ANDRZEJ JOZEF DABROWSKI
Wykupil swe zycie gra na fortepianie
>Wspomnienia
Wladyslawa Szpilmana z lat okupacji przeczytalem jednym
tchem. Los czlowieka, ktory postanowil nie poddac sie zagladzie
i wytrwac tak dlugo, jak tylko to bedzie mozliwe, przykuwa
uwage bez reszty. Ksiazka napisana jest tak, ze zapomina
sie doslownie o wszystkim i krok po kroku towarzyszy sie
opowiadajacemu, pragnac, by mu sie udalo. Samograj, jakich
wiele - moze ktos powiedziec, w koncu taka powinna byc kazda
dobra ksiazka. I trudno sie z tym nie zgodzic, tu jednak
mamy do czynienia z materia, znana z dziesiatkow innych,
mrozacych krew w zylach wspomnien i dziel literackich. Gehenna
Zydow, warunki zycia w gettach, koszmar ukrywania sie po
aryjskiej stronie... Przerabialismy to wielokrotnie i wydaje
sie, ze wszystko juz na ten temat wiemy. Wspomnienia Szpilmana
wytracaja nas z tej pewnosci, przynoszac wiele nieznanych
wczesniej faktow. Ba, maja w sobie jakas przedziwna sile
magiczna, sprawiajaca, ze jakby po raz pierwszy czytalo
sie o sprawach, ktore autor opisuje. Narrator dostrzega
w okupacyjnej rzeczywistosci rzeczy, ktore umknely uwadze
innych piszacych i opowiada o nich w ten sposob, jakby zbieral
material do powiesci przygodowej. Jesli oczywiscie slowo
"przygoda" moze byc okresleniem wlasciwym w odniesieniu
do tragedii. Nieustannie towarzyszy mu zdumienie, ze to,
co oglada i czego doswiadcza, ma rzeczywiscie miejsce, ze
to nie sen, jawa czy literatura, a rzeczywistosc wlasnie.
Wspominajacy Szpilman jest stale czyms zaskoczony, co pociaga
za soba zaskoczenie czytelnikow. I to zaskoczenie nieslychanie
ozywia to, co stalo sie juz dosc odlegla historia, co w
naszej swiadomosci tkwi jako martyrologia. Moze wlasnie
dlatego nie odwracamy sie od niej w poczuciu, ze wszystko
juz o niej wiemy i ze nas przygniata, czyniac bezradnymi.
Nie bez znaczenia jest tu jezyk Szpilmana. Prosty a zarazem
pojemny. Radzacy sobie z opisem faktu, refleksja, wzruszeniem,
zracjonalizowaniem przerazenia i sciszeniem rozpaczy. Autor
nie sili sie na wielka literature, lecz absolutny sluch
podpowiada mu nie tylko wlasciwe tony do opisu kazdego wydarzenia,
ale i najwlasciwsze slowa. Szpilman bowiem dobrze slyszy
ich brzmienie. Od muzyki jest tylko krok do poezji; wiele
akapitow staje sie jakby niechcacy niemal poezja wlasnie,
tak sa geste od znaczen, tak syntetyczne, zeby nie powiedziec
- epigramatyczne. Poetyckosc dochodzi do glosu w tych momentach,
kiedy serce nam podchodzi do gardla; w momentach najwiekszego
wzruszenia, kiedy wstrzasa nami szloch, przechodzacy niekiedy
w wycie. W wycie wlasnie - co tu wstydliwie kryc.
*
Zapis rozpoczyna sie wybuchem wojny, konczy wkroczeniem
do Warszawy wojsk polskich i sowieckich. Autor opowiada
o ostatnich dniach dzialalnosci Polskiego Radia, gdzie pracowal
jako pianista. Przypomina oblezenie Warszawy. Potem pisze
o kapitulacji, wkroczeniu Niemcow, przejeciu przez nich
wladzy i stopniowym pozbywaniu sie zywionych wobec nich
zludzen. Wraz z rodzina mieszka na ulicy Sliskiej, ktora
zostaje odcieta od reszty miasta murem getta. Zydowskie
pochodzenie uniemozliwia mu przeprowadzke na aryjska strone.
Poznajemy zatem upiorne osobliwosci zycia miasta w miescie,
zlozonego z tzw. malego getta i duzego getta. Ten podzial
wynikal nie tylko z topografii Warszawy, takze z zamoznosci.
Male getto to zydowska elita. Ludzie stosunkowo dobrze sytuowani
mieszkali "tylko" po czworo w jednym pokoju, w mieszkaniach
polozonych na poludnie od ulicy Chlodnej. Duze getto to
przedwojenna biedota, "gniezdzaca sie w brudzie, nedzy i
ciasnocie" w obrebie Muranowa i sporej czesci Nowego Miasta.
Szpilman, w przeciwienstwie do innych autorow, nie ukrywa
olbrzymiego rozwarstwienia miedzy Zydami zamknietymi w getcie
i braku solidarnosci miedzy nimi. Nie oszczedza tez zydowskich
wladz administrujacych gettem w imieniu okupanta, zwlaszcza
zydowskiej policji. Z ironia podchodzi natomiast do naiwnosci
tych rodakow, ktorzy wierza, ze ich losem zajma sie Amerykanie...
Zamiast Amerykanow byli ciagle Niemcy, ktorzy stopniowo
zmniejszali powierzchnie zydowskiej dzielnicy, zamieniajac
ja w doslowne pieklo. Pozornie jednak wszystko mialo sie
tam toczyc normalnie. "Zycie w getcie bylo tym trudniejsze
do wytrzymania - pisze Szpilman - im bardziej sprawialo
pozory zycia na wolnosci.[
] Jednakze ulice getta prowadzily
donikad. Konczyly sie zawsze murem. Czesto zdarzalo mi sie
isc przed siebie, by nieoczekiwanie napotkac sciane. Zagradzala
znienacka droge i nawet, gdybym mial ochote moja wedrowke
kontynuowac, nie bylo zadnego logicznego wytlumaczenia,
dlaczego nie mialoby to byc mozliwe. Dalszy ciag, po drugiej
stronie muru, urastal we mnie do rozmiaru czegos, z czego
nie moglem zrezygnowac, czegos najdrozszego na ziemi, gdzie
dzialo sie cos, za czego przezycie oddalbym wszystko, co
posiadam". Te zdania odnosza sie nie tylko do zycia w getcie,
pokazuja takze wewnetrzny imperatyw bohatera. Pragnienie
przezycia jest czyms, co nadalo sens jego istnieniu, a zatem
czyms, co jest glownym tematem ksiazki.
Przezyc z miesiaca na miesiac udawalo sie Szpilmanowi dzieki
grze na fortepianie w roznych restauracjach i kawiarniach.
Za zarobione w ten sposob pieniadze mogl utrzymac siebie
i w duzym stopniu rodzine - rodzicow, dwie siostry i brata.
W restauracjach przesiadywali najbogatsi polscy Zydzi, utyskujac
na niesolidarnosc Zydow amerykanskich. Tymczasem na ulicach
umierali z glodu najbiedniejsi. W niektorych kawiarniach
gromadzili sie artysci glodni prawdziwej sztuki. Ci rozumieli
muzyke Szpilmana najlepiej. Wyrywala ich na chwile z apatii,
niosla chwile zapomnienia. A bylo o czym zapominac, bo juz
wiadome bylo, ze ci, ktorzy nie padna z glodu na ulicach,
wywiezieni beda do komor gazowych. Szpilman byl swiadkiem
wymarszu Janusza Korczaka i sierot, ktorymi sie opiekowal
w domu dziecka przy Krochmalnej. Kilka dni potem sam znalazl
sie z rodzina na oslawionym Umschlagplatzu. Tylko cudem
nazwac mozna wylowienie go z tlumu ludzi ladowanych do bydlecych
wagonow przez ktoregos z zydowskich policjantow, ktory rozpoznal
slawnego pianiste i wypchnal go poza kordon pilnujacych.
Reszta rodziny, przypomnijmy - rodzice, dwie siostry i brat
- zostala na jego oczach zaryglowana w wagonie i wywieziona
do komory gazowej. Ojciec tylko zdazyl jeszcze "pomachac
mi na pozegnanie, jakbym powracal do zycia, a on juz zegnal
mnie z drugiej strony". Ten obraz jest nie do zapomnienia.
Pozniejsze miesiace to koszmar dalszego trwania w getcie
i ukrywania sie po aryjskiej stronie. Szpilman z determinacja
chcial zyc do konca juz nie tylko za siebie, ale i za swoja
zamordowana rodzine. Ewentualny koniec tez mial byc zalezny
od niego samego, bowiem w chwili osaczenia byl zdecydowany
powiesic sie lub zazyc trucizne. Oprocz owego osaczenia
grozila mu jeszcze smierc glodowa. Doslownie. Przymierajac
glodem, nasluchiwal w ukryciu wiesci z walczacego getta,
a potem obserwowal przebieg powstania warszawskiego z plonacego
domu przy alei Niepodleglosci, w poblizu Kolonii Staszica.
Po klesce powstania nie wyszedl na rozkaz Niemcow z Warszawy
wraz z jej ludnoscia; pozostal w wysadzanych dynamitem i
trawionych ogniem murach. Byl swiadkiem smierci miasta,
w ktorym co rusz sam znajdowal sie o krok od smierci, a
wlasciwie nie krok, o milimetr. Zwlaszcza wtedy, kiedy lezal
na spadzistym dachu, oparty nogami o rynne, a wokol padaly
kule wystrzeliwane do niego przez stojacych na dole Niemcow.
Los jednak chcial, by przezyl swoje miasto. Uratowal go
Niemiec, zafascynowany jego fortepianowa interpretacja Nokturnu
cis-moll Chopina, odegrana dlan w ktoryms ze zrujnowanych
i wypalonych mieszkan. Historia jak z basni albo klechdy
ludowej, tchnacej naiwnoscia i potrzeba cudownosci. A jednak
calkiem realna, jak sie okazalo.
Pozniej juz bylo oczekiwanie w ruinach na swoich, czyli
Polakow, wyzwalajacych Warszawe razem z Sowietami. Omal
nie zginal z reki polskich zolnierzy, ktorzy wzieli go poczatkowo
za ukrywajacego sie Niemca.
*
Niemcem, ktory go ocalil, okazal sie kapitan Wilm Hosenfeld.
Nalezal on do tych zolnierzy okupujacych Polske, ktorzy
nie mieli watpliwosci co do zbrodniczego charakteru tej
okupacji i nie zywil zludzen, ze Niemcy wygraja wojne. Prowadzil
dziennik, ktorego fragmenty zostaly dolaczone do wspomnien
Szpilmana. Uratowanie ukrywajacego sie polskiego kompozytora
zydowskiego pochodzenia bylo dla Hosenfelda aktem ekspiacji.
Nie jedynym, jak sie w trakcie szukania jego sladow okazalo.
Szpilman podal wybawcy z wdziecznosci swoje nazwisko, przeczuwajac,
ze moze w przyszlosci mu pomoc. I w samej rzeczy probowal
pozniej wydostac Hosenfelda z sowieckiego lagru dla jencow
niemieckich. Interweniowal w tej sprawie u samego Jakuba
Bermana, jednego z namiestnikow Stalina na Polske, liczac,
ze jako Zyd bedzie zainteresowany jego historia. Niestety,
starania spelzly na niczym, bo wedle slow Bermana Rosjanie
nie chcieli kapitana Hosenfelda wypuscic, trzymajac go pod
zarzutem szpiegostwa. W roku 1952 juz nie zyl i nigdy nie
zostaly ujawnione okolicznosci jego smierci w owym lagrze.
W pierwszej wersji ksiazki Szpilmana, ktora ukazala sie
w 1946 roku, cenzura zmienila Hosenfeldowi narodowosc z
niemieckiej na austriacka. Ingerowala tez w wielu innych
miejscach...
Po wojnie Wladyslaw Szpilman wrocil do Polskiego Radia,
gdzie kierowal Redakcja Muzyki Rozrywkowej, z miejsca odzyskujac
dawna popularnosc, ktora przyniosly mu przedwojenne szlagiery.
Milionom Polakow jego nazwisko kojarzy sie z piosenkami
- przebojami takimi chocby, jak Tych lat nie odda nikt, Nie ma szczescia bez milosci, Nie wierze piosence, Jutro bedzie dobry dzien. Wszyscy zapewne swietnie
pamietaja wymyslony przez niego sygnal Polskiej Kroniki
Filmowej. Ponadto skomponowal ponad 50 piosenek dla dzieci
i byl pomyslodawca oraz jednym z organizatorow Miedzynarodowego
Festiwalu Piosenki w Sopocie. Oprocz muzyki rozrywkowej
Szpilman uprawial rowniez muzyke klasyczna. Razem z polskimi
kameralistami gral sonaty i kwintety Brahmsa, Francka, Griega
i Schumana. Natomiast jako solista interpretowal po mistrzowsku
utwory Chopina, Rachmaninowa i kompozycje wlasne. W roku
1998 opublikowal w Niemczech pelna wersje swojej dawnej
ksiazki, ktora ukazala sie pod tytulem Pianista.
Blyskawicznie zostala przetlumaczona na angielski, holenderski,
wloski, szwedzki i japonski. Ukazala sie takze w USA. Los
Angeles Times uznal ja za ksiazke 1999 roku.
Szpilman zmarl w glorii slawnego kompozytora i autora we
wrzesniu 2000 roku, udzieliwszy przedtem zgody Romanowi
Polanskiemu na sfilmowanie Pianisty.
Rezyser juz rozpoczal przygotowania, zas znany brytyjski
dramaturg Ronald Harwood pisze scenariusz. Nie bedzie mial
trudnego zadania, poniewaz Pianista to ksiazka pisana
obrazami tak sugestywnymi, ze az sie prosza o sfilmowanie.
W jednej z wypowiedzi Polanski powiedzial, ze od dawna chcial
zrobic film o holocauscie. Ksiazka Szpilmana jest dlan wymarzonym
materialem, "swiadectwem ludzkiej wytrzymalosci w obliczu
smierci oraz holdem dla sily muzyki i checi zycia. Lamiac
wiele stereotypow, jest historia opowiedziana bez cienia
zadzy zemsty". Nic dodac, nic ujac, chcialoby sie powiedziec,
gdyby nie to, ze Pianista jest takze ksiazka o smierci
Warszawy i zwiazku czlowieka skazanego na zaglade z miastem,
ktoremu zgotowano taki sam los. Obawiam sie, ze tego brytyjski
scenarzysta nie zauwazy, a jesli nawet zauwazy, to nie w
pelni pojmie, bo zwiazek ten zrozumialy jest przede wszystkim
(choc nie tylko) dla dawnych warszawian, ot takich jak Szpilman
wlasnie. Cala nadzieja w tym, ze rezyser, choc paryzanin
z urodzenia i zamieszkania, a krakowianin z wychowania,
tej sprawy nie przeoczy. Gdyby jednak przeoczyl, pozostaje
nam sama ksiazka jako jedno z najpiekniejszych dziel w naszej
literaturze, mowiace zarowno o egzystencji w warunkach ostatecznych,
jak i wspomnianej symbiozie czlowieka z miastem. Symbiozie,
w ktorej czlowiek moze okazac sie strona silniejsza.
---------------------
Wladyslaw Szpilman, Pianista. Warszawskie
wspomnienia 1939-1945. Wydawnictwo Znak, Krakow 2000,
s. 214 plus zdjecia, plan warszawskiego getta i plytka kompaktowa Wladyslaw Szpilman. Portret muzyczny. Cena 18 dol.
plus NY tax i 5.50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka
(do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |