PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (13 kwietnia 2001)


JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Danuty Mostwin ksiazki narodu polskiego...

(dokonczenie)

Nastepna powiescia, opowiadajaca o kolejnym etapie wedrowki glownych protagonistow sagi, jest Ameryko, Ameryko! (Instytut Literacki, Paryz 1961). Mimo doskonalych recenzji, przyznajacych ksiazce "napisanej bez wzruszenia, wzrusza najbardziej" - jak pisal Jan Rostworowski w Wiadomosciach - wysoka range literacka i dokumentalna, typowanej do nagrod i Wiadomosci i Kultury, nagrod tych Ameryko, Ameryko! nie dostala. Moze znow przeszkodzila snobistyczna wzgarda dla realizmu, moze przewazyl eurocentryzm polskiej elity intelektualnej Paryza i Londynu. Najbardziej uderza w tej powiesci o jakze znanym uchodzcom i emigrantom zaczynaniu wszystkiego od poczatku, trwajacy od pierwszej do ostatniej strony stan napiecia: uda sie im czy nie uda, utrzymaja sie na powierzchni, czy pojda na dno? A jesli sie utrzymaja, to jakim psychicznym kosztem, czy cos sie w ich osobowosci i wzajemnych stosunkach radykalnie zmieni, czy pozostana i soba, i razem? Wreszcie, czy przyjmie ich do siebie "amerykanska" Ameryka, czy tez upodobnia sie do polonijnych mieszkancow ulicy Szerokiej, ktorym wcale nie wadzi ich status jednej z wielu mniejszosci etnicznych. "Polskie Amerykany", czy Polacy w Ameryce? - oto jest pytanie.

Entuzjastycznie przyjeta na emigracji, w kraju (Pax, Warszawa 1981) Ameryko, Ameryko! nie zyskala rozglosu. "W czasie gdy ja opublikowano - pisze prof. Stepien*) - uwage przykuwaly te utwory literatury emigracyjnej, ktore mocno i wyraziscie angazowaly sie w bardzo zywe wowczas, budzace emocje pasje polityczne". Nie jestem pewna, jakie to byly wtedy utwory, ale kolejna powiesc Mostwin Ja za woda, ty za woda (Instytut Literacki, Paryz 1972), blizsza sprawom krajowym, choc jej akcja takze toczy sie w Ameryce, nie zainteresowala polskich wydawcow. A jest to w polskim powiesciopisarstwie drugiej polowy XX wieku prawdziwa perla. Nie ma tu juz sympatycznej pary malzenskiej Bogi i Stasia ani innych bezposrednich elementow autobiograficznych, mimo ze miejscem akcji jest - podobnie jak w Ameryko, Ameryko! - Baltimore, czyli powiesciowe Monumental City, a w nim polskie srodowisko emigranckie starej i nowej Polonii. Jak w klasycznym dramacie, wzglednie stabilny stan rzeczy zakloca pojawienie sie dwojga przybyszow, naukowcow-stypendystow z Polski. Oboje, doktor Joanna i doktor Ketler, niezaleznie od siebie wchodza w krag miejscowych Polakow, wnoszac ze soba bakcyle "tamtejszosci", ktore zaognia stare rany i ujawnia ukryte stany chorobowe. Nic jednak nie dzieje sie tak, by sami aktorzy powiesciowych wydarzen albo czytelnicy - takze przeciez dzielacy sie na tych "stad" i na tych "stamtad" - mogli przewidziec, co sie stanie. Niesmiala Joanna rozkwitnie w rezultacie nieoczekiwanego romansu z bardzo atrakcyjnym Amerykaninem i wprowadzi go w polskie towarzystwo, wciaz w sferze kontaktow poza praca odizolowane od rodowitych Amerykanow. Wydawaloby sie, ze kandydatka numer jeden do przekroczenia tego progu powinna byc doktor Hanka Sanocka, jedyna tu emigrantka, ktora w Ameryce czuje sie doskonale i do Polski, inaczej niz jej juz niekochany, psychicznie mniej odporny maz, zupelnie nie teskni. Tymczasem to ona wlasnie zakochuje sie w nie majacym zamiaru pozostac w Ameryce Ketlerze, ktory odwzajemnia jej uczucie, ale lepsze szanse dla rozwoju swej kariery naukowej realistycznie widzi w kraju. Tragiczna smierc Hanki Sanockiej wydaje sie tylez bezsensownym, co niepokojaco trafnym wyrokiem losu. Jakby i los na obczyznie, w ogromnej Ameryce, byl bardziej nieprzenikniony i obojetny wobec swych ofiar niz gromy z rodzinnego nieba.

Recenzenci prasy emigracyjnej wysoko ocenili Ja za woda, ty za woda; zobaczyli w tej powiesci przede wszystkim niesentymentalny portret polonijnego srodowiska w Ameryce, zaostrzony wprowadzeniem tu dwojga Polakow z biletem powrotnym do kraju. Szczegolny zachwyt wzbudzila kulminacyjna scena polskiego przyjecia bozonarodzeniowego - a wiec znow klasyczna w naszej literaturze biesiada - bardzo ostra, nieomal drapiezna w precyzyjnym "nagraniu" rozgrzanych wodka konwersacji i spiewow, ale jednak nie karykaturalna. "Jest w tym opisie ironia, jest i usmiech serdeczny, jest i kpina, jest i sentyment" - pisala jedna z cytowanych przez Mariana Stepnia recenzentek, Tamara Karren. Jest to tez szczytowy popis wielkiego talentu pisarki, bedacej mistrzynia bardzo modernistycznej polifonii w prezentowaniu swoich postaci powiesciowych. Wszyscy tu wszystkim, ale i sobie nieustannie sie przygladaja, oceniaja, utrwalaja sie w swoich uprzedzeniach albo je rewiduja - i to samo czyni czytelnik, podczas gdy autorka pozwala im byc, jakimi sa, nie rozwiazujac ich problemow, pozostawiajac ich na koncu powiesci tam, gdzie byli na jej poczatku, nie odwrotnie.

Poniewaz Danuta Mostwin przez wiele lat w Ameryce pracowala naukowo jako psycholog spoleczny, krytycy czesto wskazuja na owe doswiadczenia i zwiazane z nimi terapeutyczne podejscie do trudnych problemow zyciowych jako na baze jej materialu powiesciowego. Co wiecej, interpretuja jej utwory literackie w mysl zalozenia, ze ze wzgledu na zawod autorki daja one "przekroj spoleczny", ukazuja "psychologie rodziny", a moze nawet ucza emigracyjnej sztuki zycia. Marian Stepien, ukazujac Danute Mostwin jako przede wszystkim wybitna (i nie w pelni doceniona) pisarke, dal jednak swej monografii tytul jej najbardziej znanej pracy naukowej: Trzecia wartosc. Piszac o wspolnym zrodle obu dziedzin tworczosci Mostwin, literackiej i naukowej, powoluje sie na wypowiedzi samej pisarki, chocby na takie jej zdanie o poczuciu obowiazku wobec polskiej wspolnoty emigracyjnej w Ameryce: "Bylam i jestem czescia tej wielkiej rodziny, a bedac tak blisko, pisalam jej kronike". Profesor Stepien tak sumuje ten watek: "I wreszcie - last but not least - zarowno w tworczosci literackiej Danuty Mostwin, jak i w jej poswieconych emigracji studiach badawczych dostrzec mozna poczucie misji, szczegolnego zobowiazania do dania swiadectwa zyciu wlasnemu i emigracyjnej wspolnoty, do ktorej sie nalezy".

Na pewno dowodem tego poczucia misji byla praca opiekunki spolecznej, a potem badania socjologiczne prof. Mostwin, z ktorych wylonila sie jej koncepcja "trzeciej wartosci", czyli asymilacji w nowym kraju, przyjeciu jego norm spoleczno-obyczajowych, ale i swiadomego kultywowania wiezi z krajem rodzinnym. Trudno nie uznac tego postulatu za jak najbardziej trafny drogowskaz w chaosie emigranckich zmagan i rozterek zwiazanych z kwestia tozsamosci, jesli nie wlasnej, to na pewno dzieci i wnukow. Czytelnik Ameryko, Ameryko! zapewne dostrzeze, ze najlepiej czuja sie w Ameryce ci Polacy, glownie ze starej Polonii, ktorzy sa dumni i ze swojego amerykanskiego obywatelstwa i z kultywowania, chocby w stanie szczatkowym, polskich tradycji. Sama pisarka dobitnie zaznacza ow mariaz dwoch wartosci w swoim tworczym warsztacie licznymi tlumaczonymi przez siebie cytatami z amerykanskiej poezji, glownie Walta Whitmana, wspolbrzmiacymi, jako ich motta, z polskimi watkami jej powiesci. Takim programowym mottem dla calej siedmiotomowej sagi powiesciowej jest wlasnie werset z Whitmana: Ani o ziarno jeczmienia mniej... A jednak, moze niezaleznie od intencji autorki, jej utwory literackie nie stanowia ilustracji triumfu "trzeciej wartosci" w kregu najblizszej Danucie Mostwin inteligenckiej powojennej polskiej emigracji. Czym dalej w ich drodze zyciowej, tym trudniej jest bohaterom powiesci, po obu stronach oceanu, w dawnej i nowszej historii, czerpac sile z przekazanych im w rodzinnym spadku lub zdobytych za wysoka cene wartosci. Jesli emigracja w Domu starej lady i Nie ma domu jest wspolnie przezywana katastrofa, a w Ameryko, Ameryko! wyzwaniem zmuszajacym do mobilizacji psychicznej i fizycznej zwartej rodziny, to w pozniejszych powiesciach i opowiadaniach staje sie jedna z wielu odmian wedrowki zyciowej, od mlodzienczego Sturm und Drang, entuzjazmow i zludzen, ku ich coraz bardziej samotniczemu prochnieniu i utracie. A jesli nagroda bywa pogodzenie sie z losem, to bilans zyskow i strat jest tu bardzo chwiejny, jak w dopalajacej sie swiecy z wiersza Borysa Pasternaka, ktory Amerykanin John Armstrong deklamuje Joasi. Tajemnica zwyciezonych, nawet w najpogodniejszym amerykanskim domku, jest ich chroniczny bol. Czasem mowia, ze to "bakcyl polskosci". A moze nie tylko? Bo emigracja w utworach literackich Mostwin (podobnie jak wojna, jak komunizm w kraju), moze byc tylez przyczyna, co wymowka - wspolnym mianownikiem klesk osobistych.

Wyrazem tej ambiwalencji w diagnozie emigracyjnych nieszczesc jest zbior literackich portretow amerykanskich Polakow i Polakow w Ameryce Asteroidy (Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1965). Wielu z nich bylo klientami biura opieki spolecznej, w ktorym pracowala autorka, lub pacjentami zakladow psychiatrycznych, innych poznala niezaleznie od swojej pracy zawodowej, a zainteresowali ja jako "ludzie z kreska" - nieudane "przeszczepy" na obcy amerykanski grunt. Oni mowia, autorka raczej slucha, niz pyta, ale czyni to tak, ze czytelnik wraz z nia bezskutecznie szuka odpowiedzi na odwieczna zagadke zyciowej kleski. Czy winna emigracja, czy przeszczep sie nie udal? - czy tez na nowej obcej glebie silniej zarysowaly sie obecne juz przedtem, a moze wrodzone pekniecia? Czy emigracja byla ich czynnikiem sprawczym, czy katalizatorem procesow samodestrukcji? W recenzji zatytulowanej "Znieksztalcony obraz. W obronie starej i nowej emigracji" Danuta Kossowska zarzucila autorce Asteroidow (cytuje za prof. Stepniem), ze "usiluje zrobic z nas jakichs oblakanych bialych emigrantow". Posrednia odpowiedz na ten zarzut znajdujemy w przemowieniu Danuty Mostwin na uroczystosci przyznania jej nagrody przez Zwiazek Pisarzy Polskich na Obczyznie za wydana tuz po Asteroidach powiesc Olivia (Instytut Literacki, Paryz 1965), ktorej tytulowa bohaterka jest mloda Amerykanka, ofiara nieudanej adopcji.

"... wydaje mi sie, ze Olivia nie jest ksiazka amerykanska, chociaz wiele w niej amerykanskiego folkloru, nie jest ksiazka polska, chociaz pisana jest w polskim jezyku, nie jest nawet ksiazka o mlodej dziewczynie, ktora na prozno szamotala sie, nie znajdujac zadnej pomocy dla siebie, albo znajduje ja zbyt pozno. Wydaje mi sie, ze jest to problem wspolczesnego czlowieka, ktory nieraz pozostawiony na odizolowanej wyspie bezskutecznie wola o pomoc, bo glosu jego nikt nie ma czasu uslyszec. Jest to ksiazka o naszej bezsilnosci wobec warunkow, ktore narzuca nam zycie (podkreslenie JR-C.).

Tym glebsze jest owo przeslanie w Olivii, ze dotyczy nie tylko szukajacej pomocy amerykanskiej dziewczyny, ale takze probujacej ja ratowac, rownie bezsilnej terapeutki cudzoziemki - alter ego autorki. Nie dajmy sie wiec zwiesc szufladkujacym tworczosc Danuty Mostwin formulom. Jest socjologiem, ale jako pisarke interesuja ja nie mechanizmy grupowe, a odrebne, do innych niepodobne ludzkie losy. Jest emigrantka, wiec pisze wiele o emigrantach, tak jak Prus pisal wiele o warszawiakach, a Wieslaw Mysliwski - o mieszkancach okolic Sandomierza. (Zauwazmy z przykroscia, ze ani Mostwin, ani Mysliwski nie znalezli sie w poswieconym wspolczesnej polskiej literaturze niedawnym numerze The Chicago Review.) Warto tez zauwazyc, ze w jej powiesciach emigranckich Baltimore staje sie symbolicznym Monumental City, podczas gdy kazde miasto, dzielnica i wies polska pozostaja soba: Lublinem, Saska Kepa, Zaklikowem... Soba w czasie przeszlym mitycznym i historycznym zarazem, ziemia glebokich korzeni i niskich domostw - czyli akurat inaczej niz w nowym swiecie Ameryki.

Nie powinno wiec byc zaskoczeniem dla uwaznych czytelnikow prozy Danuty Mostwin, ze tematem jej kolejnej powiesci Odchodza moi synowie (PFK, Londyn 1977) jest samotnosc starzejacej sie emigrantki, a forma narracji - podzielony na dwa glosy monolog wewnetrzny. Monika, matka dwoch juz doroslych synow, ktorych dobro bylo motywem wszystkich jej zyciowych wyborow, bynajmniej nie dobila do portu "trzeciej wartosci", a przeciwnie, ma swiadomosc utraty obu swoich adresow zyciowych - i tego, ktory z nadzieja na lepsze opuscila, i amerykanskiego, w ktorym mimo ogromnych wysilkow nie mogla sie zadomowic. Marian Stepien interpretuje rozdarcie wewnetrzne Moniki jako rezultat odejscia od biednego meza w Polsce i malzenstwa z bogatym starszym Amerykaninem. Tamara Karren pisala w Tygodniu Polskim o charakterystycznym dla wszystkich polskich emigrantow kompleksie "przeszczepienca". Roza Nowotarska na lamach Nowego Dziennika (w Przegladzie Polskim), uznala, ze Monike powoli zabija pamiec. Natomiast recenzentka Kultury Janina Katz-Hewetson zarzucila i bohaterce powiesci, i autorce, histerie. Najwyrazniej wiec i w tej powiesci Danuta Mostwin osiagnela swoj cel artystyczny: zaniepokoila czytelnikow, stawiajac ich przed zagadka ludzkiego losu. Wojna i emigracja, milosc, macierzynstwo, lek przed progiem starosci, to archetypowe kategorie doswiadczen, zyciowa odyseja, w ktorej kazdy z nas pomiedzy wlasna wedruje Troja i Itaka, nawet jesli wielu nas trojan, wielu uciekinierow z tej samej zburzonej Warszawy, wedruje do tej samej, nieciekawej naszej przeszlosci Ameryki.

"Niepokoj jest wszedzie" - John Armstrong odpowiada Joasi Janiak na jej wywod o polskich komplikacjach. Doskonala wiedza o niepokojach polskich i talent literacki zlozyly sie w ksiazkach Danuty Mostwin na dzielo, ktorego nuta przewodnia jest poszukiwanie, jak sama powiedziala, "calosci powiazan czlowieka z otaczajacym go swiatem". Gdzie "kazda najdrobniejsza rzecz jest wazna".

A pelna sympatii dla autorki i podziwu dla jej tworczosci monografie Mariana Stepnia takze czyta sie jak powiesc. O wielkiej, choc z lubelska bardzo skromnej damie polskiej literatury mieszkajacej przy alei Malvern w Baltimore.

------------------------

*) Marian Stepien, Trzecia wartosc. O tworczosci Danuty Mostwin. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellonskiego, Krakow 2000, s. 269 plus 30 z fotografiami.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail