GRAZYNA DRABIK
Kronika teatralna - Smak kontrastow
W czasie ostatnich kilku tygodni nachodzilam sie do teatru
co niemiara - do duzych sal na Broadwayu i do malutkich,
calkiem na uboczu. Zbliza sie wiosenny sezon rozdawania
nagrod i wyroznien. Co tydzien premiery. Bujne nadzieje
rozkwitajace wokol nastepnego nic. Troche halasu. Wiele
skarg, ze teatr amerykanski umiera, umiera... Ze juz padl.
A w nastepnym tygodniu nastepne premiery: starych musicali
otrzepywanych z kurzu, sztuk z amerykanskiej klasyki - Eugene1a
O'Neilla, Tennessee Williamsa, Arthura Laurentsa, Arthura
Millera - w nowych inscenizacjach, troche importu, troche
nowosci mlodszych dramatopisarzy, i okazuje sie, ze pacjent
z loza bolesci sie podniosl i calkiem dziarsko fika nogami.
Ogolna diagnoza zalezy od punktu wyjscia. Jesli teatr chcialoby
sie widziec jako pole poszukiwan artystycznych, skrzyzowanie
tradycji i ciagle odnawiajacego sie eksperymentu, rodzaj
"swietej przestrzeni", gdzie wibruja echa spolecznych dyskusji,
to dawno temu juz amerykanski teatr prawie zdechl. Jesli
jednak mierzy sie zywotnosc liczba sal, widzow, inscenizacji
i artystow zaangazowanych w teatralne przedsiewziecie, to
teatr w Nowym Jorku - w porownaniu chocby z uprzednia dekada
- ma sie duzo lepiej niz gremialne narzekania na to wskazuja.
Jak na chorego, ma sie calkiem niezle.
Wszystko jest w plynnym ruchu, moze nawet w balaganie.
Nie ma jednej miary ocen ani jednoznacznej skali porownawczej.
Dzieje sie mnostwo i wsrod tego mnostwa wiele jest rzeczy
malo wartosciowych, nieskladnych, z tendencja do kiczu,
lecz i sporo mozna wyszukac ciekawego. Majowa kronika, biezaca
i ta, ktora ukaze sie w ostatnim tygodniu miesiaca, brzmi
inaczej niz zwykle - mniej analizy, troche uogolnien, sporo
uproszczonych ocen, ktorych z zasady unikam. Taki miniprzeglad,
aby zarysowac wielce zroznicowany charakter sezonu. Smak
kontrastow.
Michael John LaChiusa, The Wild Party, wedlug poematu Josepha
Moncure1a Marcha. Rezyseria: George C. Wolfe, choreografia:
Joey McKneely, scenografia: Robin Wagner, kostiumy: Toni-Leslie
James. Z udzialem Toni Collette [Queenie] i Mandy1ego Patinkina
[Burrs]. Premiera 13 kwietnia, Virginia Theatre, 245 W.
52 St.
Dawno, dawno temu, wierszowana powiesc Zwariowane przyjecie
miala posmak sensacji. Napisana przez mlodego redaktora
slynnego tygodnika New Yorker opowiadala prosta historyjke
o chorzystce z wodewilu i jej zazdrosnym mezu, drugorzednym
klownie z drugorzednego teatrzyku. Zazdrosc, oczywiscie,
okazywala sie usprawiedliwiona. Zdrada musiala byc ukarana.
Smetna komedyjka konczyla sie tragicznie. Historia o zazdrosci
i zemscie byla jednak zaledwie pretekstem, aby przedstawic
demi-monde Manhattanu w czasie prohibicji, swiatek sztuki
i interesow, uptown i downtown, a wszystko w rytmie synkopowanych
kupletow.
W 1928 roku czytano ja jako powiesc z kluczem. Dopatrywano
sie znanych poetow z Harlemu w parze czarnoskorych homoseksualistow.
Rozszyfrowywano nazwiska gwiazdeczek, ktore wspiely sie
na broadwayowska scene marszem przez lozka producentow.
Podniecano scenami powodzi alkoholowej i plotkami, kto jakich
narkotykow w jakim towarzystwie uzywal. Biorac The Wild
Party na kanwe przerobek w roku 2000 LaChiusa i Wolfe mieli
nieproste zadanie. To, co kiedys gorszylo i podniecalo,
dzisiaj nawet nie dziwi. Nagosc, gwalt i transgresja staly
sie codziennym pokarmem. Sensacyjne obrazy przelewaja sie
przeciez nieustannym strumieniem przez ekrany kin i telewizji
- w fikcji, w pseudodokumentalnych "programach z zycia",
w kronikach kryminalnych zwanych wiadomosciami.
Dekadencji wlasciwie nie da sie przedstawic dzisiaj w bulwersujacy
sposob. Zas w bogatej oprawie pozlacanych ram Broadwayu
- scenografia i kostiumy az kapia od przepychu - budzi wrecz
zazenowanie. Sceny wlewania alkoholu do gardla, wchlaniania
kokainy do nosa, obsciskiwania sie i obcalowywania, gwaltownych
klotni i rekoczynow odbywaja sie przy akompaniamencie monotonnej
muzyki. Wszystko jest przesadnie naglosnione. Bombardowani
od samego poczatku przez ciezka artylerie halasu i wrzasku,
znajdujemy sie jakby w luksusowym piekle.
Rozbieranie sie z sukien i ubieranie w beztroskie maski,
spiew, tan i swawola, calkiem do przewidzenia koncza sie
wielka orgia. Orgii jednak nie opisze. Wyszlam z teatru
przed koncem przedstawienia, co niezwykle rzadko mi sie
zdarza, bowiem jesli nie ciekawosc, to szacunek dla trudu
artystow czy chocby poczucie obowiazku wymagaja, by trwac
na stanowisku do konca.
Nawet z tego przedstawienia wynosze jednak pozytywna nauczke.
Po raz pierwszy ogladalam na zywo Earthe Kitt. Znam jej
slynny, wieloskalowy glos, ale traktowalam jej brawurowe
popisy jako rodzaj ciekawostki. Grande dame kabaretu zaskoczyla
mnie sila wyrazistej obecnosci. Kiedy zjawiala sie w swietle
reflektora - drobniutka, niska sylwetka mocno juz starszej
pani - cala scena jakby nabierala godnosci, pochylala w
uklonie uznania. Kazdy gest Earthy Kitt byl precyzyjnie
wymierzony. Kazda nuta perfekcyjnie znaczaca. W nudnym halasie
wyznaczala strefe znaczacej ciszy. Przez moment balagan
nabieral wyrazistego ksztaltu.
Notice of Default and Opportunity to Cure. Autor i wykonanie
John Clancy. Przedstawienia w kwietniu w Present Company
Theatorium, 196-198 Stanton St., Lower East Side.
O ile musical The Wild Party stal sie dla mnie symbolem
patetycznej porazki, pysznie oprawionej pustki, tak monodram
Johna Clancy1ego w skromnej salce Theatorium dostarczyl
niespodziewanego przezycia. Oczywiscie, mamy tu do czynienia
z radykalnie odmienna definicja roli teatru. W wypadku The
Wild Party LaChiusa i Wolfe oferuja popisy gwiazdorow i
pawi przepych kostiumow, w zamian za to kalkuluja zyski.
Rozrywka okreslona jest jako przedsiewziecie komercyjne,
a jednoczesnie podniesiona do rangi rytualu. John Clancy
wymaga od nas uwagi. Teatralny rytual podkresla magie znaczacego
slowa. Slowo - oraz wspolne jego przezywanie w czasie teatralnego
wieczoru - jest zaproszeniem do przemyslen i przemiany.
W skromnosci kryje sie nieskromna obietnica, rozbrzmiewa
echo religijnego misterium.
Kiedy w styczniu The Present Company, organizacja non-profit,
ktora Clancy prowadzi od kilku lat na dole Manhattanu, otrzymala
"zawiadomienie o niewywiazaniu sie z platnosci", oficjalny
werdykt byl brutalnie jasny. Organizacja miala w ciagu kilku
dni zaplacic wlascicielom, Brookshire Equities, zalegle
naleznosci lacznie z roznymi karami i procentami, w sumie
137 000 dol., albo natychmiast opuscic zajmowane pomieszczenia
przy Stanton St.
Clancy-organizator rozpoczal intensywna akcje zbierania
pieniedzy i konsultacji z prawnikami, w imie cytowanej w
programie maksymy Sun-Tzu: "Kto ma trudnosci, a nie zacznie
robic planow, stanie sie biedakiem. Biedak, ktory nie walczy,
zginie".
Clancy-dramaturg zaczal pisac - probujac ogarnac slowem
wlasne niepokoje i watpliwosci, proces konfrontacji z bezosobowym
przeciwnikiem, postawe wobec kryzysu. W rezultacie otrzymalismy
monolog-medytacje nad szczegolna pozycja, jaka zajmuje pieniadz
w naszym prywatnym zyciu oraz nad rozchwiana skala wartosci
jaka charakteryzuje wspolczesne zycie spoleczne: "Mowiac
o pieniadzach... Mowic o pieniadzach jest niebezpiecznie.
Tak jak mowic o jakiekolwiek poteznej sile. Tak jak wzywac
imie Boga... Okreslic dokladnie, ile zarabiasz, ma dziwny,
niebezpieczny posmak. To dlatego nasze banki wygladaja jak
katedry. Wygladaly jak katedry. Teraz przypominaja fast-food
places, co mowi nam wiele o koncowce wieku w kraju, gdzie
wszystko zaczyna wygladac coraz bardziej jak fast-food places...".
Pod koniec przedstawienia jest taki moment, kiedy Clancy
stoi na brzegu sceny, blisko pierwszego rzedu widzow, zwrocony
do nas twarza, calkowicie zdany na nasza ciekawosc i sympatie.
Przed chwila spalil jeden z banknotow. Byl to gest protestu,
cos na granicy patetycznej bezsilnosci i zaskakujacej mocy
rytualnego oczyszczenia przez ogien. Przyswiadczajac, stalismy
sie jego wspolnikami. Teraz obserwujemy, jak po policzku
splywa mu lza.
Juz wszystko wiemy - jak malo zarabia, jak rodzinny budzet
zalezy od stalych zarobkow zony. Ze ojciec mu powiedzial,
ze bylby "uznany za biedaka nawet w Boliwii". Ze kusi go,
by zabrac sie do czegos innego, do "prawdziwej roboty",
to znaczy do zarabiania wreszcie "prawdziwych pieniedzy".
Wiemy, ile waznych rzeczy okresla brutalnie jednoznaczny
pieniadz. Ile wynosi czynsz i ile elektrycznosc, ile kosztuje
miesiecznie i liczone w minutach utrzymywanie takiej sali
jak ta, w ktorej siedzimy... Wiemy takze, ze nadal wierzy,
iz nie mozna wartosci wszystkiego mierzyc wedlug twardej
waluty.
Mialam ochote wrocic do Theatorium przy Stanton St. chocby
po to, by sprawdzic, czy ta jedna lza, ktora splynela z
oka Johna Clancy1ego przy koncu monologu, byla zwyciestwem
aktora, autora czy wynikiem magii szczegolnego momentu.
To znaczy, czy byla kunsztownie zaplanowana i powtarzana
kazdego wieczoru, wywolana sila poruszajacego slowa, czy
tez zdarzyla sie spontanicznie tamtego jednego wieczoru,
w obecnosci wyjatkowo wrazliwej publicznosci. I tak i tak,
lza jest godna podziwu. Moje wzruszenie autentyczne. Za
lza stoi wazne pytanie: kim chcemy byc.
Ile jest wart ten moment podzielanego wzruszenia? Czy wart
jest 12 dolarow, to znaczy cene biletu, czy nie? Ile jest
wart nasz czas poswiecony drugiemu czlowiekowi - poswiecony
bezinteresownie, czy z zamiarem wyliczonego zysku? Ile jest
warte nasze zycie? Ile jestesmy - wedlug jakiej miary -
warci?
Jeronimo Lopez Mozo, El Guernica de Picasso. Rezyseria:
Angel Gil Orrios, muzyka: Pablo Sorozábal i Teddy Bautista,
maski i figury: Elzbieta Wittlin Lipton. Wystepuja: Roy
Arias [Bull], Illiam Carrillo [Woman in the Fire], Cristobal
Herrera [Horse], Alicia Kaplan [Woman Looking at Light],
Soledad Lopez [Mother with Dead Child], Carlos Reig-Plaza
[Picasso]. Premiera 14 kwietnia, przedstawienia do 14 maja.
Thalia Spanish Theatre, 41-17 Greenpoint Ave., Sunnyside,
Queens.
Wystarczy przekroczyc Wschodnia Rzeke, przejechac metrem
dwa przystanki poza Manhattan i znajdziemy sie w jeszcze
innym swiecie. Na szyldach sklepow napisy po hiszpansku.
W menu restauracji przysmaki z wysp karaibskich i Ameryki
Poludniowej. W sympatycznej sali grupy teatralnej Thalia
przedstawienia sztuki hiszpanskiego pisarza Lopeza Mozo,
ktora przywoluje pamiec tragedii Guerniki.
Sztuka jest skonstruowana wokol obrazu Picassa z 1937 r.,
upamietniajacego bombardowanie miasta w czasie wojny domowej
w Hiszpanii. Tekst sztuki nie dorownuje wymowie obrazu.
Aktor w roli Picassa nie potrafi nadac odpowiedniej mocy
glownej postaci - demonicznego tworcy, ktory swoim kunsztem
przywraca zycie zabitym. Mimo tych brakow wieczor ma szczegolna
wymowe. Na scenie, oprocz doswiadczonych aktorow i tancerzy,
wystepuja dzieci. Ich wielkie zaangazowanie stwarza bardzo
wymowna atmosfere. Na widowni zbieraja sie cale rodziny,
wszyscy gleboko przezywaja przedstawienie. Calosc ma charakter
czegos posredniego miedzy teatralnym widowiskiem, holdem
skladanym wszystkim niewinnie zabitym a uroczysta rodzinna
fiesta.
Pieknym elementem przedstawienia sa maski i postacie, kluczowa
czesc scenerii, stworzone przez Elzbiete Wittlin Lipton.
Pod koniec przedstawienia aktorzy - w maskach, trzymajacy
w rekach przygotowane przez nia figury - powoli zbieraja
sie na scenie. Fragment po fragmencie powstaje na naszych
oczach wielki obraz, wspaniale zywe odtworzenie slynnego
dziela Picassa. Moment domaga sie ciszy. I przez dluzszy
czas cisza rozbrzmiewa znaczaco, zanim wreszcie sala wybucha
oklaskami. |