JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK
Danuty Mostwin ksiazki narodu polskiego...
(dokonczenie)
Nastepna powiescia, opowiadajaca o kolejnym etapie wedrowki
glownych protagonistow sagi, jest Ameryko, Ameryko! (Instytut
Literacki, Paryz 1961). Mimo doskonalych recenzji, przyznajacych
ksiazce "napisanej bez wzruszenia, wzrusza najbardziej"
- jak pisal Jan Rostworowski w Wiadomosciach - wysoka
range literacka i dokumentalna, typowanej do nagrod i Wiadomosci i Kultury, nagrod tych Ameryko, Ameryko! nie
dostala. Moze znow przeszkodzila snobistyczna wzgarda dla
realizmu, moze przewazyl eurocentryzm polskiej elity intelektualnej
Paryza i Londynu. Najbardziej uderza w tej powiesci o jakze
znanym uchodzcom i emigrantom zaczynaniu wszystkiego od
poczatku, trwajacy od pierwszej do ostatniej strony stan
napiecia: uda sie im czy nie uda, utrzymaja sie na powierzchni,
czy pojda na dno? A jesli sie utrzymaja, to jakim psychicznym
kosztem, czy cos sie w ich osobowosci i wzajemnych stosunkach
radykalnie zmieni, czy pozostana i soba, i razem? Wreszcie,
czy przyjmie ich do siebie "amerykanska" Ameryka, czy tez
upodobnia sie do polonijnych mieszkancow ulicy Szerokiej,
ktorym wcale nie wadzi ich status jednej z wielu mniejszosci
etnicznych. "Polskie Amerykany", czy Polacy w Ameryce? -
oto jest pytanie.
Entuzjastycznie przyjeta na emigracji, w kraju (Pax, Warszawa
1981) Ameryko, Ameryko! nie zyskala rozglosu. "W
czasie gdy ja opublikowano - pisze prof. Stepien*)
- uwage przykuwaly te utwory literatury emigracyjnej, ktore
mocno i wyraziscie angazowaly sie w bardzo zywe wowczas,
budzace emocje pasje polityczne". Nie jestem pewna, jakie
to byly wtedy utwory, ale kolejna powiesc Mostwin Ja
za woda, ty za woda (Instytut Literacki, Paryz
1972), blizsza sprawom krajowym, choc jej akcja takze
toczy sie w Ameryce, nie zainteresowala polskich wydawcow.
A jest to w polskim powiesciopisarstwie drugiej polowy XX
wieku prawdziwa perla. Nie ma tu juz sympatycznej pary malzenskiej
Bogi i Stasia ani innych bezposrednich elementow autobiograficznych,
mimo ze miejscem akcji jest - podobnie jak w Ameryko,
Ameryko! - Baltimore, czyli powiesciowe Monumental City,
a w nim polskie srodowisko emigranckie starej i nowej Polonii.
Jak w klasycznym dramacie, wzglednie stabilny stan rzeczy
zakloca pojawienie sie dwojga przybyszow, naukowcow-stypendystow
z Polski. Oboje, doktor Joanna i doktor Ketler, niezaleznie
od siebie wchodza w krag miejscowych Polakow, wnoszac ze
soba bakcyle "tamtejszosci", ktore zaognia stare rany i
ujawnia ukryte stany chorobowe. Nic jednak nie dzieje sie
tak, by sami aktorzy powiesciowych wydarzen albo czytelnicy
- takze przeciez dzielacy sie na tych "stad" i na tych "stamtad"
- mogli przewidziec, co sie stanie. Niesmiala Joanna rozkwitnie
w rezultacie nieoczekiwanego romansu z bardzo atrakcyjnym
Amerykaninem i wprowadzi go w polskie towarzystwo, wciaz
w sferze kontaktow poza praca odizolowane od rodowitych
Amerykanow. Wydawaloby sie, ze kandydatka numer jeden do
przekroczenia tego progu powinna byc doktor Hanka Sanocka,
jedyna tu emigrantka, ktora w Ameryce czuje sie doskonale
i do Polski, inaczej niz jej juz niekochany, psychicznie
mniej odporny maz, zupelnie nie teskni. Tymczasem to ona
wlasnie zakochuje sie w nie majacym zamiaru pozostac w Ameryce
Ketlerze, ktory odwzajemnia jej uczucie, ale lepsze szanse
dla rozwoju swej kariery naukowej realistycznie widzi w
kraju. Tragiczna smierc Hanki Sanockiej wydaje sie tylez
bezsensownym, co niepokojaco trafnym wyrokiem losu. Jakby
i los na obczyznie, w ogromnej Ameryce, byl bardziej nieprzenikniony
i obojetny wobec swych ofiar niz gromy z rodzinnego nieba.
Recenzenci prasy emigracyjnej wysoko ocenili Ja za woda,
ty za woda; zobaczyli w tej powiesci przede wszystkim
niesentymentalny portret polonijnego srodowiska w Ameryce,
zaostrzony wprowadzeniem tu dwojga Polakow z biletem powrotnym
do kraju. Szczegolny zachwyt wzbudzila kulminacyjna scena
polskiego przyjecia bozonarodzeniowego - a wiec znow klasyczna
w naszej literaturze biesiada - bardzo ostra, nieomal drapiezna
w precyzyjnym "nagraniu" rozgrzanych wodka konwersacji i
spiewow, ale jednak nie karykaturalna. "Jest w tym opisie
ironia, jest i usmiech serdeczny, jest i kpina, jest i sentyment"
- pisala jedna z cytowanych przez Mariana Stepnia recenzentek,
Tamara Karren. Jest to tez szczytowy popis wielkiego talentu
pisarki, bedacej mistrzynia bardzo modernistycznej polifonii
w prezentowaniu swoich postaci powiesciowych. Wszyscy tu
wszystkim, ale i sobie nieustannie sie przygladaja, oceniaja,
utrwalaja sie w swoich uprzedzeniach albo je rewiduja -
i to samo czyni czytelnik, podczas gdy autorka pozwala im
byc, jakimi sa, nie rozwiazujac ich problemow, pozostawiajac
ich na koncu powiesci tam, gdzie byli na jej poczatku, nie
odwrotnie.
Poniewaz Danuta Mostwin przez wiele lat w Ameryce pracowala
naukowo jako psycholog spoleczny, krytycy czesto wskazuja
na owe doswiadczenia i zwiazane z nimi terapeutyczne podejscie
do trudnych problemow zyciowych jako na baze jej materialu
powiesciowego. Co wiecej, interpretuja jej utwory literackie
w mysl zalozenia, ze ze wzgledu na zawod autorki daja one
"przekroj spoleczny", ukazuja "psychologie rodziny", a moze
nawet ucza emigracyjnej sztuki zycia. Marian Stepien, ukazujac
Danute Mostwin jako przede wszystkim wybitna (i nie w pelni
doceniona) pisarke, dal jednak swej monografii tytul jej
najbardziej znanej pracy naukowej: Trzecia wartosc. Piszac
o wspolnym zrodle obu dziedzin tworczosci Mostwin, literackiej
i naukowej, powoluje sie na wypowiedzi samej pisarki, chocby
na takie jej zdanie o poczuciu obowiazku wobec polskiej
wspolnoty emigracyjnej w Ameryce: "Bylam i jestem czescia
tej wielkiej rodziny, a bedac tak blisko, pisalam jej kronike".
Profesor Stepien tak sumuje ten watek: "I wreszcie - last
but not least - zarowno w tworczosci literackiej Danuty
Mostwin, jak i w jej poswieconych emigracji studiach badawczych
dostrzec mozna poczucie misji, szczegolnego zobowiazania
do dania swiadectwa zyciu wlasnemu i emigracyjnej wspolnoty,
do ktorej sie nalezy".
Na pewno dowodem tego poczucia misji byla praca opiekunki
spolecznej, a potem badania socjologiczne prof. Mostwin,
z ktorych wylonila sie jej koncepcja "trzeciej wartosci",
czyli asymilacji w nowym kraju, przyjeciu jego norm spoleczno-obyczajowych,
ale i swiadomego kultywowania wiezi z krajem rodzinnym.
Trudno nie uznac tego postulatu za jak najbardziej trafny
drogowskaz w chaosie emigranckich zmagan i rozterek zwiazanych
z kwestia tozsamosci, jesli nie wlasnej, to na pewno dzieci
i wnukow. Czytelnik Ameryko, Ameryko! zapewne dostrzeze,
ze najlepiej czuja sie w Ameryce ci Polacy, glownie ze starej
Polonii, ktorzy sa dumni i ze swojego amerykanskiego obywatelstwa
i z kultywowania, chocby w stanie szczatkowym, polskich
tradycji. Sama pisarka dobitnie zaznacza ow mariaz dwoch
wartosci w swoim tworczym warsztacie licznymi tlumaczonymi
przez siebie cytatami z amerykanskiej poezji, glownie Walta
Whitmana, wspolbrzmiacymi, jako ich motta, z polskimi watkami
jej powiesci. Takim programowym mottem dla calej siedmiotomowej
sagi powiesciowej jest wlasnie werset z Whitmana: Ani
o ziarno jeczmienia mniej... A jednak, moze niezaleznie
od intencji autorki, jej utwory literackie nie stanowia
ilustracji triumfu "trzeciej wartosci" w kregu najblizszej
Danucie Mostwin inteligenckiej powojennej polskiej emigracji.
Czym dalej w ich drodze zyciowej, tym trudniej jest bohaterom
powiesci, po obu stronach oceanu, w dawnej i nowszej historii,
czerpac sile z przekazanych im w rodzinnym spadku lub zdobytych
za wysoka cene wartosci. Jesli emigracja w Domu starej
lady i Nie ma domu jest wspolnie przezywana katastrofa,
a w Ameryko, Ameryko! wyzwaniem zmuszajacym do mobilizacji
psychicznej i fizycznej zwartej rodziny, to w pozniejszych
powiesciach i opowiadaniach staje sie jedna z wielu odmian
wedrowki zyciowej, od mlodzienczego Sturm und Drang,
entuzjazmow i zludzen, ku ich coraz bardziej samotniczemu
prochnieniu i utracie. A jesli nagroda bywa pogodzenie sie
z losem, to bilans zyskow i strat jest tu bardzo chwiejny,
jak w dopalajacej sie swiecy z wiersza Borysa Pasternaka,
ktory Amerykanin John Armstrong deklamuje Joasi. Tajemnica
zwyciezonych, nawet w najpogodniejszym amerykanskim domku,
jest ich chroniczny bol. Czasem mowia, ze to "bakcyl polskosci".
A moze nie tylko? Bo emigracja w utworach literackich Mostwin
(podobnie jak wojna, jak komunizm w kraju), moze byc tylez
przyczyna, co wymowka - wspolnym mianownikiem klesk osobistych.
Wyrazem tej ambiwalencji w diagnozie emigracyjnych nieszczesc
jest zbior literackich portretow amerykanskich Polakow i
Polakow w Ameryce Asteroidy (Polska Fundacja Kulturalna,
Londyn 1965). Wielu z nich bylo klientami biura opieki spolecznej,
w ktorym pracowala autorka, lub pacjentami zakladow psychiatrycznych,
innych poznala niezaleznie od swojej pracy zawodowej, a
zainteresowali ja jako "ludzie z kreska" - nieudane "przeszczepy"
na obcy amerykanski grunt. Oni mowia, autorka raczej slucha,
niz pyta, ale czyni to tak, ze czytelnik wraz z nia bezskutecznie
szuka odpowiedzi na odwieczna zagadke zyciowej kleski. Czy
winna emigracja, czy przeszczep sie nie udal? - czy tez
na nowej obcej glebie silniej zarysowaly sie obecne juz
przedtem, a moze wrodzone pekniecia? Czy emigracja byla
ich czynnikiem sprawczym, czy katalizatorem procesow samodestrukcji?
W recenzji zatytulowanej "Znieksztalcony obraz. W obronie
starej i nowej emigracji" Danuta Kossowska zarzucila autorce Asteroidow (cytuje za prof. Stepniem), ze "usiluje
zrobic z nas jakichs oblakanych bialych emigrantow". Posrednia
odpowiedz na ten zarzut znajdujemy w przemowieniu Danuty
Mostwin na uroczystosci przyznania jej nagrody przez Zwiazek
Pisarzy Polskich na Obczyznie za wydana tuz po Asteroidach powiesc Olivia (Instytut Literacki, Paryz 1965), ktorej tytulowa bohaterka jest mloda Amerykanka, ofiara
nieudanej adopcji.
"... wydaje mi sie, ze Olivia nie jest ksiazka
amerykanska, chociaz wiele w niej amerykanskiego folkloru,
nie jest ksiazka polska, chociaz pisana jest w polskim jezyku,
nie jest nawet ksiazka o mlodej dziewczynie, ktora na prozno
szamotala sie, nie znajdujac zadnej pomocy dla siebie, albo
znajduje ja zbyt pozno. Wydaje mi sie, ze jest to problem
wspolczesnego czlowieka, ktory nieraz pozostawiony na odizolowanej
wyspie bezskutecznie wola o pomoc, bo glosu jego nikt nie
ma czasu uslyszec. Jest to ksiazka o naszej bezsilnosci
wobec warunkow, ktore narzuca nam zycie (podkreslenie
JR-C.).
Tym glebsze jest owo przeslanie w Olivii, ze
dotyczy nie tylko szukajacej pomocy amerykanskiej dziewczyny,
ale takze probujacej ja ratowac, rownie bezsilnej terapeutki
cudzoziemki - alter ego autorki. Nie dajmy sie wiec
zwiesc szufladkujacym tworczosc Danuty Mostwin formulom.
Jest socjologiem, ale jako pisarke interesuja ja nie mechanizmy
grupowe, a odrebne, do innych niepodobne ludzkie losy. Jest
emigrantka, wiec pisze wiele o emigrantach, tak jak Prus
pisal wiele o warszawiakach, a Wieslaw Mysliwski - o mieszkancach
okolic Sandomierza. (Zauwazmy z przykroscia, ze ani Mostwin,
ani Mysliwski nie znalezli sie w poswieconym wspolczesnej
polskiej literaturze niedawnym numerze The Chicago Review.)
Warto tez zauwazyc, ze w jej powiesciach emigranckich Baltimore
staje sie symbolicznym Monumental City, podczas gdy kazde
miasto, dzielnica i wies polska pozostaja soba: Lublinem,
Saska Kepa, Zaklikowem... Soba w czasie przeszlym mitycznym
i historycznym zarazem, ziemia glebokich korzeni i niskich
domostw - czyli akurat inaczej niz w nowym swiecie Ameryki.
Nie powinno wiec byc zaskoczeniem dla uwaznych czytelnikow
prozy Danuty Mostwin, ze tematem jej kolejnej powiesci Odchodza
moi synowie (PFK, Londyn 1977) jest samotnosc starzejacej
sie emigrantki, a forma narracji - podzielony na dwa glosy
monolog wewnetrzny. Monika, matka dwoch juz doroslych synow,
ktorych dobro bylo motywem wszystkich jej zyciowych wyborow,
bynajmniej nie dobila do portu "trzeciej wartosci", a przeciwnie,
ma swiadomosc utraty obu swoich adresow zyciowych - i tego,
ktory z nadzieja na lepsze opuscila, i amerykanskiego, w
ktorym mimo ogromnych wysilkow nie mogla sie zadomowic.
Marian Stepien interpretuje rozdarcie wewnetrzne Moniki
jako rezultat odejscia od biednego meza w Polsce i malzenstwa
z bogatym starszym Amerykaninem. Tamara Karren pisala w Tygodniu Polskim o charakterystycznym dla wszystkich
polskich emigrantow kompleksie "przeszczepienca". Roza Nowotarska
na lamach Nowego Dziennika (w Przegladzie Polskim),
uznala, ze Monike powoli zabija pamiec. Natomiast recenzentka Kultury Janina Katz-Hewetson zarzucila i bohaterce
powiesci, i autorce, histerie. Najwyrazniej wiec i w tej
powiesci Danuta Mostwin osiagnela swoj cel artystyczny:
zaniepokoila czytelnikow, stawiajac ich przed zagadka ludzkiego
losu. Wojna i emigracja, milosc, macierzynstwo, lek przed
progiem starosci, to archetypowe kategorie doswiadczen,
zyciowa odyseja, w ktorej kazdy z nas pomiedzy wlasna wedruje
Troja i Itaka, nawet jesli wielu nas trojan, wielu uciekinierow
z tej samej zburzonej Warszawy, wedruje do tej samej, nieciekawej
naszej przeszlosci Ameryki.
"Niepokoj jest wszedzie" - John Armstrong odpowiada Joasi
Janiak na jej wywod o polskich komplikacjach. Doskonala
wiedza o niepokojach polskich i talent literacki zlozyly
sie w ksiazkach Danuty Mostwin na dzielo, ktorego nuta przewodnia
jest poszukiwanie, jak sama powiedziala, "calosci powiazan
czlowieka z otaczajacym go swiatem". Gdzie "kazda najdrobniejsza
rzecz jest wazna".
A pelna sympatii dla autorki i podziwu dla jej tworczosci
monografie Mariana Stepnia takze czyta sie jak powiesc.
O wielkiej, choc z lubelska bardzo skromnej damie polskiej
literatury mieszkajacej przy alei Malvern w Baltimore.
------------------------
*) Marian Stepien, Trzecia wartosc. O tworczosci
Danuty Mostwin. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellonskiego,
Krakow 2000, s. 269 plus 30 z fotografiami.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |