PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (20 kwietnia 2001)


GRAZYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Uczta swietych blaznow

Zaczal mi sie ten dziwny miesiac wiosenno-niewiosenny od wizyty u natchnionych blaznow i jakos juz tak pod natchnionym a blazenskim zarazem znakiem pozostal.

Bo to bylo tak. Pierwsze wydarzenie miesiaca nie w Nowym Jorku, ale za rzeka, w Newarku mi przypadlo. Pojechalam do niezbyt akustycznie przyjaznej sali New Jersey Performing Arts Center na recital wspanialej spiewaczki Frederiki von Stade. Wyszla z kuluarow na scene piekna dama w bordowej atlasowej sukni do samej ziemi, szla jak krolowa przez scene dostojnym krokiem w swiatlach reflektorow, w glorii slawy, bo jest przeciez jedna z najwiekszych mezzosopranistek naszych czasow. Szla wiec tryumfalnie, lubujac sie - wyobrazam sobie - oczekiwaniem wypelnionej sali, juz gotowej na pierwsze akordy dramatycznej muzyki Enrique'a Granadosa, nieomal juz wsluchujacej sie w pierwsze kaskady jej nosnego glosu w pelnych ekspresji piesniach z Coleccion de tonadillas escritas en estilo antiguo.

Kilka krokow za nia dreptal skromnie i niesmialo niewysoki mezczyzna, jej akompaniator, pogodnie kragly, lyskajacy poczatkujaca lysina, z bialym kolnierzykiem koszuli wystajacej nieco krzywo z fraka - doskonaly kontrapunkt eleganckiej dobitnosci solistki. Von Stade zblizyla sie do instrumentu stojacego na srodku sceny, zawahala przez moment - i zasiadla spokojnie przy fortepianie. Sala westchnela lekko w zdziwieniu. Za chwile westchnela jeszcze glebiej, kiedy Martin Katz, pianista, toczac sie dalej, minal swe miejsce, obszedl fortepian, ustawil sie z boku, we wglebieniu instrumentu tradycyjnie zarezerwowanym dla spiewakow, pochylil nieco do przodu, caly juz gotow do spiewu. I dopiero kiedy sala zadrzala od trzeciego juz westchnienia dezorientacji podszytej niepokojem - czyzbysmy mieli byc znowu swiadkami czyjejs niespozytej ambicji, by byc wszechstronnym?, dopiero wtedy von Stade wstala, usmiechnela sie szeroko, bardzo szeroko, i z widoczna przyjemnoscia podala nam swoj podarunek-zart: "Prima aprilis, kochani, prima aprilis!".

Potem juz bylo wszystko jak Pan Bog przykazal: von Stade krolowala na scenie, Katz swietnie jej akompaniowal, my wzdychalismy z zachwytu. Wzlatywala ku nam poezja slowa i dzwieku po hiszpansku w piesniach Granadosa, po niemiecku w piesniach z cyklu Des Knaben Wunderhorn Gustava Mahlera, po angielsku w calym cyklu nowych piesni wspolczesnych kompozytorow amerykanskich. Von Stade rozmawiala z publicznoscia swobodnie i z wyrazna przyjemnoscia, pokrotce opowiadala o okolicznosciach powstawania niektorych z piesni, dziekowala za serdeczne przyjecie. Pierwszy dzien miesiaca - a byla to niedziela, jesli panstwo pamietaja wyjatkowo nieprzyjemna, zacinajaca zimnym deszczem, poswistujaca ostrym wiatrem - rozjasnila sie przyjaznie i cieplo.

Wieczorem zas, juz z powrotem na wyspie Manhattan, czekala mnie nastepna mila niespodzianka. Otoz w kosciele o dlugiej nazwie German Evangelical Lutheran Church of St. Paul przy 22 St. zebrala sie wokol obficie zastawionego stolu grupa biesiadnikow - sporo siwowlosych, gromadki mlodych, kilka rodzin z dziecmi, kilka par w roznych ukladach i kolorach, ot, malownicza mieszanina wieku, plci i ras. Do sali przykoscielnej sprowadzilo ich przyjecie-benefit dla teatralnej grupy Dzieci. Taka wlasnie prosta, polska nazwe nadal zespolowi jego zalozyciel, amerykanski aktor, rezyser i psychoterapeuta Matt Mitler. Jest to rodzaj uklonu w strone Jerzego Grotowskiego, u ktorego Mitler praktykowal przez kilka lat.

Z mis ustawionych na stole splywaly kiscie winogron. Kusily ciasta i przerozne orzechy. Z glinianych dzbanow lalo sie szczodrze wino. Wokol biesiadnikow uwijali sie pelni niespozytej energii przebierancy, chlopcy w bialych plociennych portkach, dziewczeta w bialych dlugich sukniach. Ni to kuglarze, ni wiejscy idioci, ni prostaczkowie szlachetnego serca. Uslugiwali pilnie, roznosili jadlo, przymilajac sie i wyszczerzajac przesadnie zeby. Od czasu do czasu przyspiewywali pojedynczo albo skladali sie w harmonijny chor. Od czasu do czasu puszczali sie w skoczny tan, porywajac ze soba biesiadnikow. Z boku ktos wrozyl, a wrozyl same pomyslne oczekujace cie zdarzenia. Ktos wyrabial wyszczerzone zeby robione na miare. Ktos masaze oferowal albo kusil do wspolnych podskokow. Na aukcji z humorem prowadzonej przez Mitlera mozna bylo kupic wszystko, czego gdzie indziej kupic sie nie uda. Oto na przyklad przelicytowywano sie walczac z zapalem o Swietego Graala. A kiedy dumny posiadacz cieszyl sie juz czerwono-zlotym pucharem, wyciagnieto z przepastnego wora nastepny kielich, zaswiadczajac goraco, ze tym razem to juz najprawdziwszy, jedyny, oryginalny Swiety Kielich...

Deklaracje pisemne informuja, ze "jest to miedzynarodowy eksperymentalny zespol, ktory poszukuje 'tego, co swiete' poprzez dzialania teatralne. Poslugujac sie technikami zbieranymi u takich mistrzow, jak Jerzy Grotowski, Eugenio Barba i Peter Brook, formami rytualnymi Indian amerykanskich oraz wschodnimi praktykami medytacji, a takze na podstawie zasad Psychologii Humanistycznej, Dzieci maja za cel sluzyc teatrowi wedlug maksymy Stanislawskiego: nie powinnismy kochac siebie w sztuce, lecz sztuke w nas. Zmierzajac ku temu celowi, zespol swa prace nad teatralnym spektaklem rownowazy praca-usluga z pacjentami w roznych instytucjach. Dzieci wierza, ze pomagajac innym stwarza sie prawdziwie kojacy efekt, ktory nie tylko pomaga pacjentowi, lecz takze wzmacnia prace calego zespolu".

Deklaracje zaciekawiaja. Zdjecia, ktore ogladalam z wizyt w szpitalach, domach starcow i sierocincach, sugeruja mocna wiez emocjonalna z widzami-pacjentami, fizycznie czy psychicznie mocno uposledzonymi. Nie widzialam jeszcze wystepow teatralnych grupy, wiec powstrzymam sie od dalszych opisow. Jesli jednak sadzic po spontanicznej a przemilej atmosferze, jaka stworzyli tamtego wieczoru, a takze po listach pelnych cieplych slow wdziecznosci od ludzi w instytucjach, gdzie regularnie wystepuja, jest to grupa o szczegolnym darze niesienia radosci tam, gdzie zwykle tej radosci nie staje. Pracuja teraz nad nowym przedstawieniem na podstawie traktatu Aldousa Huxleya The Devils of Loudun oraz fragmentach z Fausta Goethego, z Mahabharaty, z poematow Miltona, Blake'a, Baudelaire'a, Dantego, Szekspira... Warto czekac na ich wystepy.

A poza tym Nowy Jork rozkwita - mimo spoznionej wiosny, mimo wielkomiejskiego pospiechu i halasu, mimo nieustannego zapracowania wszystkich i ciagle. Rozkwita kwietnie: trzy tysiace bialych lilii przy Rockefeller Center (do ogladania do 27 kwietnia), dumne tulipany wzdluz Park Avenue, rozowe wisnie w nieprzytomnie radosnych bukietach ponad szara woda Hudsonu, wystawne magnolie na Broadwayu, jaskrawozolte krzewy forsycji wsrod ciagle jeszcze bezlistnych przestrzeni Central Parku... I rozkwita muzycznie. W kosciolach, w glownych salach koncertowych, w przeroznych mniejszych salach odprawiane sa misteria - koncerty, oratoria, spotkania chorow zawodowych, polzawodowych i calkiem amatorskich. Przeciez to sa wielotygodniowe przygotowania. I znajduja sie setki ludzi, ktorzy poswiecaja czas na te godziny i godziny prob. I znajduja sie tysiace ludzi, ktorzy przychodza na te wszystkie niezliczone wielkanocno-wiosenne koncerty.

Nigdy nie przestaje mnie zdumiewac ten coroczny, podwojny kwietno-muzyczny cud. O muzyce bedzie oddzielnie, bo kilka wydarzen zasluguje na specjalna uwage. Szczegolnie wspaniale wystepy Plácido Domingo i debiut litewskiej spiewaczki Violety Urmany w Parsifalu w Metropolitan Opera oraz wzruszajaca, przepiekna Pasja wedlug sw. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha w rezyserii Jonathana Millera i wykonaniu New York Collegium pod batuta Paula Goodwina, w Wielki Piatek w Brooklyn Academy of Music. Na razie "slow mi brak", by chocby zblizyc sie w opisie do wzruszen tamtego wieczoru - zupelnie jak slow zabraklo Dantemu, kiedy stanal w zachwycie przed swietlistym obliczem pod koniec swej dlugiej wedrowki przez Pieklo-Czysciec-Raj.

Przywoluje tu Dantego oczywiscie celowo. Bo oto trafilam do nastepnych natchnionych narwancow. Jak co roku w Wielki Czwartek, juz po raz osmy, w katedrze sw. Jana, w lewym bocznym oltarzu znanym jako "Zakatek Poety", zebrala sie poznym wieczorem grupa chetnych do czytania i sluchania poezji. Od pierwszych slow: Nel mezzo del cammin de nostra vita...(W zycia wedrowce, na polowie czasu,/ Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi...) towarzyszylismy tej nocy wloskiemu poecie w jego powolnym schodzeniu, krag po krag, piesn po piesni, w glab Piekla. Wsrod czytajacych na glos Cantos z pierwszej czesci Boskiej Komedii znalezli sie poeci - Molly Peacock, Phillis Levin, Charles Martin, tlumacze i specjalisci od Dantego - Robert i Jean Hollander, Scott Failla, znani artysci jak rezyser Arthur Penn czy pisarz Mark Rudman, lub mniej znani, ale rownie przejeci swa rola lektorzy poezji na glos, w kadencjach terza rima. Dopiero tuz przed jutrznia opuscilismy wyciemniona przestrzen katedry, by razem z Dantem spojrzec ku niebu domyslajac sie, gdzies hen, ponad chmurami, blasku gwiazd: E quindi uscimmo a riveder le stelle.

Kwiecien jest "miesiacem poezji", powiada amerykanski obyczaj. Zakoncze wiec wierszem - bardziej nam wspolczesnym, z ulic naszego miasta. Chcialabym w ten sposob zaznaczyc jego wlasnymi slowami obecnosc wsrod nas ostatniego z "beatnikow", Gregory Corso, zmarlego w marcu tego roku.

GREGORY CORSO

Druga noc po trzyletniej nieobecnosci w Nowym Jorku
Bylem szczesliwy i szampansko pijany
Na ulicy bylo ciemno
Machnalem reka do mlodego policjanta
Usmiechnal sie
Podszedlem do niego
Zeby opowiedziec mu o swojej mlodosci w wiezieniu
I o tym ze wlasnie wrocilem z Europy
Ktora w polowie nawet nie nauczyla mnie tego co wiezienie
Wszystko bylo prawda i zartem
Smial sie Smial sie
Poczulem sie tak szczesliwy ze powiedzialem:
"Wybacz mi to wszystko i pocaluj mnie!"
"Nie, nie, nie!" - zawolal
I odszedl z pospiechem.

Przeklad Julia Hartwig

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail