PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (12 maja 2000)


WOJCIECH J. BURSZTA

Lojalnosc i demokracja

Piszac ostatnio na tych lamach na temat wielokulturowosci (Przeglad Polski z 7 kwietnia br.), wspomnialem tylko na marginesie, ze problemy podobne jak w rozwinietych demokracjach - pojawia sie niebawem w Polsce. Nawet nie przypuszczalem, jak blisko jest owo 'niebawem'. Minely niespelna dwa tygodnie, a oto w Polsce mamy przyklad, co sie dzieje, gdy prawa wiekszosci zderzaja sie z lojalnoscia grupy mniejszosciowej, ktora zazdrosnie strzeze swego statusu. A takze, jak trudno pogodzic wymogi demokracji z tolerancja odmiennosci. Gazety i inne media obiegly informacje o pobiciu, a wrecz zlinczowaniu dziennikarki Zycia, ktora uczestniczyla w Miedzynarodowym Dniu Romow w Warszawie. Pikanterii calej sprawie dodaje fakt, ze - po pierwsze - Dorota Kania zajmowala sie od jakiegos czasu sprawami rzekomych nieprawidlowosci w podziale pieniedzy dla pokrzywdzonych Romow w ramach funduszu Shoah; po drugie - pobily ja kobiety romskie, i to pobily wyjatkowo okrutnie, z pasja i zajadloscia, jakiej trudno byloby sie spodziewac po kobietach polskich (tak tez pisano). Niewazne sa dla nas w tym momencie szczegoly w rodzaju, czy Roman Kwiatkowski oszukuje, czy nie oszukuje dzielac przyznane pieniadze, ale problem: co sie wlasciwie stalo w warszawskim domu kultury przy Lowickiej?

Prasa zareagowala jednoznacznie: to skandal i dowod na to, jak niebezpiecznie zajmowac sie w Polsce sprawami mniejszosci, a juz zwlaszcza wowczas, gdy w gre wchodza wielkie pieniadze. Sugerowano takze, ze po raz kolejny Cyganie przypomnieli spoleczenstwu, jak niewiele sie z nim licza, ze cos ukrywaja, sa nielojalni i przebiegli. No bo jak to: tutaj swieto, a na sale wkracza jakas nieznana zupelnie 'oficjalnym Romom' grupa ziomkow i 'deleguje' swoje kobiety, aby 'zerwaly' zabawe, przy okazji sprawnie wylawiajac z tlumu te jedna osobe - dziennikarke - ktora osmielila sie pisac o Cyganach stawiajac ich w dosc dwuznacznym swietle. Prokuratura wszczela sledztwo, ale natrafia na calkowita zmowe milczenia spolecznosci cyganskiej: nikt nikogo nie zna, nie pamieta zajscia, nie domysla sie nawet, o co moglo chodzic.

I tutaj pojawia sie zupelnie nowy watek w sprawie. Na lamach Gazety Wyborczej glos zabral profesor Lech Mroz, antropolog kultury i uznany autorytet w problematyce kultury romskiej. Ale i po jego wypowiedziach reakcja dziennikarzy jest ostra i tylko w jednym utrzymana tonie - tlumaczenie zasad dzialania spolecznosci Romow to skandal, bo wynika z nich logicznie, ze jesli ktos chce pisac np. o mafii w Polsce, musi bys przygotowany, ze otrzyma 'kulke w leb'. A w ogole to 'wielu mamy glupich profesorow w kraju'. Coz takiego znalazlo sie w wywodach prof. Mroza, co tak rozwscieczylo media? Zajrzyjmy do oryginalu. Wywiad nosi tytul 'Romanipen to lojalnosc' i wlasnie wokol szczegolnego pojmowania przez Romow lojalnosci wobec swych pobratymcow ogniskuje sie uwaga rozmowcy gazety. Na pierwsze pytanie, czy pisac o Cyganach jest jakos szczegolnie niebezpiecznie, Lech Mroz odpowiada: 'Nie bardziej niz o Ukraincach, Bialorusinach czy Zydach, to bzdura. Pani Kania, ktorej wspolczuje, nie byla przygotowana do tematu. Istnieja dwa rodzaje sztamp w postrzeganiu Cyganow. Albo sa obiektem romantycznej fascynacji, albo traktuje sie ich jak grupe wystepna. W artykulach Zycia odbija sie ten stereotyp'. Z kolei na pytanie, dlaczego atak Cyganek rzecznik rzadu nazwal 'zamachem na wolnosc slowa i demokracje w Polsce?', Mroz rzecze: 'Poniewaz nikt nie zadal sobie pytania, o co chodzi. Zla mafia wtargnela na zebranie dobrych Cyganow. Dobrzy to Rada Romow, ktora tworzy grupa liderow z roznych miast, a mafia - ludzie Romana Kwiatkowskiego, szefa stowarzyszenia z Oswiecimia. Gang Kwiatkowskiego pobil reportera za artykul. Tak to bylo przedstawione'.

Dalsza czesc wywiadu dotyczy juz wspomnianych mechanizmow funkcjonowania spolecznosci romskiej, ktore - zdaniem Mroza - trzeba znac, zeby fachowo i ze zrozumieniem podejmowac sie tak drazliwych tematow, jak konflikty wokol rozdzialu pieniedzy. Profesor jawi sie wrecz jako modelowy multikulturalista: 'Do mniejszosci trzeba podchodzic z pokora, uczyc sie jej' - powiada. I sam naucza miedzy innymi, ze Cyganie nie toleruja miedzy soba kapusiow (a takimi sa przeciez anonimowi informatorzy Kani - skoro ich nie mozna dopasc, trzeba nauczyc regul postepowania osobe, ktora z ich uslug korzysta, a tym samym - narusza podstawowe tabu Romow). Kultura cyganska dopuszcza rekoczyny jako sposob rozwiazywania konfliktow. Stanowia one ostrzezenie przed czyms o wiele gorszym... nie, nie chodzi o zabojstwo, ale o wykluczenie z grupy. Prawo zwyczajowe rzadzi zyciem tej grupy od wiekow, jedynie ono tak naprawde sie liczy; kto je lamie - musi poniesc konsekwencje; ci zas, ktorzy wymierzaja kare, i ci, ktorzy ich znaja, zobowiazani sa milczec. 'Czy takze kobieta spoza grupy, jak p. Kania, podpada pod kategorie kapusia i wolno ja potraktowac jak swoja?' - pyta dociekliwa dziennikarka Lidia Ostalowska. Profesor nie waha sie z odpowiedzia: 'Zgodnie z tradycja - nie. Ale autorka Zycia naruszyla granice ich swiata, zmacila jego lad wewnetrzny. Dala prawo, by ocenic ja wedle cyganskich regul'. I tak dalej, w tym duchu typowo antropologicznym toczy sie rozmowa.

Wszystko bardzo pieknie, ale zapyta ktos postronny, jak pogodzic ow wewnetrzny cyganski swiat z regulami demokratycznego panstwa i wolnoscia slowa? Wynika przeciez niezbicie taki oto moral z calej Mrozowej egzegezy, ze dopoki ktos z zewnatrz, profan nie obznajomiony z regulami kultury cyganskiej, trzyma sie od niej z daleka, jest dobrze. Niech sie zachwyca muzyka i folklorem. Ale biada, jak sie chce blizej przyjrzec, co sie wewnatrz roznych odlamow Romow polskich dzieje! Musi byc przygotowany na to, ze bedzie potraktowany zgodnie z prawem zwyczajowym, ukarany zarowno za mieszanie sie do nie swoich spraw, jak i za niekompetencje. A kazdy obcy jest z zalozenia niekompetentny, oczywiscie. No dobrze. Ale czy moze byc tak, ze nawet najbardziej zamknieta grupa spoleczna, a przeciez Cyganie nie sa wyjatkiem w tym wzgledzie, swa wlasna hermetycznosc posuwa az do takich granic, ze zakazuje wgladu w cokolwiek, co wewnatrz niej sie wydarza? Wszak nie o zwykla prywatnosc tutaj idzie, nie o to wiec, co w demokracji rozumie sie pod haslem wolnosci osobistej i wolnosci do gloszenia wlasnych pogladow i zycia w sposob, jaki sie uwaza za najbardziej stosowny.

Gdyby wyobrazic sobie spoleczenstwo wielokulturowe, ktore opieraloby sie wylacznie na lojalnosciach wewnatrz poszczegolnych grup, mielibysmy do czynienia z koszmarem. Trzeba odroznic zatem sfere kultury publicznej i prawa od tego, co wlasne, lokalne i szczegolne. Trzeba wiec wyznaczyc granice, do jakiej 'lojalnosc plemienna' nie wchodzi w konflikt z interesami wiekszosci. Granica taka sa z pewnoscia zachowania, ktore nie wyrzadzaja krzywdy innym - powiada sie przeciez, ze demokracja ma na celu minimalizowanie cierpien ludzi, tym samym dowartosciowywanie dobra a minimalizowanie zla. Wiedza o tym doskonale dzisiejsi antropologowie, ale nie chce tego zauwazyc - niestety - profesor Lech Mroz. Mowiac slowami Richarda Rorty1ego, nalezy on do coraz wiekszej grupy 'agentow milosci' albo 'koneserow zroznicowania'. Sa to ci wszyscy, ktorzy ucza innych, ze odmiennosc jest piekna, jest wartoscia sama w sobie i warto poznawac inne style zycia, myslenia, zachowania. Ale obok takich szlachetnych jednostek istnieja jeszcze - i to w wiekszosci przeciez - obroncy uniwersalnosci zabiegajacy o to, by wspolna plaszczyzna obywatelska byla jak najszersza, by teren powszechnie respektowanych wartosci byl jasno okreslony i przestrzegany. Prawnik wiec czy lekarz nie moze podejmowac decyzji w zaleznosci od tego, czy ma do czynienia z Polakiem od dwudziestu pokolen, Cyganem, czy Tatarem - jego orzeczenia i decyzje zawsze maja byc takie same.

Prasa zajmuje w demokracji szczegolne miejsce, gdyz ma zagwarantowane prawo do informowania o wszystkim, co sie w danym kraju dzieje - czy to jest wygodne, czy przeciwnie - uderza w czyjes interesy. Dziennikarz moze byc glupi - i bywa przeciez czesto - ale nikomu nie wolno ograniczac mu prawa do pisania i mowienia. Gdy przekroczy prawo - czekaja na niego gwardianie uniwersalnosci i to oni moga go ewentualnie ukarac. Nie wolno jednak tego czynic zadnej grupie mniejszosciowej zgodnie z jej wlasnym kodeksem zwyczajowym. Lojalnosc grupowa - jak sama nazwa wskazuje - ma swoje granice i rozciaganie ich na caly obszar przestrzeni demokratycznej jest uzurpacja.

Mamy wiec taka oto sytuacje, ze powstal konflikt interpretacji naszego zdarzenia: dla dziennikarzy i sadu przypadek Doroty Kani to zamach na demokratyczne swobody. Dla Mroza i moze innych jeszcze oredownikow milosci - to wielkie nieporozumienie wynikle z 'braku wzajemnego poszanowania i rozpoznania wartosci'. I jedna, i druga strona powinna wszakze wiecej o swoich wlasnych racjach wiedziec. Tymczasem mowia obok siebie, a ludzie sa zdezorientowani, chetnie wiec siegaja po stereotypowe wyobrazenia Cyganow. A tych nie brakuje, oj nie.

Zdaje sobie sprawe z wielkiego uproszczenia powyzszych uwag. Chcialem jednak wskazac tylko, ze przed naszym krajem i spoleczenstwem staje problem wielokulturowosci i ze na razie nie bardzo wiemy, jak sobie radzic w takich sytuacjach. Wielokulturowosc nadchodzi! o