GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Uczta swietych blaznow
Zaczal mi sie ten dziwny miesiac wiosenno-niewiosenny od
wizyty u natchnionych blaznow i jakos juz tak pod natchnionym
a blazenskim zarazem znakiem pozostal.
Bo to bylo tak. Pierwsze wydarzenie miesiaca nie w Nowym
Jorku, ale za rzeka, w Newarku mi przypadlo. Pojechalam
do niezbyt akustycznie przyjaznej sali New Jersey Performing
Arts Center na recital wspanialej spiewaczki Frederiki von
Stade. Wyszla z kuluarow na scene piekna dama w bordowej
atlasowej sukni do samej ziemi, szla jak krolowa przez scene
dostojnym krokiem w swiatlach reflektorow, w glorii slawy,
bo jest przeciez jedna z najwiekszych mezzosopranistek naszych
czasow. Szla wiec tryumfalnie, lubujac sie - wyobrazam sobie
- oczekiwaniem wypelnionej sali, juz gotowej na pierwsze
akordy dramatycznej muzyki Enrique'a Granadosa, nieomal
juz wsluchujacej sie w pierwsze kaskady jej nosnego glosu
w pelnych ekspresji piesniach z Coleccion de tonadillas
escritas en estilo antiguo.
Kilka krokow za nia dreptal skromnie i niesmialo niewysoki
mezczyzna, jej akompaniator, pogodnie kragly, lyskajacy
poczatkujaca lysina, z bialym kolnierzykiem koszuli wystajacej
nieco krzywo z fraka - doskonaly kontrapunkt eleganckiej
dobitnosci solistki. Von Stade zblizyla sie do instrumentu
stojacego na srodku sceny, zawahala przez moment - i zasiadla
spokojnie przy fortepianie. Sala westchnela lekko w zdziwieniu.
Za chwile westchnela jeszcze glebiej, kiedy Martin Katz,
pianista, toczac sie dalej, minal swe miejsce, obszedl fortepian,
ustawil sie z boku, we wglebieniu instrumentu tradycyjnie
zarezerwowanym dla spiewakow, pochylil nieco do przodu,
caly juz gotow do spiewu. I dopiero kiedy sala zadrzala
od trzeciego juz westchnienia dezorientacji podszytej niepokojem
- czyzbysmy mieli byc znowu swiadkami czyjejs niespozytej
ambicji, by byc wszechstronnym?, dopiero wtedy von Stade
wstala, usmiechnela sie szeroko, bardzo szeroko, i z widoczna
przyjemnoscia podala nam swoj podarunek-zart: "Prima aprilis,
kochani, prima aprilis!".
Potem juz bylo wszystko jak Pan Bog przykazal: von Stade
krolowala na scenie, Katz swietnie jej akompaniowal, my
wzdychalismy z zachwytu. Wzlatywala ku nam poezja slowa
i dzwieku po hiszpansku w piesniach Granadosa, po niemiecku
w piesniach z cyklu Des Knaben Wunderhorn Gustava
Mahlera, po angielsku w calym cyklu nowych piesni wspolczesnych
kompozytorow amerykanskich. Von Stade rozmawiala z publicznoscia
swobodnie i z wyrazna przyjemnoscia, pokrotce opowiadala
o okolicznosciach powstawania niektorych z piesni, dziekowala
za serdeczne przyjecie. Pierwszy dzien miesiaca - a byla
to niedziela, jesli panstwo pamietaja wyjatkowo nieprzyjemna,
zacinajaca zimnym deszczem, poswistujaca ostrym wiatrem
- rozjasnila sie przyjaznie i cieplo.
Wieczorem zas, juz z powrotem na wyspie Manhattan, czekala
mnie nastepna mila niespodzianka. Otoz w kosciele o dlugiej
nazwie German Evangelical Lutheran Church of St. Paul przy
22 St. zebrala sie wokol obficie zastawionego stolu grupa
biesiadnikow - sporo siwowlosych, gromadki mlodych, kilka
rodzin z dziecmi, kilka par w roznych ukladach i kolorach,
ot, malownicza mieszanina wieku, plci i ras. Do sali przykoscielnej
sprowadzilo ich przyjecie-benefit dla teatralnej grupy Dzieci.
Taka wlasnie prosta, polska nazwe nadal zespolowi jego zalozyciel,
amerykanski aktor, rezyser i psychoterapeuta Matt Mitler.
Jest to rodzaj uklonu w strone Jerzego Grotowskiego, u ktorego
Mitler praktykowal przez kilka lat.
Z mis ustawionych na stole splywaly kiscie winogron. Kusily
ciasta i przerozne orzechy. Z glinianych dzbanow lalo sie
szczodrze wino. Wokol biesiadnikow uwijali sie pelni niespozytej
energii przebierancy, chlopcy w bialych plociennych portkach,
dziewczeta w bialych dlugich sukniach. Ni to kuglarze, ni
wiejscy idioci, ni prostaczkowie szlachetnego serca. Uslugiwali
pilnie, roznosili jadlo, przymilajac sie i wyszczerzajac
przesadnie zeby. Od czasu do czasu przyspiewywali pojedynczo
albo skladali sie w harmonijny chor. Od czasu do czasu puszczali
sie w skoczny tan, porywajac ze soba biesiadnikow. Z boku
ktos wrozyl, a wrozyl same pomyslne oczekujace cie zdarzenia.
Ktos wyrabial wyszczerzone zeby robione na miare. Ktos masaze
oferowal albo kusil do wspolnych podskokow. Na aukcji z
humorem prowadzonej przez Mitlera mozna bylo kupic wszystko,
czego gdzie indziej kupic sie nie uda. Oto na przyklad przelicytowywano
sie walczac z zapalem o Swietego Graala. A kiedy dumny posiadacz
cieszyl sie juz czerwono-zlotym pucharem, wyciagnieto z
przepastnego wora nastepny kielich, zaswiadczajac goraco,
ze tym razem to juz najprawdziwszy, jedyny, oryginalny Swiety
Kielich...
Deklaracje pisemne informuja, ze "jest to miedzynarodowy
eksperymentalny zespol, ktory poszukuje 'tego, co swiete'
poprzez dzialania teatralne. Poslugujac sie technikami zbieranymi
u takich mistrzow, jak Jerzy Grotowski, Eugenio Barba i
Peter Brook, formami rytualnymi Indian amerykanskich oraz
wschodnimi praktykami medytacji, a takze na podstawie zasad
Psychologii Humanistycznej, Dzieci maja za cel sluzyc teatrowi
wedlug maksymy Stanislawskiego: nie powinnismy kochac siebie
w sztuce, lecz sztuke w nas. Zmierzajac ku temu celowi,
zespol swa prace nad teatralnym spektaklem rownowazy praca-usluga
z pacjentami w roznych instytucjach. Dzieci wierza, ze pomagajac
innym stwarza sie prawdziwie kojacy efekt, ktory nie tylko
pomaga pacjentowi, lecz takze wzmacnia prace calego zespolu".
Deklaracje zaciekawiaja. Zdjecia, ktore ogladalam z wizyt
w szpitalach, domach starcow i sierocincach, sugeruja mocna
wiez emocjonalna z widzami-pacjentami, fizycznie czy psychicznie
mocno uposledzonymi. Nie widzialam jeszcze wystepow teatralnych
grupy, wiec powstrzymam sie od dalszych opisow. Jesli jednak
sadzic po spontanicznej a przemilej atmosferze, jaka stworzyli
tamtego wieczoru, a takze po listach pelnych cieplych slow
wdziecznosci od ludzi w instytucjach, gdzie regularnie wystepuja,
jest to grupa o szczegolnym darze niesienia radosci tam,
gdzie zwykle tej radosci nie staje. Pracuja teraz nad nowym
przedstawieniem na podstawie traktatu Aldousa Huxleya The
Devils of Loudun oraz fragmentach z Fausta Goethego,
z Mahabharaty, z poematow Miltona, Blake'a, Baudelaire'a,
Dantego, Szekspira... Warto czekac na ich wystepy.
A poza tym Nowy Jork rozkwita - mimo spoznionej wiosny,
mimo wielkomiejskiego pospiechu i halasu, mimo nieustannego
zapracowania wszystkich i ciagle. Rozkwita kwietnie: trzy
tysiace bialych lilii przy Rockefeller Center (do ogladania
do 27 kwietnia), dumne tulipany wzdluz Park Avenue, rozowe
wisnie w nieprzytomnie radosnych bukietach ponad szara woda
Hudsonu, wystawne magnolie na Broadwayu, jaskrawozolte krzewy
forsycji wsrod ciagle jeszcze bezlistnych przestrzeni Central
Parku... I rozkwita muzycznie. W kosciolach, w glownych
salach koncertowych, w przeroznych mniejszych salach odprawiane
sa misteria - koncerty, oratoria, spotkania chorow zawodowych,
polzawodowych i calkiem amatorskich. Przeciez to sa wielotygodniowe
przygotowania. I znajduja sie setki ludzi, ktorzy poswiecaja
czas na te godziny i godziny prob. I znajduja sie tysiace
ludzi, ktorzy przychodza na te wszystkie niezliczone wielkanocno-wiosenne
koncerty.
Nigdy nie przestaje mnie zdumiewac ten coroczny, podwojny
kwietno-muzyczny cud. O muzyce bedzie oddzielnie, bo kilka
wydarzen zasluguje na specjalna uwage. Szczegolnie wspaniale
wystepy Plácido Domingo i debiut litewskiej spiewaczki
Violety Urmany w Parsifalu w Metropolitan Opera oraz
wzruszajaca, przepiekna Pasja wedlug sw. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha w rezyserii Jonathana Millera i
wykonaniu New York Collegium pod batuta Paula Goodwina,
w Wielki Piatek w Brooklyn Academy of Music. Na razie "slow
mi brak", by chocby zblizyc sie w opisie do wzruszen tamtego
wieczoru - zupelnie jak slow zabraklo Dantemu, kiedy stanal
w zachwycie przed swietlistym obliczem pod koniec swej dlugiej
wedrowki przez Pieklo-Czysciec-Raj.
Przywoluje tu Dantego oczywiscie celowo. Bo oto trafilam
do nastepnych natchnionych narwancow. Jak co roku w Wielki
Czwartek, juz po raz osmy, w katedrze sw. Jana, w lewym
bocznym oltarzu znanym jako "Zakatek Poety", zebrala sie
poznym wieczorem grupa chetnych do czytania i sluchania
poezji. Od pierwszych slow: Nel mezzo del cammin de nostra
vita...(W zycia wedrowce, na polowie czasu,/ Straciwszy
z oczu szlak niemylnej drogi...) towarzyszylismy tej
nocy wloskiemu poecie w jego powolnym schodzeniu, krag po
krag, piesn po piesni, w glab Piekla. Wsrod czytajacych
na glos Cantos z pierwszej czesci Boskiej Komedii znalezli sie poeci - Molly Peacock, Phillis Levin, Charles
Martin, tlumacze i specjalisci od Dantego - Robert i Jean
Hollander, Scott Failla, znani artysci jak rezyser Arthur
Penn czy pisarz Mark Rudman, lub mniej znani, ale rownie
przejeci swa rola lektorzy poezji na glos, w kadencjach terza rima. Dopiero tuz przed jutrznia opuscilismy
wyciemniona przestrzen katedry, by razem z Dantem spojrzec
ku niebu domyslajac sie, gdzies hen, ponad chmurami, blasku
gwiazd: E quindi uscimmo a riveder le stelle.
Kwiecien jest "miesiacem poezji", powiada amerykanski obyczaj.
Zakoncze wiec wierszem - bardziej nam wspolczesnym, z ulic
naszego miasta. Chcialabym w ten sposob zaznaczyc jego wlasnymi
slowami obecnosc wsrod nas ostatniego z "beatnikow", Gregory
Corso, zmarlego w marcu tego roku.
GREGORY CORSO
Druga noc po trzyletniej nieobecnosci w Nowym Jorku
Bylem szczesliwy i szampansko pijany
Na ulicy bylo ciemno
Machnalem reka do mlodego policjanta
Usmiechnal sie
Podszedlem do niego
Zeby opowiedziec mu o swojej mlodosci w wiezieniu
I o tym ze wlasnie wrocilem z Europy
Ktora w polowie nawet nie nauczyla mnie tego co wiezienie
Wszystko bylo prawda i zartem
Smial sie Smial sie
Poczulem sie tak szczesliwy ze powiedzialem:
"Wybacz mi to wszystko i pocaluj mnie!"
"Nie, nie, nie!" - zawolal
I odszedl z pospiechem.
Przeklad Julia Hartwig
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |