Nowojorska kronika
kulturalna - Muzyka
Roman
Markowicz
Wystawienie
przez Filharmonie Nowojorska slynnego musicalu Stephena
Sondheima Sweeney Todd bylo nie tylko jednym z wydarzen
sezonu, ale rowniez powodem do nieustajacych dyskusji.
Probowano w nich odpowiedziec na pytanie: do jakiej
muzycznej kategorii ten 'muzyczny dreszczowiec' nalezy?
Czy jest to opera, teatr muzyczny, musical? Sam kompozytor
okreslil Sweeney Todd jako melodramatic operetta.
Wyroznia musical Sondheima najwybitniejszego dzis
kompozytora (Follie, The Funny Thing Happened on the
Way to the Forum, Into the Woods, Sunday in the Park
with George, wspolautorstwo slynnego West Side Story)
enigmatycznego gatunku, jakim jest teatr muzyczny
inteligentny literacki tekst, jakim tradycyjna opera
rzadko moze sie poszczycic, tworzona z mysla o spiewakach.
Pozwala to oczywiscie na zachwycenie sie muzyka, nawet
jesli nie rozumiemy tekstu, co czesto jest zreszta
blogoslawienstwem. Przed organizatorami przedstawienia
w Avery Fisher Hall stanelo zadanie, w jaki sposob
przedstawic te muzyke, aby nie stracila na braku efektow
wizualnych. Partie wokalne rozdzielono pomiedzy spiewajacych
aktorow broadwayowych oraz znanych spiewakow operowych,
ktorzy w dzisiejszych czasach rownie dobrze czuja
sie co udowodnili tak w tradycyjnym, jak i lzejszym
repertuarze. Role 'demonicznego golibrody z Fleet
Street' (tak brzmi podtytul operetki) mial interpretowac
wielki walijski baryton Bryn Terfel, ktoremu jednak
przeszkodzily nieustajace problemy z kregoslupem,
zaangazowano wiec George1a Hearna, aktora, ktory z
duzym sukcesem wykonywal te partie na Broadwayu. Okazalo
sie to byc doskonala decyzja, gdyz byl on nie tylko
wiarygodny aktorsko, ale okazal sie zupelnie dobry
wokalnie. Jego partnerka byla znana Patti LuPone,
ktora wcielila sie w Mrs. Lovett, wlascicielke piekarni
specjalizujacej sie w wypiekaniu ciasta z miesem.
W tym miejscu nalezaloby czytelnikow powierzchownie
przynajmniej wtajemniczyc w tresc akcji, ktora opiera
sie na tekscie Hugha Wheelera. Podstawa jego libretta
staly sie londynskie melodramaty o oszalalym fryzjerze,
ktorzy w rewanzu za krzywdzaca go kare wysyla na tamten
swiat swoich klientow w sposob raczej bezceremonialny
i bezwzgledny. Pani Lovett prowadzaca piekarnie
w tym samym domu, co fryzjer salon prosperuje, gdyz
dzieki wspolpracy ze Sweeneyem Toddem nigdy nie brakuje
jej miesa na wyroby. Final jest nieoczekiwany i tragiczny.
Wsrod
spiewakow operowych zaangazowanych do tego bardzo
dobrego spektaklu znalezli sie tak znani artysci,
jak Paul Plishka, Stanford Olsen, John Aler, Heidi
Grant Murphy oraz mloda gwiazda Andora McDonald, ktora
czuje sie wyjatkowo dobrze w tym repertuarze, choc
ksztalcila sie jako spiewaczka operowa. Rezyserem
byl Lonny Price, scenografia ograniczona byla do kilku
wazniejszych rekwizytow stol do siekania miesa,
fotel fryzjerski i realistycznie blyszczaca brzytwa,
tak niezbedna w tej fabule. Price rozdzielil estrade
filharmoniczna na kilka poziomow, dzieki czemu aktorzy
mieli pewne mozliwosci poruszania sie po scenie. Partie
choralne wykonali czlonkowie The New York Choral Artists,
ktorzy tym razem byli w rownym stopniu aktorami, jak
i spiewakami.
Sweeney
Todd od innych musicali rozni to, ze partie mowione
sa mniej liczne. I tutaj nalezy raz jeszcze zaznaczyc,
jak wybornym tworca jest Sondheim, ktory stworzyl
pierwszej klasy muzyke doskonale zreszta zorkiestrowana
przez weterana w tej dziedzinie Jonathana Tunicka.
Dobrze sie stalo, ze czteroletnia seria 'American
Classics' Filharmonii Nowojorskiej zakonczona zostala
wlasnie ta kompozycja, i to w tak imponujacym wykonaniu.
Muzycy filharmonii grajacy pod batuta mlodego amerykanskiego
maestro Andrew Littona calkiem widocznie swietnie
bawili sie, biorac udzial w tym nagrywanym na zywo
przedstawieniu. Okazuje sie, ze pewne klasyczne pozycje
musicalowego repertuaru takich kompozytorow, jak Kern,
Ellington, Gershwin, Bernstein czy wlasnie Sondheim,
powinny byc, jak to zreszta coraz czesciej sie zdarza,
domena prawdziwych teatrow operowych i zespolow symfonicznych.
Moje jedyne zastrzezenie do tego spektaklu troche
natarczywe naglosnienie, dzis niestety typowe dla
wszystkich broadwayowych produkcji. Mam jednak nadzieje,
iz nie zrujnuje to nagrania dokonanego dla wlasnej
edycji Filharmonii Nowojorskiej, ktore powinno ukazac
sie jesienia. Przypuszczam, ze bedzie rewelacyjne.
*
Rownie
pozytywne wrazenie choc na to bylem przygotowany
zrobil na mnie wystep Dawn Upshaw. Trzeci z serii
koncertow Images of Dawn poswiecila piosenkom z Broadwayu.
Seria zorganizowana w ramach Great Performers at Lincoln
Center ukazala te wyjatkowa artystke w roznorodnym
repertuarze: pierwszy z recitali 'Hommage to Jane
Bathori' (jedyny, ktory rzeczywiscie odbyl sie w Lincoln
Center) zawieral kompozycje m.in. Debussy1ego i Ravela.
W drugim wystapila w towarzystwie slynnego Kronos
Quartet, a poswiecony zostal kompozycjom z roznych
stron swiata. Ostatni z programow artystka zatytulowala
'Round About', co jest rowniez tytulem piosenki Vernona
Duke: przedstawienie z udzialem aktora/piosenkarza
Gregga Edelmana odbylo sie w teatrze John Jay College.
'Round
About' potraktowane zostalo w rownej mierze jako przedstawienie
teatralne i recital. Spinajaca klamra byla tematyka
piosenek tworzaca swego rodzaju historie zwiazku kobiety
i mezczyzny konfliktow, obaw, neuroz, radosci. Co
bylo wyjatkowe w tej teatralno-muzycznej kreacji to
fakt, ze byla to muzyka, ale nie opera, wykonawcy
mieli do wykonania specyficzne role, ale nie byla
to sztuka teatralna. Co ciekawsze: wsrod ponad dwudziestu
piosenek nie bylo ani jednej nowej (powstaly w latach
od 1928 do 1987), przy tym kazda moglaby z powodzeniem
wydawac sie skomponowana na te wlasnie okazje. Artystka
zazyczyla sobie, aby publicznosc otrzymala liste kompozycji
dopiero po zakonczeniu spektaklu i okazalo sie to
byc dobrze przemyslana decyzja. Sala byla przyciemniona
i nieustanne szukanie tytulu poszczegolnych kompozycji
utrudnialoby jedynie odbior.
Scenografia
byla skromna, ale wystarczajaco efektowna: poczatkowo
na okraglej (Round About...) scenie widzielismy jedynie
jakies ksztalty obiektow przykrytych przescieradlami:
stopniowo Dawn Upshaw zdejmowala je, odslaniajac maly
kawiarniany stolik i dwa krzeselka oraz duza kanape.
Dwie polkoliste sciany byly jednoczesnie tlem, na
ktorym z rzutnika wyswietlano fotografie czasami ilustrujace
muzyke (kwiaty, abstrakcje), czasami zas bedace elementem
scenografii (ceglana sciana, okno, drzwi); bylo to
bardzo efektowne i pomyslowe. Piosenki choc to slowo
wydaje sie zbyt frywolne w tym kontekscie wyszly
spod piora takich mistrzow, jak Vernon Duke (ktorego
muzyke Dawn Upshaw nagrala niedawno dla firmy Nonesuch,
79531), Marc Bliztein, Kurt Weill, Richard Rodgers,
Jule Styne, George Gershwin, Stephen Sondheim i kilku
innych mniej znanych, choc trudno bylo zauwazyc roznice
w samym gatunku: poziom muzyki byl niezachwianie wysoki.
Sztuka
wokalna artystki jest dzisiaj czyms oczywistym: Upshaw
laczy doskonaly warsztat, niezmierna muzykalnosc,
inteligencje i umiejetnosc wczucia sie w kazda role.
W repertuarze kabaretowo-musicalowym zaprezentowala
ponadto naturalnosc, poczucie humoru, swobode poruszania
sie po estradzie i brak jakiejkolwiek przesady, ktora
moze doprowadzic do efektu parodii lub przeslodzenia.
No i oczywiscie jej sopran o wyjatkowym brzmieniu!
Spiewaczce towarzyszyla orkiestra pod czujna batuta
Erica Sterna, ktory dokonal rowniez muzycznych aranzacji.
Byl to wieczor inteligentnie ulozonych, wartosciowych
kompozycji, idealnie interpretowanych przez jedna
z najwybitniejszych artystek naszej doby. Wielce pozytywne
wrazenie zrobil takze Gregg Edelman spiewak obdarzony
milym barytonem i niezlymi walorami aktorskimi.
*
Jesli
wystepy spiewakow operowych w repertuarze lzejszym
(jak opisywany wystep Dawn Upshaw) sa dzis zjawiskiem
coraz czestszym, to wystep kwartetu smyczkowego w
calosci prawie poswiecony repertuarowi kawiarnianemu
(po angielsku ten typ kompozycji w lekkich aranzacjach
nazywa sie delikatniej palm court) jest raczej rzadkoscia.
Ten repertuar zdominowal jednak nowojorski debiut
warszawskiego kwartetu Prima Vista, ktory sklada sie
z muzykow na co dzien grajacych w znakomitej orkiestrze
Sinfonia Varsovia, znanej rowniez jako Polska Orkiestra
Kameralna. Skrzypkami tego kwartetu sa Krzysztof Bzowka
i Jozef Kolinek, altowiolista Dariusz Kisielinski,
a wiolonczelista Jerzy Muranty. Zespol wystapil w
Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej w Nowym Jorku,
zaproszony na te okazje przez organizacje The New
York Dance & Arts Innovations. W programie oprocz
znanej chyba wszystkim milosnikom muzyki serenady
Eine Kleine Nachtmusic K. 525 Mozarta znalazly sie
opracowania na kwartet kompozycji Chopina, Paderewskiego,
dwoch piesni Gershwina oraz popularnych kawalkow Straussa,
Bizeta, Joplina i innych. Brak dostatecznie dobrego
fortepianu, jak poinformowano sluchaczy przed koncertem,
spowodowal zmiane programu, za co bylem opatrznosci
raczej wdzieczny, gdyz trudno byloby mi zdobyc sie
na pozytywne opinie o koncercie fortepianowym Chopina
z akompaniamentem kwartetu smyczkowego, z najlepszym
nawet solista, co w tym przypadku i tak nie wchodzilo
w rachube.
Kwartet
Prima Vista nagral niedawno dla firmy Dux w Warszawie
koncerty Chopina, ktore w ostatnich latach staly sie
w kraju dosc popularne w takiej wlasnie wersji. Serenada
Mozarta w oryginale skomponowana na kwintet z dodatkowym
instrumentem basowym brzmiala troche cienko, ale otrzymala
pelna wigoru interpretacje, ktora wzbudzila moja ciekawosc,
jakby grupa ta brzmiala w 'prawdziwym' repertuarze.
Popularne
kawalki w dobrej zreszta aranzacji (z wyjatkiem Nokturnu
Chopina i Menueta Paderewskiego, w ktorych aranzerowi
zabraklo pomyslowosci) sa niebezpiecznym repertuarem,
ale polscy muzycy grali z dobra intonacja, wdziekiem,
elegancja i stylem. Najwazniejsza role pelnia ma
sie rozumiec pierwsze skrzypce, inne zas instrumenty
maja partie glownie akompaniujace. Pomimo pozytywnej
opinii o ich kwartecie nie moge oprzec sie uczuciu,
iz kilka z tych kompozycji zagranych jako bisy po
wlasciwym programie sprawilyby o wiele mocniejsze
wrazenie.
Byc moze
wybor podyktowany zostal checia promocji nowo nagranej
CD z ta wlasnie muzyka, ale ani tych, ani innych nagran
zespolu nie udostepniono recenzentowi Nowego Dziennika.
Wypada wiec poczekac na nastepna nowojorska wizyte,
tym razem z Palm Court Music juz jedynie na bisy.
Mam wrazenie, sadzac po ich debiucie, iz bedzie to
wizyta warta oczekiwania.
*
W okresie
dwoch tygodni uslyszalem trzech najwybitniejszych
dzis mlodych amerykanskich skrzypkow; dwoch nie tylko
dzien po dniu, ale nawet w tym samym repertuarze.
Byli to Joshua Bell i Midori: obydwoje dawno juz wyrosli
z okresu cudownego dziecinstwa i sa dzis dojrzalymi
artystami o ustalonej renomie. Bell gra obecnie nie
tylko tradycyjny klasycznym repertuar, ale robi coraz
czestsze wycieczki w dziedzine country-fiddling, co
dotychczas w zaden sposob nie wplynelo na interpretacje
tradycyjnego repertuaru. Midori, dzieki fundacji swego
imienia, poswieca sie idei przyblizenia muzyki dzieciom,
ktore inaczej nie maja z nia do czynienia (glownie
w publicznych szkolach biednych dzielnic) oraz zaczela
jak czytam w jej biografii studiowac psychologie
na Uniwersytecie Nowojorskim.
Kompozycja,
ktora obydwoje wykonywali, byl Koncert D-dur Beethovena.
Bell jako solista St. z14
z7 Luke
Orchestra pod batuta goscinnie dyrygujacego Roberto
Abbado (siostrzenca slynnego Claudio) w Carnegie Hall,
Midori zas wystapila w Avery Fisher Hall z Filharmonia
Nowojorska i debiutujacym na tej estradzie mlodym
Anglikiem Markiem Wigglesworthem. Gwoli sprawiedliwosci,
Midori towarzyszyla w koncercie Beethovena nie tylko
orkiestra, ale publicznosc, ktora z nieoceniona cierpliwoscia
wyczekiwala najcichszych miejsc, aby swa obecnosc
udowodnic nie konczacymi sie salwami kaszlu. Po przerwie
mlody maestro, zanim jeszcze rozpoczal dyrygowac Symfonie
nr 14 Szostakowicza, zwrocil sie do widowni z bardzo
sprytnym apelem: prosil bowiem, aby starala sie powstrzymac
od kaslania, poniewaz w tej kompozycji sluchacze sa
po prostu tak samo wazna czescia wykonania, jak orkiestra
i solisci wokalni.
Nasi kochani
nowojorczycy byli jednak jeszcze sprytniejsi i tylko
na chwile dali sie nabrac podstepnemu Anglikowi: juz
po kilku piesniach, z ktorych sklada sie ta symfonia,
kaslanie powrocilo z jednakowa prawie sila. Nie powinienem
jednak zbyt narzekac, gdyz w czasie calego koncertu
ani razu nie odezwal sie telefon komorkowy...
Interpretacja
Bella i rewelacyjnie grajacej tego wieczoru orkiestry
byla inspirowana nie imitowana! troche Heifetzem,
troche Norringtonem (ktory byl artystycznym dyrektorem
zespolu): tempa byly szybsze niz zazwyczaj, ale nie
pospieszne, calosc jak rzadko kiedy organicznie ze
soba zwiazana; obylo sie na szczescie bez ciaglych
zmian pulsu czy zwalniania i tak juz wolnych fragmentow,
co czesto doprowadza mnie do pasji. Skrzypcowej grze
solisty nie mozna bylo nic zarzucic: intonacja, frazowanie
i poczucie struktury kompozycji bylo doskonale. Jak
to w swoich najlepszych interpretacjach czasami osiagal
Norrington, tym razem tez byl to Beethoven atletyczny,
silny, sprawny, nie rozrzewniony, pelen animuszu i
stalego napiecia. Dodatkowa atrakcja byly wlasne,
bardzo pomyslowe i swietnie skonstruowane kadencje
Bella do I i II czesci koncertu. W sumie jedno z
najciekawszych i najbardziej pamietnych wykonan ostatnich
lat.
Reszte
koncertu wypelnily kompozycje Wagnera i Paula Hindemitha.
Brak miejsca nie pozwala na bardziej szczegolowe opisanie
tej czesci programu, pragne jednak przekazac, ze orkiestra
i jej dyrygent byli w rzadkiej formie i sluchajac
ich mialo sie wrazenie, ze jest to jeden ze swiatowej
klasy zespolow: w brzmieniu, precyzji, balansach,
instrumentalnych solach i widocznemu oraz odczuwalnemu
zaangazowaniu.
Nie wiem,
czego w tej samej kompozycji Beethovena poszukiwala
fenomenalnie niegdys utalentowana Midori. Czy dlugoletnie
doswiadczenie nie przekonalo jej dotychczas, iz pewien
typ gry nie moze przyniesc dobrych rezultatow w sali
na 3 tysiace sluchaczy? Czy zapomniala, ze podobnie
do tzw. szeptu scenicznego, na estradzie koncertowej
nawet najciekawsze piana musza byc nosne, aby sie
nie stac nieznosnymi? Pomimo poprawnej intonacji sam
gatunek dzwieku nie byl szczegolnie atrakcyjny. Odczuwalem
trudny do zdefiniowania, choc wyrazny dystans artystki
do muzyki, ktora dla nas wykonywala.
Sukcesem
wykonawczym byla Symfonia nr 14 op. 135 Szostakowicza,
skomponowana w 1969 r. i zadedykowana Brittenowi.
Dzielo to napisane jest na sopran i bas, smyczkowa
orkiestre i perkusje: jest to cykl 11 piesni do slow
Apollinaire1a, Rilkego, Garcii Lorki i Küchelbeckera.
Tematem laczacym tekst poematow jest smierc. Inspiracja
dla Szostakowicza byly nie tylko kompozycje Mahlera,
jak Das Lied von der Erde (Piesn o ziemi), ale bardziej
jeszcze Piesn i tance smierci Musorgskiego. Wigglesworth,
ktory w Anglii z walijska Orkiestra BBC wlasnie nagrywa
komplet symfonii Szostakowicza, pewna reka poprowadzil
caly cykl. Nie tylko czlonkowie orkiestry, ktorzy
grali swoje partie bardziej jak muzyke kameralna niz
symfoniczna, dolozyli sie do sukcesu wykonania: sprawila
to przede wszystkim dwojka rosyjskich artystow Elena
Prokina, debiutujaca z Filharmonia Nowojorska, oraz
znany baryton Siergiej Leiferkus, ktorzy zaoferowali
nam gleboko przezyte i idiomatyczne wykonanie.
|