Poezja
miedzy Houston a Paryzem
Z
Adamem Zagajewskim rozmawia Malgorzata Andrzejewska-Psarska
Malgorzata
Andrzejewska-Psarska: - Na uniwersytecie w
Houston uczy Pan tworczego pisania. Na czym polegaja
te zajecia? W jaki sposob mozna nauczyc pisania?
Adam
Zagajewski: - Bedzie to bardziej zrozumiale, jezeli
sie tylko pamieta o tym, ze istnieja akademie sztuk
pieknych. W swiecie zachodnim nie bylo tradycji szkol
pisania, natomiast od stuleci istnialy akademie ksztalcace
malarzy, rzezbiarzy i nikogo nie dziwi to, ze ktos,
kto chce byc malarzem, idzie na ASP. Sadze, ze roznica
jest tu minimalna, musimy tylko przyzwyczaic sie do
mysli, ze mlody pisarz idzie do szkoly tworczego pisania,
bo wciaz wydaje nam sie to czyms zabawnym, niezbyt
przekonujacym.
By dostac
sie na nasz program magisterski z pisania kreatywnego,
trzeba przejsc przez pewne eliminacje. W praktyce
dostaje sie na nie jedna osoba na dziesiec. Wtedy
juz oceniamy to, co ci mlodzi ludzie pisza. Nie uczymy
od podstaw, mamy do czynienia z autorami, ktorzy niejednokrotnie
juz cos publikowali. To nie sa zupelne zoltodzioby.
Oczywiscie, wrazliwosci nie da sie nauczyc, a jedynie
pewnej techniki. Ci mlodzi pisarze przychodza do szkoly
z dwoch powodow - sadza, ze beda mogli nauczyc sie
czegos, co ma zwiazek z rzemioslem, tego, jak uporzadkowac
pisanie. Wielu mlodych poetow nie bardzo sobie radzi
z forma. W poezji amerykanskiej forma jest bardziej
obecna niz w polskiej - sa tu formy bardziej tradycyjne,
jak np. sonet. W prozie ucza sie tego, czym jest nowela,
jaka jest struktura powiesci. Sa pewne elementy powiesci,
ktorych mozna nauczyc. Oczywiscie przy zalozeniu,
ze student jest utalentowany, bo daru pisania w nikim
zaszczepic sie nie da.
Istnieje
tez motyw ekonomiczny. Dla wielu z tych mlodych ludzi
okres studiow to jest czas wygrany - maja kilka lat
wzglednej niezaleznosci materialnej, bo moga byc asystentami,
troche uczyc i przede wszystkim pisac.
Biorac
udzial w programie kreatywnego pisania, dowiedza sie
tez wiecej o historii intelektualnej literatury.
- Czy
teraz, z perspektywy tylu lat nie zaluje Pan, ze nie
mial zajec z takiego kreatywnego pisania na studiach,
gdy byl Pan poczatkujacym poeta?
- Ciekawe,
nigdy o tym nie myslalem... Czy ja wiem? Moze tak.
Gdyby to wtedy istnialo, kto wie, czy bym sie nie
zdecydowal... Mysle, ze jesli ma sie szczescie i trafi
na dobrych nauczycieli, na kogos, to rozumie potrzeby
bardzo mlodych ludzi, oszczedza sie kilka lat poszukiwan.
Jesli jest sie zdanym na wlasne sily, zajmuje to wiecej
czasu.
- Kto
byl Pana tym najwazniejszym nauczycielem, mistrzem?
- Nie
mialem bezposrednich mistrzow, profesorow, ale w czasach
mojej mlodosci studenckiej w Krakowie uczestniczylem
w spotkaniach Kola Mlodych Pisarzy przy Zwiazku Literatow
Polskich na Krupniczej.
- Slynne
'czworaki literackie'?
- Tak,
to bylo slawne niegdys miejsce. W tej chwili praktycznie
nie istnieje. Tam co piatek odbywaly sie spotkania
mlodych pisarzy, bardzo warsztatowe - zawsze ktos
mial swoj wieczor autorski, poeta albo prozaik. Zwykle
tez pojawialo sie kilku starszych pisarzy. I my, mlodzi
autorzy, nawzajem sie krytykowalismy. To byla nieformalna
szkola tworczego pisania - zupelnie nie ideologiczna,
bez politycznych naciskow, bez dyplomow. Kazdy opuszczal
ja w momencie, gdy czul, ze juz tych spotkan nie potrzebuje.
Natomiast
moim mistrzem byl Zbigniew Herbert, ktorego opatrznosc
przyslala juz do mojego liceum, gdy bylem 17-letnim
szczeniakiem o ambicjach i zainteresowaniach literackich.
Wtedy po raz pierwszy w zyciu zobaczylem prawdziwego,
nieslychanie zdolnego poete, ktory nas, uczniow, potraktowal
powaznie, rozmawial z nami. Od tej pory sledzilem
jego tworczosc, ktora stala sie dla mnie czyms waznym
i bliskim. Na tym spotkaniu zadedykowal mi Barbarzynce
w ogrodzie - mam ten egzemplarz do dzis. Potem spotkalem
go w latach siedemdziesiatych, a pozniej zaprzyjaznilismy
sie, ale to bylo juz po moim wyjsciu z niemowlectwa
literackiego.
- Kiedy
rozpoczal Pan prace na uniwersytecie w Houston?
- Wiosna
1988 roku. W lecie 1987 roku dostalem zaproszenie
do Houston, by uczyc creative writing. Mieszkalem
wtedy w Paryzu i szukalem jakiejs pracy, bo trudno
wyzyc z pisania poezji. Od tego czasu regularnie kazdej
wiosny jestem w Houston. Poczatkowo mialem mgliste
wyobrazenie, na czym moje zadanie bedzie polegalo.
Mam wylacznie studentow graduate, duzo mlodych, dobrych
pisarzy, marzacych o wielkiej karierze, z bardzo silna
motywacja. Nigdy nie mam problemu z tym - co pamietam
jeszcze z Polski, kiedy prowadzilem zajecia ze studentami
- by nie przygotowali sie do zajec. Dla nich jest
to absolutnie oczywiste. Nie mam do czynienia z apatycznym
tlumem mlodych ludzi, ktorych trzeba popychac, strofowac,
karac; oni uwazaja, ze jest w ich interesie, by sie
uczyc, by wiecej wiedziec, bo to im pomoze w pozniejszej
ich praktyce. Bardzo mi sie podoba, ze nie musze byc
'straznikiem wieziennym', ktory wymysla jakies kary.
Wydaje mi sie, ze w Europie trudno znalezc studentow
tak dojrzalych, ktorzy by z pasja poswiecali czas
i uwage na nauke.
- Jest
Pan zawieszony miedzy Paryzem a Teksasem. Takie zycie
Panu pomaga czy przeszkadza? Daje Panu jakis oddech,
pozwala spojrzec z dystansem na ten drugi swiat czy
tez odwrotnie, traktuje Pan te odleglosc jako koniecznosc,
ktora trzeba tolerowac?
- W Houston
spedzam cztery miesiace semestru letniego, wiec znacznie
dluzej jestem w Europie. W momencie wyjazdu bardzo
tej zmiany nie lubie, odczuwam ja jako dramatyczne
zerwanie z nawykami, z ustalonym trybem zycia, ale
jesli patrze z dystansu, to te pobyty w Houston sa
dla mnie bardzo pozyteczne. Bardzo mnie fascynuje
literacka Ameryka - szalenie ciekawy, energiczny kontynent.
Mieszka tu wielu poetow, ktorych tworczosc mnie interesuje,
ktorzy stali sie moimi przyjaciolmi. Jest tez w Ameryce
ogromna akceptacja przybyszow, czego zupelnie nie
czuje sie w Paryzu. Tamtejsi literaci po prostu ignoruja
wszystkich zagranicznych, obcych pisarzy i intelektualistow,
z malymi wyjatkami oczywiscie. To bardzo chlodna tolerancja.
Natomiast Amerykanie ofiarowuja ciepla akceptacje,
co oczywiscie jest o wiele milsze i prowadzi do dialogu.
Zawsze tez podrozuje po Stanach Zjednoczonych, co
roku jestem w Bostonie, w Nowym Jorku, czasami w Kalifornii.
Wszedzie mam znajomych, przyjaciol - jest to kontynent
bardzo mi bliski. Niezwykla liczba odczytow, konferencji,
spotkan, takie - normalne zycie literackie dodaje
mi energii.
Od kiedy
zaczalem tutaj przyjezdzac, czyli od roku 1981, bylem
zafascynowany tym, ze zycie tu jest takie, jakie mogloby
byc w Europie gdyby nie wojny, zniszczenie, Oswiecim.
Jesli jest gdzies pelnia zycia, to tutaj, w USA. Nawet
Europa Zachodnia nie ma tego fascynujacego impetu,
rozmachu w kazdej dziedzinie, tez w literaturze. Za
kazdym razem odkrywam od nowa, ze tu warto przyjechac
chocby dlatego, zeby nabrac tej energii. W Ameryce
jestem o wiele krocej, ale do niej 'naleze', natomiast
we Francji, choc przebywam tam dluzej, jestem wciaz
'obcy'. Ma to tez swoje dobre strony - prowadze anonimowe
zycie, moge spokojnie pracowac. Zawsze mowie, ze gdybym
wyprowadzil sie z Paryza, nikt by tego nie zauwazyl.
Z drugiej
strony szalenie lubie Europe za obecnosc przeszlosci
- te wioski, w ktorych sa stare romanskie koscioly.
Tego mi bardzo brakuje w Ameryce, zwlaszcza w Teksasie,
gdzie wszystko jest nowe, Houston rozwinelo sie od
czasu, kiedy wynaleziono klimatyzacje w latach czterdziestych.
- Oprocz
polskiego posluguje sie Pan swietnie angielskim i
francuskim. Czy probowal Pan kiedys pisac w ktoryms
z tych jezykow?
- Troche
i nigdy nie bylem z tego zadowolony. Moge napisac
recenzje czy krotki wyklad w angielskim, francuskim
czy tez niemieckim, ale sensowne pomysly literackie
przychodza mi do glowy tylko w jezyku polskim.
- To
kwestia bariery jezykowej czy schematow lingwistycznych,
ktore mamy zakodowane i ktorymi myslimy?
- Nawet
jesli mowi sie bardzo dobrze w obcym jezyku, nigdy
sie nie bedzie mialo tak pelnego don dostepu jak do
macierzystego. Slowa wlasnego jezyka zna sie intymnie,
czuje sie ich fizyczny ksztalt. Slowa, oprocz tego,
ze maja wartosc czysto intelektualna, slownikowa i
idiomatyczna, obarczone sa ciezarem sensualnym, ktorego
w obcym jezyku nie mozna w pelni wyczuc.
- A
jak jest z przekladami poezji? Czy tlumacz, przekladajac
wiersz na inny jezyk, nie pisze nowego utworu?
- Oczywiscie,
ze nie jest to dokladnie ten sam wiersz. Holduje jednak
teorii, wedlug ktorej wiersz, nim zostanie napisany
w jakims jezyku, istnieje przez moment w takiej przestrzeni
'przedjezykowej', w pewnym jezyku wyobrazni. Jesli
pisze sie po polsku, juz dokonuje sie przekladu z
pierwotnego jezyka wyobrazni. Zdaje sie, ze sa takie
teorie lingwistyczne, ktore by sie ze mna zgodzily,
ze jest pewien 'prajezyk' poprzedzajacy jezyki naturalne.
Dobre tlumaczenie, na przyklad angielskie, odnosi
sie nie tylko do polskiego oryginalu, ale takze do
tego 'prajezykowego' tekstu. Dobry tlumacz wczuwa
sie do tego stopnia w tekst, ze wychodzi poza jezyk
oryginalny i odczuwa idee poetycka wiersza, ktora
zostala stworzona w sekunde przed napisaniem wiersza,
tlumaczy z dwoch jezykow. Poza tym musi byc poeta,
bowiem nie mozna tlumaczyc poezji, nie majac poetyckiej
wyobrazni. W koncu o nic innego nie chodzi, tylko
o to, zeby przeklad byl czyms wiecej niz tekstem.
Jezyk musi wibrowac.
- Kto
jest lepszym tlumaczem - ten, kto tlumaczy z obcego
jezyka na macierzysty czy odwrotnie?
- Wydaje
mi sie, ze naturalna kolejnosc jest taka, iz tlumaczy
sie z obcego, ktory sie swietnie poznalo. Sa oczywiscie
fenomeny - tlumacze doskonale przekladajacy poezje
z macierzystego jezyka na obcy, ale to wyjatki. Zdarzalo
mi sie miec tlumaczy, ktorzy nie byli native speakers,
ale wtedy zawsze potrzebowali konsultacji. Moje wiersze
na francuski przeklada zona, ktora nie jest Francuzka
z urodzenia. Wprawdzie wspaniale opanowala ten jezyk,
ale zawsze potrzebuje konsultacji.
- Mysli
Pan, ze wspolczesny swiat, a szczegolnie Europa i
Ameryka maja dzisiaj czas na czytanie poezji?
- Najlepszy
dowod, ze sie spotkalismy na moim wieczorze autorskim,
na ktory przyszlo pare osob. Wydaje sie mnostwo tomow
poezji. Oczywiscie, jesli porownamy to do popularnosci
sportu czy gieldy, wtedy okaze sie, ze liczba ludzi
interesujacych sie wierszami jest minimalna. W Ameryce
od kilku lat rosnie zainteresowanie poezja i jej pozycja
jest bardzo silna. W New York Timesie sa artykuly
o poezji, recenzje z tomikow pojawiaja sie w powaznych
dziennikach. Zbiorowa wyobraznia nie odwrocila sie
od poezji. Od kilku lat kwiecien jest Narodowym Miesiacem
Poezji i w kazdej wiekszej ksiegarni wystawione sa
tomiki poetyckie. Jest to pewnie troche sztuczne,
ale przyczynilo sie do wzrostu prestizu poezji. W
jednym z najpopularniejszych dziennikow w publicznej
telewizji dosc czesto wystepuje jakis znany poeta
i czyta swoje wiersze. W Stanach Zjednoczonych poezja
absolutnie nie stoi na straconej pozycji.
- Czesto
slysze, ze slowo sie zdewaluowalo i mozna don podchodzic
co najwyzej z pewna podejrzliwoscia, a galaktyke druku
zastapila galaktyka wideoklipu.
- Nie
wierze w to. Jeszcze nigdy nie publikowano tylu ksiazek,
co teraz. Ich produkcja rosnie. Wszedzie widac, ze
ludzie czytaja. Oczywiscie to nie sa tylko tomy wierszy,
ale biografie, literatura faktu, eseje, ksiazki polityczne,
powiesci.
- W
Polsce tak dobrze chyba nie jest. Choc publikuje sie
coraz wiecej, srednia przeczytanych ksiazek na statystycznego
obywatela spada. Chyba musimy przejsc okres fascynacji
kultura obrazkowa.
- Statystyki
wykazuja spadek, ale z tego, co widze w ksiegarniach,
wydaje sie mnostwo dobrych ksiazek i one chyba znajduja
nabywcow. Moze to nie sa liczby oszalamiajace, ale
nie jest tak zupelnie zle... Trudno poza tym porownywac
Polske, ktora jest nowicjuszem w postnowowczesnej
kulturze, ze Stanami Zjednoczonymi, ktore wykazuja
rozne objawy przesytu nowoczesnoscia i gdzie ludzie
siegaja po ksiazke z poczucia zmeczenia cywilizacja
obrazu. Na pewno Polska musi przejsc przez czysciec
uczestnictwa w tym, co nowoczesne. Oby potem osiadly
te muly i mety.
- Mysli
Pan, ze jest w tej chwili miejsce na literature, ktora
wychowuje, tworzy wzorce i uczy?
- Nie
wierze w moralizowanie bezposrednie, w literature
dydaktyczna. Na pewno jest i bedzie literatura mlodziezowa,
gdzie sila rzeczy pojawiaja sie takie wzorce, bowiem
bardzo mlodzi czytelnicy tego potrzebuja. To samo
widac w filmach, gdzie dobro zwycieza zlo. Natomiast
w literaturze czytanej przez ludzi doroslych ten wzorzec,
jesli istnieje, to tylko w bardzo dyskretny sposob,
Mysle ze - jak mowila Simone Weil - istota literatury
jest odroznianie dobra od zla. Ale to nie jest nachalne
wychowywanie czytelnika, lecz stwarzanie pewnej atmosfery
duchowej, ktora sprzyja rzeczom wartosciowym.
Moja odpowiedz
jest dialektyczna -owszem, jest miejsce na taka literature,
ale dzialajaca w sposob bardzo subtelny. Gdy pisze,
nigdy nie chce nikogo wychowywac, ale pisze o rzeczach,
w ktore wierze i kazdy moj wiersz czy esej jest wyznaniem
wiary. W tym, co pisze jest pewno zarliwosc tego,
co mysle - ona udziela sie tekstom. Wlasnie przygotowuje
teraz szkic pod tytulem Obrona zarliwosci, wiec ten
termin jest mi bliski.
Przy pisaniu
tworzy sie pewne napiecie moralne, ale bez dydaktycznego
pokazywania palcem - to nie jest potrzebne, gdy ma
sie do czynienia w czytelnikami, ktorzy skonczyli
25 lat. A z drugiej strony wierze, ze literatura nie
jest moralnie obojetna i kazdy autor odpowiada za
wizje zawarta w jego dziele.
- Dziekuje
Panu za rozmowe. |