GRAZYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna - Teatr
Smak
kontrastow
Z bardzo mieszanymi uczuciami zamykam wiosenny sezon.
Niezle przedstawienia na Broadwayu to spektakle importowane
z Londynu: Copenhagen Michaela Frayna (nagroda Tony za najlepsza
nowa sztuke), stawiajaca trudne filozoficzne i moralne pytania,
lub recenzowana tu wczesniej sztuka Toma Stopparda ozywiona
kunsztem Anglikow Stephena Dillane'a i Jennifer Ehle (oboje
otrzymali Tony jako najlepsi aktorzy sezonu). Inne, ktore
zaznaczyly pozytywnie swoja obecnosc na Broadwayu, to sprawdzone
juz sztuki ze wspolczesnej klasyki amerykanskiej, odkurzone
i przedstawione w nowej inscenizacji, ze znanymi aktorami:
slynny dramat Tennessee Williamsa A Moon for the Misbegotten
(Tony dla Roya Dotrice'a za role drugoplanowa) czy sztuka
Sama Sheparda z 1982 r. True West, rowniez znana Panstwu
z recenzji, z udzialem Phila Seymoura Hoffmana oraz Johna
C. Reilly'ego (zupelnie pominietych przy rozdzielaniu nagrod
Tony).
Nie bylo ani jednej ciekawej nowej sztuki. Nie bylo ani
jednego przedstawienia w jakis sposob zaskakujacego, przynoszacego
wielkie przezycie czy rewelacyjnego w formie. Najbardziej
obiecujaco pod tym wzgledem wygladalo widowisko przygotowane
w koncu kwietnia przez Julie Taymor: The Green Bird w Cort
Theatre. Ale wlasnie dlatego, ze tak oczekiwane, najwieksze
przynioslo rozczarowanie. Teoretycznie biorac, wszystko
tu bylo wysmienite. Autor sztuki Carlo Gozzi, wenecki mistrz
commedia dell'arte i lekkich dramatow-opowiesci iskrzacych
sie od humoru. Glowna tworczyni spektaklu Julie Taymor,
rezyserka i plastyczka, znana ze swoich czesto genialnych
rozwiazan: czy to w najtrudniejszej, bo absurdalnie krwawej
i pomieszanej tragedii Szekspira Titus Andronicus, czy w
pelnym ulotnego wdzieku musicalu Juan Darien. Doborowy zespol
aktorow z wysmienitym Bruce'em Turkiem (jako The Green Bird)
na czele. A i sztuka byla dobrze wybrana: Czarodziejski
ptak to rodzaj "filozoficznej bajki" z madrym podtekstem,
szczegolnie trafnym w dzisiejszych czasach. Jest to opowiesc
o mlodej parze krolewskiej Renzo (Sebastian Roch) i Barbarinie
(Katie MacNichol), ludziach pelnych idealow i wznioslych
mysli. To znaczy czuli i dobrzy byli, poki biedni. Kiedy
sie wzbogacili, stali sie bezwzgledni. Pelni dumy i okrutni,
w pogoni za wlasna wygoda i przyjemnoscia zapomnieli o wszystkich
wokol.
Mimo tych atutow sztuka nigdy na scenie nie zajasniala wlasnym
zyciem. Celem tego rodzaju teatru jest przeniesienie nas
w inny wymiar, w swiat fantazji i poezji. Tutaj podziwialismy
dobra gre Dereka Smitha jako Tartaglia mimo utrudnien, jakie
przysparzala mu ogromna maska-glowa. Sluchalismy pelni uznania
spiewu Sophii Salguero prowadzacej trio Spiewajacych Jablek.
Z podziwem ogladalismy coraz to nowe, imponujace detale
przepieknych dekoracji, przebogatych kostiumow i masek.
Ale nigdy nie unieslismy sie z naszych wygodnych foteli.
Docenialismy, ze za 60 czy 70 dolarow dostalismy uczte wizualna
byc moze warta tej wygorowanej ceny broadwayowskich biletow.
*
Zamknelam wiosenny sezon wizyta w dwoch nietypowych teatralnych
przestrzeniach: w kosciele i w wiezieniu. W jednym miejscu
duszno bylo jak w czysccu, w drugim zbyt zimno. I tu i tam
krzesla twarde. Akustyka fatalna. W ogole pelno praktycznych
problemow zanim jeszcze przedstawienia sie zaczely. W kosciele
zapomniano zarezerwowac mi miejsce, niewiele widzialam zza
plecow bardzo duzego mezczyzny siedzacego przede mna. Z
kolei, zeby sie dostac do Sing Sing, najwiekszego wiezienia
w stanie Nowy Jork - godzine na polnoc od miasta - musialam
wypelniac przerozne kwestionariusze tygodnie naprzod, otrzymac
specjalne, imienne pozwolenie na wyznaczony wieczor, potem
odczekac na progu ponurej twierdzy przez przeszlo godzine
zanim nas sprawdza dokladnie, zapisza kazde nazwisko, odnotuja
godzine i minute, przepuszcza przez elektroniczna bramke,
jeden po drugim, bez butow, zabiora torby (bo nie wolno),
dodatkowe okulary (bo drugie niepotrzebne, a jedne juz mam
na nosie), butelke z woda (bo otwarta), podstempluja dlon
niewidocznym tuszem (by przy wyjsciu sprawdzac pod fluoryzujacym
swiatlem, czy ja to na pewno ja).
Same przedstawienia tez byly dlugie, bez przerw. Inscenizacje
dalekie od perfekcji. Wprost przeciwnie: skromne w srodkach,
nierowne w aktorstwie. I w obu przypadkach mialam przywilej
przyswiadczyc bardzo specjalnemu wydarzeniu. Nie ma miejsca
w dzisiejszej kronice - w tej drugiej czesci podsumowania
sezonu - na dokladniejsze omowienie poszczegolnych sztuk.
Bedzie wiec tylko krotki komentarz, ale pragne odnotowac
przynajmniej pelne dane obu zespolow, bowiem sila i wymowa
przedstawien byly wynikiem pracy w niezwyklych warunkach
duzej grupy ludzi.
Calderon de la Barca, Life is a Dream, w tlumaczeniu ks.
George'a Drance'a i Alfreda Galvna. Rezyseria: George Drance,
muzyka: Elizabeth Swados, Victoria Benson i Eric Ness, kostiumy:
Debra Krajec, maski: Sally Duback. Wystapili: Carisa A.
Barreca [Air], Francisco Galileo Lozano Batista [Shadow],
Yomarie Castellano [Earth], Ian Catling [Fire], John T.
Collins [Free Will], Arsene Delay [Understanding], Andy
Grotelueschen [Prince of Darkness], Luke Jankowski [Power],
Valerie Martin [Love], Jodie Schell [Water], Brian Sheridan
[Man], Malkia Stampley [Light] oraz Monica West [Wisdom].
Przedstawienia 8-10 czerwca, St. John the Divine, Manhattan.
Rozpoznaja panstwo zapewne tytul, bowiem komedia Zycie jest
snem mistrza hiszpanskiego Zlotego Wieku jest bardzo znana.
Choc tytul brzmi swojsko, nie jest to sztuka, ktora Panstwo
mieli juz pewnie okazje ogladac. Pod koniec zycia Calderon
napisal cykl dramatow religijnych, czesto nawiazujac do
swoich wczesniejszych, "swieckich" sztuk. W La Vida es Sueno,
auto sacramental z 1677 r., podobnie jak w komedii pod tym
samym tytulem z 1636 r., znajdujemy jako glowny watek rozwazania
o wolnej woli i przeznaczeniu. Zamiast nieszczesnego Seguismundo,
wiezionego w jaskini przez ojca-krola, jako bohatera mamy
teraz Czlowieka, pana swiata, ktory posiada wladze nad wszelkim
stworzeniem, ale sam siebie nie bardzo rozumie. Musi sie
dopiero uczyc madrosci wlasciwego wyboru. Waha sie miedzy
kaprysami absolutnej Wolnej Woli a surowymi napomnieniami
Rozumu, otwarty jest na podszepty Ksiecia Zlego. Przyswiadczamy
narodzinom samoswiadomosci czlowieka: wolnosc jest wspanialym
darem, lecz tylko wykorzystywana swiadomie, a wiec z odpowiedzialnoscia.
Nasza wolna wola bez ostoi w rozumie ma sile destrukcyjna.
Swiatlo milosci prowadzi nas we wlasciwym kierunku - ku
dobru.
Alegoryczne sztuki Calderona bardzo rzadko sa dzisiaj wystawiane.
Nic dziwnego, bowiem ich kosmiczna skala, wzniosle pytania
i jednoznacznie religijna wymowa sa odlegle od glownego
nurtu wspolczesnej kultury. Mlody zespol z jezuickiego uniwersytetu
w Marquette mial wiec nielatwe zadanie i cieszy, ze pod
doswiadczonym kierunkiem George'a Drance'a sprawdzil sie
tak dobrze. Poetyckie slowo Calderona zabrzmialo jak natchnione:
czysto, mocno i delikatnie zarazem, bez przesady i bez zgrzytow
zbytniego uwspolczesniania jezyka. To nadzwyczajne osiagniecie
tlumaczy. Angielski z wielkim oporem poddaje sie kuszeniom
hiszpanskiego baroku, a juz szczegolnie w religijnym wydaniu.
Sila przedstawienia bylo takze udane polaczenie slowa i
muzyki. Energii calosci dodal jednak przede wszystkim niebywaly
entuzjazm mlodych aktorow, przekonanie, z jakim kazdy z
nich wypowiadal swe kwestie. Przejete glosy i spiew, akordy
gitary, rytm pieknego slowa niosly wzruszenie. Zacieraly
granice miedzy wiara i pragnieniem a reprezentacja wiary
i pragnienia. Aaron Sorkin, A Few Good Men. Rezyseria: David
Wayne Britton, Randy Mulder, Dino S. Johnson. Wystapili:
Errol Adams [Cpl Jeffrey Own Howard], Dewey Bozella [Lance
Cpl Harold Dawson], David Wayne Britton [LtCol Nathan Jessep],
Juan Fernandez [PFC William T. Santiago], Vaughn Gilmore
[PFC Louden Downey], Parrish Jordan [Capt. Isaac Whitaker],
Laura Kramer [LCDR Joanne Galloway], John Mandala [Capt.
Matthew A. Markinson], Carlos Santiago [LTJG Daniel A. Kaffee],
Herman P. Silmon [Lt Jack Ross] oraz John G. Whitefield
[Lt Jonathan James Kendrick]. Pod kierunkiem Katherine Vockins
w ramach programu Rehabilitation Through the Arts. Przedstawienia
21-23 czerwca, Sing Sing Chapel Auditorium, Ossining, N.Y.
Zaskakujaco podobna sile - przy wszystkich roznicach kontekstu:
sala w wiezieniu, a nie pod wzniosla kopula kosciola - mialo
przedstawienie w Sing Sing. Sztuka Aarona Sorkina opowiada
o grupie ludzi zamknietych nie w wiezieniu, lecz w innej
instytucji o podobnie ostrym rezimie regul i wymagan. W
bazie amerykanskiej marynarki wojennej Guantnamo na Kubie
umiera mlody rekrut Santiago. Jego smierc jest po czesci
rezultatem zaniedban wyzszych oficerow, niechetnych jego
wczesniejszym apelom o przeniesienie gdzies indziej. Po
czesci wynika z poslusznego podporzadkowania sie wszystkich
zolnierzy niepisanemu "czerwonemu kodowi", ktory wymaga
wymierzenia kary kazdemu, kto sie wylamuje spod praw obowiazujacych
w grupie. Proces winnych smierci Santiago dramatyzuje duzo
szersze konflikty: racje stanu a racje moralne, granice
odpowiedzialnosci indywidualnej a odpowiedzialnosci za czyny
innych.
Realia przedstawienia byly brutalne. Wszelkie przygotowania
- wybor tekstu, proby, kontakty z wolontariuszami, negocjacje
o kazdy szczegol - sa podporzadkowane bardzo surowym regulom
szczegolnie strzezonego wiezienia. Mikrofony i kostiumy
dotarly w przeddzien pierwszego przedstawienia. Na widowni
- mezczyzni w roznym wieku w zielonych wieziennych ubraniach,
straznicy w mundurach i z bronia oraz garstka cywilow -
kilka osob zaprzyjaznionych z Katherine Vockins prowadzacej
program teatralny, kilku wolontariuszy pracujacych od lat
z wiezniami. Na scenie sami mezczyzni i jedna kobieta, Laura
Kramer, zawodowa aktorka bioraca udzial w spektaklu za specjalnym
pozwoleniem wieziennych wladz. Wiekszosc aktorow ciemnoskora:
mlodzi i bardzo mlodzi. Ich uderzajace skupienie budzi nasze
skupienie. Kazde slowo zaczyna pulsowac wlasnym zyciem.
Kazde - o bledzie, o upartym szukaniu usprawiedliwien, o
powolnym odkrywaniu nowej swiadomosci - nabiera szczegolnej
wagi. Tak jak w przypadku sakralnej sztuki Calderona, choc
w dramatycznie odmiennych okolicznosciach, polamatorski
zespol potrafil stworzyc to, co w teatrze jest najcenniejsze:
magiczny moment prawdziwego wzruszenia.
*
A ponadto, no coz, kilka przedstawien wiosennego sezonu
w teatrach off-Broadwayu dobitnie zilustrowalo prawde, ze
najlepsza sztuke zle aktorostwo moze polozyc, lecz nawet
najlepszy aktor czy aktorka nie udzwigna sami ciezaru sztuki.
W The Public Theatre dwom swietnym aktorkom - Daphne Rubin-Vega
(Sophia) i Adriana Sevan (Maria Celia) grajacym siostry
trzymane w domowym areszcie w Hawanie - zabraklo dobrego
tekstu i odpowiednich partnerow w Two Sisters and Piano,
nowej sztuce kubansko-amerykanskiego pisarza Nilo Cruza.
Utalentowana J. Smith-Cameron, pelna wdzieku i cichej sily,
rowniez grala prawie samotnie na scenie Minetta Lane Theatre
w ambitnej lecz niezdecydowanej w wymowie sztuce Davida
Lindsay-Abaire'a Fuddy Meers.
The Real Thing odnoszaca tryumfy na Broadwayu oraz Arms
and the Man, blyskotliwa komedia G. B. Shawa o ostrym zadle
antymilitarystycznej satyry, ktora zjawila sie w Gramercy
Theatre i przeszla prawie zupelnie niezauwazona, swietnie
ilustruja, jak wiele zalezy od aktora. W pierwszym przypadku
mamy mierna sztuke bardzo dobrze grana. W drugim - swietna,
ktora miernie wypadla z powodu przerysowanej gry. Subtelny
Stephen Dillane zdobywa nasza uwage podbudowujac znaczenie
tekstu, ktory wiele obiecuje lecz niewiele nam daje. W komedii
sprzed ponad stu lat wiecej jest swiezosci i sily niz w
calym worze sztuk Toma Stopparda, lecz halas jaki wywoluja
aktorzy podwaza wymowe nawet madrego slowa G. B. Shawa. |