PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (23 czerwca 2000)


JOANNA BATOR

Koniec milenium na Manhattanie

Wsrod kulturowych i cywilizacyjnych centrow przeszlosci najczesciej wymienia sie Ateny, Rzym, Paryz i Wieden. Dzis, na przelomie wiekow, stolica swiata jest Nowy Jork. O tamtych miastach pisano, ze uosabialy epoki odchodzace w przeszlosc w obliczu nieuchronnie zblizajacych sie zmian. Nowy Jork ucielesnia metafore swiata ponowoczesnego, ktorego przyszlosc jest niewyobrazalna.
Nie bez powodu mowi sie, ze jesli czegos nie mozna znalezc na Manhattanie, to znaczy, ze tej rzeczy jeszcze nie wynaleziono. Nowy Jork jest jak wielki bar salatkowy - taki, po ktorym chodzi sie z plastykowym pojemnikiem komponujac skladniki wedlug wlasnego gustu i smaku. Wlasciwie od ciebie zalezy wiec, czy finalny efekt bedzie przyprawiajaca o mdlosci packa bez skladu i ladu, czy wykwintna kompozycja z lososia, wielkich krewetek i marynowanego imbiru. W kazdym razie na pewno dostaniesz tu wszystkie ingrediencje potrzebne, aby zaspokoic nawet najbardziej wybredne i nietypowe upodobania. Na Manhattanie mozna znalezc bez trudu wystarczajaco duzo dobrych rzeczy, by w jednych poczatek nowego tysiaclecia budzil nadzieje na jeszcze lepsze jutro i wystarczajaco duzo zlych, by inni wygladali raczej nieuniknionego konca swiata. Manhattan artystow i szalencow, celebrities popijajacych szampana na Upper West Side i bezdomnych pchajacych swoje zalosne wozki-domy, smierdzacy tanim jedzeniem i narkotycznie pachnacy sprzedawanymi w wielkich wiazkach galeziami eukaliptusa, nie zawsze goscinny dla wloczegow, jest rajem dla turystow. Stolica swiata oferuje nam atmosfere filmowego "Titanica", ktory przy dzwiekach orkiestry pedzi na spotkanie ze sztuczna gora lodowa.
Dla tych, ktorzy nie wierza juz w nagle zwroty dziejow i przelomy przynoszace jakakolwiek radykalna nowosc, symboliczny koniec tego stulecia oznacza jedynie doprowadzona do takiego absurdu kumulacje skarbow i smieci ludzkosci, jej geniuszu, perwersji i dziwactw, ze wszystko to, co moze nastapic potem wydaje sie niewyobrazalne i nierzeczywiste. W tym sensie na Manhattanie rok 2000 trwa juz od jakiegos czasu. Bowiem koniec tysiaclecia, o ktorym nieustanie mowimy, to tylko proba wprowadzenia porzadku w chaos i nieprzewidywalnosc. Wyobrazanie sobie konca tak naprawde sluzy idei kolejnego poczatku, jakiemus "jutro", gdy bedzie mozna wszystko zaczac od nowa i zostawic za soba niechlubna przeszlosc tak, jak rzuca sie palenie. Stolica swiata oferuje atmosfere fin de millennium w pigulce.
Turysci i wloczedzy
Zygmunt Bauman w ksiazce Postmodernity and its Discontents przeciwstawia nowozytna tozsamosc pielgrzyma ponowoczesnym tozsamosciom turysty i wloczegi. Metafora pielgrzyma, ktorego zycie polega na zaplanowanej w szczegolach drodze do jasno okreslonego celu, stanowi opozycje wobec figur turysty sprowadzajacego dbalosc o przyszlosc do ustalenia trasy kolejnej wycieczki oraz wloczegi, ktory chcialby po prostu dojsc i zatrzymac sie gdziekolwiek. Losami pielgrzyma kieruje przeznaczenie, podczas gdy turysta zalezny jest od zmian pogody i "specjalnych ofert" biur podrozy. Ten pierwszy postrzega swoje zycie jako stopniowe doskonalenie tozsamosci i zblizanie sie do duchowego celu, dla tego drugiego tozsamosc jest suma wrazen, kolazem smakow, zapachow, kolorow. Pielgrzym ma ojczyzne, podczas gdy ani turysta, ani wloczega nie naleza do miejsc, w ktorych sie wlasnie znajduja. Turysta zawsze zmierza "dokads", gnany nadzieja mocnych wrazen i nowych atrakcji, podczas gdy wloczega wedruje "donikad", starajac sie jedynie uniknac czekajacych go po drodze przykrosci. Dla tego pierwszego swiat jest nie konczaca sie wyprawa Indiany Jonesa, a nie miejscem, gdzie trzeba raczej starac sie uniknac nieprzyjemnych wypadkow, ktorych na kazdym kroku spodziewa sie wloczega. Trafnosc metafory Baumana widoczna jest tu bardzo wyraznie. Nowy Jork przelomu wiekow to miasto hedonistycznych turystow i pozbawionych nadziei wloczegow, ktorzy ciagna tu z calego swiata.
Dobry turysta stanowi ideal ponowoczesnej tozsamosci i wszedzie jest chetnie witany. Robi wiec zakupy na Madison Avenue, a dla dreszczyku emocji odwiedza stylowe "lumpeksy" w SoHo i East Village, jezdzi dorozka po Central Parku i fotografuje sie na tle Dakoty, przed ktora zabito Johna Lennona. Kupuje ubrania, ksiazki i obrazy. Po dobrym lunchu w restauracji na szczycie World Trade Center filmuje z ukrycia bezdomnych koczujacych na swoich kartonach w Battery Park. Stara sie zobaczyc jak najwiecej i we wszystkim uczestniczyc - jedzie wiec do Brighton Beach, by zjesc bliny u "Tatiany", a na niedziele zapisuje sie na specjalna, "bezpieczna" wycieczke do Harlemu, bo wprawdzie chcialby spotkac Innego twarza w twarz, ale troche sie boi (nie bez slusznosci zreszta) o swoja biala skore i zlota doxe. Turysta nie angazuje sie zbyt gleboko w sprawy odwiedzanych miejsc. Nawet mieszkajac w nich i cieszac sie ich urokiem, mysli juz o czekajacych nan przyjemnosciach nastepnej podrozy. Postrzega swiat jako miejsce bardzo atrakcyjne i dlatego wedruje po nim coraz szybciej i szybciej. Turysta uwielbia podrozowac i nie mysli o zostaniu w ktoryms z odwiedzanych krajow na zawsze. Sama taka perspektywa wydaje mu sie straszna. Warto dodac, ze dobry turysta miedzy ideami przemieszcza sie z taka sama latwoscia, z jaka lata miedzy krajami swiata. W sezonie jesiennym zajmuje sie filozofia Wschodu, wiosna dobrze czuje sie jako amerykanski pragmatysta. Raz jest ateista, kiedy indziej medytuje w Tybecie. Z diety Diamondow przerzuca sie bez problemu na golonke i odchudzajace tabletki ananasowe. Turysta nie ma ojczyzny, bo nie identyfikuje sie z zadnym z miejsc, w ktorych mieszka. Cieszy sie wolnoscia braku przynaleznosci. Nie ma korzeni, lecz taka nibynozke, za pomoca ktorej przyczepia sie na chwile do podloza.
Wloczega z kolei przemieszcza sie z miejsca na miejsce niechetnie i tylko dlatego, ze nigdzie nie spotyka sie z goscinnoscia. Chcialby w koncu sie zadomowic, ale nie moze lub nie potrafi. Oszczedza na przyjemnosciach i nie goni za atrakcjami, myslac, ze zdazy jeszcze nacieszyc sie zyciem, gdy w koncu trafi w jakies bardziej przyjazne miejsce. Jesli mieszka w East Village - narzeka na smieci na ulicach, narkotyki i Murzyna, ktory z zaskakujaca regularnoscia zaczyna grac na saksofonie kazdej nocy kolo godziny drugiej. Wloczega trafil do nowego Jorku via londynski Fulham, Hamburg czy Lille, skad przywiodl go przypadek lub hollywoodzka iluzja. Wie, gdzie i jak robi sie tanie zakupy, zna lokalizacje polskich sklepow z kiszona kapusta i kielbasa. Przekonuje mnie, ze w japonskiej restauracji mozna sie zatruc surowa ryba i ostrzega, ze Manhattan jest niebezpieczny. Wysyla do Polski paczki z rzeczami, ktore tam mozna juz od dawna kupic w kazdym supermarkecie. Piecze indyka na Dzien Dziekczynienia, ale doskonale wie, ze to nie jego swieto i wcale nie smakuje mu ani konfitura z zurawiny, ani ciasto z dyni. Wloczega wprawdzie mysli czasem o powrocie, ale obawia sie, ze spotkalaby go wowczas jeszcze wieksza przykrosc. W jego naturze lezy bowiem przekonanie, ze jedynym szczesciem, jakiego moze doswiadczyc, jest unikniecie rozczarowania lub niepotrzebnego wydatku.
Nie konsumujesz, nie zyjesz
Freud, prawdopodobnie najwiekszy mysliciel XX wieku, uswiadomil nam co najmniej dwie bardzo wazne rzeczy. Po pierwsze to, ze nie ma nic bardziej historycznego, relatywnego i zmiennego niz kategoria ludzkiego ciala i - po drugie - ze jedyna rzecza, jaka mozna bez watpienia powiedziec o ludzkiej naturze jest fakt, iz czlowiek pragnie. Istota odrozniajacego nas od innych zywych stworzen pragnienia polega na tym, ze nie mozemy go zaspokoic w sposob tak doskonaly, jak zwierze zaspokaja glod lub potrzebe ciepla. Aby choc na chwile zapomniec o naturze pragnienia, czlowiek tworzy mity, ktore symbolicznie wypelniaja luke miedzy pragnieniem, a jego nieosiagalnymi obiektami. Konsumpcyjny cyrk schylku wieku doprowadzil do absurdu iluzje spelnienia, na kazdym kroku kuszac mozliwoscia tego, co niemozliwe. W okolicach Times Square ogromny billboard z reklama bielizny pyta retorycznie "Czy mozesz sie oprzec?", bo doskonalosc wyeksponowanych tam cial w przejrzystych koronkach wyklucza wszelkie opieranie sie. Zamiast mitow dzis reklamy obiecuja katharsis. A my ciagle sie nabieramy.
Ponowoczesny konsument dobr jest produktem rynku, ktory generuje jego potrzeby w dialektycznym procesie wzajemnej wspolzaleznosci. Miedzy konsumentem a rynkiem zachodzi bowiem nowy rodzaj prymitywnej wymiany opisywanej przez antropologow badajacych egzotyczne kultury. Zamiana pragnienia (i pieniedzy) na oferowany przez rynek produkt nieuchronnie powtorzy sie wowczas, gdy odnowiona chec konsumpcji zbiegnie sie z nowa propozycja rynku. Jesli juz raz poszlo sie na wyprzedaz do Bloomingdale's, mozna byc pewnym, ze szybko sie tam wroci, by nabyc kolejny, tak naprawde bezuzyteczny, cud. Samo konsumowanie jest o wiele wazniejsze od jego zmiennych i szybko dezaktualizujacych sie obiektow. Kazdego dnia eksperci od mody czy diety obwieszczaja zatem kolejne odkrycia, a to, co modne i zdrowe bylo wczoraj, dzis nalezy juz do przeszlosci. Uczucie, ze pozadana rzecz zaspokoi nasze pragnienie zywimy tylko dopoty, dopoki jej nie zdobedziemy, bo wowczas okazuje sie, ze powinnismy chciec juz czegos innego, nowszego, bardziej na czasie. Dzis na przyklad trzeba pic mleko sojowe zamiast krowiego i dodawac do jedzenia winogronowa papke, ktora zostaje po produkcji wina. Dobrze jest tez chwile pomedytowac. Nawet jednak te przeszczepione na grunt amerykanski wschodnie sztuki maja wymiar czysto pragmatyczny i sluza raczej cialu nienasyconego konsumenta, niz jego zredukowanej do nicosci duszy. Cialo medytuje wiec, by lepiej sie poczuc i moc dalej konsumowac dobra, wciagajac je niczym odkurzacz. Brak napiecia, ekscytacji to najwiekszy koszmar, jaki moze spotkac turyste-konsumenta, a wiec na razie musi strawic i mleko, i papke, by byc gotowym na nastepne dania.
W Nowym Jorku przyjemnosc konsumowania bardziej niz gdzie indziej nabiera charakteru obowiazku. Trzeba o nia nieustanie walczyc i starac sie, aby byla jak najintensywniejsza. Koniecznosc podjecia decyzji w przytlaczajacym nadmiarze sprawia, ze wolnosc wyboru staje sie terrorem. Nie dosc, ze wybor jednej rzeczy oznacza rezygnacje z wszystkich innych, to jeszcze musi ona zdac egzamin, bo konsument nie odczuwajacy przyjemnosci, to martwy konsument. Rzecz nie w tym zatem, iz dobra sa trudno osiagalne, lecz ze jest ich za duzo. A trzeba probowac wszystkiego: koreanskiego kim-czi, skoku na linie z mostu, serka tofu, szczescia w kasynie podczas jednodniowej wycieczki do Atlantic City, kto wie, moze rowniez zmiany plci. Rynek wychodzi naprzeciw kazdemu outsiderowi i wokol najdziwniejszych potrzeb tworza sie fabryki nastawione na ich intensyfikowanie. Kazdy szaleniec, chcacy sobie przekluc kolejna czesc ciala lub wytatuowac na niej Empire State Building, znajdzie miejsce, w ktorym moze to zrobic na poczekaniu. Czlonkowie komun S/M zaopatruja sie w profesjonalnych sklepach, ktorych witryny zachecaja skorzanymi obrozami i gorsetami z czarno-czerwonego lateksu. Do licznego grona drag queens w latach dziewiecdziesiatych dolacza coraz wiecej drag kings, czyli kobiet przebierajacych sie za mezczyzn, ktore tez beda pewnie potrzebowaly osobnych sklepow, barow, wydawnictw. Na potrzebach osob gustujacych z kolei w vintage clothes - starych, stylowych ubraniach - bogaci sie juz od dawna grupa przedsiebiorcow, ktorzy w porozumieniu z agentami nieruchomosci wynosza je z mieszkan zmarlych bezpotomnie nowojorczykow.
Im dziwniejszy i bardziej odwazny konsument, tym glosniejszy aplauz. W New York Timesie z listopada ub. roku recenzentka chwalila w Book Review autobiograficzna ksiazke pewnego profesora uniwersytetu, ktory w piecdziesiatej ktorejs wiosnie zycia zdecydowal sie przejsc operacje zmiany plci lacznie z towarzyszacymi jej nastepujacymi pomniejszymi zabiegami: kilkunastokrotnym usuwaniem meskiego owlosienia laserem, plastyczna zmiana calej twarzy, w ktorej trzeba bylo miedzy innymi spilowac kosci czolowe, chirurgiczna modyfikacja aparatu glosowego oraz kilkoma zabiegami poprawiajacymi te, ktore wczesniej wykonano niepoprawnie. Zdaniem recenzentki, ten konsument doskonaly, zasluguje na podziw. Nie tylko nie ulegl presji siostry, zony i dzieci, lecz takze doprowadzil przyjemnosc konsumowania do poziomu najwyzszego z mozliwych, kupujac sobie nowa plec i nowa podmiotowosc. Profesor, ktory zmienil swa doczesna powloke, stanal wiec jednoczesnie w obliczu dylematow charakterystycznych dla kobiecej tozsamosci konsumpcyjnej i zaczal nalezec do grupy docelowej wiekszosci reklam - z klienta stopniowo stal sie klientka.
Milosc w czasach zarazy
Baudrillard nazwal Nowy Jork antyarka Noego piszac, ze jesli na te wlasciwa, pierwsza arke stworzenia wchodzily parami, aby ocalic swoj gatunek z potopu, to "tu, na te niezwykla arke kazdy wchodzi sam i od niego lub od niej zalezy, czy znajdzie ostatniego ocalalego partnera na ostatni bal". Zapewne mozna by pokusic sie o wyszukanie wielu analogii miedzy koncami swiata, ktore ludzkosc juz przezyla, a tym, ktorego rychle przyjscie obwieszczaja wspolczesni prorocy. Niewatpliwie jednak najoczywistsze skojarzenie dotyczy AIDS, "plagi XX wieku", na ktorej zbudowana jest wspolczesna retoryka konca swiata. Zadna dyskusja o schylku tysiaclecia nie moze obyc sie bez proby zmierzenia sie z ta kwestia, ktora od poczatku ma jednoczesnie wymiar naukowy i moralny.
Przed "plaga, na ktora lekarze bezskutecznie poszukuja lekarstwa" drzaly juz w V w. przed Chrystusem Ateny opisywane przez Tukidydesa, a atmosfera paniki zwiazanej z seksem ogarniala juz ludzkosc w XVI i XIX wieku. Choroby, ktore wowczas nazywano "kara Boza", zostaly wyeliminowane lub sa dzis latwe do wyleczenia dzieki postepowi medycyny. Epidemia AIDS uswiadomila ludziom, ze postep nauki jest ograniczony, a modernistyczna iluzja uzyskania pelnej kontroli nad natura - zludna. Wedlug prognoz Center for Disease Control sprzed kilku lat, do 2000 roku liczba ludzi zarazonych wirusem HIV miala wzrosnac do 210 milionow, przy czym liczba kobiet i mezczyzn miala byc niemal taka sama. Z najnowszych danych wynika, ze w Afryce jest o 5% wiecej zarazonych (heteroseksualnych) kobiet niz mezczyzn. Od czasu, gdy w 1982 roku oficjalnie wprowadzono termin AIDS, stopniowo odkrywano, ze nosicielami wirusa HIV moga byc nie tylko geje, narkomani i prostytutki, lecz - doslownie - kazdy. Wprawdzie zwiazek miedzy stylem zycia a mozliwoscia zarazenia sie istnieje, ale zaden sposob zycia nie gwarantuje stuprocentowej pewnosci. Plaga nie bylaby plaga, gdyby ryzyko nie dotyczylo kazdego. W obliczu zarazy fin de millennium seksualnosc ma wiec wymiar tragiczny i zmienia ksztalt relacji miedzy ludzmi.
Rozwoj XX-wiecznej medycyny sprawil, ze przez pewien czas seks nie grozil ani ciaza, ani choroba, ktorej nie daloby sie wyleczyc. Mogl zatem stac sie jednym z towarow na kapitalistycznym rynku dobr sluzacych przyjemnosci konsumowania. Grozba AIDS powoduje, iz teraz ta nie zobowiazujaca przyjemnosc laczy sie ze smiercia, co zupelnie nie miesci sie w logice kierujacej zyciem turysty-konsumenta. Wymuszona przez epidemie retoryka ograniczen w dziedzinie seksualnosci nie jest jednak w stanie go przekonac, ze jedynym wyjsciem jest postulowany przez moralistow powrot do "tradycyjnych wartosci". Skoro cialo drugiego czlowieka jest potencjalnym zrodlem smierci, konsument zwraca swoje zainteresowanie w kierunku najbezpieczniejszej formy zaspokojenia - seksu bez realnych cial. Do zywionych przezen obaw przed zatrutym jedzeniem, powietrzem i woda dochodzi strach przed smiercionosnymi ludzmi, z ktorym radzi sobie uciekajac od nich. Rynek szybko dostosowuje sie do zmodyfikowanych w obliczu epidemii AIDS potrzeb konsumenta. W zwiazku z tym seksualna rewolucja lat 70. przybiera u schylku wieku nowy ksztalt umozliwiony dzieki rozwojowi techniki komputerowej. Postep w dziedzinie komunikacji pozwala na seksualne transgresje bez ryzyka kontaktu z drugim czlowiekiem. Wystarczy karta kredytowa, ktora w pewnym momencie trzeba wyciagnac, by zaplacic za otwarcie kolejnej strony w Internecie. Internetowe kluby dla samotnych, strip-tease na ekranie komputera, pornograficzne historyjki ogladane w domowym zaciszu pozostawiaja konsumenta wprawdzie zdrowym na ciele, ale coraz bardziej samotnym. Jesli medycyna nie powstrzyma epidemii AIDS, potomkowie "dzieci kwiatow" zamienia sie w Michaeli Jacksonow zamknietych ze swoimi podrecznymi komputerami pod sterylnym namiotem tlenowym.
Czesto mowi sie dzis o trzech wirusach gnebiacych ludzkosc: HIV usmierca cialo, terroryzm, jego spoleczna mutacja, jest przyczyna destrukcji panstwa, wirusy komputerowe niszcza programy. Na zaden z tych trzech wirusow nie znaleziono jeszcze lekarstwa. Kazdy moze uaktywnic sie w dowolnym miejscu i czasie. W przeddzien nowego tysiaclecia ludzie obawiaja sie wiec bliskich zwiazkow z innymi ludzmi, panstwa nieufnie odnosza sie do cudzoziemcow, a przecietny uzytkownik komputera boi sie wlozyc don dyskietke nieznanego pochodzenia.
"Bog umarl, Marks umarl i ja tez nie czuje sie zbyt dobrze"
To slynne paryskie graffiti oddawaloby stan ducha przedstawicieli Geistwissenschaften schylku wieku, gdyby nie fakt, ze odprawiany przez nich pogrzeb humanistyki trwa juz wystarczajaco dlugo, by niepostrzezenie zmienic sie w towarzyskie spotkanie przy wodce. Filozofowie lekka reka "dekonstruuja" dzis wielkie systemy filozoficzne i usmiercaja kolejne idee w przerwie miedzy jedna a druga konferencja w egzotycznym kraju, a socjologowie pomstuja na pulapki wspolczesnej komunikacji, zeglujac w wolnych chwilach po Internecie. Niesklonny do przemieszczania sie po swiecie Kant, nie przywyklby pewnie do miedzykontynentalnych podrozy z komputerem na kolanach.
Jesli wierzyc ponowoczesnym guru, umarl juz nie tylko Bog i Marks, lecz takze Metafizyka, Historia i Czlowiek. Postmodernizm, posthumanizm, postkolonializm, postindustrailny kapitalizm, postfeminizm i inne pogrzebowe postteorie wymyslone przez akademikow "walcza o ksztalt rzeczywistosci", jak pisal Michel Foucault. W ksiegarni sieci Barnes&Noble na Upper West Side, jednej z najwiekszych ponoc na swiecie, przygladam sie tytulom ksiazek, ktorych autorzy zwracaja sie nie wiadomo do kogo po odpowiedz na dramatyczne pytania: "Co potem?", "Dokad zmierza filozofia?", "Co nas czeka po smierci metafizyki?", "Jaka jest przyszlosc ludzkosci?", "Co z czlowiekiem po smierci Czlowieka?" na setkach tysiecy stron. Fakt, iz nie cichnie ta filozoficzna wrzawa nad trumna, swiadczy przynajmniej o dobrej kondycji filozofow, ktorzy - jak to juz bywalo - znajda wkrotce nowy, bardziej sensowny paradygmat i reanimuja trupa swojej dyscypliny.
Postmodernizm, nieudana idea z recyclingu, pozostanie jednak ostatnim wytworem humanistow w drugim tysiacleciu. U schylku wieku, gdy wiadomosci o kolejnym miescie obroconym w pyl przez bezsensowna wojne przeplataly sie z informacjami o nowych trendach mody, nie stac ich bylo na nic wiecej.