki w Ameryce. Mialem w tym i ja swoj udzial, co mnie bardzo cieszy. Dzisiaj, kiedy przegladam slawistyczne literackie czy jezykoznawcze czasopisma wydawane w Ameryce, to wsrod nazwisk autorow widze bardzo duzo naszych doktorantow, ktorzy robia wspaniale kariery.

- Mam jednak wrazenie, ze slawistyka okres rozkwitu ma juz za soba. Mysle, ze jest to zwiazane z panujacymi modami w Ameryce. Byl okres, kiedy popularna byla rusycystyka, a potem znowu cala slowianszczyzna, a w latach osiemdziesiatych, z wiadomych powodow, polonistyka.

- Ma Pani racje. Poczatkowo na Yale bylo jedynie nauczanie jezyka rosyjskiego na niskim poziomie. Uczyli wowczas Rosjanie, emigranci, ktorzy przybyli tutaj po pierwszej wojnie swiatowej. Uniwersytet Yale jednak szybko reagowal na popyt. Kiedy tylko zauwazono duze zainteresowanie naukami slowianskimi, przeznaczono pieniadze na ich rozwoj i zatrudniono doskonalych naukowcow. Popyt na dana filologie jest zazwyczaj zwiazany z sytuacja gospodarczo-polityczna danego kraju. Dzisiaj Rosja zeszla do pozycji drugorzednego panstwa, zatem i zainteresowanie nia zdecydowanie zmalalo. Studenci po prostu nie widza dla siebie przyszlosci studiujac rusycystyke.

- Sugeruje Pan zatem, ze sila nauk slawistycznych, w tym polonistyki, jest pochodna sily rusycystyki?

- W Ameryce zawsze tak bylo. Ubolewa nad tym zreszta Czeslaw Milosz, mowiac, ze Rosjanie nas, Polakow, gniota swa dominacja na wydzialach slawistycznych. I pewnie tak jest. Uwazam jednak, ze polonistyka, a scisle literatura polska, nigdy by nie zaistniala na amerykanskich uniwersytetach, gdyby nie rusycystyka. O tym trzeba pamietac i z tym trzeba sie pogodzic. Nie twierdze oczywiscie, ze nie byloby zainteresowania historia Polski czy jezykiem polskim w sensie lingwistycznym. Byloby takie same, jakie jest, na przyklad, zainteresowanie historia czy jezykiem Wlochow. Z literatura jednak jest zupelnie inaczej, a szczegolnie polska literatura, ktora slusznie chlubi sie poezja. Aby polska poezja byla czytelna dla amerykanskiego czytelnika, potrzebne sa doskonale przeklady, ktore pokaza ja w calym jej pieknie. Tymczasem takich przekladow nie ma.

- Nie ma?

- Wszystkie przeklady sa bardzo przyziemne. Dobry przeklad bowiem wymaga dobrego tlumacza, a dobrzy tlumacze, niestety, nie interesuja sie polska poezja. Dlatego poezja Mickiewicza, jednego z najwiekszych poetow w historii swiata, dla Amerykanina jest zupelnie nieznana wartoscia. No bo coz mozna zrobic z Panem Tadeuszem? Jak Amerykanin moze zrozumiec realia tego wspanialego dziela, skoro wielu wspolczesnym Polakom sa one obce? Kto dzisiaj wie, jak wyglada gryka, jesli w ogole wie, co to jest gryka? To samo jest z poezja Slowackiego czy Wyspianskiego. Musze przyznac, ze nawet Czeslaw Milosz w tlumaczeniu angielskim wypada blado.

- Zostaje jeszcze proza. Tez nie jest przetlumaczalna?

- Polska proza niestety nigdy nie pociagala Amerykanow. Zaledwie kilku pisarzy, i to tylko z okresu powojennego, zaciekawilo ten rynek. Nasi wielcy, Sienkiewicz czy Zeromski, to tutaj zupelnie obce nazwiska. Ich proza, tak jak i reszty pisarzy polskich, jest zbyt uboga, prowincjonalna w stosunku do rosyjskiej, by moc egzystowac samodzielnie. Nie jest to tylko klopot polski. Taki sam problem ma bohemistyka czy inne filologie slowianskie.

- Czyli mali Slowianie sa zawsze przypisani do duzej siostry, Rosji.

- Literatura rosyjska jest uniwersalna i nosna. Podziwiam ja. W XIX wieku stworzyla dziela, ktore innym narodom nawet sie nie marzyly. Polska, ktora kulturowo uwaza sie za cos zdecydowanie lepszego niz Rosja, w sredniowieczu uzywala tylko laciny i zalezala od zachodniej Europy. Wtedy Rosja byla juz calkowicie zeslawizowana. Miala juz monumentalna architekture i malarstwo z rodzimymi elementami i miala wlasnych pisarzy, ktorzy pisali w staroruskim jezyku, tworzac tym samym poczatki narodowej literatury. Ktorzy Slowianie mogliby sie pochwalic w XII wieku tak przepieknym poematem, jakim jest Slowo o wyprawie Igora? Nasz najstarszy zabytek prozy to Kazania swietokrzyskie z XIV wieku, mizerne zreszta od strony literackiej. Polacy, niestety, nie akceptuja, nie rozumieja bogactwa rosyjskiej kultury, ba, nie chca go nawet znac. Ulegaja w swoich sadach stereotypom, widzac w Rosjanach narod dzikusow. A Rosja to kraj o wielkiej kulturze. Dlatego wlasnie dzisiejszy zmierzch Rosji stanowi o zmierzchu slawistki, o ktorym Pani wspomniala. Martwi mnie to, bowiem wieloletnia praca amerykanskich slawistow idzie jakby w zapomnienie.

- Nie sadze, by cokolwiek bylo zapomniane czy stracone. Yale jest zbyt dobrym uniwersytetem, by sobie na to pozwolic. A skoro mowa o dobrym uniwersytecie: co kryje sie pod ta obiegowa ocena "najlepszy" czy "bardzo dobry" uniwersytet?

- To bardzo dobre pytanie. Kiedy jestem na duzych stanowych uniwersytetach, takich jak w Wisconsin czy Illinois i rozmawiam z tamtejszymi profesorami, to nie widze zadnej roznicy miedzy moimi kolegami z Yale a tamtejsza kadra naukowa. Uwazam, ze jedyna roznica miedzy Yale a dobrym uniwersytetem stanowym, to jakosc studentow. Prosze popatrzec na zagadnienie blizej. Na Yale sklada podanie kilka tysiecy kandydatow. Sami kandydaci dokonuja juz pierwszej selekcji samodzielnie decydujac, czy maja jakiekolwiek szanse na przyjecie. Potem uczelnia z tych kilku tysiecy chetnych przyjmuje jedynie poltora tysiaca. Pozostaje zatem tylko najbardziej zdolna mlodziez, ktora chce sie uczyc i ktora w wiekszosci wie, czego chce sie uczyc.

- Slucham z wielka uwaga tego, co Pan Profesor mowi i trudno mi sie pogodzic z opinia, ze uniwersytet to tylko studenci. Jak sadze, dobor kadry naukowej nie jest przypadkowy, a przeciez jest jeszcze tradycja, imponujaca historia, ktorymi nie wszystkie uniwersytety moga sie poszczycic.

- Jeszcze trzeba dodac zasoby finansowe i biblioteczne, ktore ogromnie roznia uczelnie. Wszystko to prawda. Bede sie jednak upieral przy tym, ze o jakosci uniwersytetu stanowia jego studenci.

- Trudno mi sie spierac. Stoi bowiem za Panem piecdziesiecioletnie doswiadczenie.

Dziekuje za rozmowe.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail