EWA BERBERYUSZ
Kartki ze skazonej strefy
Pisze to, co mi lezy na sercu. I jako dziennikarka, i jako
czytelniczka coraz bardziej holduje osobistym tekstom. Coraz
mniej porywa mnie publicystyka, nawet najwyzszej proby,
chyba ze tak klarowna, jaka uprawia np. prof. Maria Janion.
Jednak nie o niej bedzie tu mowa. Wyznanie to czynie ku
przestrodze lub zachecie moich czytelnikow.
*
Wspominalam juz na tych lamach o Swiatyni Opatrznosci.
Polska nie ma szczescia do tej budowli. Postanowiona jako
wotum dziekczynne za Konstytucje 3 maja, w nastepstwie katastrof
narodowych nigdy nie zostala zbudowana. W okresie dwudziestolecia
powrocono do idei, ale jedynie w sferze teorii; obecnie,
gdy zanosilo sie, iz przybierze ksztalt fizyczny, obawiam
sie, ze wszystko znow spali na panewce.
Poczatek byl dobry. Rozpisano konkurs, w ktorym wziela
udzial doborowa stawka architektow. "Wygraly" trzy projekty.
Prymas Jozef Glemp bez wahania wskazal do realizacji wizje
profesora Marka Budzynskiego, ponad wszelka watpliwosc jednego
z najwybitniejszych architektow w skali swiatowej. Kardynal
podkreslil pierwiastek ekologiczny budowli. Istotnie, glowna
bryla wyrasta harmonijnie z plaskiej ziemi w postaci obroslej
zielenia gory zwienczonej lekkim rozswietlonym baldachimem
z krystalicznego szkla - Oko Opatrznosci. Wszelki opis nie
odda dziela. To trzeba zobaczyc.
Ucieszyl mnie, ale i zdziwil wybor prymasa (co czytelnik
"Kartek" zdazyl juz skwitowac zlosliwoscia pod moim adresem
- mniejsza z tym!). Zdziwil, poniewaz trzeba nie lada wyobrazni
plastycznej i intuicji, zeby wskazac do realizacji niezwykle
nowatorski projekt. Tak odwazne i subtelne wyczucie sztuki
jest rzadkoscia wsrod kleru.
Budzynski wtopil obiekt w teren podmoklych wilanowskich
lak, dawnego prakoryta Wisly; powstalo dzielo niezwykle,
w niczym niepodobne do kosciolow, jakie nam porosly po okresie
postu w zakresie budownictwa sakralnego za czasow komunizmu.
Wszystkie pod jedna sztance, prawie zaden nie wybiega przed
szereg.
I naraz dzielo Budzynskiego! Juz makieta wywoluje tajemnicza
tesknote metafizyczna przy jednoczesnym pieknie fizycznym
wkomponowanym w mazowieckie legi. Poczulam, ze to moje miejsce.
Mieszkam blisko, myslalam, ze sie nim zdaze nacieszyc, ze
bede tam chodzic.
Nic z tego! Kto mysli, iz w Kosciele, instytucji wszak
hierarchicznej, glos najwyzszego w Polsce zwierzchnika decyduje
na zasadzie Roma locuta causa finita, otoz kto tak
mysli, ten sie myli. Glos prymasa utracila fundacja, inwestor
swiatyni.
W warszawskim KIK-u (Klub Inteligencji Katolickiej) odbyla
sie konfrontacja przedstawicieli fundacji z Markiem Budzynskim.
Nie pamietam spotkania o takim natezeniu emocji w ubozuchnych
pomieszczeniach klubu - a bywalo, ze dzialy sie tu rzeczy,
o jakich nie snilo sie filozofom - chocby chwile narodzin
"Solidarnosci", kiedy Walesa paradowal w przyniesionej mu
z pobliskiego uniwersytetu bialej czapce studenckiej. Bylo
- minelo.
Dzis salki puchly, ludzie stali na klatce. Do dyskusji
zasiedli ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny Tygodnika
Powszechnego, oredownik projektu, trojka przedstawicieli
fundacji (dwoch ksiezy i dama) oraz Marek Budzynski, ktory
zaczal od bardzo osobistego wyznania, mowiacego o pragnieniu
dokonania tego dziela. Potem, poslugujac sie rzutnikiem,
pokazywal nam ogolny rzut i szczegoly, objasniajac zamysl.
Wszyscy wreszcie mogli zobaczyc oryginalnosc i logike zamierzenia,
mogli naocznie przekonac sie, jak sacrum harmonijnie
spaja sie z nowatorstwem formy, jak wreszcie materialny
ksztalt swiatyni powraca do ewangelicznych zrodel, kiedy
Chrystus chodzil po ziemi i nauczal.
W miare uplywu czasu napiecie spotkania roslo. Nie tylko
z powodu zaciekawienia tematem, ale i konfliktu wokol niego.
Czulo sie emocje dwu stron: zle skrywana niechec trojki
reprezentujacej fundacje wobec przedstawianego projektu
i jawna irytacje tworcy. I choc jako glowny argument sprzeciwu
fundacja wskazywala za wysokie koszta, bylo jasne, ze nie
o nie chodzi (projektant szedl na kompromis), ale o utracenie
budowli. Padaly mimochodem zdania, ze Budzynski chce zbudowac
kurhan (kompletna bzdura!) i pretensja, ze zamiast z nimi,
porozumiewa sie bezposrednio z prymasem. Nie bylo w ludziach
w koloratkach cienia ducha mediacji i dobrej woli - malo
budujacy widok. O wiele uczciwiej i godniej byloby wyznac,
ze im sie projekt z gruntu nie podoba, ze woleliby cos tradycyjnie
monumentalnego, cos a la przygniatajaca rozmiarami superkatedra
w Licheniu, kompilacja wszystkich stylow, w ktorej niewielki
obraz Matki Boskiej, obiekt odwiecznego kultu, staje sie
jeszcze mniejszy.
Temperatura wewnetrznego wrzenia na kikowskim panelu przeniosla
sie na sale. Ludzie pchali sie do glosu. Zapamietalam wypowiedz
przewodnika po Warszawie, ktory wyrazil mysl, ze Swiatynia
Opatrznosci Budzynskiego przyciagnelaby niechybnie turystow
zagranicznych, co zwrociloby koszty budowy z nadwyzka. Ja
probowalam wycharczec przez chrype, ze gdyby nie tacy "Budzynscy"
na przestrzeni dziejow, nadal modlilibysmy sie w katakumbach,
nie byloby bogactwa stylow; to oni sprawiaja, ze sztuka
nie zastyga...
Dla wielu zebranych bylo to pierwsze zetkniecie z projektem.
Niestety, media informowaly o nim skapo, procz Rzeczpospolitej i wielkiego wywiadu przeprowadzonego w Tygodniku Powszechnym z Markiem Budzynskim przez ksiedza Adama Bonieckiego. Pismo
o milionowym nakladzie, Gazeta Wyborcza, zajmowala
sie sprawa jedynie w dodatku stolecznym. A przeciez Swiatynia
Opatrznosci jest zamierzeniem ogolnonarodowym, podobnie,
jak ongis Kopiec Kosciuszki.
Spotkanie w KIK-u pobilo rekord czasowy. Po oficjalnym
zakonczeniu ludzie oblegali Budzynskiego. Dodalam swoje
trzy grosze: - Panie Marku, niech sie pan z nimi ugodzi
- tu wskazalam glowa na "fundatorow" - bo inaczej oni pana
zjedza; a przeciez wazne, zeby swiatynia stanela.
Jestem przeciwna dalszemu mnozeniu kosciolow, mamy ich
dosyc, natomiast dramatycznie brakuje tego, o czym ustawicznie
mowi Jan Pawel II: pomocy biednym, i tu Kosciol jako instytucja
ma ogromne pole dzialania. Dla Swiatyni Opatrznosci czynie
wyjatek, bo jest dzielem wyjatkowym.
Rozmowy w KIK-u przeniosly sie na schody i na ulice. Nie
chcialo nam sie rozejsc. Lapalismy ostatnie autobusy. Wtrace,
ze socjologiczny przekroj osob spotykajacych sie na kikowskich
konwentyklach stal sie ostatnimi laty wyjatkowo roznorodny:
nic z partyjniactwa; fundamentalisci odpadli, panuje otwartosc
u mlodych i starych. Na pewno laczy niezamoznosc. Bogatych
sie nie widzi.
Nazajutrz Gazeta Stoleczna, dodatek do Wyborczej,
dala obszerny material zatytulowany "Z pamietnika proboszcza".
Otoz ks. Boguslaw Bijak, proboszcz kosciola przy palacu
w Wilanowie, nagle wystrzelil z calkiem nowa, pozakonkursowa
wersja swiatyni. Gazeta publikuje obie makiety: Budzynskiego
i ksiedza proboszcza. Kontrast druzgocacy. Obok wypowiedzi:
prof. Szczepan Baum, czlonek jury: "... w konkursie wzielo
udzial 101 zespolow. To rekord. Negowanie wyniku konkursu
o takiej randze jest totalnym nieporozumieniem... Wyrazilem
juz swoje uznanie dla odwagi ksiedza prymasa, ktory wybral
koncepcje prof. Marka Budzynskiego. Wygral najlepszy projekt
i nie widze powodu, zeby to zmieniac". Jerzy S. Majewski:
"... w swiecie artystycznym konkurs architektoniczny jest
tym, czym w demokratycznym panstwie wybory. Respektowanie
jego wynikow to fundamentalna zasada uczciwosci. Budowa
Swiatyni Opatrznosci to sprawa calego narodu. Nagrodzony
projekt Marka Budzynskiego wyprzedza epoke... Tymczasem
proboszcz miejscowej parafii publikuje wlasny projekt sporzadzony ad hoc przez tajemniczych architektow. Mnie on przypomina
nie kosciol, ale stojace w posrodku pustyni skrzyzowanie
wyciskarki do cytryny z karykatura meczetu...
Widocznie fatum zawislo nad Swiatynia Opatrznosci - juz
jej nie zobacze. Nie stane pod rozswietlona kopula, nie
naciesze sie podbiegajaca pod stopy woda. Nie poplyne barka
po Jeziorze Genezaret, nie wejde na Gore Blogoslawienstw,
a wlasnie te skojarzenia: powrot do ewangelicznych zrodel
obiecywal mi projekt Budzynskiego. Chyba ze prymas Glemp
sie nie ugnie i pozostanie wierny swojej pierwszej intuicji.
Przywyklam do jezykowych 'kurw'. Sa najczestszym wyrazem
wszedzie tam, gdzie zbierze sie grupka mlodziezy, wcale
nie tylko z marginesu. Operuja nim w rownym stopniu chlopcy
i dziewczyny. 'Kurwa' jest w ich ustach slowem calkowicie
niewinnym. Niewinnym w tym sensie, ze nie widza w nim zadnego
podtekstu, ani ordynarnosci, ani agresji, jakby nie znali
pierwotnego znaczenia. Ot, przerywnik, jak u poznaniakow
wtracane 'nie', czy u warszawiakow - 'prawda'. 'Kurwa',
choc slowo etymologicznie obce, od wiekow ma w Polsce prawo
obywatelstwa. Nie nalezy do nawalnicy amerykanizmow. Dlatego
'kurwy' mnie nie raza.
Ale zzymam sie, kiedy spiker radiowy zupelnie bez dystansu
stwierdza, ze glos Pavarottiego 'stracil polowe paleru',
albo ze: "... jest to samochod o pieknym disajnie"...
Przyklady mozna mnozyc. Czasami zangliczenie jest nieuniknione.
Nowych nazw technicznych przelozonych na polski przez omowienie
nie sposob uzywac w potocznej mowie. Sama mowie: 'zaimejlowalam
ci', poniewaz 'wyslalam ci poczta elektroniczna' brzmi sztucznie
i ociezale. Ale trzeba ciut wyczucia, co mozna, a czego
nie.
Mlodzi Polacy mowia po polsku wolapikiem przypominajacym
jezyk 'pierwotnych' emigrantow. Do angielskiego rdzenia
doczepia sie polska fleksje. Moj syn, wyrobiony jezykowo,
wyemigrowawszy w latach 80., zafascynowal sie taka mowa.
Uwazal ja za wdzieczna, chcial napisac ksiazke tym jezykiem.
Ale mu przeszlo. Do Polakow w kraju przyszlo. Cena globalizacji,
tylko szkoda, ze nie sa tego swiadomi.
*
Moja ulica. Mieszkam przy Kozlowskiej. Tak zwyczajnie,
tylko 'Kozlowska'. Jakby nazwisko, dosc pospolite przecie,
mowilo samo za siebie. Kozlowska ma wylacznie jeden dom,
wiec i jeden numer: numer jeden i siedem klatek schodowych.
Osiedle nazywa sie Idzikowskiego, w porzadku, znany lotnik.
Patronem drugiej ulicy jest Piekalkiewicz, przedwojenny
ludowiec, delegat rzadu londynskiego na kraj, a trzeciej
- Franciszek Bartoszek z Gwardii Ludowej. Skad to pomieszanie
ideowe w malutkim i stosunkowo nowym osiedlu, Bog raczy
wiedziec. Ale zdarza sie: w Radomiu przywrocili ulicy nazwe
Gwardii Ludowej, ktora po wybuchu wolnej Polski dostala
miano dzialacza "Solidarnosci". Zdarzaja sie takie powroty
w calym obozie panstw postkomunistycznych. Przyczyn nie
bede dociekac.
W naszym domu znalazl sie lokator, ktory zbuntowal sie
przeciwko 'Kozlowskiej'. Od mieszkania do mieszkania chodzil
z petycja, zeby 'Kozlowska' zmienic na Vivaldiego lub Mahlera.
Wszyscy przyklasnelismy inicjatywie, zlozylismy nalezne
podpisy i pismo poszlo droga sluzbowa via administracja
do wladz gminy Centrum. Odpowiedz byla odmowna. O Vivaldim
mowy nie ma, gdyz obywatelka Kozlowska, tym razem z imieniem
Helena, ongis posiadaczka dobr, na ktorych stoi nasz rozlegly
dom, zyczyla sobie, zeby teren przyjal jej imie. Dziwna
argumentacja, ale skapitulowalismy.
Az tu nagle prasa wywleka, ze towarzyszka Helena Kozlowska,
patronka naszej ulicy, byla aktywistka KPP, PPR i PZPR.
Bliska wspolpracownica Pawla Findera i politruka Czwartakow.
Skad bajka o pani na wlosciach - nie dociekalismy. Gorzej
- nie ponowilismy proby zmiany nazwy ulicy, choc tym razem
poszloby gladko, interwencja "czwartej wladzy": pomaga.
Czas biegnie, nie robimy nic, zgodnie z nasza narodowa cecha:
slomiany ogien - zablysnal i zgasl. Godzimy sie, ze tacy
jestesmy, a nawet jakos jestesmy z siebie dumni: slomiany
ogien, ilez w nim spontanicznej romantyki! Spojrzmy jednak
na siebie oczyma sasiadow, czyli bardziej pragmatycznie.
Niemcy o naszych zaniechaniach rozpoczetych spraw, z ktorych
wynika jedynie balagan jak w pokoju dziecka, ktore porozrzucalo
zabawki, otoz Niemcy mowia: polnische Wirtschaft,
polskie porzadki. Kto zechce traktowac spoleczenstwo o takich
przywarach na serio? Malo kto. Przyczerniam? Skadze. Tylko
wsciekam sie, ze majac nieprzecietna liczbe ludzi nieprzecietnych
nie umiemy przekuc ich talentow i pomyslow na dziela skonczone.
*
"Ludzie listy pisza"... - spiewali Skaldowie. Moga sobie
pisac zdrowo. Nikt nie odpowie. W kazdym razie wladza. Komendanta
glownego policji Marka Papale zabito jednym strzalem przed
wlasnym domem 25 czerwca 1998 roku. Sprawcy nie wykryto,
sprawe pogrzebano. Zona zamordowanego, Malgorzata Papala,
pisala z prosba o kontynuowanie energicznego sledztwa do:
premiera, ministra spraw wewnetrznych, obecnego komendanta
policji, marszalka Sejmu, marszalka Senatu - bez reakcji.
Ani jeden nie odpowiedzial.
Ludzie skarza sie, ze wladza nie odpowiada. Im wyzszy szczebel,
im wiecej maja biur i urzednikow powolanych do tych czynnosci,
tym gorzej z odpowiedziami. Doswiadczylam tego. Pisalam
do odpowiedniego, i wydawalo mi sie, dobrze wychowanego
czlowieka, zalaczajac list bogatej emigrantki, ktora chciala
zapisac w testamencie fundusze na dozywianie w szkole glodnych
dzieci w Bieszczadach - bez odpowiedzi. Pisalam do senatora,
przedstawiajac poparcie, jakie dalam w artykule jego propozycji
- tak samo. Dzwonilam do biura Tadeusza Mazowieckiego w
sprawie uzyskania jego zdjecia do ksiazki; bylo duzo korowodow.
Urzedniczki powolywaly sie na nieobecnosc pani dyrektor,
itp., itd. Kiedy ksiazka dawno juz byla w sprzedazy, odezwal
sie telefon: "Pani zdaje sie chodzilo o fotografie... ".
Jedyny z wysoko postawionych, ktory mi odpisal - nie on
sam, oczywiscie, ale urzednik dysponujacy pieczatka jego
podpisu, i o to przeciez chodzi - to byl Leszek Balcerowicz.
Zaznaczam, ze nie zanudzalam, chodzilo o konkretne sprawy
wyrazone w jak najkrotszy sposob.
Jerzy Giedroyc i Jerzy Turowicz byli ostatnimi ludzmi,
ktorzy osobiscie odpisywali nawet na najblahsze listy, choc
obaj byli nieslychanie zajeci. Wraz z nimi umarla kindersztuba.
Pal szesc kindersztube! Chodzi o tryb zalatwiania spraw.
Jakim prawem sprawujacy wladze zadaja, zebysmy utrzymywali
coraz to liczniejsze ich biura, skoro urzednicy maja w nosie
najprostsze obowiazki?! To sie wlasnie nazywa arogancja
wladzy. Nie wiedza, zaslepieni, ze kreca na siebie bicz.
*
Zdarzylo sie, ze do wsi Sarniki przyjechal weterynarz z
ekipa i uspil wszystkie psy, nawet szczepione. Ludzie musieli
je znosic pod rygorem bardzo wysokich grzywien na okreslone
miejsce egzekucji. Dzieci z placzem tulily w ramionach swoje
psiaki. Chlopczyk, drzacym glosem: "Pan dal mu jeden zastrzyk,
ale on nie umarl, skomlal i trzasl sie, wiec pan ukul go
trzy razy. Zrobil mi sie sztywny... ". Bezglosne lzy splywaja
po policzkach dziecka.
Do wsi zakradl sie wsciekly jenot z lasu i rzekomo pogryzl
jednego psa. Jednego - zaplacily wszystkie. Sprawe naglosniono,
zrobil sie rumor; akcje potepiono, wykonawcow ukarano. Ale
nie przywrocilo to zycia czworonogom. Dorosli mezczyzni
plakali, pokazujac kamerze swiadectwa szczepien. Powiedziano
im, ze polskie szczepionki bywaja nieskuteczne. Tak, to
powinnismy wiedziec, wiele rzeczy w Polsce jest nieskutecznych!
Przypadek tego bestialstwa nasunal mi jednak refleksje
krzepiaca. Oto polski chlop, ktory do niedawna traktowal
psa wylacznie instrumentalnie, jako stroza mienia, stal
sie jego przyjacielem. Nie spodziewalam sie takiej przemiany.
Przelom w bulwie. Narodzila sie na wsi nieznana dawniej
wrazliwosc.
Pamietam sytuacje sprzed laty. Miedzynarodowy pensjonat
Zurnalista w Bulgarii. Bulgarzy nie mieli litosci dla psow.
Nasze dzieci dokarmialy przepieknego mlodziutkiego dobermana,
ktory sie skads przyplatal. Byl tak oslabiony z glodu, ze
z trudem doczolgiwal sie do podanej strawy. Ale na widok
Bulgarow, ktorych doskonale rozroznial, uciekal co sil.
I stalo sie: w obecnosci kuracjuszy roznych narodowosci,
glownie dzieci, na reprezentacyjnym gazonie podano mu trucizne.
Koloseum, tylko w odwroconym porzadku.
Pies dlugo konal w mekach. Dzieci patrzyly w przerazeniu.
Oburzeni poszlismy do dyrekcji domu ze skarga. Dyrektor
nie rozumial, w czym rzecz. Tlumaczyl uparcie, ze trucizna
jest nieszkodliwa dla czlowieka, wiec nie ma obawy, zeby
ktos poniosl uszczerbek na zdrowiu, nawet male dzieci.
Bulgarzy byli dlugo pod zaborem Turkow, przesiakli ich
okrucienstwem w tej mierze. Ale czym przesiakl nasz weterynarz
wywodzacy sie z kraju, gdzie od wiekow ludzie modla sie
do swietego Franciszka? Co by Franciszkowi odpowiedzial,
gdyby go zapytal, co zrobil z bracmi psami?
Psuja nam sie ludzie od srodka.
Po szesnastu miesiacach Sad Lustracyjny zdjal odium zdrady
z Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera w rzadzie Jerzego
Buzka i ministra spraw wewnetrznych i administracji. Przypominaja
mi sie ci, ktorych Glowny Wystawiajacy, rzecznik Nizienski,
narazil na cierpienie. Widze napieta twarz Grazyny Staniszewskiej
i lzy ulgi, gdy glowny swiadek, czyli owczesny ubek, zeznal
na jej korzysc. A coz mu szkodzilo sklamac? Na jego dobrej
lub zlej woli zawisla uczciwosc dzialaczki podziemia. Widze
napieta twarz Wieslawa Chrzanowskiego i podobna ulge po
zeznaniach swiadkow tego samego resortu. Ktorys z dziennikarzy
spytal go: "A gdyby sklamali i sedzia powiedzial 'winny'"?
Wieslaw Chrzanowski, zolnierz AK, powstaniec warszawski,
dlugoletni wiezien komuny, odpowiedzial: "To bylby koniec
mojego zycia".
Kto sprawuje taka lustracje nie tylko jest okrutnikiem,
ale dziala na niekorzysc najwartosciowszych sposrod nas.
Psujemy sie od srodka.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |