WOJCIECH J.
BURSZTA
Lojalnosc
i demokracja
Piszac ostatnio na tych lamach na temat wielokulturowosci
(Przeglad Polski z 7 kwietnia br.), wspomnialem tylko na
marginesie, ze problemy podobne jak w rozwinietych demokracjach
- pojawia sie niebawem w Polsce. Nawet nie przypuszczalem,
jak blisko jest owo 'niebawem'. Minely niespelna dwa tygodnie,
a oto w Polsce mamy przyklad, co sie dzieje, gdy prawa wiekszosci
zderzaja sie z lojalnoscia grupy mniejszosciowej, ktora
zazdrosnie strzeze swego statusu. A takze, jak trudno pogodzic
wymogi demokracji z tolerancja odmiennosci. Gazety i inne
media obiegly informacje o pobiciu, a wrecz zlinczowaniu
dziennikarki Zycia, ktora uczestniczyla w Miedzynarodowym
Dniu Romow w Warszawie. Pikanterii calej sprawie dodaje
fakt, ze - po pierwsze - Dorota Kania zajmowala sie od jakiegos
czasu sprawami rzekomych nieprawidlowosci w podziale pieniedzy
dla pokrzywdzonych Romow w ramach funduszu Shoah; po drugie
- pobily ja kobiety romskie, i to pobily wyjatkowo okrutnie,
z pasja i zajadloscia, jakiej trudno byloby sie spodziewac
po kobietach polskich (tak tez pisano). Niewazne sa dla
nas w tym momencie szczegoly w rodzaju, czy Roman Kwiatkowski
oszukuje, czy nie oszukuje dzielac przyznane pieniadze,
ale problem: co sie wlasciwie stalo w warszawskim domu kultury
przy Lowickiej?
Prasa zareagowala
jednoznacznie: to skandal i dowod na to, jak niebezpiecznie
zajmowac sie w Polsce sprawami mniejszosci, a juz zwlaszcza
wowczas, gdy w gre wchodza wielkie pieniadze. Sugerowano
takze, ze po raz kolejny Cyganie przypomnieli spoleczenstwu,
jak niewiele sie z nim licza, ze cos ukrywaja, sa nielojalni
i przebiegli. No bo jak to: tutaj swieto, a na sale wkracza
jakas nieznana zupelnie 'oficjalnym Romom' grupa ziomkow
i 'deleguje' swoje kobiety, aby 'zerwaly' zabawe, przy okazji
sprawnie wylawiajac z tlumu te jedna osobe - dziennikarke
- ktora osmielila sie pisac o Cyganach stawiajac ich w dosc
dwuznacznym swietle. Prokuratura wszczela sledztwo, ale
natrafia na calkowita zmowe milczenia spolecznosci cyganskiej:
nikt nikogo nie zna, nie pamieta zajscia, nie domysla sie
nawet, o co moglo chodzic.
I tutaj pojawia
sie zupelnie nowy watek w sprawie. Na lamach Gazety Wyborczej
glos zabral profesor Lech Mroz, antropolog kultury i uznany
autorytet w problematyce kultury romskiej. Ale i po jego
wypowiedziach reakcja dziennikarzy jest ostra i tylko w
jednym utrzymana tonie - tlumaczenie zasad dzialania spolecznosci
Romow to skandal, bo wynika z nich logicznie, ze jesli ktos
chce pisac np. o mafii w Polsce, musi bys przygotowany,
ze otrzyma 'kulke w leb'. A w ogole to 'wielu mamy glupich
profesorow w kraju'. Coz takiego znalazlo sie w wywodach
prof. Mroza, co tak rozwscieczylo media? Zajrzyjmy do oryginalu.
Wywiad nosi tytul 'Romanipen to lojalnosc' i wlasnie wokol
szczegolnego pojmowania przez Romow lojalnosci wobec swych
pobratymcow ogniskuje sie uwaga rozmowcy gazety. Na pierwsze
pytanie, czy pisac o Cyganach jest jakos szczegolnie niebezpiecznie,
Lech Mroz odpowiada: 'Nie bardziej niz o Ukraincach, Bialorusinach
czy Zydach, to bzdura. Pani Kania, ktorej wspolczuje, nie
byla przygotowana do tematu. Istnieja dwa rodzaje sztamp
w postrzeganiu Cyganow. Albo sa obiektem romantycznej fascynacji,
albo traktuje sie ich jak grupe wystepna. W artykulach Zycia
odbija sie ten stereotyp'. Z kolei na pytanie, dlaczego
atak Cyganek rzecznik rzadu nazwal 'zamachem na wolnosc
slowa i demokracje w Polsce?', Mroz rzecze: 'Poniewaz nikt
nie zadal sobie pytania, o co chodzi. Zla mafia wtargnela
na zebranie dobrych Cyganow. Dobrzy to Rada Romow, ktora
tworzy grupa liderow z roznych miast, a mafia - ludzie Romana
Kwiatkowskiego, szefa stowarzyszenia z Oswiecimia. Gang
Kwiatkowskiego pobil reportera za artykul. Tak to bylo przedstawione'.
Dalsza czesc
wywiadu dotyczy juz wspomnianych mechanizmow funkcjonowania
spolecznosci romskiej, ktore - zdaniem Mroza - trzeba znac,
zeby fachowo i ze zrozumieniem podejmowac sie tak drazliwych
tematow, jak konflikty wokol rozdzialu pieniedzy. Profesor
jawi sie wrecz jako modelowy multikulturalista: 'Do mniejszosci
trzeba podchodzic z pokora, uczyc sie jej' - powiada. I
sam naucza miedzy innymi, ze Cyganie nie toleruja miedzy
soba kapusiow (a takimi sa przeciez anonimowi informatorzy
Kani - skoro ich nie mozna dopasc, trzeba nauczyc regul
postepowania osobe, ktora z ich uslug korzysta, a tym samym
- narusza podstawowe tabu Romow). Kultura cyganska dopuszcza
rekoczyny jako sposob rozwiazywania konfliktow. Stanowia
one ostrzezenie przed czyms o wiele gorszym... nie, nie
chodzi o zabojstwo, ale o wykluczenie z grupy. Prawo zwyczajowe
rzadzi zyciem tej grupy od wiekow, jedynie ono tak naprawde
sie liczy; kto je lamie - musi poniesc konsekwencje; ci
zas, ktorzy wymierzaja kare, i ci, ktorzy ich znaja, zobowiazani
sa milczec. 'Czy takze kobieta spoza grupy, jak p. Kania,
podpada pod kategorie kapusia i wolno ja potraktowac jak
swoja?' - pyta dociekliwa dziennikarka Lidia Ostalowska.
Profesor nie waha sie z odpowiedzia: 'Zgodnie z tradycja
- nie. Ale autorka Zycia naruszyla granice ich swiata, zmacila
jego lad wewnetrzny. Dala prawo, by ocenic ja wedle cyganskich
regul'. I tak dalej, w tym duchu typowo antropologicznym
toczy sie rozmowa.
Wszystko bardzo
pieknie, ale zapyta ktos postronny, jak pogodzic ow wewnetrzny
cyganski swiat z regulami demokratycznego panstwa i wolnoscia
slowa? Wynika przeciez niezbicie taki oto moral z calej
Mrozowej egzegezy, ze dopoki ktos z zewnatrz, profan nie
obznajomiony z regulami kultury cyganskiej, trzyma sie od
niej z daleka, jest dobrze. Niech sie zachwyca muzyka i
folklorem. Ale biada, jak sie chce blizej przyjrzec, co
sie wewnatrz roznych odlamow Romow polskich dzieje! Musi
byc przygotowany na to, ze bedzie potraktowany zgodnie z
prawem zwyczajowym, ukarany zarowno za mieszanie sie do
nie swoich spraw, jak i za niekompetencje. A kazdy obcy
jest z zalozenia niekompetentny, oczywiscie. No dobrze.
Ale czy moze byc tak, ze nawet najbardziej zamknieta grupa
spoleczna, a przeciez Cyganie nie sa wyjatkiem w tym wzgledzie,
swa wlasna hermetycznosc posuwa az do takich granic, ze
zakazuje wgladu w cokolwiek, co wewnatrz niej sie wydarza?
Wszak nie o zwykla prywatnosc tutaj idzie, nie o to wiec,
co w demokracji rozumie sie pod haslem wolnosci osobistej
i wolnosci do gloszenia wlasnych pogladow i zycia w sposob,
jaki sie uwaza za najbardziej stosowny.
Gdyby wyobrazic
sobie spoleczenstwo wielokulturowe, ktore opieraloby sie
wylacznie na lojalnosciach wewnatrz poszczegolnych grup,
mielibysmy do czynienia z koszmarem. Trzeba odroznic zatem
sfere kultury publicznej i prawa od tego, co wlasne, lokalne
i szczegolne. Trzeba wiec wyznaczyc granice, do jakiej 'lojalnosc
plemienna' nie wchodzi w konflikt z interesami wiekszosci.
Granica taka sa z pewnoscia zachowania, ktore nie wyrzadzaja
krzywdy innym - powiada sie przeciez, ze demokracja ma na
celu minimalizowanie cierpien ludzi, tym samym dowartosciowywanie
dobra a minimalizowanie zla. Wiedza o tym doskonale dzisiejsi
antropologowie, ale nie chce tego zauwazyc - niestety -
profesor Lech Mroz. Mowiac slowami Richarda Rorty1ego, nalezy
on do coraz wiekszej grupy 'agentow milosci' albo 'koneserow
zroznicowania'. Sa to ci wszyscy, ktorzy ucza innych, ze
odmiennosc jest piekna, jest wartoscia sama w sobie i warto
poznawac inne style zycia, myslenia, zachowania. Ale obok
takich szlachetnych jednostek istnieja jeszcze - i to w
wiekszosci przeciez - obroncy uniwersalnosci zabiegajacy
o to, by wspolna plaszczyzna obywatelska byla jak najszersza,
by teren powszechnie respektowanych wartosci byl jasno okreslony
i przestrzegany. Prawnik wiec czy lekarz nie moze podejmowac
decyzji w zaleznosci od tego, czy ma do czynienia z Polakiem
od dwudziestu pokolen, Cyganem, czy Tatarem - jego orzeczenia
i decyzje zawsze maja byc takie same.
Prasa zajmuje
w demokracji szczegolne miejsce, gdyz ma zagwarantowane
prawo do informowania o wszystkim, co sie w danym kraju
dzieje - czy to jest wygodne, czy przeciwnie - uderza w
czyjes interesy. Dziennikarz moze byc glupi - i bywa przeciez
czesto - ale nikomu nie wolno ograniczac mu prawa do pisania
i mowienia. Gdy przekroczy prawo - czekaja na niego gwardianie
uniwersalnosci i to oni moga go ewentualnie ukarac. Nie
wolno jednak tego czynic zadnej grupie mniejszosciowej zgodnie
z jej wlasnym kodeksem zwyczajowym. Lojalnosc grupowa -
jak sama nazwa wskazuje - ma swoje granice i rozciaganie
ich na caly obszar przestrzeni demokratycznej jest uzurpacja.
Mamy wiec taka
oto sytuacje, ze powstal konflikt interpretacji naszego
zdarzenia: dla dziennikarzy i sadu przypadek Doroty Kani
to zamach na demokratyczne swobody. Dla Mroza i moze innych
jeszcze oredownikow milosci - to wielkie nieporozumienie
wynikle z 'braku wzajemnego poszanowania i rozpoznania wartosci'.
I jedna, i druga strona powinna wszakze wiecej o swoich
wlasnych racjach wiedziec. Tymczasem mowia obok siebie,
a ludzie sa zdezorientowani, chetnie wiec siegaja po stereotypowe
wyobrazenia Cyganow. A tych nie brakuje, oj nie.
Zdaje sobie
sprawe z wielkiego uproszczenia powyzszych uwag. Chcialem
jednak wskazac tylko, ze przed naszym krajem i spoleczenstwem
staje problem wielokulturowosci i ze na razie nie bardzo
wiemy, jak sobie radzic w takich sytuacjach. Wielokulturowosc
nadchodzi! o |