PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (30 marca 2001)


JACEK DURSKI

Jutrosin

Spalcie mnie po smierci i rozsypcie resztke pod Jutrosinem. Najlepiej blisko Madonny z Szymonek, tej z wyplakanymi oczyma albo nad Orle, przy ktoryms mostku... Pojde sobie stamtad do nieba.

Z blekitu sfrunal ptak. Jechalem dwukolka przez jutrosinska zielonosc z malego dworca kolejowego do malego miasteczka. Mgly rozwiewaly sie odslaniajac coraz to dalsze pola i laki.

Podskakiwalem na kolanach dziadka Blu. Ojciec ojca coraz ostrzej poganial konie, okladajac lejcami brunatne zady. Dal mi prowadzic na prostej. Pedzilismy jak wiatr, a za nami w bryce cala rodzina obiecujaca dziadkowi, "ze go zaraz wsadzi do Wronek". Bylo wspaniale. Pierwszy raz powozilem konmi i poznalem dziadka z porabana glowa. Dziadek Blu, rowiesny Pilsudskiego, milo wspominal wyprawe na Litwe, chociaz wrocil do Jutrosina ze szpara w glowie po czerwonej szabli. Jeszcze dzisiaj mogl wlozyc w srodek czola grosz albo medalik z pierwszej komunii.

- Cybatego mialem wierzchowca - opowiadal mi zaraz po szalenczej jezdzie. - Potykala sie szkapa i potykala, o tak. I potknela sie, kiedy cialem kolejnego armiejca. O tak cialem - wyciagnal szable z pochwy. Zamigotalo w pokoju slonce.

- Codziennie wywija ta brzytwa, az strach - skarzyla sie ojcu babcia. - Kiedy tylko wyjde z mieszkania, a przeciez musze do sklepu, Blu narzuca koldre na porecz naszego lozka, nasadza poduche i z okrzykiem "no, ustaw sie cybaty!" wskazuje na rzekomego wierzchowca. Sciskajac lydkami debowe esy-floresy rusza na Molodeczno. Musialam odsunac lozko od sciany, zeby jechal jak lubi. I wycial Polske z atlasu Zbinia, Polske z innymi granicami.

"Powinnismy byc wszedzie" straszy listonosza szabliskiem.

- Sam general widzial, jak cybaty pogryzl tego armiejca. Zagryzl go najdrozszy, kiedy lezalem pod kopytami - wyszczerzyl dziadek zeby i chapsnal mi marynarke. - Razem dostalismy Virtuti.

- Zostaw malego, dopiero przyjechal - odezwala sie babcia od mojego ojca, od najukochanszego Ignaca.

- Nie bylo rozkazu gadac z babami - zachichotal dziadek i juz siedzial okrakiem na szczycie malzenskiego loza. Dosiegnal pamiecia cieply leb wierzchowca. Zarzal za cybatego.

Dziadek Blu byl tym najwazniejszym w Jutrosinie. Byl zywym pomnikiem w miasteczku. Walczyl z Rosja i Zwiazkiem Sowieckim, z prusactwem i hitlerowcami. Wiekszosc zycia spedzil na koniu, z szabla. Sluchano go stojac na bacznosc, tolerowano starcze wyglupy. Dopiero za nim stal ksiadz proboszcz, lekarz, aptekarka, wikary. Te kolejke zaklocal tylko moj ojciec, kiedy przyjezdzal do Jutrosina. Na szczescie dla "kolejki" co kilka lat, na Wielkanoc. Teraz przyjechal ze mna, pochwalic sie piecioletnim madrasem, ktory juz czyta od roku i rozwiazuje zadania szachowe.

- Po obiadku idziemy na spacer pokazac sie wszystkim przed Wielkanoca - powiedzial.

Wyszlismy z obrosnietej bluszczem, przyjemnie chlodnej kamienicy na taflowany goracem rynek. W czarnych lakierkach, z czarnymi parasolami spacerowalismy po kwadracie przez dobra godzine, witajac sie z jutrosiniakami. Slonce plynelo ze scian ratusza. Dobrze, ze drzewa podsylaly cienie. Przywitawszy sie z wazniejszymi w miasteczku, zeszlismy nad Orle rozwierzbiona stojacymi nad nia iwami. Szemrala wplywajac pod drewniany most. Zdjalem buty i odlozylem na trawe parasol. Popieknialo. Ojciec tez sciagnal buty. Polozyl sie pod niebem. Dookola rozlewaly sie pola i laki. Jezioro zielonego i brazowego. Plywaly w nim bialo-czarne krowy. Staly strachy-charlaki. Daleko, na drugim brzegu, smuklily sie wiezyczki kosciolka. Uslyszalem ciche dzwonienie. Dzwiek polatywal rownina. Krazyl niebieskawo, przysiadal bieluchno. Biale, zarozowione na brzegach kola. Przez chwile postrzepione gdakaniem kury. Dzwon brzmial coraz mocniej, glebiej, niebiesko i zolto. Dzwonil do dalszych wiosek, falowal barwami. Zabilo cos w ziemi, pulsowalo pod piersia. Slyszalem bicie serca i nadoblocznego ptaka. Dziwna moc uniosla mnie z trawy. Rozkrzyzowalem rece i lecialem nad Jutrosinem.

- Dziadek jedzie po nas dryndula - odezwal sie ojciec. - O - zauwazyl, ze patrze - i pedzi jak nienormalny.

Przestalo dzwonic. Przebrzmiewajace dzwieki-kolory opadly na rownine gasnacymi kregami. Niebieski spopielal na wierzbie. Przysiadlem na parasolu. Zaszelescil zwyczajnie krzak.

- Na "zajaczka" kupilem ci wierzchowego i siodlo - powiedzial ojciec do dziadka. - Od Sobanskich. Przyprowadza po Wielkanocy. Ale pamietaj, najszybciej truchtem. Co robisz!? Calujesz mnie po rekach?

Nie spalem cala noc. Ten dzien mial tyle obrazow, muzyki. Dziadek udajacy cybatego. Maczugowata wierzba pochylona ku Orli, odbita w wodzie. Kosciolek oblepiony domkami. Rozkolebane dzwiekiem barwy. Dziadek sciagajacy lejce. Pedzaca jak ogien dwukolka. Rozowy podzwiek dzwonu, rozowo-szary. Wiechciowate dlonie strachow-charlakow. Rynek z jutrosiniakami. (Weszla w to naga Indianka i nagi Indianin). Daleko, mruzac oczy stado bialo-czarnych krow. Dziadek calujacy po rekach ojca. Polerowane wiatrem niebo. Ptaki. Dziadek smigajacy szabla. Ojciec smigajacy szabla. Dziadek i ojciec smigajacy szablami.

Rano msza przed witrazem Mehoffera. Niech Bog ma cialo i glos, niech nie bedzie taki nijaki.

A po komunii wszyscy przy swieconym stole. Stryjek Jasiu odepchnal chetke, na ktorys tam plaster szynki... e, nie bedzie jej dzisiaj odpychal.

Po poludniu wracalem z ojcem do Katowic, do matki. Dziadek plakal. Zegnalismy sie "do przyszlego roku", na zawsze.

Drugi raz przyjechalem do Jutrosina po dziesieciu latach. Z dworca wzial ojciec taksowke. Sunelismy do miasteczka wsrod zielonych traw. Slonce plonelo pod powiekami fioletowa fala. Popedzal konie zmarly dziadek. Zawozil babcie do nieba. Swiecil Gusi klinga.

Taksowka zwolnila. Otworzylem oczy przed sciana bluszczu. Uklonil sie przechodzacy jutrosiniak. Stanal. Wzial od ojca walizke. Wysiedlismy z parasolami.

W kamienicy powital nas stryjek Jasiu, stary kawaler ze swoja konkubina, pania (zapomnialem nazwiska). Zapisal jej wszystko. Sprzedala konie i szable. Sprzedala dziadka ziemie. Nawet pol domu sprzedala. Zlosci sie zmarly dziadek. Krzyczy ze scian i szuflad. Blyska w lustrze brzeszczotem.

Usiedlismy jakos do wielkanocnego stolu. Mnostwo wedlin, sosow i chrzanu. Zolcone cebula jaja i czekoladowy baranek. Jemy i rozmawiamy omijajac kilka tematow.

- Zbiniu zgubil dziecko na dworcu. "Kto przyprowadzi do dyzurnego mala Marylke dostanie cztery walizki", ryczal do megafonu.

- Poznali sie przy sekcji pijaka.

- Pamietasz Ignac te szarze pod Wilnem? Naraz roztrysnela sie ziemia, lecz ja i kilku wiernych pedzilo dalej, za toba, na sowieckie okopy.

- Pamietam. Podaj mi sol i pieprz.

Posolone i opieprzone jajko.

- A pamietasz Ignac te szarze za Lida? Poprowadziles nas na czerwone tabory. Tanczyla smierc po glowach soldatow. Wzielismy tyle broni, a ty dostales swoj pierwszy krzyz.

Ojciec na ostrym koniu, szwadron za noga, szabla ojca.

- To ty tato byles bohaterem? A mama powiedziala, ze zrzucasz rogi w Warszawie.

- Co u starych Sobanskich? Dalej klada duze na male?

- Dalej. Mlodzi tez. Michal skonczyl historie sztuki i gospodaruje w pegeerze. "Zyto nie zyto" zgaduja specjalisci ze Sremu. "A gdzie to sie pochowaly ziemniaki? " szukaja specjalisci ze Srody Wielkopolskiej.

Przeistoczylem sie w ojca na ostrym koniu. Pedze. Rosnaca w oczach kolumna. Wdzieram sie zelazem w nienawistna mase. Ten! Juz wybrany na smierc. Moj. Juz nie zgwalci, nie spali. Najezdzam i tne z gory, i obalam z koniem.

- A pamietasz Ignac te szarze w rejonie Ossowa? Byles taki mlody, a juz dowodziles batalionem. Blu, chcac nie chcac, od czterech dni sluzyl pod toba. Chcial sie przed synem popisac. Dlatego dostal po glowie. Pozniej zwalal na konia.

- I rzy teraz co noc. Ani go wapnem zadusic, ani ukropem sparzyc. Musimy zyc z Blu. Dobrze, ze Gusia nie straszy.

- Wszystko pamietam, a najlepiej ciebie, Janek, na koncu ataku. Mogles pilnowac starego.

- Jak mialem pilnowac, kiedy byl szybszy ode mnie?

- Jacusiu, idz prosze na spacer!

- Lepiej mowmy o Zbiniu. Liznal Simone de Beauvoir i odwrocil sie od narzeczonej. Woli Ostrow Wielkopolski. Dziwny.

Podziekowalem i odszedlem od stolu. Coraz szybciej przebieralem nogami. Przedpokoj, krecone schody, rynek i na prawo na cmentarz, do dziadka, do zlotych liter na czarnym granicie. Patrzylem na zoltego robaka. Wylazl z grobu.

Co krzyz to czlowiek. Istnieje w myslach bliskich. Umiera tak naprawde po ich smierci. Musze miec duzo synow i corek, wnukow, prawnukow. Niech mysla o mnie na starosc.

Kilka kobiet opowiadalo o czyims konaniu, o smiertelnej czkawce. Robak szedl po zlotych literach. Dziadek stukal iglica fajki. Nadleciala czarna chmara wron, moze gawronow, zatoczyla kolo, rozbila sie o dachy miasteczka.

Nie wroce do stolu, do tej krzywej Napieraly (przypomnialem sobie nazwisko), co tak mowi o dziadku.

Poszedlem droga do Szymonek. Miedzydrzewne obrazy pol. Wiatraki, wiatrak, skrzydlina wiatraka, skrzydlisko. Dziadek na wierzchowcu ojca. Slonce w skrzydlinie. Dziadek na klaczy koloru plesni. Rozerwana wiatrem chmura, biale czesci idace blekitem. Dziadek witajacy sie z charlakami, z przydrozna Madonna.

Pokazaly sie chalupy Szymonek. Kilka zagrod pod lasem. Odjechal Blu do Gusi. Polozylem sie w bzykajacej trawie. Zmierzchalo. Wiatraki lawowaly pole dlugimi, niebieskimi cieniami. Jeden z wiatrakow zawirowal ostro i powoli zatrzymal sie. Stanela smiga w miedzianym sloncu. Dotykajace mnie zewszad obrazy: niebo, skraj lasu, idaca po rece biedronka, walily sie w mozgu, lomotaly do jakichs drzwi. Wszedlem tak mocno w nature, az poczulem Boga.

Nade mna stal ojciec. Wysiadl przed chwila z taksowki.

- Szukam ciebie od drugiej. Nie przyjedziemy juz wiecej do Jutrosina - powiedzial. - Nie, nie z twojego powodu - zaprzeczyl gwaltownie.

Wykrzywila mu sie twarz i zaczal plakac jak dziecko.

Nigdy nie zapomne ojca pod Szymonkami, ojca spacerujacego po kwadracie rynku, ojca za wielkim stolem, ojca-bohatera. Nie zapomne jego rodziny, mojej rodziny czekajacej na nas z orkiestra na stacji Jutrosin czterdziesci siedem lat temu. Bede pamietac ten dom obrosniety bluszczem, ratusz na pol Jutrosina i te zielona, niebieska przestrzen, w ktorej Bog. Nie oddalbym tych wspomnien za zloto Niusi, za samochody przyjaciol. W myslach rozkladam na stole kolorowe obrazki. Tasuje i znowu sobie rozkladam. Przed chwila ulozyly sie tak: rozpekla wierzba. Dziadek udajacy cybatego. Dziadek smigajacy szabla. Klockowe i szydelkowe koronki. Chlod poddrzewnego kamienia. Krolujacy na stole Baranek. Bialy krag dzwieku, bialo-rozowy. Gusia z packa na muchy. Wioska obsypana kolorowymi dzwiekami. Gusia z oganka. Stryj sluchajacy Londynu. Stryj zasluchany jak kuropatwa. Most lukowo przeciagniety nad Orla. Zbiniu z geograficznym atlasem. Dwukolka. Bezsmigly, podlugowaty wiatrak, skrzyniasty. Szarza za szarza.

A teraz: dziadek nad talerzem owsa. Podlesna wies. Litosne rece Madonny, konopiasta suknia. Dziadek z babcia pod powiekami ziemi. Krwawiace mundury. Ojciec przed batalionem. Patykowata noga stracha-charlaka. Przezolcony zaslona pokoj, rozcieplony zoltym. Wiszace na strychu zabawki. Sila dzwigajaca z trawy. Rechotanie zab. Stary Sobanski przewracajacy w palcach monokl, a po dziesieciu latach binokle. Polska z innymi granicami. Przesuwajacy sie po rynku cien wiezy ratusza, bodacy sciane bluszczu. Dziura w glowie dziadka: grosz i medalik.

Czas, zeby stanac przed sztaluga. Zbieram rozlozone w myslach wspomnienia. Nie chce grobu, tylko troche trawy pod Jutrosinem.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail