[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (16 marca 2001)


EWA BERBERYUSZ

Kartki ze skazonej strefy

Pisze to, co mi lezy na sercu. I jako dziennikarka, i jako czytelniczka coraz bardziej holduje osobistym tekstom. Coraz mniej porywa mnie publicystyka, nawet najwyzszej proby, chyba ze tak klarowna, jaka uprawia np. prof. Maria Janion. Jednak nie o niej bedzie tu mowa. Wyznanie to czynie ku przestrodze lub zachecie moich czytelnikow.

*

Wspominalam juz na tych lamach o Swiatyni Opatrznosci. Polska nie ma szczescia do tej budowli. Postanowiona jako wotum dziekczynne za Konstytucje 3 maja, w nastepstwie katastrof narodowych nigdy nie zostala zbudowana. W okresie dwudziestolecia powrocono do idei, ale jedynie w sferze teorii; obecnie, gdy zanosilo sie, iz przybierze ksztalt fizyczny, obawiam sie, ze wszystko znow spali na panewce.

Poczatek byl dobry. Rozpisano konkurs, w ktorym wziela udzial doborowa stawka architektow. "Wygraly" trzy projekty. Prymas Jozef Glemp bez wahania wskazal do realizacji wizje profesora Marka Budzynskiego, ponad wszelka watpliwosc jednego z najwybitniejszych architektow w skali swiatowej. Kardynal podkreslil pierwiastek ekologiczny budowli. Istotnie, glowna bryla wyrasta harmonijnie z plaskiej ziemi w postaci obroslej zielenia gory zwienczonej lekkim rozswietlonym baldachimem z krystalicznego szkla - Oko Opatrznosci. Wszelki opis nie odda dziela. To trzeba zobaczyc.

Ucieszyl mnie, ale i zdziwil wybor prymasa (co czytelnik "Kartek" zdazyl juz skwitowac zlosliwoscia pod moim adresem - mniejsza z tym!). Zdziwil, poniewaz trzeba nie lada wyobrazni plastycznej i intuicji, zeby wskazac do realizacji niezwykle nowatorski projekt. Tak odwazne i subtelne wyczucie sztuki jest rzadkoscia wsrod kleru.

Budzynski wtopil obiekt w teren podmoklych wilanowskich lak, dawnego prakoryta Wisly; powstalo dzielo niezwykle, w niczym niepodobne do kosciolow, jakie nam porosly po okresie postu w zakresie budownictwa sakralnego za czasow komunizmu. Wszystkie pod jedna sztance, prawie zaden nie wybiega przed szereg.

I naraz dzielo Budzynskiego! Juz makieta wywoluje tajemnicza tesknote metafizyczna przy jednoczesnym pieknie fizycznym wkomponowanym w mazowieckie legi. Poczulam, ze to moje miejsce. Mieszkam blisko, myslalam, ze sie nim zdaze nacieszyc, ze bede tam chodzic.

Nic z tego! Kto mysli, iz w Kosciele, instytucji wszak hierarchicznej, glos najwyzszego w Polsce zwierzchnika decyduje na zasadzie Roma locuta causa finita, otoz kto tak mysli, ten sie myli. Glos prymasa utracila fundacja, inwestor swiatyni.

W warszawskim KIK-u (Klub Inteligencji Katolickiej) odbyla sie konfrontacja przedstawicieli fundacji z Markiem Budzynskim. Nie pamietam spotkania o takim natezeniu emocji w ubozuchnych pomieszczeniach klubu - a bywalo, ze dzialy sie tu rzeczy, o jakich nie snilo sie filozofom - chocby chwile narodzin "Solidarnosci", kiedy Walesa paradowal w przyniesionej mu z pobliskiego uniwersytetu bialej czapce studenckiej. Bylo - minelo.

Dzis salki puchly, ludzie stali na klatce. Do dyskusji zasiedli ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego, oredownik projektu, trojka przedstawicieli fundacji (dwoch ksiezy i dama) oraz Marek Budzynski, ktory zaczal od bardzo osobistego wyznania, mowiacego o pragnieniu dokonania tego dziela. Potem, poslugujac sie rzutnikiem, pokazywal nam ogolny rzut i szczegoly, objasniajac zamysl. Wszyscy wreszcie mogli zobaczyc oryginalnosc i logike zamierzenia, mogli naocznie przekonac sie, jak sacrum harmonijnie spaja sie z nowatorstwem formy, jak wreszcie materialny ksztalt swiatyni powraca do ewangelicznych zrodel, kiedy Chrystus chodzil po ziemi i nauczal.

W miare uplywu czasu napiecie spotkania roslo. Nie tylko z powodu zaciekawienia tematem, ale i konfliktu wokol niego. Czulo sie emocje dwu stron: zle skrywana niechec trojki reprezentujacej fundacje wobec przedstawianego projektu i jawna irytacje tworcy. I choc jako glowny argument sprzeciwu fundacja wskazywala za wysokie koszta, bylo jasne, ze nie o nie chodzi (projektant szedl na kompromis), ale o utracenie budowli. Padaly mimochodem zdania, ze Budzynski chce zbudowac kurhan (kompletna bzdura!) i pretensja, ze zamiast z nimi, porozumiewa sie bezposrednio z prymasem. Nie bylo w ludziach w koloratkach cienia ducha mediacji i dobrej woli - malo budujacy widok. O wiele uczciwiej i godniej byloby wyznac, ze im sie projekt z gruntu nie podoba, ze woleliby cos tradycyjnie monumentalnego, cos a la przygniatajaca rozmiarami superkatedra w Licheniu, kompilacja wszystkich stylow, w ktorej niewielki obraz Matki Boskiej, obiekt odwiecznego kultu, staje sie jeszcze mniejszy.

Temperatura wewnetrznego wrzenia na kikowskim panelu przeniosla sie na sale. Ludzie pchali sie do glosu. Zapamietalam wypowiedz przewodnika po Warszawie, ktory wyrazil mysl, ze Swiatynia Opatrznosci Budzynskiego przyciagnelaby niechybnie turystow zagranicznych, co zwrociloby koszty budowy z nadwyzka. Ja probowalam wycharczec przez chrype, ze gdyby nie tacy "Budzynscy" na przestrzeni dziejow, nadal modlilibysmy sie w katakumbach, nie byloby bogactwa stylow; to oni sprawiaja, ze sztuka nie zastyga...

Dla wielu zebranych bylo to pierwsze zetkniecie z projektem. Niestety, media informowaly o nim skapo, procz Rzeczpospolitej i wielkiego wywiadu przeprowadzonego w Tygodniku Powszechnym z Markiem Budzynskim przez ksiedza Adama Bonieckiego. Pismo o milionowym nakladzie, Gazeta Wyborcza, zajmowala sie sprawa jedynie w dodatku stolecznym. A przeciez Swiatynia Opatrznosci jest zamierzeniem ogolnonarodowym, podobnie, jak ongis Kopiec Kosciuszki.

Spotkanie w KIK-u pobilo rekord czasowy. Po oficjalnym zakonczeniu ludzie oblegali Budzynskiego. Dodalam swoje trzy grosze: - Panie Marku, niech sie pan z nimi ugodzi - tu wskazalam glowa na "fundatorow" - bo inaczej oni pana zjedza; a przeciez wazne, zeby swiatynia stanela.

Jestem przeciwna dalszemu mnozeniu kosciolow, mamy ich dosyc, natomiast dramatycznie brakuje tego, o czym ustawicznie mowi Jan Pawel II: pomocy biednym, i tu Kosciol jako instytucja ma ogromne pole dzialania. Dla Swiatyni Opatrznosci czynie wyjatek, bo jest dzielem wyjatkowym.

Rozmowy w KIK-u przeniosly sie na schody i na ulice. Nie chcialo nam sie rozejsc. Lapalismy ostatnie autobusy. Wtrace, ze socjologiczny przekroj osob spotykajacych sie na kikowskich konwentyklach stal sie ostatnimi laty wyjatkowo roznorodny: nic z partyjniactwa; fundamentalisci odpadli, panuje otwartosc u mlodych i starych. Na pewno laczy niezamoznosc. Bogatych sie nie widzi.

Nazajutrz Gazeta Stoleczna, dodatek do Wyborczej, dala obszerny material zatytulowany "Z pamietnika proboszcza". Otoz ks. Boguslaw Bijak, proboszcz kosciola przy palacu w Wilanowie, nagle wystrzelil z calkiem nowa, pozakonkursowa wersja swiatyni. Gazeta publikuje obie makiety: Budzynskiego i ksiedza proboszcza. Kontrast druzgocacy. Obok wypowiedzi: prof. Szczepan Baum, czlonek jury: "... w konkursie wzielo udzial 101 zespolow. To rekord. Negowanie wyniku konkursu o takiej randze jest totalnym nieporozumieniem... Wyrazilem juz swoje uznanie dla odwagi ksiedza prymasa, ktory wybral koncepcje prof. Marka Budzynskiego. Wygral najlepszy projekt i nie widze powodu, zeby to zmieniac". Jerzy S. Majewski: "... w swiecie artystycznym konkurs architektoniczny jest tym, czym w demokratycznym panstwie wybory. Respektowanie jego wynikow to fundamentalna zasada uczciwosci. Budowa Swiatyni Opatrznosci to sprawa calego narodu. Nagrodzony projekt Marka Budzynskiego wyprzedza epoke... Tymczasem proboszcz miejscowej parafii publikuje wlasny projekt sporzadzony ad hoc przez tajemniczych architektow. Mnie on przypomina nie kosciol, ale stojace w posrodku pustyni skrzyzowanie wyciskarki do cytryny z karykatura meczetu...

Widocznie fatum zawislo nad Swiatynia Opatrznosci - juz jej nie zobacze. Nie stane pod rozswietlona kopula, nie naciesze sie podbiegajaca pod stopy woda. Nie poplyne barka po Jeziorze Genezaret, nie wejde na Gore Blogoslawienstw, a wlasnie te skojarzenia: powrot do ewangelicznych zrodel obiecywal mi projekt Budzynskiego. Chyba ze prymas Glemp sie nie ugnie i pozostanie wierny swojej pierwszej intuicji.

Przywyklam do jezykowych 'kurw'. Sa najczestszym wyrazem wszedzie tam, gdzie zbierze sie grupka mlodziezy, wcale nie tylko z marginesu. Operuja nim w rownym stopniu chlopcy i dziewczyny. 'Kurwa' jest w ich ustach slowem calkowicie niewinnym. Niewinnym w tym sensie, ze nie widza w nim zadnego podtekstu, ani ordynarnosci, ani agresji, jakby nie znali pierwotnego znaczenia. Ot, przerywnik, jak u poznaniakow wtracane 'nie', czy u warszawiakow - 'prawda'. 'Kurwa', choc slowo etymologicznie obce, od wiekow ma w Polsce prawo obywatelstwa. Nie nalezy do nawalnicy amerykanizmow. Dlatego 'kurwy' mnie nie raza.

Ale zzymam sie, kiedy spiker radiowy zupelnie bez dystansu stwierdza, ze glos Pavarottiego 'stracil polowe paleru', albo ze: "... jest to samochod o pieknym disajnie"...

Przyklady mozna mnozyc. Czasami zangliczenie jest nieuniknione. Nowych nazw technicznych przelozonych na polski przez omowienie nie sposob uzywac w potocznej mowie. Sama mowie: 'zaimejlowalam ci', poniewaz 'wyslalam ci poczta elektroniczna' brzmi sztucznie i ociezale. Ale trzeba ciut wyczucia, co mozna, a czego nie.

Mlodzi Polacy mowia po polsku wolapikiem przypominajacym jezyk 'pierwotnych' emigrantow. Do angielskiego rdzenia doczepia sie polska fleksje. Moj syn, wyrobiony jezykowo, wyemigrowawszy w latach 80., zafascynowal sie taka mowa. Uwazal ja za wdzieczna, chcial napisac ksiazke tym jezykiem. Ale mu przeszlo. Do Polakow w kraju przyszlo. Cena globalizacji, tylko szkoda, ze nie sa tego swiadomi.

*

Moja ulica. Mieszkam przy Kozlowskiej. Tak zwyczajnie, tylko 'Kozlowska'. Jakby nazwisko, dosc pospolite przecie, mowilo samo za siebie. Kozlowska ma wylacznie jeden dom, wiec i jeden numer: numer jeden i siedem klatek schodowych. Osiedle nazywa sie Idzikowskiego, w porzadku, znany lotnik.

Patronem drugiej ulicy jest Piekalkiewicz, przedwojenny ludowiec, delegat rzadu londynskiego na kraj, a trzeciej - Franciszek Bartoszek z Gwardii Ludowej. Skad to pomieszanie ideowe w malutkim i stosunkowo nowym osiedlu, Bog raczy wiedziec. Ale zdarza sie: w Radomiu przywrocili ulicy nazwe Gwardii Ludowej, ktora po wybuchu wolnej Polski dostala miano dzialacza "Solidarnosci". Zdarzaja sie takie powroty w calym obozie panstw postkomunistycznych. Przyczyn nie bede dociekac.

W naszym domu znalazl sie lokator, ktory zbuntowal sie przeciwko 'Kozlowskiej'. Od mieszkania do mieszkania chodzil z petycja, zeby 'Kozlowska' zmienic na Vivaldiego lub Mahlera. Wszyscy przyklasnelismy inicjatywie, zlozylismy nalezne podpisy i pismo poszlo droga sluzbowa via administracja do wladz gminy Centrum. Odpowiedz byla odmowna. O Vivaldim mowy nie ma, gdyz obywatelka Kozlowska, tym razem z imieniem Helena, ongis posiadaczka dobr, na ktorych stoi nasz rozlegly dom, zyczyla sobie, zeby teren przyjal jej imie. Dziwna argumentacja, ale skapitulowalismy.

Az tu nagle prasa wywleka, ze towarzyszka Helena Kozlowska, patronka naszej ulicy, byla aktywistka KPP, PPR i PZPR. Bliska wspolpracownica Pawla Findera i politruka Czwartakow.

Skad bajka o pani na wlosciach - nie dociekalismy. Gorzej - nie ponowilismy proby zmiany nazwy ulicy, choc tym razem poszloby gladko, interwencja "czwartej wladzy": pomaga. Czas biegnie, nie robimy nic, zgodnie z nasza narodowa cecha: slomiany ogien - zablysnal i zgasl. Godzimy sie, ze tacy jestesmy, a nawet jakos jestesmy z siebie dumni: slomiany ogien, ilez w nim spontanicznej romantyki! Spojrzmy jednak na siebie oczyma sasiadow, czyli bardziej pragmatycznie. Niemcy o naszych zaniechaniach rozpoczetych spraw, z ktorych wynika jedynie balagan jak w pokoju dziecka, ktore porozrzucalo zabawki, otoz Niemcy mowia: polnische Wirtschaft, polskie porzadki. Kto zechce traktowac spoleczenstwo o takich przywarach na serio? Malo kto. Przyczerniam? Skadze. Tylko wsciekam sie, ze majac nieprzecietna liczbe ludzi nieprzecietnych nie umiemy przekuc ich talentow i pomyslow na dziela skonczone.

*

"Ludzie listy pisza"... - spiewali Skaldowie. Moga sobie pisac zdrowo. Nikt nie odpowie. W kazdym razie wladza. Komendanta glownego policji Marka Papale zabito jednym strzalem przed wlasnym domem 25 czerwca 1998 roku. Sprawcy nie wykryto, sprawe pogrzebano. Zona zamordowanego, Malgorzata Papala, pisala z prosba o kontynuowanie energicznego sledztwa do: premiera, ministra spraw wewnetrznych, obecnego komendanta policji, marszalka Sejmu, marszalka Senatu - bez reakcji. Ani jeden nie odpowiedzial.

Ludzie skarza sie, ze wladza nie odpowiada. Im wyzszy szczebel, im wiecej maja biur i urzednikow powolanych do tych czynnosci, tym gorzej z odpowiedziami. Doswiadczylam tego. Pisalam do odpowiedniego, i wydawalo mi sie, dobrze wychowanego czlowieka, zalaczajac list bogatej emigrantki, ktora chciala zapisac w testamencie fundusze na dozywianie w szkole glodnych dzieci w Bieszczadach - bez odpowiedzi. Pisalam do senatora, przedstawiajac poparcie, jakie dalam w artykule jego propozycji - tak samo. Dzwonilam do biura Tadeusza Mazowieckiego w sprawie uzyskania jego zdjecia do ksiazki; bylo duzo korowodow. Urzedniczki powolywaly sie na nieobecnosc pani dyrektor, itp., itd. Kiedy ksiazka dawno juz byla w sprzedazy, odezwal sie telefon: "Pani zdaje sie chodzilo o fotografie... ". Jedyny z wysoko postawionych, ktory mi odpisal - nie on sam, oczywiscie, ale urzednik dysponujacy pieczatka jego podpisu, i o to przeciez chodzi - to byl Leszek Balcerowicz. Zaznaczam, ze nie zanudzalam, chodzilo o konkretne sprawy wyrazone w jak najkrotszy sposob.

Jerzy Giedroyc i Jerzy Turowicz byli ostatnimi ludzmi, ktorzy osobiscie odpisywali nawet na najblahsze listy, choc obaj byli nieslychanie zajeci. Wraz z nimi umarla kindersztuba.

Pal szesc kindersztube! Chodzi o tryb zalatwiania spraw. Jakim prawem sprawujacy wladze zadaja, zebysmy utrzymywali coraz to liczniejsze ich biura, skoro urzednicy maja w nosie najprostsze obowiazki?! To sie wlasnie nazywa arogancja wladzy. Nie wiedza, zaslepieni, ze kreca na siebie bicz.

*

Zdarzylo sie, ze do wsi Sarniki przyjechal weterynarz z ekipa i uspil wszystkie psy, nawet szczepione. Ludzie musieli je znosic pod rygorem bardzo wysokich grzywien na okreslone miejsce egzekucji. Dzieci z placzem tulily w ramionach swoje psiaki. Chlopczyk, drzacym glosem: "Pan dal mu jeden zastrzyk, ale on nie umarl, skomlal i trzasl sie, wiec pan ukul go trzy razy. Zrobil mi sie sztywny... ". Bezglosne lzy splywaja po policzkach dziecka.

Do wsi zakradl sie wsciekly jenot z lasu i rzekomo pogryzl jednego psa. Jednego - zaplacily wszystkie. Sprawe naglosniono, zrobil sie rumor; akcje potepiono, wykonawcow ukarano. Ale nie przywrocilo to zycia czworonogom. Dorosli mezczyzni plakali, pokazujac kamerze swiadectwa szczepien. Powiedziano im, ze polskie szczepionki bywaja nieskuteczne. Tak, to powinnismy wiedziec, wiele rzeczy w Polsce jest nieskutecznych!

Przypadek tego bestialstwa nasunal mi jednak refleksje krzepiaca. Oto polski chlop, ktory do niedawna traktowal psa wylacznie instrumentalnie, jako stroza mienia, stal sie jego przyjacielem. Nie spodziewalam sie takiej przemiany. Przelom w bulwie. Narodzila sie na wsi nieznana dawniej wrazliwosc.

Pamietam sytuacje sprzed laty. Miedzynarodowy pensjonat Zurnalista w Bulgarii. Bulgarzy nie mieli litosci dla psow. Nasze dzieci dokarmialy przepieknego mlodziutkiego dobermana, ktory sie skads przyplatal. Byl tak oslabiony z glodu, ze z trudem doczolgiwal sie do podanej strawy. Ale na widok Bulgarow, ktorych doskonale rozroznial, uciekal co sil. I stalo sie: w obecnosci kuracjuszy roznych narodowosci, glownie dzieci, na reprezentacyjnym gazonie podano mu trucizne. Koloseum, tylko w odwroconym porzadku.

Pies dlugo konal w mekach. Dzieci patrzyly w przerazeniu. Oburzeni poszlismy do dyrekcji domu ze skarga. Dyrektor nie rozumial, w czym rzecz. Tlumaczyl uparcie, ze trucizna jest nieszkodliwa dla czlowieka, wiec nie ma obawy, zeby ktos poniosl uszczerbek na zdrowiu, nawet male dzieci.

Bulgarzy byli dlugo pod zaborem Turkow, przesiakli ich okrucienstwem w tej mierze. Ale czym przesiakl nasz weterynarz wywodzacy sie z kraju, gdzie od wiekow ludzie modla sie do swietego Franciszka? Co by Franciszkowi odpowiedzial, gdyby go zapytal, co zrobil z bracmi psami?

Psuja nam sie ludzie od srodka.

Po szesnastu miesiacach Sad Lustracyjny zdjal odium zdrady z Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera w rzadzie Jerzego Buzka i ministra spraw wewnetrznych i administracji. Przypominaja mi sie ci, ktorych Glowny Wystawiajacy, rzecznik Nizienski, narazil na cierpienie. Widze napieta twarz Grazyny Staniszewskiej i lzy ulgi, gdy glowny swiadek, czyli owczesny ubek, zeznal na jej korzysc. A coz mu szkodzilo sklamac? Na jego dobrej lub zlej woli zawisla uczciwosc dzialaczki podziemia. Widze napieta twarz Wieslawa Chrzanowskiego i podobna ulge po zeznaniach swiadkow tego samego resortu. Ktorys z dziennikarzy spytal go: "A gdyby sklamali i sedzia powiedzial 'winny'"? Wieslaw Chrzanowski, zolnierz AK, powstaniec warszawski, dlugoletni wiezien komuny, odpowiedzial: "To bylby koniec mojego zycia".

Kto sprawuje taka lustracje nie tylko jest okrutnikiem, ale dziala na niekorzysc najwartosciowszych sposrod nas.

Psujemy sie od srodka.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail