PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (16 czerwca 2000)


DANUTA DERLINSKA-PAWLAK

Tam, gdzie wracaja jaskolki

Zanim Hiszpanie dotarli do Kalifornii na poczatku XVI wieku, kultura miejscowych Indian utrzymywala sie na poziomie epoki kamiennej. Sprzyjala temu naturalna izolacja geograficzna. Ocean, gory i pustynie chronily tubylcza ludnosc od wplywow z zewnatrz. Uniemozliwialy wymiane kulturalna i handlowa, hamowaly rozwoj. Rozlegle przestrzenie utrudnialy kontakty plemion miedzy soba i ograniczaly je do najblizszych sasiadow. Indianie w Kalifornii nie byli nomadami. Tylko mieszkancy terenow pustynnych przemieszczali sie kilka razy do roku w poszukiwaniu zywnosci. Natomiast byli separatystami. Swiat Indianina ograniczal sie do strumienia, przy ktorym sie urodzil, ziemi, na ktorej mieszkal i ludzi, ktorzy go otaczali. Nie znal innego zycia. Grupy Indian, zyjac we wlasnej subkulturze, wyksztalcily z czasem odrebne jezyki, ktore przestaly byc zrozumiale dla sasiadow. Gdy w drugiej polowie XVIII wieku rozpoczela sie kolonialna ekspansja Hiszpanii, rdzenna kultura kwitla tu nie zmieniona od tysiecy lat, a ludzie przynalezeli bardziej do przyrody niz cywilizowanego swiata.
Na przelomie XVIII i XIX wieku przybysze z Europy nazwali tubylcza ludnosc "kalifornijskimi Indianiami". Nie bylo to odpowiednie okreslenie. Nie istniala jedna spolecznosc kalifornijska. Kazda grupa indianska miala swoj jezyk, religie i tradycje. Inna kulture. Nie mozna jej bylo zaszufladkowac pod jedna nazwa. Ale to uproszczenie sprzyjalo tworzeniu stereotypow. Rosyjski naukowiec Kiryl Timofiejewicz Chlebnikow w publikacji Memoirs of California (1829) tlumaczyl prymitywizm rdzennych Indian tym, ze warunki, w jakich zyja, nie wymagaja od nich inteligencji. Naturalne srodowisko dostarcza zywnosc, klimat nie zmusza ich do noszenia odziezy, a schronienie znajduja w rozpadlinach gorskich, czy nawet pod oslona drzew. "Jezeli w tych prymitywnych warunkach Indianin mogl zaspokoic podstawowe potrzeby, nie musial wytezac rozumu, aby ulepszyc swoje zycie". Francuski podroznik Claude Francois Lambert byl zdania, ze jesli w Kalifornii przyslowiowa slodka manna spada z nieba, to Indianie moga sobie pozwolic na prymitywizm. To, co mieli - wystarczalo. Bron byla prosta, odziez niepotrzebna, a domy niekonieczne, bo zyczliwy klimat sprzyjal czlowiekowi i przyrodzie.
Dla Georga Heinricha Langsdorffa, niemieckiego lekarza przebywajacego w San Francisco w 1806 r., fenomen kalifornijskich Pigmejow, jak nazwal tutejszych Indian, byl wielka zagadka. "Na zachodnim wybrzezu Ameryki Polnocnej tubylcy zyja w umiarkowanym klimacie, nie brakuje im zywnosci, nie musza dbac o mieszkanie i odziez (É) tam, gdzie istnieje bogactwo produktow morza, nasion i owocow, ludzie sa mali, ohydni, o zlych proporcjach, ociezali umyslowo".
Nie byly to odosobnione opinie przypadkowych zeglarzy, ale badaczy i handlowcow. Obserwacje ludzi, ktorzy zetkneli sie z kultura roznych spolecznosci. Nie bylo powodu w nie watpic. Tymczasem pierwsi kronikarze malo wiedzieli o tutejszej ludnosci. Nie znali Kalifornii. Trzymali sie zwykle wybrzeza i rzadko zapuszczali w glab ladu. Nie bylo drog, nie mieli map, a zajeci wlasnymi sprawami Hiszpanie niewiele mogli im pomoc. Uwazali Indian za istoty czlekoksztaltne, skrajnie prymitywne, bo na takich wygladali. Ich kultura nie miescila sie w kryteriach ocen epoki oswiecenia, przyjetych w Europie, a nieprzydatnych w tej czesci swiata. Intertacje wspolczesnych naukowcow sa inne. Wowczas jednak te pejoratywne poglady odbily sie echem w opiniach Amerykanow i usprawiedliwialy brutalne traktowanie Indian w XIX wieku. Ale o tym przy innej okazji.
*
Dawna kulture tubylczej ludnosci odtworzono na podstawie badan przeprowadzonych przez antropologow. Wynika z nich, ze z poczatkiem kolonizacji (1769 r.) w granicach dzisiejszego stanu zylo okolo 300 tys. Indian. Przyjmujac, ze plemie to wspolnota, ktora dzieli te sama nazwe, jezyk i terytorium, naliczyli ich ponad sto. Wiele plemion zostalo nazwanych dopiero przez Hiszpanow lub pozniej przez naukowcow. Jak twierdza niektorzy historycy, obok Sudanu i Nowej Gwinei Kalifornia byla jednym z najbardziej zroznicowanych jezykowo regionow na swiecie. Mowiono tu kilkudziesiecioma jezykami i niezliczona liczba dialektow, ktore rozumieli tylko ci, ktorzy sie nimi poslugiwali.
Roznorodna tez byla kultura. Dlatego mozna ja scharakteryzowac tylko w bardzo ogolnym zakresie. Podobnie jak wszyscy Indianie, tubylcy nie umieli pisac. Nie znali metalu. Ubior tutejszego Indianina zalezal wylacznie od pogody. Pojecie wstydu nie istnialo. Latem mezczyzni zwykle chodzili nago, a kobiety w spodniczkach z traw. Przed chlodem chronily ich skory zwierzece. Nosili ozdoby z muszelek, kosci, drewna. Kobiety stroily twarz i piersi tatuazami, zas mezczyzni malowali ciala, aby odstraszyc wrogow i zle duchy.
Zywili sie chomikami, wiewiorkami, jaszczurkami, zabami. Owady i koniki polne przyrzadzali na wszelkie mozliwe sposoby. Dla niektorych plemion przysmakiem byly grzechotniki, inne wykluczaly je z jadlospisu. Podstawe diety, w zaleznosci od regionu, stanowily mieso zwierzece, ryby, rosliny i owoce morza. Najwiekszym dobrodziejstwem byla maka z zoledzi. Latwa do przechowywania, zawierala wiecej tluszczu i kalorii niz pszenica. Po wyplukaniu goryczy kwasu taninowego piekli z niej placki, ktore czesto jedli z miesem lub owocami.
Do czasu przybycia Hiszpanow nie znali hodowli bydla domowego. Z wyjatkiem plemion w rejonie rzeki Kolorado (Mojave, Juma) Indianie w Kalifornii nie uprawiali ziemi. Ale w tym zroznicowanym srodowisku, o duzych zasobach naturalnych zywnosci, istniala gospodarka oparta na fizycznej pracy sezonowej.
Polowanie i zbieranie zywnosci sprzyjalo poznawaniu i podporzadkowywaniu sobie przyrody. Indianie potrafili droga roznych zabiegow utrzymywac stale zaopatrzenie w zywnosc. Jego zrodla byly roznorodne. W Kalifornii srodkowej usprawnili technike polowu ryb (harpuny, groble, sieci), ale maka z zoledzi nadal byla glownym produktem. W niektorych rejonach wypalali chwasty i trawy. Tym sposobem ulatwiali wzrost roslin niezbednych dla nich samych, a takze dla zwierzat i ptakow. Byli animistami. Wierzyli, ze ich wlasne zycie i zycie tych, ktorzy sa zrodlem ich pokarmu, sa ze soba nierozerwalnie zwiazane. Przenikaja sie nawzajem. Pomiedzy swiatem przyrody a czlowiekiem posredniczyli szamani. Do nich nalezalo tlumaczenie zjawisk przyrody. Indianie, dbajac o srodowisko naturalne, dbali wiec o siebie samych. Jakiekolwiek zmiany zagrazaly ich egzystencji i nie byly warte ryzyka. Poza tym istnial handel wymienny i mogli sobie nawzajem pomagac. A nawet bogacic przy okazji.
Kontrolowali zrodla zywnosci. Grupy indianskie, a czasem pojedyncze rodziny, posiadaly na swoim terenie wylaczne do nich prawa. Mogly to byc deby, tereny lowieckie, stanowiska wodne. Pozwalali korzystac z nich sasiadom tylko na okreslonych warunkach. Ograniczenie polowow bylo rygorystycznie przestrzegane na obszarach wodnych rzeki Klamath, gdzie losos byl podstawowym pozywieniem tamtejszych Indian. Utrzymanie zarybienia bylo wiec warunkiem przezycia.
Innym sposobem ochrony przed niedostatkiem zywnosci byla kontrola populacji. Wielkosc plemienia zalezala od mozliwosci wyzywienia ludzi w latach nieurodzaju. Wazna byla kontrola urodzin. Oprocz rozmaitego rodzaju srodkow antykoncepcyjnych i przerywania ciazy, praktykowano dzieciobojstwo i celibat. Zabijano dwojaczki, ulomne noworodki, a czasem nawet ich matki (Jurok, Chumash). Indianie z plemienia Pomo z obawy przed kleska glodu zabijali rowniez starcow.
Zbiory plonow poprzedzaly tradycyjne obrzedy. Najwieksza byla doroczna ceremonia "odrodzenia swiata", celebrowana w polnocno-zachodniej Kalifornii. Miala zapobiec kleskom nieurodzaju, a takze trzesieniom ziemi, huraganom i powodziom, czyli chronic czlowieka przed silami przyrody. W srodkowej i poludniowej Kalifornii przed rozpoczeciem zbiorow lub polowow z udzialem calych wiosek miejscowi szamani odprawiali ceremonie "pierwszych owocow", "pierwszego lososia" itp. Trwaly one czasem kilka dni. Byly wazne, bowiem Indianie wierzyli, ze od rzetelnego odprawienia rytualow zalezy powodzenie zbiorow i w konsekwencji zycie ludzkie. Uroczystosci te byly okazja do sasiedzkich spotkan. Przyjazne relacje pomiedzy plemionami zmniejszaly konkurencje w pogoni za zywnoscia.
Wojny prowadzili rzadko. Tylko plemiona w rejonie rzeki Kolorado (Juma, Mojave) cenily sobie rzemioslo wojenne. Do konfliktow plemiennych doprowadzaly najczesciej nieporozumienia sasiedzkie badz zemsta za krzywdy przodkow.
Religia rdzennej ludnosci byla bardzo skomplikowana. Indianie mieli roznych bogow. Wierzyli w duchy, demony, cuda. A takze w ewolucje czlowieka. Ze rasa ludzka nie zostala stworzona przez Najwyzszego, ale powstala z innej. Najczesciej szaman byl rownoczesnie przywodca duchowym i znachorem. Byl tez odpowiedzialny za utrzymanie dobrych stosunkow pomiedzy bogami a ludzmi. Panowalo przekonanie, ze bogowie sa msciwi i moga karac. Szaman, ktory skutecznie ich oszukiwal, byl zazwyczaj wiekszym bohaterem niz ten, co slepo im wierzyl.
Trudno scharakteryzowac ogolnie religie Indian. Mozna jedynie wybrac jakis jej fragment. Ciekawym i wiarygodnym zrodlem informacji sa zapiski ojca Geronimo Boscany, sporzadzone na poczatku XIX wieku. Zakonnik z Majorki od 1812 do 1822 roku przebywal w misji katolickiej San Juan Capistrano. Obserwujac zwyczaje miejscowych Indian, opisal wazniejsze ceremonie zwiazane z wiara w bostwo Chinigchinich. Jest to najpelniejszy opis prehistorycznej religii indianskiej, jaki powstal w Kalifornii. I jeden z nielicznych dokumentow o kulturze Indian sporzadzonych przez misjonarzy.
*
Plemie Juaneno liczylo okolo tysiaca osob. Byli zwiazani z misja San Juan Capistarano, pomagali ja budowac. Swoja nazwe zawdzieczali franciszkanskim zakonnikom. Ich kultura wyksztalcila sie prawdopodobnie pod wplywem sasiednich wiekszych szczepow. Czcili bostwo Chinigchinich. Kult nasladowal w pewnym stopniu zasady etyczne Kosciola katolickiego, i to sugerowalo, ze jego inspiracja mogla byc religia chrzescijanska. Tym bardziej ze rozprzestrzenial sie na tych terenach w okresie misyjnym. Istotny byl sposob wychowywania dzieci. Od najmlodszego wieku wpajano im zasady moralne. Uczono szacunku dla starszych, przestrzegano przed kradzieza, klamstwem, przeklinaniem, wysmiewaniem doroslych. Brak posluszenstwa surowo karano, czasem nawet smiercia. Ale strach przed kara boga Chinigchinich byl jeszcze silniejszy.
Do najwazniejszych obrzedow religijnych nalezaly ceremonie inicjacji i pogrzebowe. Izba ceremonialna - miejsce kultu - byla ogrodzona galeziami i podzielona na dwie czesci. W jednej z nich znajdowal sie oltarz boga Chinigchinich. Symbolizowala go skora kojota, na ktorej lezaly piora i czesci ciala kondora, drapieznego ptaka zywiacego sie padlina, oraz kilka strzal. Przed oltarzem na piasku malowano prosty obraz o tresci blizej nieokreslonej. Dostep do sanktuarium mieli tylko wtajemniczeni. Ale w tym swietym miejscu, gdzie mozna bylo rozmawiac tylko naboznym szeptem, znajdowali schronienie przestepcy i byli nietykalni!
Ceremonialny stroj (tobet) byl prosty. Skladal sie ze spodniczki zrobionej z pior kondora, glowe zdobil pioropusz przymocowany sznurami z wlosow ludzkich, zas ciala malowano farba czerwona i czarna, czasem biala. Obrzedy inicjacji chlopcow poprzedzalo spozycie toloache, naparu z lisci bielunia (datura stramonium). Narkotyczny napoj wywolywal wizje, a te mialy ich przekonac, ze uzyskuja wladze chroniaca przed niebezpieczenstwem i zapewniajaca powodzenie w zyciu. Stan odurzenia nastolatkow wykorzystywano na wielogodzinne nauki umoralniajace. Nauczyciele, szamani lub osoby cieszace sie najwyzszym szacunkiem przygotowywali w ten sposob mlodych ludzi do zycia w swiecie doroslych. Czescia nauk byly malowane na piasku obrazki - mapy. Okreslaly one polozenie plemienia we wszechswiecie.
Osobliwe ceremonie towarzyszyly inicjacji dziewczat. Ukladano je w dolach na ksztalt grobow wylozonych ogrzanymi kamieniami i galeziami. Lezaly tam bez posilku kilka dni. W tym czasie starsze kobiety o umalowanych twarzach spiewaly piesni rytualne, a mlodsze tanczyly. Wejscie dziewczat w wiek dojrzewania honorowano tatuowaniem. Uzywano w tym celu zweglonej agawy, ktora wcierano w skore nakluta kolcami kaktusa.
O rozmiarach uroczystosci pogrzebowych decydowal status spoleczny zmarlego. Powszechny byl zwyczaj kremacji zwlok. Gdy umarl wodz lub osoba wazna, zwykle nalezaca do rady starszych, obrzed pogrzebowy dzielil sie na dwie czesci. Pierwsza odbywala sie kilka godzin po smierci. Stos podpalala osoba oplacona za usluge przez rodzine zmarlego, wykluczona z dalszych uroczystosci. Rytualne spiewy i lamenty trwaly kilka dni. Podobnie jak w innych regionach, na znak zaloby obcinano wlosy. Dlugosc pozostawionych zalezala od stopnia pokrewienstwa lub zwiazku uczuciowego ze zmarlym. Czesto ceremoniom pogrzebowym towarzyszyly tance ognia. Mlodzi ludzie wskakiwali w ognisko i bosymi stopami zadeptywali plomienie do ostatniej iskry. Pamiatkowa ceremonia zalobna odbywala sie rok pozniej. W tym samym miejscu i o tej samej fazie ksiezyca prawdopodobnie palono kukle przypominajaca zmarlego.
Niezwykly i szokujacy zarazem rytual odbywal sie po smierci osoby w pelni wtajemniczonej. Czyli takiej, ktora przeszla wszelkie mozliwe inicjacje i dostapila najwyzszych zaszczytow. Nie zawsze byl to wodz. Przed podpaleniem stosu sowicie wynagrodzona ze skladek calej wioski osoba (takwe) odkrawala kawalek ramienia zmarlego i zjadala na oczach tlumu. Akt ten nawiazywal do legendy smierci mitycznego wodza Wiyota. Nie byl praktykowany wsrod innych plemion w Kalifornii z wyjatkiem szczepu Pomo.
To nie wszystkie obrzedy religijne plemienia Juaneno. Ale tych kilka przykladow daje wyobrazenie, jakie byly ich wierzenia.
*
Misja katolicka San Juan Capistrano jest jednym z najwazniejszych zabytkow okresu misyjnego. Jej historia zaczela sie w 1775 r. Kaplica ojca Junipero Serry powstala dwa lata pozniej. Korzystne polozenie sprzyjalo szybkiemu rozwojowi misji. Wokol przestronnego dziedzinca powstawaly pomieszczenia mieszkalne, warsztaty, baraki dla zolnierzy, magazyny zywnosci. Z biegiem lat kaplica stala sie za ciasna dla wiernych i w 1797 r. rozpoczeto budowe kosciola. Pomagali wszyscy neofici. Nawet kobiety i dzieci. Nie bylo srodkow transportu. Z odleglego o dziesiec kilometrow kamieniolomu wielkie glazy przewozono na drewnianych wozkach badz ciagnieto lancuchami, a mniejsze dzwigano w siatkach na plecach. Budowa trwala dziewiec lat. 40-metrowa dzwonnica i imponujacych rozmiarow swiatynia, ktorej sklepienie podzielone na siedem kopul siegalo wysokosci kilku pieter, byla widoczna z odleglosci wielu kilometrow. Ale ten najwiekszy kosciol misyjny w Kalifornii krotko cieszyl wiernych. Szesc lat pozniej monumentalna konstrukcja rozsypala sie w ciagu jednej minuty grzebiac pod gruzami czterdziestu ludzi. Tragiczne w skutkach trzesienie ziemi w 1812 r. wydarzylo sie podczas celebrowania mszy. Ruiny pozostaly, nie bylo co z nimi zrobic. A kaplica ojca Serry to najstarszy obecnie obiekt katolicki w Kalifornii.
W pierwszej polowie ubieglego stulecia rozpoczeto systematyczne prace konserwacyjne obiektu misyjnego. W latach 20. przebudowano kaplice i postawiono w niej barokowy oltarz. Dar dla przyszlej katedry w Los Angeles, przywieziony z Barcelony w 1906 r., przelezal bezuzytecznie w magazynach kilkanascie lat, zanim znalazl swoje miejsce. Poniewaz wielki oltarz nie miescil sie we wnetrzu kaplicy, podniesiono strop budynku i przycieto jego boki. Ten barbarzynski zabieg umniejszyl oryginalnosc dziela, ale i tak nie bylo wowczas co z nim zrobic. Zabytkowy oltarz ma co najmniej 300 lat. Jest wykonany technika zdobnicza wymagajaca trojwymiarowej powierzchni do uchwycenia swiatla. Z bogato zloconym oltarzem i podobna w stylu ambona, kontrastuje skromne wnetrze - sufit z desek, prymitywne motywy na scianach i drewniane figury swietych ocalale z ruin kamiennej swiatyni.
Odrestaurowano tez budynki misyjne. Zachowaly sie fragmenty wytworni mydla i swiec, roznych warsztatow, pomieszczen mieszkalnych. Wielkosc kuchni mnichow wskazuje, ze byla uzywana wylacznie do produkowania i wydawania zywnosci. Nie ma tu stolu ani nawet taboretu.
Przed wejsciem na teren wewnetrznego dziedzinca stoi szalas. Ta bez watpienia wierna replika oryginalu, jakkolwiek daje wyobrazenie o warunkach, w jakich bytowali Indianie Juaneno, na tle zmurszalych zabudowan drazni swoim "nowym" wygladem i jaskrawym kolorem. Wydaje sie sztuczny i nieprawdziwy. Podobnie jak sznury plastikowych warzyw zawieszone na pieknych, glinianych dzbanach w misyjnej kuchni.
Historyczna enklawe od wspolczesnego miasta oddzielaja biale mury. Wejscie na teren misji jest jak przekroczenie bram tajemniczego ogrodu, gdzie czas zatrzymal sie w miejscu i trwa. Mieszkaja tu skalne jaskolki. Maja swoje gniazda w zalamaniach murow porosnietych bluszczem i zazywaja kapieli w fontannach. Przed ponad wiekiem znalazly tu swoj dom i kazdego roku wiosna wracaja. Sa legenda misji San Juan Capistrano. Palmy, eukaliptusy, roznokolorowe kwiaty i na wpoldzika przyroda otaczaja zniszczone erozja budynki. Tworza niezwykly, jedyny w swoim rodzaju pejzaz. Atmosfere minionego czasu poteguja ruiny kamiennej swiatyni podtrzymywane ramionami metalowej konstrukcji. To gigantyczny monument sukcesu i kleski czlowieka.