PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (5 maja 2000)


TEOFIL LACHOWICZ

Wygnanie ambasady

W kwietniu 1943 r. Niemcy podali na caly swiat wiadomosc o odkryciu w Katyniu, w okolicach Smolenska, masowych grobow pomordowanych polskich oficerow, ktorych od dwoch lat bezskutecznie poszukiwaly polskie wladze wojskowe i cywilne dzialajace na terenie ZSRR od sierpnia 1941r., tj. od czasu ponownego nawiazania stosunkow dyplomatycznych pomiedzy rzadem polskim a sowieckim. Sprawe Katynia rzad sowiecki wykorzystal jako powod do zerwania tych stosunkow, ktore i tak byly juz bardzo napiete. Decyzje te Sowieci oglosili 26 kwietnia 1943 r., powiadamiajac jednoczesnie, ze Ambasada RP w Kujbyszewie ma tylko 10 dni na zamkniecie swojej dzialalnosci i opuszczenie zajmowanego budynku. Bezposrednim swiadkiem tamtych wydarzen byl jeden z urzednikow ambasady - mlodszy referent ds. ludnosci cywilnej - Zygmunt Sroczynski, mieszkajacy obecnie w Clearwater na Florydzie. Jego droga do Ambasady RP w Kujbyszewie byla rownie dramatyczna, jak wiekszosci polskich obywateli, ktorzy po kampanii wrzesniowej 1939 r. mieli nieszczescie znalezc sie pod sowieckim panowaniem.

Zygmunt Sroczynski pochodzi z Miedzyrzecza (obecnie woj. lubuskie), mature uzyskal w Gnieznie, a nastepnie studiowal rolnictwo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i Stefana Batorego w Wilnie, specjalizujac sie w chemii. Po studiach pracowal jako dziennikarz w Wilnie. Zwiazal sie z Akcja Katolicka, w ramach ktorej szerzyl oswiate rolnicza na wilenskich wsiach, organizujac tam m.in. kolka rolnicze.

Po wybuchu wojny we wrzesniu 1939 r. zglosil sie na ochotnika do formujacego sie pulku ulanow pod dowodztwem plk. Jerzego Dabrowskiego - slynnego 'Zagonczyka' z czasow wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. Pod jego dowodztwem sluzyl az do konca istnienia oddzialu, ktory zostal rozwiazany na skutek zalamania sie panstwa polskiego.

Po klesce wrzesniowej dzialal w konspiracji w Wilnie, ktore przez Sowietow oddane zostalo Litwie. Za te dzialalnosc zostal aresztowany przez tajna policje litewska i osadzony w wiezieniu na Lukiszkach. Poniewaz w sierpniu 1940 r. Litwe wcielono do ZSRR, Zygmunt Sroczynski stal sie wiezniem sowieckiego NKWD. Po agresji Niemiec na Zwiazek Sowiecki zostal wywieziony wraz z innymi wiezniami w glab ZSRR - do zamknietego miasta Gorki, gdzie w tamtejszym wiezieniu poddawany byl brutalnym przesluchaniom. Trwalo to az do chwili tzw. amnestii, kiedy to na mocy ukladu Sikorski - Majski w lipcu 1941 r. wszyscy obywatele polscy w Zwiazku Sowieckim przebywajacy w lagrach, wiezieniach i na zeslaniu mieli odzyskac wolnosc. Po zwolnieniu z wiezienia Sroczynski dotarl do Buzuluku, gdzie wstapil do tworzacej sie Armii Polskiej pod dowodztwem gen. Wladyslawa Andersa. Wkrotce jednak, wbrew swojej woli, zostal oddelegowany z szeregow wojska do pracy w Ambasadzie RP w Kujbyszewie. Stalo sie to za sprawa jednego z pracownikow ambasady, ktory wraz z Zygmuntem Sroczynskim wieziony byl w Gorkim. Urzednikow dobierano na zasadzie politycznego, antysanacyjnego klucza, stad tez czesto angazowano ludzi nie majacych zadnego doswiadczenia w pracy dyplomatycznej. Tym sposobem Sroczynski stal sie urzednikiem Ambasady RP, ale nie na dlugo, poniewaz ze wzgledu na tragiczna sytuacje bytowa ludnosci polskiej w glebi ZSRR, wyslano go wraz z innymi pracownikami jako meza zaufania Ambasady RP do Alma-Aty w Kazachstanie, a nastepnie na teren Lengierski do miasta Czimkent. Tu do jego obowiazkow nalezalo m.in. sporzadzenie rejestrow obywateli polskich, uruchomienie biura poszukiwania rodzin i zaginionych, rejestrowanie osob w wieku poborowym, zaopatrywanie rodzin wojskowych oraz organizowanie pomocy dla ludnosci cywilnej. Pomoc ta obejmowala rozdzielnictwo ograniczonych srodkow pienieznych, zywnosci, lekarstw i odziezy naplywajacej w paczkach z zagranicy (rowniez od Polonii amerykanskiej), zorganizowal tez sierociniec dla polskich dzieci. Ponadto trudnil sie wydawaniem paszportow dla obywateli polskich i sluzyl im pomoca prawna w kontaktach z sowieckimi urzedami, ktore z reguly byly nieprzychylnie nastawione do delegatow i mezow zaufania Ambasady RP. W panstwie totalnego terroru, jakim byl wowczas Zwiazek Sowiecki, istnienie w terenie niezaleznych przedstawicieli obcych wladz panstwowych (czesc z nich miala status dyplomatyczny) bylo faktem bez precedensu i przez to trudnym do zaakceptowania przez miejscowe wladze, a szczegolnie przez urzad bezpieczenstwa - NKWD.

Pan Zygmunt wspomina, ze pomocny byl mu ksiadz Przybysz, ktory w ramach zorganizowanego duszpasterstwa przybyl do Czimkentu ze swojej siedziby mieszczacej sie w delegaturze w Alma-Acie. Ks. Przybysza niezwykle serdecznie witaly wszystkie wieksze grupy ludnosci polskiej, do ktorych zdolal dotrzec na rozleglym terenie. Udzielal tam chrztow dzieci, polaczyl sakramentem malzenstwa kilka par, odprawial nabozenstwa, pocieszal dobrym slowem, a takze udzielal ostatniego namaszczenia umierajacym.

Po ewakuacji Armii Polskiej z ZSRR do Iranu, wladze sowieckie ostro zaatakowaly caly zorganizowany system pomocy dla polskiej ludnosci cywilnej, zbudowany przez ambasade. Aresztowano wielu delegatow i mezow zaufania nie baczac na ich dyplomatyczny status. W tym trudnym okresie Zygmunta Sroczynskiego wezwano do ambasady w Kujbyszewie, gdzie wyznaczono go do pracy w dziale referentow terenowych, ktorych zadaniem bylo utrzymywanie stalych kontaktow z mezami zaufania i koordynowanie rozdzialu pomocy pienieznej i materialnej dla polskich obywateli rozrzuconych po roznych republikach sowieckich. Lacznosc z nimi utrzymywano droga listowa lub telegraficzna. Bezposrednie wizyty mezow zaufania w Ambasadzie RP w Kujbyszewie byly bardzo sporadyczne ze wzgledu na wielkie odleglosci, jakie mieli do pokonania i niebezpieczenstwo aresztowania pod byle pretekstem w czasie podrozy. Kazdy z referentow terenowych pracujacych w ambasadzie w Kujbyszewie staral sie uzyskac jakakolwiek pomoc dla swojej jednostki. W razie jej przyznania musial dopilnowac, aby transport dotarl do wyznaczonych miejsc. Nie bylo to jednak latwe, poniewaz czesto zdarzalo sie, ze wagony z pomoca, ze wzgledu na duze ilosci transportow wojskowych, odstawiane byly na bocznice kolejowe bez powiadomienia o tym fakcie polskich wladz. Wowczas nalezalo zaginione wagony odnalezc i dopilnowac, aby dotarly do swoich miejsc przeznaczenia. Wiazalo sie z tym duzo roznych klopotow i nieporozumien z sowieckimi wladzami, a w efekcie powstawanie ogromnych opoznien w transporcie. W praktyce oznaczalo to glod i smierc dla wielu z tych, ktorzy pomocy tej z wielka nadzieja wyczekiwali.

Polskie wladze zabiegaly o zwiekszenie personelu Ambasady RP w Kujbyszewie, jednakze wladze sowieckie nie chcialy sie na to zgodzic, okreslajac gorna granice zatrudnionych tam pracownikow na osiemdziesiat osob. Liczba ta byla przerazajaco mala wobec ogromu zadan i problemow, jakie na biezaco trzeba bylo rozwiazywac, np. dziennie przychodzilo okolo 300 depesz i 500 listow od zrozpaczonych obywateli polskich blagajacych o pomoc. Od osob, do ktorych pomoc juz dotarla, nadchodzily wzruszajace listy opatrzone czesto pieknymi wierszami i obrazkami wyrazajacymi ogromna tesknote za wolnym, ojczystym krajem i normalnym zyciem. Z nadchodzacej korespondencji wylawiano wszelkie informacje mogace byc przydatne dla polskich wladz. Na ich podstawie Zygmunt Sroczynski sporzadzal raporty o polozeniu ludnosci polskiej w ZSRR, ktore nastepnie wysylano do Londynu. Jeden z takich raportow mowil o polskim chlopie o nazwisku Radon, ktory nie majac pieniedzy na oplacenie podrozy, przeszedl pieszo wraz ze swoja rodzina ponad 3 tys. km dzielace go od miejsca syberyjskiego zeslania do polskiej ambasady w Kujbyszewie!

Byla to bezsprzecznie najtrudniejsza polska placowka dyplomatyczna ze wszystkich dzialajacych w czasie II wojny swiatowej. Mimo ze jej siedziba znajdowala sie w palacyku dawnego rosyjskiego bogacza, warunki do pracy byly tam bardzo uciazliwe, szczegolnie zima, kiedy silne mrozy dawaly sie wszystkim mocno we znaki. Kierownictwo zadbalo o to, aby wszystkie pracujace tam kobiety zamieszkaly (ze wzgledow bezpieczenstwa) w budynku ambasady, gdzie panowala wielka ciasnota i bardzo prymitywne warunki. Dla mezczyzn (z wyjatkiem wydzialu prasowego) nie bylo tam juz miejsca. Zamieszkali oni czesciowo w pobliskim budynku polskiego ataszatu wojskowego oraz w osobnym, wynajetym budynku, gdzie warunki byly jeszcze gorsze. W straszliwie zimnych pokojach 'mieszkalo' po 8-12 osob.

Jedynym jasnym punktem w egzystencji pracownikow ambasady byla mozliwosc codziennego otrzymania goracych posilkow przygotowywanych w kuchni zarzadzanej przez p. Sledziejowska. Jak na owczesne tragiczne warunki aprowizacyjne w Rosji Sowieckiej jakosc tych posilkow byla rewelacyjna, np. czesto podawano kawior, mieso i ryby. Zywnosc te dostarczala strona sowiecka wedlug norm przewidzianych dla wszystkich placowek dyplomatycznych znajdujacych sie w Kujbyszewie.

Inna kwestia byly ubiory pracownikow ambasady. Na ogol dyplomacja kojarzy sie z wyszukana elegancja meskich smokingow i frakow oraz wspanialych damskich kreacji. Tak bywalo w normalnym swiecie. W wojennym Kujbyszewie mozna bylo jedynie o tym pomarzyc. Poza nielicznymi osobami, ktore przyjechaly np. z Anglii, pozostali urzednicy pracowali czesto w tych samych ubraniach, w ktorych opuscili wiezienia, lagry czy tez miejsca zeslania. Czasem byly to rzeczy jeszcze z Polski (w przypadku Zygmunta Sroczynskiego bylo to ubranie, ktore mial na sobie w chwili aresztowania w Wilnie). Latwo wiec sobie wyobrazic, w jakim byly one stanie. Dotyczylo to zarowno kobiet, jak i mezczyzn. Dopiero na kilka miesiecy przez likwidacja ambasady pojawila sie mozliwosc wybrania sobie w ciagu godziny, kolejno poszczegolnymi pokojami, potrzebnych ubran i bielizny pochodzacych z darow amerykanskiej pomocy. Moment ten mocno utkwil wszystkim w pamieci. Zygmunt Sroczynski wspomina, ze poniewaz panowala jeszcze sroga rosyjska zima, wybral sobie dlugi niedzwiedzi kozuch. Koledzy zartowali z niego: jak to moze byc, aby 'sroczka' chodzila ubrana w niedzwiedzia!

Urzednicy ambasady nie mieli stalych, okreslonych godzin pracy. Pracowano od rana do poznej nocy w zimnych pomieszczeniach, w ktorych praktycznie kazdy wolny kat zamieniony zostal na stanowisko pracy. Noca wiele z tych miejsc zamienialy sie w prowizoryczne sypialnie. W codziennej pracy biurowej brakowalo wszystkiego, glownie papieru i maszyn do pisania. Niewielkie ilosci papieru np. do prowadzonej kartoteki sprowadzano w paczkach z Anglii i ze Stanow Zjednoczonych. Od wladz sowieckich otrzymano pewna ilosc jednostronnie zadrukowanych starych kalendarzy, co na jakis czas zlagodzilo braki. Bylo tez kilka maszyn do pisania z rosyjskimi czcionkami - niezbednych do prowadzenia korespondencji z miejscowymi wladzami. Z braku papieru korespondencje z mezami zaufania w terenie prowadzono glownie droga telegraficzna.

Jedyna prawdziwa rozrywka dla pracownikow ambasady byly sporadyczne, grupowe wyjscia na przedstawienia do miejscowego teatru, opery oraz na koncerty symfoniczne.

Prawie wszyscy pracownicy ambasady w Kujbyszewie mieli za soba przymusowy pobyt na 'nieludzkiej ziemi', gdzie doswiadczyli koszmaru wieziennych tortur, tragedii deportacji czy tez zabojczej pracy w syberyjskich lagrach. Dlatego pracujac teraz w polskiej placowce dyplomatycznej starali sie pomoc tym, ktorzy wciaz tkwili w sowieckim koszmarze. A takich byly przeciez setki tysiecy.

Zygmunt Sroczynski z wielkim szacunkiem wspomina swoich wspolpracownikow, takich jak: konsul Rosmanski; p. Gronkowski - kierownik biura transportowego zajmujacego sie rozdzialem towarow naplywajacych do ZSRR w ramach pomocy z zagranicy; p. Sianozecka - doskonale wladajaca jezykiem rosyjskim i cala dusza oddana swojej pracy; dalej panie Ela Winczewska i Monika Sawicka, pan Mniszek - pierwszy sekretarz ambasady, doskonale orientujacy sie w przepisach oraz w kaprysach postepowania wladz sowieckich; p. Lagowska i p. Chodowska - obie o zlotych sercach, swietnie znajace jezyk rosyjski, ktore zajmowaly sie przyjmowaniem i redagowaniem depesz wysylanych w teren; konsul Galas i Jadwiga Zoltowska - kierownicy niezmiernie waznej, zorganizowanej od podstaw kartoteki obywateli polskich w ZSRR (w kartotece tej, szczegolnie waznej w poszukiwaniach rodzin pracowalo dodatkowo 10-15 osob); radca Gacki - kierownik biura opieki spolecznej; p. Maksymowicz - b. kierownik Urzedu Celnego w Gdansku; p. Cynk - b. dyrektor Panstwowego Instytutu Meteorologicznego; p. Emchowicz - b. dyrektor elektrowni w Warszawie; Zbigniew Kasinski - b. sedzia Sadu Najwyzszego w Warszawie; p. Siarkowski - kasjer ambasady, p. Klopotowski - ksiegowy i p. Strumillo - radca finansowy; p. Siwkowna - osoba o golebim sercu, opracowujaca i piszaca na maszynie korespondencje w jezyku rosyjskim dla referentow terenowych; ponadto wielu, wielu innych, ktorych nie sposob sobie po tylu latach przypomniec.

Wszyscy pracowali niezwykle ofiarnie, zdajac sobie sprawe z wielkiej odpowiedzialnosci, jaka na nich spoczywa. Kazdy wiedzial, ze od jego umiejetnosci i sprawnego dzialania zalezy zycie wielu ludzi. W nadchodzacych z odleglych rejonow ZSRR telegramach i listach wciaz blagano o pomoc, a mozliwosci jej udzielania przez Ambasade RP malaly na skutek coraz bardziej nieprzychylnej postawy sowieckich wladz. Wzmagajace sie aresztowania kolejnych mezow zaufania, plombowanie magazynow z odzieza i zywnoscia, przejmowanie sierocincow i oddawanie ich w rece przedstawicieli powstalego w marcu 1943 r. tzw. Zwiazku Patriotow Polskich, zmuszanie sila do przyjmowania obywatelstwa sowieckiego w ramach tzw. paszportyzacji - wszystko to wyraznie wskazywalo na nowa tendencje polityki sowieckiej wobec polskich wladz i polskich obywateli pozostajacych w Zwiazku Sowieckim. Doszlo do tego, ze wizyty w polskiej placowce dyplomatycznej, szczegolnie obywateli pochodzacych z dawnych Kresow, traktowane byly przez NKWD jako przestepstwo kwalifikujace sie do natychmiastowego aresztowania. Skladane oficjalne protesty nie odnosily zadnego skutku. W tej sytuacji pracownicy ambasady musieli nieraz uciekac sie do roznych forteli, aby pomoc w uniknieciu aresztowania tym rodakom, ktorzy odwazyli sie odwiedzic budynek polskiej placowki dyplomatycznej. Zygmunt Sroczynski wspomina, jak jedna z rodzin wywiozl samochodem z terenu ambasady. Nie bylo to latwe, poniewaz jej teren byl pod ciagla obserwacja funkcjonariuszy NKWD. Z trudem wszystkich ulokowal na podlodze sluzbowego samochodu i przykryl kocem. Gdy tylko wyjechal z bramy ambasady, kierujac sie w strone dworca towarowego, gdzie znajdowalo sie najwieksze w miescie targowisko, natychmiast za nim ruszyl jeden z samochodow NKWD. Sroczynski wjechal na teren targowiska. Przestrzen miedzy oboma samochodami w mgnieniu oka zapelnil tlum handlujacych. Umozliwilo to pasazerom wydostanie sie z kryjowki i bezpieczne wmieszanie sie w tlum. Akcje takie byly jednak bardzo ryzykowne i w razie wpadki grozily aresztowaniem wszystkich uczestnikow (nie mial znaczenia nawet immunitet dyplomatyczny) oraz powaznymi komplikacjami dla calej ambasady. Dlatego tez zostaly zaniechane.

Gdy w kwietniu wybuchla sprawa Katynia, wladze sowieckie wykorzystaly te okolicznosc do zerwania stosunkow dyplomatycznych z Polska. 25 kwietnia 1943 r. przebywajacej na rozmowach w Moskwie delegacji polskiej z ambasadorem Romerem na czele sowiecki minister spraw zagranicznych Molotow usilowal kilkakrotnie wreczyc note dyplomatyczna oskarzajaca rzad polski o wspolprace z... hitlerowskimi Niemcami! Romer noty nie przyjal, wobec czego podrzucono mu ja do hotelowego pokoju. Wiadomosc o zerwaniu przez ZSRR stosunkow dyplomatycznych przekazana zostala z Moskwy do Kujbyszewa noca z 25/26 kwietnia przez radce Ludwika Seidenmana. Odebral ja Zygmunt Zawadowski, ktory wczesnym rankiem na ogolnym zebraniu w jadalni powiadomil o tym wszystkich pracownikow ambasady. Zapanowalo ogolne przygnebienie, powodowane troska o dalsze losy obywateli polskich w Zwiazku Sowieckim, pozbawionych w tym momencie wszelkiej opieki prawnej i materialnej ze strony Ambasady RP.

Wkrotce zauwazono, ze przed budynkiem wzmocniona zostala straz, oraz ze nikogo nie dopuszczano do wyjscia. Ktokolwiek sie pojawil i probowal to uczynic, natychmiast byl zatrzymywany przez NKWD. Sowieci przepuszczali jedynie polciezarowki przysylane z ambasady brytyjskiej, ktorymi (w ramach specjalnej umowy) przewieziono do brytyjskiej placowki czesc archiwum. Niektorzy pracownicy ambasady przystapili do opracowywania raportow podsumowujacych dotychczasowa prace kierowanych przez siebie wydzialow ambasady. Normalna dzialalnosc Ambasady RP zostala przerwana. Setki listow, jakie naplynely z terenu musiano pozostawic bez odpowiedzi. Nie mozna juz bylo z ambasady niczego wyslac - ani listu, ani telegramu. Na mocy wewnetrznie wydanych instrukcji przystapiono do niszczenia czesci dokumentacji, a najwazniejsze partie materialow przygotowywano do ewakuacji. Czasu pozostalo niewiele. W ciagu dziesieciu dni nalezalo opuscic budynek. Poniewaz czyniono to w pospiechu, duzo waznych dokumentow, niepotrzebnie - jak sie pozniej okazalo - zniszczono. Panowal nastroj duzego podenerwowania, poniewaz nikt nie byl pewien, jak Sowieci zachowaja sie w najblizszej przyszlosci. Dodatkowo wszystkim ciazyla swiadomosc, ze oni - pracownicy ambasady - wyjezdzaja z Rosji, a setki tysiecy ludzi, gwaltownie potrzebujacych pomocy, pozostaje. Czy australijskie przedstawicielstwo dyplomatyczne, ktore przejelo na siebie reprezentowanie interesow wladz polskich, bedzie w stanie tym ludziom cos pomoc? W zaden sposob nie mozna sie bylo od tych mysli uwolnic.

6 maja 1943 r. pracownicy Ambasady RP wraz z rodzinami wyjechali specjalnym pociagiem z Kujbyszewa. Jak na warunki sowieckie, pociag ten byl wrecz komfortowy. Skladal sie z pulmanowskich wagonow sypialnych i bagazowych. Mimo to podroz na poludnie Zwiazku Sowieckiego odbywala sie w przygnebiajacym nastroju. Wszystkich dreczylo uporczywie powracajace pytanie, co dalej bedzie z rodakami, ktorzy musza pozostac na 'nieludzkiej ziemi'. Wszak przez wiele miesiecy, pracujac w ambasadzie calkowicie pochlonieci byli organizowaniem dla nich pomocy, czuli i wiedzieli, jak bardzo jest im ona potrzebna i z jak wielka nadzieja jest oczekiwana. Nagle kazano im te prace przerwac i wynosic sie ze Zwiazku Sowieckiego. Trudno, bardzo trudno bylo sie z tym pogodzic. Nic zatem dziwnego, ze w czasie podrozy kazdy chcial pozostac jedynie ze swoimi myslami. Grupowo spotykano sie tylko na wspolnej modlitwie w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu w wagonie.

Ambasador Romer podroz te wykorzystal na przeprowadzenie osobnych rozmow ze wszystkimi pracownikami. Jak twierdzi p. Zygmunt, prowadzone one byly w przyjacielskim tonie, nacechowane troska o los rodzin pracownikow i ich najblizsza przyszlosc. Podczas swojej rozmowy z ambasadorem Zygmunt Sroczynski zwrocil jego uwage na fakt, ze od dluzszego juz czasu pociagowi towarzyszy lotnicza eskorta sowieckich mysliwcow. Co to moze oznaczac? Ambasador nakazal mu nie zwracac na to uwagi, a szczegolnie nie poruszac tego tematu w obecnosci innych pracownikow, aby nie wywolywac niepotrzebnej paniki.

Po wielodniowej podrozy pociag dotarl do Aszchabadu, gdzie dzialala jeszcze za pozwoleniem sowieckich wladz polska delegatura kierowana przez swietnego organizatora p. Ponikowskiego. Tutaj zakonczyla sie podroz koleja i po przejsciu uciazliwej procedury z lokalnymi wladzami nalezalo teraz czekac na przekroczenie granicy z Iranem, ktora przebiegala w odleglosci zaledwie trzech mil od miasta. Ta droga w poprzednim roku ewakuowala sie ze Zwiazku Sowieckiego czesc oddzialow armii gen. Andersa oraz niektore grupy polskiej ludnosci cywilnej, szczegolnie dzieci.

Do przekroczenia granicy przygotowywano sie bardzo starannie, poniewaz spodziewano sie dokladnej kontroli. Pomiedzy kilku pracownikow rozdzielono czesc dokumentow ambasady, ktore zamierzano przewiezc jako poczte kurierska. Liczono na to, ze Sowieci w tym wypadku uhonoruja dyplomatyczne zwyczaje. I rzeczywiscie tak sie stalo; w czasie kontroli granicznej nie tkneli bagazy osobistych dyplomatow, a tym samym znajdujacych sie w nich pakietow z dokumentami. Ale pracownicy Ambasady RP musieli przejsc bardzo dokladna, wrecz ponizajaca kontrole osobista, podczas ktorej nalezalo rozebrac sie do naga. Byla to ostatnia szykana, jaka wladze sowieckie zafundowaly na pozegnanie polskim dyplomatom opuszczajacym Kraj Rad.

Zrodlo: Wywiad z Zygmuntem Sroczynskim przeprowadzony 21 marca 2000 r.