BEATA DOROSZ
Pierwszy rok
odysei Jana Lechonia
W
drodze ku "Angoli"
Pierwsza polowa czerwca 1940 r. - kleska Francji byla
juz oczywista i nieuchronna. Niemcy lada chwila mieli wkroczyc
do Paryza (ostatecznie stalo sie to 14 czerwca). Rzad polski
na uchodzstwie od dawna juz urzedowal na prowincji w Ang®rs,
pospiesznie natomiast ewakuowala sie z francuskiej stolicy
urzedujaca tam jeszcze Ambasada RP. Wsrod uciekinierow znajdowali
sie m.in. Jan Lechon i Jan Brzekowski.
Lechon przebywal w Paryzu przez ostatnie dziesiec lat (od
kwietnia 1930 r.) i zajmowal sie z duzym powodzeniem przede
wszystkim promowaniem kultury polskiej we Francji, czym
zyskal sobie miano jej ambasadora, choc byl jedynie (od
maja 1931 r.) kontraktowym pracownikiem ambasady na stanowisku
referenta propagandowego.
Lechon uchodzil z Paryza samochodem Brzekowskiego, ktory
wspominal po latach (W Krakowie i w Paryzu, W-wa 1968),
ze poeta nie panowal nad nerwami. W koncu zmusilo to Brzekowskiego
do zatrzymania samochodu i kategorycznego ostrzezenia: "Panie
Leszku, jezeli sie pan nie uspokoi, nie pojade dalej".
Zmierzali na poludnie Francji, ku granicy z Hiszpania, przejezdzajac
przez Tour, Angouleme, Bordeaux i Bajonne. O spotkaniu z
poeta na trasie ucieczki wspominal tez inny artysta, Rafal
Malczewski: OPewnego dnia zjawila sie w Biarritz polska
ambasada z Paryza. Poszlismy do panow z ambasady prosic
o pomoc w uzyskaniu wiz. Schodzilo sie w dol schodami prowadzacymi
do salonow hotelu ÇMiramareE (...). Tam spotkalismy Lechonia.
Byl zlamany, nie pragnal widziec przyjaciol, kryl sieÓ (Wiadomosci,
Londyn 1956, nr 31).
Przezycia i atmosfera tamtych dni znalazly pozniej swoj
artystyczny wyraz w nie ukonczonej przez Lechonia powiesci
Bal u senatora w rozdziale Wiza do Ameryki. Jej bohaterowie
wyjezdzaja do Anglii, by tam kontynuowac walke, lub staraja
sie o wyjazd do Ameryki, by od zawieruchy wojennej uciec
jak najdalej. Towarzyszy im jednak tragiczne poczucie, ze
oto na ich oczach dokonuje sie zaglada dotychczasowego swiata
oraz gorzka swiadomosc, ze nie sa przekonani do konca o
slusznosci swych decyzji, rozdarci moralnie miedzy patriotycznym
pragnieniem uczestniczenia w ofiarach, jakie ponosi ich
narod w kraju, a ludzkim odruchem strachu o zachowanie wlasnego
zycia. Wolno przypuszczac, ze podobne wzruszenia i dylematy
staly sie tez czescia owczesnych przezyc samego Lechonia.
Jego wojenna tulaczka miala sie jednak dopiero rozpoczac.
Z Francji poeta przedostal sie do Hiszpanii, gdzie przez
Burgos, Valladolid i Salamanke zmierzal ku granicy portugalskiej,
by wreszcie - po pokonaniu licznych problemow paszportowych
i wizowych - znalezc sie w Lizbonie. Ta sama lub podobna
droga dotarli do stolicy Portugalii liczni przedstawiciele
elity polskiej kultury, m.in. Julian Tuwim, Kazimierz Wierzynski,
Rafal Malczewski, Jozef Wittlin, Zygmunt Nowakowski, Marian
Kister, wlasciciel slynnego miedzywojennego wydawnictwa
"Roj". Tamtejsze owczesne srodowisko polskie wspominala
Irena Lorentowicz, opisujac Oslynny pensjonat ÇSaldaniaE,
pelen pulkownikow i zon pulkownikow, dziennikarzy i plotkarzy,
intrygi, jak twierdzil Lechon, atmosfery z Czechowa troche,
a troche z Zapolskiej i bardzo nadajacej sie do satyrycznej
farsyÓ (Oczarowania, W-wa 1972). Spotkania z Lechoniem z
tamtego czasu przypominal tez Zygmunt Nowakowski: O(...)
on oczekiwal na statek do Brazylii, a ja na statek do Anglii.
Przez dwa tygodnie codziennie spotykalismy sie w kawiarni
we dwojke, lecz rozmowa nie skleila sie ani razu. Zaden
z nas nie mial ochoty gadacÓ (Wiadomosci, Londyn 1956, nr
31).
Skoro trudno bylo uzyskac wize do Ameryki, wielu uchodzcow
w poczuciu osobistego zagrozenia postanowilo wyjechac do
Brazylii, traktujac to jako etap podrozy do USA. Wiadomo,
ze w poparcie staran Lechonia o wize brazylijska zaangazowal
sie owczesny brazylijski ambasador nadzwyczajny w Portugalii,
takze poeta Mariano Olegario.
Jednoczesnie z Lechoniem o wyjazd do Brazylii ubiegali sie
m.in. Tuwimowie i wydawalo sie, ze mogloby dojsc do nieuchronnego
rozstania wieloletnich przyjaciol. OLechon, lubiacy dowcipy
i cudaczne sytuacje, zatail przed Tuwimami, ze jemu rowniez
udalo sie pokonac trudnosci wyjazdowe z Portugalii i ze
mial w kieszeni bilet na ten sam okret, co oni. Zmartwieni
majaca nastapic rozlaka Tuwimowie urzadzili dla niego w
przeddzien wyjazdu kolacje pozegnalna; pod koniec wieczoru
Lechon wstal i smiejac sie po swojemu, na caly glos, oznajmil
o przygotowanej niespodzianceÓ - wspominal Marian Lepecki
(Warszawa-Lizbona-Rio de Janeiro w tomie Wspomnienia o Julianie
Tuwimie, W-wa 1963).
Statek "Angola" odplynal z Lizbony 21 lipca 1940, zabierajac
na pokladzie nie tylko przyjaciol-poetow, ale takze ksiecia
Olgierda Czartoryskiego, ksiecia Romana Sanguszke, konsula
Vetulaniego, biznesmena Henryka Szpitzmana, pozniejszego
pisarza, a wowczas malego chlopca Tada Szulca oraz wiele
innych osob z tzw. towarzystwa, ktorym wszakze przyszlo
podrozowac w nie nazbyt komfortowych warunkach, czemu swiadectwo
dal pozniej Tuwim w poemacie Kwiaty polskie.
Brazylijskie
"O'Key"
"Angola", jeden z pierwszych statkow, jaki z uciekinierami
z Europy dotarl do Brazylii, wplynela 4 sierpnia 1940 r.
do portu w Rio de Janeiro. Wkrotce grono polskich intelektualistow
powiekszylo sie o Wierzynskich, Malczewskich, Czermanskich,
Michala Choromanskiego. "Podobnie jak w Paryzu w ÇRegenceE,
w Lizbonie w ÇCaf® LisboaE, tak w Rio de Janeiro zbierali
sie Polacy ze swiata artystycznego w ÇCafee O'KeyE na Avenida
Atlantica. Miedzy dziesiata a dwunasta przed poludniem i
okolo piatej, szostej wieczorem ÇOOKeyE zapelniala sie naszymi
rodakami. Jezyk polski przez pare godzin dominowal w kawiarni
i biedni emigranci mieli chwile zludy, ze sa u siebie, na
ulicy Mazowieckiej" - wspominal dalej Lepecki. W tych polonijnych
sesjach kawiarnianych mial swoj udzial takze i Lechon, o
ktorym Tuwim donosil Wierzynskiemu, oczekujacemu jeszcze
wowczas na wize i bilet w Lizbonie, w liscie z 10 wrzesnia
1940 r.: "Leszek jest pelen biologicznego wigoru, pozera
wielkie ilosci ciastek i lodow, po czym idzie na sniadanie
i w blyskawicznym tempie wtraja duze porcje. Nastepnie biegnie
do kawiarni i znow oszalamiajaco predko pochlania lody i
ciastka. Oprocz tego pisze powiesc i kipi zartami, piesniami,
wspomieniami, dykteryjkami. Uczymy sie razem angielskiego.
Duzo smiechu" (Julian Tuwim, Listy do przyjaciol-pisarzy,
W-wa 1979). W pare miesiecy pozniej z kolei Wierzynski informowal
Jozefa Wittlina, przebywajacego jeszcze w Portugalii (19
grudnia 1940 r.): "Leszek, Czermanscy i Tuwimowie mieszkaja
razem. Stefania prowadzi gospodarstwo. Czermanski zrobil
okolo 50 obrazkow Europa 1940 - wszystkie wspaniale! Julek
pisze wiersze, Leszek powiesc".
Zloto dla
tancerki, wawrzyn dla poety
Byli tez w Rio de Janeiro Polacy osiedli tam od dawna,
ktorzy otworzyli swoje domy i salony dla swiezo przybylych,
otaczajac ich serdecznoscia i udzielajac pomocy, czesto
takze finansowej.
Nalezala do nich byla spiewaczka Janina Czaplinska, opiekunka
zwlaszcza artystow, u ktorej widywal Lechonia Malczewski,
opisujac pozniej te spotkania: "Lechon prosil pania Czaplinska
o flaszke szampana, francuskiego oczywiscie (piwniczka na
rua Bambono byla zaopatrzona w wyborne trunki), po czym
bral pania Maryle Jonas, znakomita pianistke, do saloniku
z fortepianem. Odgradzal sie od innych gosci przewijajacych
sie tam i sam od wielkiego salonu do jadalni, drzwiami,
ktore zamykal na klucz. Po czym pani Maryla grala Chopina,
Lechon sluchal, daleki swiatu otaczajacemu go jak i wojnieÓ
(Wiadomosci, Londyn 1956 nr 31).
Inna postac opisywal sam Lechon, wspominajac: "Ludzi, ktorzy
opusciwszy swoj kraj - przybierali nie falszywe nazwiska,
ale nowe zycie w nowych warunkach. (...) Np. pani Nodari,
bogobojna, niedostepna, czcigodna dama polska zamezna za
Wlochem - opatrznosc polskich dobroczynnosci w Rio de Janeiro.
Nikt nie wiedzial, skad sie wziela, i wszyscy domyslali
sie jakiegos ziemianstwa, jakichs palacow sterczacych dumnie.
I calkiem przypadkiem dowiedzialem sie, ze to byla Stefa
Plaskowiecka (...), gwiazdka z naszego drogiego, ale przeciez
z natury rzeczy podkasanego baletu!" (Dziennik, 23 maja
1952).
Jak wynika z dokumentow Poselstwa RP w Rio de Janeiro, mezem
owej bylej tancerki byl Wloch z pochodzenia Lincoln Nodari,
brazylijski milioner, dzialacz katolicki, zdeklarowany antyfaszysta,
ktory na poczatku wojny rozwijal niezwykle aktywna dzialalnosc
charytatywna wsrod Polakow, jak rowniez oddal poselstwu
wielkie uslugi w dziedzinie propagandowej; m.in. z poczatkiem
wrzesnia 1940 r. Komitetowi Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce
pozostawil do wylacznej dyspozycji hotel w miejscowosci
Niteroy pod Rio de Janeiro, gdzie w 40 pokojach w nastepnych
latach mieszkalo 60-70 uchodzcow z Polski, znajdujacych
sie w krytycznych warunkach finansowych. W uznaniu zaslug
i bezinteresownej pracy poselstwo wystapilo we wrzesniu
1941 r. do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Londynie o
odznaczenie pani Stefanie Lincoln Nodari Zlotym Krzyzem
Zaslugi.
Zachowane dokumenty pozwalaja wzbogacic wiedze o brazylijskim
etapie biografii Lechonia, najslabiej dotychczas rozpoznanym
przez badaczy jego zycia i tworczosci.
Owczesna polska dyplomacja pragnela wykorzystac dla celow
polityczno-propagandowych fakt przybycia do Brazylii ludzi
o nazwiskach tak znaczacych dla kultury polskiej. swiadczy
o tym korespondencja pomiedzy Poselstwem RP w Rio de Janeiro,
Konsulatem Generalnym RP w Kurytybie, wicekonsulatami RP
w Sa> Paulo i w Porto Alegre oraz sprawozdania z tych placowek
przesylane do MSZ w Londynie.
Pierwszym efektem tych zabiegow bylo przyjecie Lechonia,
Tuwima i Choromanskiego przez Brazylijska Akademie Literatury
na uroczystym posiedzeniu 19 wrzesnia 1940 r. Mowca tego
wieczoru byl Claudio de Sauza, poeta i powiesciopisarz,
czlonek akademii, prezes Brazylijskiego Pen Clubu, ktory
nawiazujac do historii wojen napoleonskich, kiedy to w Brazylii
chronily sie dwory krolewskie, podkreslil, ze teraz znajduja
w nim bezpieczna przystan "ksiazeta literatury i sztuki",
wymieniwszy tu m.in. polskich gosci. Odpowiedz Lechonia
byla holdem zlozonym spoleczenstwu brazylijskiemu i jego
intelektualistom za sympatie i zrozumienie dla narodu polskiego
i uznanie dla jego bohaterskiej walki z najezdzcami - teraz
i w przeszlosci. W kilka dni pozniej Brazylijski Pen Club
wydal na czesc trojki polskich pisarzy uroczysty obiad.
Osobny rozdzial w tej publicznej dzialalnosci stanowic mialy
spotkania z Polonia rozsiana po terenie calej niemal Brazylii.
Zanim pod koniec 1940 r. Lechon otrzymal z Funduszu Kultury
Narodowej miesieczny zasilek - planowane z udzialem takze
Tuwima odczyty, pogadanki i prelekcje mialy przede wszystkim
wplynac na poprawe jego ciezkiej sytuacji finansowej. Koordynujacy
wowczas te sprawy posel RP w Rio de Janeiro Tadeusz Skowronski
pisal jednak do innych placowek (19 sierpnia 1940 r.): "Pomijajac
juz strone finansowa, tego rodzaju odczyty mialyby wielkie
znaczenie dla naszego wychodzstwa, jako ze dalyby moznosc
zetkniecia sie Polakom zamieszkalym w Brazylii z najwiekszym
wspolczesnym poeta polskim".
Z planowanych wyjazdow Lechonia kolejno do Sao Paulo, Porto
Alegre i Kurytyby ostatecznie zrealizowany zostal tylko
pierwszy: w niedziele 6 pazdziernika 1940 r. wieczorem w
salach Towarzystwa Polskiego im. Jozefa Pilsudskiego w Sao
Paulo odbyla sie prelekcja Lechonia i Tuwima. Obaj poeci
udzielili pozniej tamtejszej prasie wywiadu, ktory byl interesujacym
uzupelnieniem dziennikarskich relacji z tego spotkania.
Przyjazd Lechonia do Sa> Paulo zaowocowal takze jego udzialem
w popoludniowych uroczystosciach odsloniecia w tamtejszym
kosciele Don Bosco oltarza z obrazem Matki Boskiej Czestochowskiej,
polaczonych z nabozenstwem i krotka patriotyczna akademia,
na ktorej poeta przemawial obok ksiedza proboszcza Tworza
i wicekonsula Michala Rogatko. Nastepnego dnia w prasie
ukazaly sie sprawozdania z tych uroczystosci wraz z listem
tamtejszego arcybiskupa skierowanym do kolonii polskiej.
Konsulat w Porto Alegre zmuszony byl odstapic od urzadzenia
tego rodzaju imprezy z powodow organizacyjnych i finansowych.
By jednak nie odmawiac pomocy poetom, a jednoczesnie uniknac
drazliwej formy datku, wicekonsul Jan Wroblewski sugerowal,
by przeznaczone dla nich srodki finansowe wyplacone byly
w formie symbolicznego honorarium za ewentualne wiersze
i krotkie artykuly, ktore mialy byc opublikowane w wydawanym
w Porto Alegre Biuletynie Informacyjnym tamtejszego Komitetu
Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce.
Wyjazd polskich poetow do Kurytyby uniemozliwila sytuacja
polityczna panujaca w tej czesci Brazylii, gdzie dominowaly
wyjatkowo silne nastroje nacjonalistyczne i profaszystowskie.
Konsul generalny RP w tym miescie Jozef Gieburowski, majacy
zorganizowac ich wizyte, konsultowal te sprawe w srodowisku
zwiazanym z tamtejszym uniwersytetem, gdzie jakkolwiek wyrazono
zyczliwe zainteresowanie, obawiano sie jednak politycznego
zaangazowania wobec nacjonalistycznie nastawionych lokalnych
wladz administracyjnych, u ktorych nalezalo zabiegac o zezwolenie
na publiczne prelekcje polskie. Brazylijski intelektualista
David Carneiro czynil nadzieje, ze przy jego posrednictwie
i poparciu Brazylijskiej Akademii Literatury mozna byloby
uzyskac zgode na prelekcje w jezyku francuskim (lub innym
romanskim) w tamtejszym Club Curitibano. Ostatecznie jednak,
zapewne wlasnie z powodu niesprzyjajacej atomosfery politycznej,
najpierw Tuwim, a pozniej takze Lechon zrezygnowali z poczatkowo
kilkakrotnie przesuwanego wyjazdu do Kurytyby.
O odbywanych w Rio de Janeiro, stalym wowczas miejscu pobytu
Lechonia, imprezach dowiadujemy sie i z jego Dziennika i
z dokumentow archiwalnych. Wspominal wiec poeta (Dziennik,
5 wrzesnia 1951 r.): "W pare tygodni po przyjezdzie do Rio
de Janeiro tamtejsza Polonia urzadzila wieczor autorski
Tuwima i nizej podpisanego. Bylo to w okresie mego wieloletniego
i znanego poetyckiego milczenia, i myslalem ze wstydem i
prawie ze wstretem, ze bede jeszcze raz czytal te same stare
wiersze, ktorych juz naprawde sluchac nie moglem. Z tego
uczucia wstydu wynikla determinacja, aby napisac cos nowego
- i po parodniowej ciezkiej pracy wiersz Piesn o Stefanie
Starzynskim. Pomimo ze mieszkalismy wtedy z Tuwimem w jednym
pensjonacie, nic mu nie mowilem o tym wierszu, nie wiedzac
czy jest dobry, i chcac zrobic i jemu tez niespodzianke.
Byla tez to niespodzianka prawdziwa, bo moje niepisanie
wowczas uchodzilo za chorobe nieuleczalna. Tuwim, ktory
sam przechodzil wtedy zly okres, ale pewno pocieszal sie
tym, ze inni (przede wszystkim ja) jeszcze mniej pisza,
patrzal na mnie oslupialy, nie wierzac wlasnym uszom, gdym
czytal ten wiersz dobry i dlugi". Do tego osobistego wyznania
dodac mozna informacje z listu posla RP Tadeusza Skowronskiego
do ministra spraw zagranicznych w Londynie, Stanislawa Stronskiego,
ze wieczor odbyl sie 10 listopada 1940 r., a "wiersz, ktory
wywarl na zebranych olbrzymie wrazenie, wydrukowany bedzie
po raz pierwszy w Gazecie Polskiej w Brazylii, wychodzacej
w Kurytybie" (istotnie, ukazal sie w numerze 48 z 1 grudnia).
W tym samym liscie Skowronski prosil Stronskiego o przekazanie
wiersza Wiadomosciom Polskim, wychodzacym w Londynie. Pismo
to, redagowane przez Mieczyslawa Grydzewskiego, znakomitego
redaktora i znawce literatury, a przy tym wieloletniego
przyjaciela Lechonia, w ciagu nastepnych miesiecy, kiedy
poeta przebywal nadal w Brazylii, zamiescilo jeszcze inne
jego wiersze: Pozegnanie ÇMarsyliankiE (nr 11 z 16 marca),
Do Szekspira... (nr 14 z 6 kwietnia), To, w co tak trudno
nam uwierzyc... (nr 16 z 20 kwietnia) oraz artykul Berent
(nr 22 z 1 czerwca). O utworach tych pisal Grydzewski do
przyjaciela w liscie z 16 marca 1941 r.: "Dziekuje Ci za
piekne wiersze, szczegolnie za wspaniala Marsylianke, niedawno
dostalem Szekspira i maly wiersz liryczny. (...) artykul
o Berencie jeszcze nie nadszedl" (M. Grydzewski, Listy do
Tuwima i Lechonia, W-wa 1986).
Nie znamy daty powstania tych tekstow, wolno jednak przypuszczac,
ze zostaly napisane juz w Rio - w jednym przypadku potwierdza
to sam poeta, wyznajac w Dzienniku (8 wrzesnia 1950 r.),
ze wlasnie tam Ona ulicy przyszly mi do glowy wszystkie
trzy zwrotki wiersza: To, w co tak trudno nam uwierzycÓ.
Wiele wskazuje wiec na to, ze wielokrotnie podkreslany przez
historykow literatury renesans tworczosci lirycznej Lechonia,
jaki nastapil w latach wojny, mial swoj poczatek wlasnie
w Brazylii.
Powrocil tez poeta do tworczosci satyryczno-kabaretowej,
ktora z takim powodzeniem uprawial w latach 20. w kraju,
m.in. jako wspolautor (obok Tuwima, Slonimskiego i Hemara)
slynnych szesciu Szopek politycznych OCyrulika WarszawskiegoÓ.
Na brazylijskim wygnaniu stworzyl wspolnie z Tuwimem rewie
pt. Caf® de Varsovie, ktora wystawiono 29 listopada 1940
r. w Rio de Janeiro staraniem Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny
w Polsce. Wystepowali w niej: aktorki Wanda Werminska i
Dora Kalina, pianistka Maryla Jonas, kompozytor Michal Kondracki,
tancerka Ruth Sorel; dekoracje przygotowal Zdzislaw Czermanski
przy wspolpracy rzezbiarza Augusta Zamoyskiego.
Nastepna data z publicznej aktywnosci Lechonia to dopiero
3 maja 1941 r., kiedy z okazji polskiego swieta narodowego
staraniem Poselstwa RP w Rio de Janeiro ukazal sie specjalny
numer ilustrowanego tygodnika Vida (bedacego odpowiednikiem
amerykanskiego LifeOa) z fotografia na okladce krola Wielkiej
Brytanii Jerzego VI wizytujacego u boku gen. Wladyslawa
Sikorskiego oddzialy wojsk polskich stacjonujace w Anglii.
Pismo otwieral Opiekny i artystycznyÓ (jak sie wyrazil sekretarz
poselstwa) artykul Lechonia Polska poprzez wieki; inne teksty,
ilustrowane ponad 40. fotografiami, obrazujace rozne dziedziny
zycia w Polsce, poswiecone byly m.in. Ignacemu Janowi Paderewskiemu
i Marii Sklodowskiej-Curie. Przeszlo 700 egzemplarzy tego
wydawnictwa, poza normalnym nakladem, rozeslano wsrod Polonii
i Brazylijczykow. Wkrotce tez zaproszono Lechonia do udzialu
w cyklu wykladow na temat pismiennictwa europejskiego w
latach 1918-1941, ktory zainicjowala Brazylijska Akademia
Literatury. Pierwsza konferencje na temat literatury francuskiej
wyglosil prof. Fortunat Strowski, wykladajacy wowczas na
uniwersytecie w Rio. Nastepny byl odczyt Lechonia, wygloszony
w sali honorowej Brazylijskiej Akademii Literatury 24 czerwca
1941 r. Jak pisal posel RP Tadeusz Skowronski w liscie do
MSZ w Londynie (28 czerwca 1941 r.): "Przy szczelnie wypelnionej
sali i doborowym audytorium, p. Lechon dal doskonaly przekroj
pradow literackich i tendencji artystycznych w okresie powojennym
w Polsce, zyskujac sobie wielkie uznanie wsrod akademikow
i publicznosci. Nastepnego dnia dzienniki podaly obszerne
skroty konferencji, przy czym najwiekszy stoleczny dziennik
Journal do Comercio poswiecil cala szpalte recenzji, nie
szczedzac slow pochwaly dla doskonalej formy i ujecia tematu".
Nie byl wiec osamotniony w swej opinii o wystapieniu Lechonia
jego poprzednik, o czym wspominal poeta w Dzienniku (22
lutego 1950 r.): "Stary Strowski po moim odczycie w Akademi
Literatury w Rio de Janeiro: COest magnifique. C'est presque
bien".
Wiza do Ameryki
Dowody uznania, jakkolwiek z pewnoscia mile poecie, nie
oslabily w nim poczucia obcosci w Rio de Janeiro i narastajacego
dotkliwego osamotnienia, zwlaszcza po wczesniejszym wyjezdzie
do Nowego Jorku przyjaciol - Wierzynskiego, Tuwima i Czermanskiego
z zonami.
Lechon juz od dawna podejmowal rozpaczliwe proby uzyskania
wizy do Stanow Zjednoczonych, w tym celu przeniosl sie tez
w ostatnich tygodniach pobytu w Brazylii do Sao Paulo, gdyz
tu mozna bylo miec wieksze nadzieje na jej uzyskanie w konsulacie,
niz w poselstwie w Rio.
Droga oficjalnych formalnosci byla trudna i dlugotrwala.
Konieczne wiec dla skuteczniejszego dzialania okazalo sie
zaangazowanie wplywowych przyjaciol, m. in. Artura Rubinsteina,
ktory wspominal po latach: OLeszek pisal, ze klimat Brazylii
mu szkodzi i ze marzylby o przyjezdzie do Nowego Jorku.
Bylismy szczesliwi, mogac mu dac affidavit i sprowadzic
go do Stanow ZjednoczonychÓ (Wiadomosci, Londyn 1956, nr
31). Jak sie wydaje, najbardziej jednak istotna role odegrala
w tym wypadku Irena Wiley - w dwudziestoleciu miedzywojennym
znana (jako Irena Baruch) rzezbiarka, zaprzyjazniona ze
skamandrytami i malarska cyganeria, ktora w 1934 r. wyszla
za maz za amerykanskiego dyplomate Johna Coopera Wileya,
pracujacego wowczas jako radca ambasady amerykanskiej w
Warszawie, a w czasie wojny bedacego juz na stanowisku w
Waszyngtonie.
Adresowane do niej prosby Lechonia popieral Wierzynski.
Pisal (11 lipca 1941 r.):
ODroga Ireno, moja corko chrzestna,
Onegdaj dostalem depesze od Lechonia z Sa> Paulo z prosba
o ponowna laskawa interwencje Twego meza i Ambasadora Ciechanowskiego
w sprawie jego wizy do USA. Widac z tego, ze Leszek, mimo
wszelkich staran, wizy jeszcze nie ma i wyjechac nie moze.
Rozstalem sie z nim miesiac temu i z wlasnego doswiadczenia
wiem, jak bardzo dotkliwe jest w Brazylii poczucie obcosci
i oddalenia od swiata. Pozwala mi to tym skwapliwiej powtorzyc
jego prosbe i serdecznie od siebie Cie prosic o pomocÓ.
Suplikacje te daly jakis skutek, skoro w tydzien pozniej
Wierzynski pisal (18 lipca 1941 r.):
"Droga Ireno,
Jestes aniol, tak jak myslalem. Dziekuje Ci najserdeczniej
za list i zajecie sie sprawa Leszka. Dostaje od niego rozpaczliwe
listy, teraz przyjechala z Sao Paulo Zosia Flojarowa-Rajchmanowa
i rowniez opowiada, jak bardzo zle on sie tam czuje. Jednoczesnie
z Twoim listem dostalem odpowiedz od Kwapiszewskiego na
moj list pisany do ambasadora, oni tez jego sprawa sa przejeci.
O wszystkim tym napisze dzis do Leszka, bo wiem, ze najgorsze
jest poczucie osamotnienia. (...) Posylam Ci list Leszka
przywieziony przez p. Rajchmanowa".
W niedatowanym liscie Lechonia czytamy:
"Droga
Ireno!
Jezeli Pani mnie nie wydobedzie - to juz nikt - jestem
tu sam, jak nie powiem co, a zreszta Pani nie moze znac
tego ordynarnego przyslowia. Depeszowalem (...) w referacie
Gulitta, bo tak mi radzil Konsul Cross w Sao Paulo, ale
moze to bylo tylko niepotrzebne zawracanie glowy. Juz nic
nie wiem - wiem tylko, ze jestem patriota polskim, demokrata
etc., ktory daremnie chce sie przedostac przez spisek zlych
gwiazd i formalnosci tam, gdzie moze byc uzyteczny dobrej
sprawie i okazac swa miare. Ireno! Niech Pani z Janem Ciechanowskim
mnie wydobedzie, bo Pani wie ze smutnego doswiadczenia,
ze ja sam do takich staran nie nadaje sie. I to predko,
bo Wam zamre. I Pani jedna moze to zrobic! Ireno! Przeciez
Pani jedno slowo...
Pozdrawiam Pania mocno, Panu Wiley klaniam sie pieknie.
Leszek".
Zaangazowanie Wileyow w sprawe wizy do Ameryki dla Lechonia
znalazlo odbicie takze w korespondencji miedzy Augustem
Zaleskim, owczesnym ministrem spraw zagranicznych rzadu
na uchodzstwie w Londynie a Janem Wszelakim, radca Ambasady
RP w Waszyngtonie: (telegram szyfrowy, 17 marca 1941 r.)
"Prosze o ile moznosci pomoc wyjechac do Stanow z Rio Lechoniowi
i Kondrackiemu. Szczegoly znane pani Wiley".
Ze stempli w paszporcie Lechonia wynika, ze poeta opuscil
Brazylie 30 lipca 1941 r. - zaledwie pare dni przed rocznica
przybycia do tego kraju. Oficjalne niejako podsumowanie
brazylijskiego etapu jego biografii znalazlo sie w cytowanym
juz liscie Skowronskiego do MSZ w Londynie: (28 czerwca
1941 r.) "Nalezy zaznaczyc, iz p. Lechon podczas swego calego
pobytu w Brazylii (w najblizszych dniach udaje sie do Stanow
Zjednoczonych) wspolpracowal jak najscislej z Poselstwem,
dajac tak swoj talent, jak i swa prace do dyspozycji naszej
propagandy w Brazylii, pisujac artykuly do przegladow, wyglaszajac
recitale poezji i odczyty dla polskiej kolonii, publikujac
swe wiersze w tut [ejszej] prasie itd. P. Lechon wszedl
rowniez w scisly kontakt z tutejszym swiatem artystycznym
i literackim i nawiazal stosunki, ktore w przyszlosci beda
mogly byc zawsze wyzyskane".
Zamiast
epilogu
Jeden tylko utwor Lechonia nawiazuje wprost do jego wygnanczych
przezyc brazylijskich. Wiersz Rio de Janeiro powstal najprawdopodobniej
juz w USA, co sugerowalaby data pierwodruku (po uplywie
blisko pol roku od opuszczenia Brazylii) na lamach Tygodniowego
Przegladu Literackiego Kola Pisarzy z Polski (nr 4 z 22
stycznia 1942 r.), ktory Lechon wydawal wowczas w Nowym
Jorku wespol z przyjaciolmi-poetami.
Natura jako slonce
stanela w zenicie,
Ziemia, niebo i morze
razem wznosza pean.
Jak dywan srebrnej piany,
blyszczacy w blekicie,
Rozwija sie i zwija
przepyszny ocean.
Posrod kwiatow jak drzewa
i ptakow jak kwiaty
Zapachow tajemniczych
tren plynie bogaty,
W powietrzu roznobarwnych
roj zawisl motyli.
I wtedy widzisz niebo,
prawdziwe, bez chmury,
I wszystko, cos przecierpial,
zapomnisz w tej chwili.
A wieczor,
kiedy zmroku zapada zaslona,
Otwarte widzisz nagle
ogromne ramiona,
Co z nieba blogoslawia
smugami srebrnemi
Te ziemie czarodziejska,
jak ogrod zaklety,
To miasto fantastyczne
i bledne okrety,
Co wioza smutnych ludzi,
wygnanych z swej ziemi.
Jedna tez tylko wzmianka w Dzienniku odnosi sie do przezyc
osobistych Lechonia z tego okresu: (20 kwietnia 1950 r.)
"Ciagle powracajaca mysl o Rio de Janeiro, o uczuciu, ktore
gdybym mogl zatrzymac, daloby mi spokoj zmyslow prawie rownoznaczny
ze szczesciem. Zrobilem wszystko, aby tego uczucia nie zgubic.
I wszystko na nic. Tapete verde, Atlantyk wszystko rozdzielil
na zawsze".
-------------------------------------
Materialy archiwalne Poselstwa RP w Rio de Janeiro przechowywane
w Institution on War, Revolution and Peace w Stanford University
w Kalifornii oraz w Polskim Instytucie Naukowym w Ameryce
w Nowym Jorku pozwolily autorce zgromadzic i po raz pierwszy
udostepnic Czytelnikom nieznany i dotychczas zagadkowy fragment
biografii Lechonia. Autorka, dwukrotna stypendystka Fundacji
Kosciuszkowskiej, prowadzila w USA poszukiwania zrodlowe,
zmierzajace do napisania Kroniki zycia i tworczosci Jana
Lechonia. |