PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (5 maja 2000)


GRAZYNA DRABIK

Kronika teatralna - Smak kontrastow

W czasie ostatnich kilku tygodni nachodzilam sie do teatru co niemiara - do duzych sal na Broadwayu i do malutkich, calkiem na uboczu. Zbliza sie wiosenny sezon rozdawania nagrod i wyroznien. Co tydzien premiery. Bujne nadzieje rozkwitajace wokol nastepnego nic. Troche halasu. Wiele skarg, ze teatr amerykanski umiera, umiera... Ze juz padl.

A w nastepnym tygodniu nastepne premiery: starych musicali otrzepywanych z kurzu, sztuk z amerykanskiej klasyki - Eugene1a O'Neilla, Tennessee Williamsa, Arthura Laurentsa, Arthura Millera - w nowych inscenizacjach, troche importu, troche nowosci mlodszych dramatopisarzy, i okazuje sie, ze pacjent z loza bolesci sie podniosl i calkiem dziarsko fika nogami.

Ogolna diagnoza zalezy od punktu wyjscia. Jesli teatr chcialoby sie widziec jako pole poszukiwan artystycznych, skrzyzowanie tradycji i ciagle odnawiajacego sie eksperymentu, rodzaj "swietej przestrzeni", gdzie wibruja echa spolecznych dyskusji, to dawno temu juz amerykanski teatr prawie zdechl. Jesli jednak mierzy sie zywotnosc liczba sal, widzow, inscenizacji i artystow zaangazowanych w teatralne przedsiewziecie, to teatr w Nowym Jorku - w porownaniu chocby z uprzednia dekada - ma sie duzo lepiej niz gremialne narzekania na to wskazuja. Jak na chorego, ma sie calkiem niezle.

Wszystko jest w plynnym ruchu, moze nawet w balaganie. Nie ma jednej miary ocen ani jednoznacznej skali porownawczej. Dzieje sie mnostwo i wsrod tego mnostwa wiele jest rzeczy malo wartosciowych, nieskladnych, z tendencja do kiczu, lecz i sporo mozna wyszukac ciekawego. Majowa kronika, biezaca i ta, ktora ukaze sie w ostatnim tygodniu miesiaca, brzmi inaczej niz zwykle - mniej analizy, troche uogolnien, sporo uproszczonych ocen, ktorych z zasady unikam. Taki miniprzeglad, aby zarysowac wielce zroznicowany charakter sezonu. Smak kontrastow.

Michael John LaChiusa, The Wild Party, wedlug poematu Josepha Moncure1a Marcha. Rezyseria: George C. Wolfe, choreografia: Joey McKneely, scenografia: Robin Wagner, kostiumy: Toni-Leslie James. Z udzialem Toni Collette [Queenie] i Mandy1ego Patinkina [Burrs]. Premiera 13 kwietnia, Virginia Theatre, 245 W. 52 St.

Dawno, dawno temu, wierszowana powiesc Zwariowane przyjecie miala posmak sensacji. Napisana przez mlodego redaktora slynnego tygodnika New Yorker opowiadala prosta historyjke o chorzystce z wodewilu i jej zazdrosnym mezu, drugorzednym klownie z drugorzednego teatrzyku. Zazdrosc, oczywiscie, okazywala sie usprawiedliwiona. Zdrada musiala byc ukarana. Smetna komedyjka konczyla sie tragicznie. Historia o zazdrosci i zemscie byla jednak zaledwie pretekstem, aby przedstawic demi-monde Manhattanu w czasie prohibicji, swiatek sztuki i interesow, uptown i downtown, a wszystko w rytmie synkopowanych kupletow.

W 1928 roku czytano ja jako powiesc z kluczem. Dopatrywano sie znanych poetow z Harlemu w parze czarnoskorych homoseksualistow. Rozszyfrowywano nazwiska gwiazdeczek, ktore wspiely sie na broadwayowska scene marszem przez lozka producentow. Podniecano scenami powodzi alkoholowej i plotkami, kto jakich narkotykow w jakim towarzystwie uzywal. Biorac The Wild Party na kanwe przerobek w roku 2000 LaChiusa i Wolfe mieli nieproste zadanie. To, co kiedys gorszylo i podniecalo, dzisiaj nawet nie dziwi. Nagosc, gwalt i transgresja staly sie codziennym pokarmem. Sensacyjne obrazy przelewaja sie przeciez nieustannym strumieniem przez ekrany kin i telewizji - w fikcji, w pseudodokumentalnych "programach z zycia", w kronikach kryminalnych zwanych wiadomosciami.

Dekadencji wlasciwie nie da sie przedstawic dzisiaj w bulwersujacy sposob. Zas w bogatej oprawie pozlacanych ram Broadwayu - scenografia i kostiumy az kapia od przepychu - budzi wrecz zazenowanie. Sceny wlewania alkoholu do gardla, wchlaniania kokainy do nosa, obsciskiwania sie i obcalowywania, gwaltownych klotni i rekoczynow odbywaja sie przy akompaniamencie monotonnej muzyki. Wszystko jest przesadnie naglosnione. Bombardowani od samego poczatku przez ciezka artylerie halasu i wrzasku, znajdujemy sie jakby w luksusowym piekle.

Rozbieranie sie z sukien i ubieranie w beztroskie maski, spiew, tan i swawola, calkiem do przewidzenia koncza sie wielka orgia. Orgii jednak nie opisze. Wyszlam z teatru przed koncem przedstawienia, co niezwykle rzadko mi sie zdarza, bowiem jesli nie ciekawosc, to szacunek dla trudu artystow czy chocby poczucie obowiazku wymagaja, by trwac na stanowisku do konca.

Nawet z tego przedstawienia wynosze jednak pozytywna nauczke. Po raz pierwszy ogladalam na zywo Earthe Kitt. Znam jej slynny, wieloskalowy glos, ale traktowalam jej brawurowe popisy jako rodzaj ciekawostki. Grande dame kabaretu zaskoczyla mnie sila wyrazistej obecnosci. Kiedy zjawiala sie w swietle reflektora - drobniutka, niska sylwetka mocno juz starszej pani - cala scena jakby nabierala godnosci, pochylala w uklonie uznania. Kazdy gest Earthy Kitt byl precyzyjnie wymierzony. Kazda nuta perfekcyjnie znaczaca. W nudnym halasie wyznaczala strefe znaczacej ciszy. Przez moment balagan nabieral wyrazistego ksztaltu.

Notice of Default and Opportunity to Cure. Autor i wykonanie John Clancy. Przedstawienia w kwietniu w Present Company Theatorium, 196-198 Stanton St., Lower East Side.

O ile musical The Wild Party stal sie dla mnie symbolem patetycznej porazki, pysznie oprawionej pustki, tak monodram Johna Clancy1ego w skromnej salce Theatorium dostarczyl niespodziewanego przezycia. Oczywiscie, mamy tu do czynienia z radykalnie odmienna definicja roli teatru. W wypadku The Wild Party LaChiusa i Wolfe oferuja popisy gwiazdorow i pawi przepych kostiumow, w zamian za to kalkuluja zyski. Rozrywka okreslona jest jako przedsiewziecie komercyjne, a jednoczesnie podniesiona do rangi rytualu. John Clancy wymaga od nas uwagi. Teatralny rytual podkresla magie znaczacego slowa. Slowo - oraz wspolne jego przezywanie w czasie teatralnego wieczoru - jest zaproszeniem do przemyslen i przemiany. W skromnosci kryje sie nieskromna obietnica, rozbrzmiewa echo religijnego misterium.

Kiedy w styczniu The Present Company, organizacja non-profit, ktora Clancy prowadzi od kilku lat na dole Manhattanu, otrzymala "zawiadomienie o niewywiazaniu sie z platnosci", oficjalny werdykt byl brutalnie jasny. Organizacja miala w ciagu kilku dni zaplacic wlascicielom, Brookshire Equities, zalegle naleznosci lacznie z roznymi karami i procentami, w sumie 137 000 dol., albo natychmiast opuscic zajmowane pomieszczenia przy Stanton St.

Clancy-organizator rozpoczal intensywna akcje zbierania pieniedzy i konsultacji z prawnikami, w imie cytowanej w programie maksymy Sun-Tzu: "Kto ma trudnosci, a nie zacznie robic planow, stanie sie biedakiem. Biedak, ktory nie walczy, zginie".

Clancy-dramaturg zaczal pisac - probujac ogarnac slowem wlasne niepokoje i watpliwosci, proces konfrontacji z bezosobowym przeciwnikiem, postawe wobec kryzysu. W rezultacie otrzymalismy monolog-medytacje nad szczegolna pozycja, jaka zajmuje pieniadz w naszym prywatnym zyciu oraz nad rozchwiana skala wartosci jaka charakteryzuje wspolczesne zycie spoleczne: "Mowiac o pieniadzach... Mowic o pieniadzach jest niebezpiecznie. Tak jak mowic o jakiekolwiek poteznej sile. Tak jak wzywac imie Boga... Okreslic dokladnie, ile zarabiasz, ma dziwny, niebezpieczny posmak. To dlatego nasze banki wygladaja jak katedry. Wygladaly jak katedry. Teraz przypominaja fast-food places, co mowi nam wiele o koncowce wieku w kraju, gdzie wszystko zaczyna wygladac coraz bardziej jak fast-food places...".

Pod koniec przedstawienia jest taki moment, kiedy Clancy stoi na brzegu sceny, blisko pierwszego rzedu widzow, zwrocony do nas twarza, calkowicie zdany na nasza ciekawosc i sympatie. Przed chwila spalil jeden z banknotow. Byl to gest protestu, cos na granicy patetycznej bezsilnosci i zaskakujacej mocy rytualnego oczyszczenia przez ogien. Przyswiadczajac, stalismy sie jego wspolnikami. Teraz obserwujemy, jak po policzku splywa mu lza.

Juz wszystko wiemy - jak malo zarabia, jak rodzinny budzet zalezy od stalych zarobkow zony. Ze ojciec mu powiedzial, ze bylby "uznany za biedaka nawet w Boliwii". Ze kusi go, by zabrac sie do czegos innego, do "prawdziwej roboty", to znaczy do zarabiania wreszcie "prawdziwych pieniedzy". Wiemy, ile waznych rzeczy okresla brutalnie jednoznaczny pieniadz. Ile wynosi czynsz i ile elektrycznosc, ile kosztuje miesiecznie i liczone w minutach utrzymywanie takiej sali jak ta, w ktorej siedzimy... Wiemy takze, ze nadal wierzy, iz nie mozna wartosci wszystkiego mierzyc wedlug twardej waluty.

Mialam ochote wrocic do Theatorium przy Stanton St. chocby po to, by sprawdzic, czy ta jedna lza, ktora splynela z oka Johna Clancy1ego przy koncu monologu, byla zwyciestwem aktora, autora czy wynikiem magii szczegolnego momentu. To znaczy, czy byla kunsztownie zaplanowana i powtarzana kazdego wieczoru, wywolana sila poruszajacego slowa, czy tez zdarzyla sie spontanicznie tamtego jednego wieczoru, w obecnosci wyjatkowo wrazliwej publicznosci. I tak i tak, lza jest godna podziwu. Moje wzruszenie autentyczne. Za lza stoi wazne pytanie: kim chcemy byc.

Ile jest wart ten moment podzielanego wzruszenia? Czy wart jest 12 dolarow, to znaczy cene biletu, czy nie? Ile jest wart nasz czas poswiecony drugiemu czlowiekowi - poswiecony bezinteresownie, czy z zamiarem wyliczonego zysku? Ile jest warte nasze zycie? Ile jestesmy - wedlug jakiej miary - warci?

Jeronimo Lopez Mozo, El Guernica de Picasso. Rezyseria: Angel Gil Orrios, muzyka: Pablo Sorozábal i Teddy Bautista, maski i figury: Elzbieta Wittlin Lipton. Wystepuja: Roy Arias [Bull], Illiam Carrillo [Woman in the Fire], Cristobal Herrera [Horse], Alicia Kaplan [Woman Looking at Light], Soledad Lopez [Mother with Dead Child], Carlos Reig-Plaza [Picasso]. Premiera 14 kwietnia, przedstawienia do 14 maja. Thalia Spanish Theatre, 41-17 Greenpoint Ave., Sunnyside, Queens.

Wystarczy przekroczyc Wschodnia Rzeke, przejechac metrem dwa przystanki poza Manhattan i znajdziemy sie w jeszcze innym swiecie. Na szyldach sklepow napisy po hiszpansku. W menu restauracji przysmaki z wysp karaibskich i Ameryki Poludniowej. W sympatycznej sali grupy teatralnej Thalia przedstawienia sztuki hiszpanskiego pisarza Lopeza Mozo, ktora przywoluje pamiec tragedii Guerniki.

Sztuka jest skonstruowana wokol obrazu Picassa z 1937 r., upamietniajacego bombardowanie miasta w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Tekst sztuki nie dorownuje wymowie obrazu. Aktor w roli Picassa nie potrafi nadac odpowiedniej mocy glownej postaci - demonicznego tworcy, ktory swoim kunsztem przywraca zycie zabitym. Mimo tych brakow wieczor ma szczegolna wymowe. Na scenie, oprocz doswiadczonych aktorow i tancerzy, wystepuja dzieci. Ich wielkie zaangazowanie stwarza bardzo wymowna atmosfere. Na widowni zbieraja sie cale rodziny, wszyscy gleboko przezywaja przedstawienie. Calosc ma charakter czegos posredniego miedzy teatralnym widowiskiem, holdem skladanym wszystkim niewinnie zabitym a uroczysta rodzinna fiesta.

Pieknym elementem przedstawienia sa maski i postacie, kluczowa czesc scenerii, stworzone przez Elzbiete Wittlin Lipton. Pod koniec przedstawienia aktorzy - w maskach, trzymajacy w rekach przygotowane przez nia figury - powoli zbieraja sie na scenie. Fragment po fragmencie powstaje na naszych oczach wielki obraz, wspaniale zywe odtworzenie slynnego dziela Picassa. Moment domaga sie ciszy. I przez dluzszy czas cisza rozbrzmiewa znaczaco, zanim wreszcie sala wybucha oklaskami.