PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (26 maja 2000)


Nowojorska kronika kulturalna - Muzyka

Roman Markowicz

Wystawienie przez Filharmonie Nowojorska slynnego musicalu Stephena Sondheima Sweeney Todd bylo nie tylko jednym z wydarzen sezonu, ale rowniez powodem do nieustajacych dyskusji. Probowano w nich odpowiedziec na pytanie: do jakiej muzycznej kategorii ten 'muzyczny dreszczowiec' nalezy? Czy jest to opera, teatr muzyczny, musical? Sam kompozytor okreslil Sweeney Todd jako melodramatic operetta. Wyroznia musical Sondheima ­ najwybitniejszego dzis kompozytora (Follie, The Funny Thing Happened on the Way to the Forum, Into the Woods, Sunday in the Park with George, wspolautorstwo slynnego West Side Story) enigmatycznego gatunku, jakim jest teatr muzyczny ­ inteligentny literacki tekst, jakim tradycyjna opera rzadko moze sie poszczycic, tworzona z mysla o spiewakach. Pozwala to oczywiscie na zachwycenie sie muzyka, nawet jesli nie rozumiemy tekstu, co czesto jest zreszta blogoslawienstwem. Przed organizatorami przedstawienia w Avery Fisher Hall stanelo zadanie, w jaki sposob przedstawic te muzyke, aby nie stracila na braku efektow wizualnych. Partie wokalne rozdzielono pomiedzy spiewajacych aktorow broadwayowych oraz znanych spiewakow operowych, ktorzy w dzisiejszych czasach rownie dobrze czuja sie ­ co udowodnili ­ tak w tradycyjnym, jak i lzejszym repertuarze. Role 'demonicznego golibrody z Fleet Street' (tak brzmi podtytul operetki) mial interpretowac wielki walijski baryton Bryn Terfel, ktoremu jednak przeszkodzily nieustajace problemy z kregoslupem, zaangazowano wiec George1a Hearna, aktora, ktory z duzym sukcesem wykonywal te partie na Broadwayu. Okazalo sie to byc doskonala decyzja, gdyz byl on nie tylko wiarygodny aktorsko, ale okazal sie zupelnie dobry wokalnie. Jego partnerka byla znana Patti LuPone, ktora wcielila sie w Mrs. Lovett, wlascicielke piekarni specjalizujacej sie w wypiekaniu ciasta z miesem. W tym miejscu nalezaloby czytelnikow powierzchownie przynajmniej wtajemniczyc w tresc akcji, ktora opiera sie na tekscie Hugha Wheelera. Podstawa jego libretta staly sie londynskie melodramaty o oszalalym fryzjerze, ktorzy w rewanzu za krzywdzaca go kare wysyla na tamten swiat swoich klientow w sposob raczej bezceremonialny i bezwzgledny. Pani Lovett ­ prowadzaca piekarnie w tym samym domu, co fryzjer salon ­ prosperuje, gdyz dzieki wspolpracy ze Sweeneyem Toddem nigdy nie brakuje jej miesa na wyroby. Final jest nieoczekiwany i tragiczny.

Wsrod spiewakow operowych zaangazowanych do tego bardzo dobrego spektaklu znalezli sie tak znani artysci, jak Paul Plishka, Stanford Olsen, John Aler, Heidi Grant Murphy oraz mloda gwiazda Andora McDonald, ktora czuje sie wyjatkowo dobrze w tym repertuarze, choc ksztalcila sie jako spiewaczka operowa. Rezyserem byl Lonny Price, scenografia ograniczona byla do kilku wazniejszych rekwizytow ­ stol do siekania miesa, fotel fryzjerski i realistycznie blyszczaca brzytwa, tak niezbedna w tej fabule. Price rozdzielil estrade filharmoniczna na kilka poziomow, dzieki czemu aktorzy mieli pewne mozliwosci poruszania sie po scenie. Partie choralne wykonali czlonkowie The New York Choral Artists, ktorzy tym razem byli w rownym stopniu aktorami, jak i spiewakami.

Sweeney Todd od innych musicali rozni to, ze partie mowione sa mniej liczne. I tutaj nalezy raz jeszcze zaznaczyc, jak wybornym tworca jest Sondheim, ktory stworzyl pierwszej klasy muzyke ­ doskonale zreszta zorkiestrowana przez weterana w tej dziedzinie Jonathana Tunicka. Dobrze sie stalo, ze czteroletnia seria 'American Classics' Filharmonii Nowojorskiej zakonczona zostala wlasnie ta kompozycja, i to w tak imponujacym wykonaniu. Muzycy filharmonii grajacy pod batuta mlodego amerykanskiego maestro Andrew Littona calkiem widocznie swietnie bawili sie, biorac udzial w tym nagrywanym na zywo przedstawieniu. Okazuje sie, ze pewne klasyczne pozycje musicalowego repertuaru takich kompozytorow, jak Kern, Ellington, Gershwin, Bernstein czy wlasnie Sondheim, powinny byc, jak to zreszta coraz czesciej sie zdarza, domena prawdziwych teatrow operowych i zespolow symfonicznych. Moje jedyne zastrzezenie do tego spektaklu ­ troche natarczywe naglosnienie, dzis niestety typowe dla wszystkich broadwayowych produkcji. Mam jednak nadzieje, iz nie zrujnuje to nagrania dokonanego dla wlasnej edycji Filharmonii Nowojorskiej, ktore powinno ukazac sie jesienia. Przypuszczam, ze bedzie rewelacyjne.

*

Rownie pozytywne wrazenie ­ choc na to bylem przygotowany ­ zrobil na mnie wystep Dawn Upshaw. Trzeci z serii koncertow Images of Dawn poswiecila piosenkom z Broadwayu. Seria zorganizowana w ramach Great Performers at Lincoln Center ukazala te wyjatkowa artystke w roznorodnym repertuarze: pierwszy z recitali 'Hommage to Jane Bathori' (jedyny, ktory rzeczywiscie odbyl sie w Lincoln Center) zawieral kompozycje m.in. Debussy1ego i Ravela. W drugim wystapila w towarzystwie slynnego Kronos Quartet, a poswiecony zostal kompozycjom z roznych stron swiata. Ostatni z programow artystka zatytulowala 'Round About', co jest rowniez tytulem piosenki Vernona Duke: przedstawienie z udzialem aktora/piosenkarza Gregga Edelmana odbylo sie w teatrze John Jay College.

'Round About' potraktowane zostalo w rownej mierze jako przedstawienie teatralne i recital. Spinajaca klamra byla tematyka piosenek tworzaca swego rodzaju historie zwiazku kobiety i mezczyzny ­ konfliktow, obaw, neuroz, radosci. Co bylo wyjatkowe w tej teatralno-muzycznej kreacji to fakt, ze byla to muzyka, ale nie opera, wykonawcy mieli do wykonania specyficzne role, ale nie byla to sztuka teatralna. Co ciekawsze: wsrod ponad dwudziestu piosenek nie bylo ani jednej nowej (powstaly w latach od 1928 do 1987), przy tym kazda moglaby z powodzeniem wydawac sie skomponowana na te wlasnie okazje. Artystka zazyczyla sobie, aby publicznosc otrzymala liste kompozycji dopiero po zakonczeniu spektaklu i okazalo sie to byc dobrze przemyslana decyzja. Sala byla przyciemniona i nieustanne szukanie tytulu poszczegolnych kompozycji utrudnialoby jedynie odbior.

Scenografia byla skromna, ale wystarczajaco efektowna: poczatkowo na okraglej (Round About...) scenie widzielismy jedynie jakies ksztalty obiektow przykrytych przescieradlami: stopniowo Dawn Upshaw zdejmowala je, odslaniajac maly kawiarniany stolik i dwa krzeselka oraz duza kanape. Dwie polkoliste sciany byly jednoczesnie tlem, na ktorym z rzutnika wyswietlano fotografie czasami ilustrujace muzyke (kwiaty, abstrakcje), czasami zas bedace elementem scenografii (ceglana sciana, okno, drzwi); bylo to bardzo efektowne i pomyslowe. Piosenki ­ choc to slowo wydaje sie zbyt frywolne w tym kontekscie ­ wyszly spod piora takich mistrzow, jak Vernon Duke (ktorego muzyke Dawn Upshaw nagrala niedawno dla firmy Nonesuch, 79531), Marc Bliztein, Kurt Weill, Richard Rodgers, Jule Styne, George Gershwin, Stephen Sondheim i kilku innych mniej znanych, choc trudno bylo zauwazyc roznice w samym gatunku: poziom muzyki byl niezachwianie wysoki.

Sztuka wokalna artystki jest dzisiaj czyms oczywistym: Upshaw laczy doskonaly warsztat, niezmierna muzykalnosc, inteligencje i umiejetnosc wczucia sie w kazda role. W repertuarze kabaretowo-musicalowym zaprezentowala ponadto naturalnosc, poczucie humoru, swobode poruszania sie po estradzie i brak jakiejkolwiek przesady, ktora moze doprowadzic do efektu parodii lub przeslodzenia. No i oczywiscie jej sopran o wyjatkowym brzmieniu! Spiewaczce towarzyszyla orkiestra pod czujna batuta Erica Sterna, ktory dokonal rowniez muzycznych aranzacji. Byl to wieczor inteligentnie ulozonych, wartosciowych kompozycji, idealnie interpretowanych przez jedna z najwybitniejszych artystek naszej doby. Wielce pozytywne wrazenie zrobil takze Gregg Edelman ­ spiewak obdarzony milym barytonem i niezlymi walorami aktorskimi.

*

Jesli wystepy spiewakow operowych w repertuarze lzejszym (jak opisywany wystep Dawn Upshaw) sa dzis zjawiskiem coraz czestszym, to wystep kwartetu smyczkowego w calosci prawie poswiecony repertuarowi kawiarnianemu (po angielsku ten typ kompozycji w lekkich aranzacjach nazywa sie delikatniej palm court) jest raczej rzadkoscia. Ten repertuar zdominowal jednak nowojorski debiut warszawskiego kwartetu Prima Vista, ktory sklada sie z muzykow na co dzien grajacych w znakomitej orkiestrze Sinfonia Varsovia, znanej rowniez jako Polska Orkiestra Kameralna. Skrzypkami tego kwartetu sa Krzysztof Bzowka i Jozef Kolinek, altowiolista Dariusz Kisielinski, a wiolonczelista Jerzy Muranty. Zespol wystapil w Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej w Nowym Jorku, zaproszony na te okazje przez organizacje The New York Dance & Arts Innovations. W programie oprocz znanej chyba wszystkim milosnikom muzyki serenady Eine Kleine Nachtmusic K. 525 Mozarta znalazly sie opracowania na kwartet kompozycji Chopina, Paderewskiego, dwoch piesni Gershwina oraz popularnych kawalkow Straussa, Bizeta, Joplina i innych. Brak dostatecznie dobrego fortepianu, jak poinformowano sluchaczy przed koncertem, spowodowal zmiane programu, za co bylem opatrznosci raczej wdzieczny, gdyz trudno byloby mi zdobyc sie na pozytywne opinie o koncercie fortepianowym Chopina z akompaniamentem kwartetu smyczkowego, z najlepszym nawet solista, co w tym przypadku i tak nie wchodzilo w rachube.

Kwartet Prima Vista nagral niedawno dla firmy Dux w Warszawie koncerty Chopina, ktore w ostatnich latach staly sie w kraju dosc popularne w takiej wlasnie wersji. Serenada Mozarta w oryginale skomponowana na kwintet z dodatkowym instrumentem basowym brzmiala troche cienko, ale otrzymala pelna wigoru interpretacje, ktora wzbudzila moja ciekawosc, jakby grupa ta brzmiala w 'prawdziwym' repertuarze.

Popularne kawalki w dobrej zreszta aranzacji (z wyjatkiem Nokturnu Chopina i Menueta Paderewskiego, w ktorych aranzerowi zabraklo pomyslowosci) sa niebezpiecznym repertuarem, ale polscy muzycy grali z dobra intonacja, wdziekiem, elegancja i stylem. Najwazniejsza role pelnia ­ ma sie rozumiec ­ pierwsze skrzypce, inne zas instrumenty maja partie glownie akompaniujace. Pomimo pozytywnej opinii o ich kwartecie nie moge oprzec sie uczuciu, iz kilka z tych kompozycji zagranych jako bisy po wlasciwym programie sprawilyby o wiele mocniejsze wrazenie.

Byc moze wybor podyktowany zostal checia promocji nowo nagranej CD z ta wlasnie muzyka, ale ani tych, ani innych nagran zespolu nie udostepniono recenzentowi Nowego Dziennika. Wypada wiec poczekac na nastepna nowojorska wizyte, tym razem z Palm Court Music juz jedynie na bisy. Mam wrazenie, sadzac po ich debiucie, iz bedzie to wizyta warta oczekiwania.

*

W okresie dwoch tygodni uslyszalem trzech najwybitniejszych dzis mlodych amerykanskich skrzypkow; dwoch nie tylko dzien po dniu, ale nawet w tym samym repertuarze. Byli to Joshua Bell i Midori: obydwoje dawno juz wyrosli z okresu cudownego dziecinstwa i sa dzis dojrzalymi artystami o ustalonej renomie. Bell gra obecnie nie tylko tradycyjny klasycznym repertuar, ale robi coraz czestsze wycieczki w dziedzine country-fiddling, co dotychczas w zaden sposob nie wplynelo na interpretacje tradycyjnego repertuaru. Midori, dzieki fundacji swego imienia, poswieca sie idei przyblizenia muzyki dzieciom, ktore inaczej nie maja z nia do czynienia (glownie w publicznych szkolach biednych dzielnic) oraz zaczela ­ jak czytam w jej biografii ­ studiowac psychologie na Uniwersytecie Nowojorskim.

Kompozycja, ktora obydwoje wykonywali, byl Koncert D-dur Beethovena. Bell jako solista St. z14

z7 Luke Orchestra pod batuta goscinnie dyrygujacego Roberto Abbado (siostrzenca slynnego Claudio) w Carnegie Hall, Midori zas wystapila w Avery Fisher Hall z Filharmonia Nowojorska i debiutujacym na tej estradzie mlodym Anglikiem Markiem Wigglesworthem. Gwoli sprawiedliwosci, Midori towarzyszyla w koncercie Beethovena nie tylko orkiestra, ale publicznosc, ktora z nieoceniona cierpliwoscia wyczekiwala najcichszych miejsc, aby swa obecnosc udowodnic nie konczacymi sie salwami kaszlu. Po przerwie mlody maestro, zanim jeszcze rozpoczal dyrygowac Symfonie nr 14 Szostakowicza, zwrocil sie do widowni z bardzo sprytnym apelem: prosil bowiem, aby starala sie powstrzymac od kaslania, poniewaz w tej kompozycji sluchacze sa po prostu tak samo wazna czescia wykonania, jak orkiestra i solisci wokalni.

Nasi kochani nowojorczycy byli jednak jeszcze sprytniejsi i tylko na chwile dali sie nabrac podstepnemu Anglikowi: juz po kilku piesniach, z ktorych sklada sie ta symfonia, kaslanie powrocilo z jednakowa prawie sila. Nie powinienem jednak zbyt narzekac, gdyz w czasie calego koncertu ani razu nie odezwal sie telefon komorkowy...

Interpretacja Bella i rewelacyjnie grajacej tego wieczoru orkiestry byla inspirowana ­ nie imitowana! ­ troche Heifetzem, troche Norringtonem (ktory byl artystycznym dyrektorem zespolu): tempa byly szybsze niz zazwyczaj, ale nie pospieszne, calosc jak rzadko kiedy organicznie ze soba zwiazana; obylo sie ­ na szczescie ­ bez ciaglych zmian pulsu czy zwalniania i tak juz wolnych fragmentow, co czesto doprowadza mnie do pasji. Skrzypcowej grze solisty nie mozna bylo nic zarzucic: intonacja, frazowanie i poczucie struktury kompozycji bylo doskonale. Jak to w swoich najlepszych interpretacjach czasami osiagal Norrington, tym razem tez byl to Beethoven atletyczny, silny, sprawny, nie rozrzewniony, pelen animuszu i stalego napiecia. Dodatkowa atrakcja byly wlasne, bardzo pomyslowe i swietnie skonstruowane kadencje Bella do I i II czesci koncertu. W sumie ­ jedno z najciekawszych i najbardziej pamietnych wykonan ostatnich lat.

Reszte koncertu wypelnily kompozycje Wagnera i Paula Hindemitha. Brak miejsca nie pozwala na bardziej szczegolowe opisanie tej czesci programu, pragne jednak przekazac, ze orkiestra i jej dyrygent byli w rzadkiej formie i sluchajac ich mialo sie wrazenie, ze jest to jeden ze swiatowej klasy zespolow: w brzmieniu, precyzji, balansach, instrumentalnych solach i widocznemu oraz odczuwalnemu zaangazowaniu.

Nie wiem, czego w tej samej kompozycji Beethovena poszukiwala fenomenalnie niegdys utalentowana Midori. Czy dlugoletnie doswiadczenie nie przekonalo jej dotychczas, iz pewien typ gry nie moze przyniesc dobrych rezultatow w sali na 3 tysiace sluchaczy? Czy zapomniala, ze podobnie do tzw. szeptu scenicznego, na estradzie koncertowej nawet najciekawsze piana musza byc nosne, aby sie nie stac nieznosnymi? Pomimo poprawnej intonacji sam gatunek dzwieku nie byl szczegolnie atrakcyjny. Odczuwalem trudny do zdefiniowania, choc wyrazny dystans artystki do muzyki, ktora dla nas wykonywala.

Sukcesem wykonawczym byla Symfonia nr 14 op. 135 Szostakowicza, skomponowana w 1969 r. i zadedykowana Brittenowi. Dzielo to napisane jest na sopran i bas, smyczkowa orkiestre i perkusje: jest to cykl 11 piesni do slow Apollinaire1a, Rilkego, Garcii Lorki i Küchelbeckera. Tematem laczacym tekst poematow jest smierc. Inspiracja dla Szostakowicza byly nie tylko kompozycje Mahlera, jak Das Lied von der Erde (Piesn o ziemi), ale bardziej jeszcze Piesn i tance smierci Musorgskiego. Wigglesworth, ktory w Anglii z walijska Orkiestra BBC wlasnie nagrywa komplet symfonii Szostakowicza, pewna reka poprowadzil caly cykl. Nie tylko czlonkowie orkiestry, ktorzy grali swoje partie bardziej jak muzyke kameralna niz symfoniczna, dolozyli sie do sukcesu wykonania: sprawila to przede wszystkim dwojka rosyjskich artystow ­ Elena Prokina, debiutujaca z Filharmonia Nowojorska, oraz znany baryton Siergiej Leiferkus, ktorzy zaoferowali nam gleboko przezyte i idiomatyczne wykonanie.