 |
JAN GAC
Trzeciego dnia
zmartwychwstal
|
Studiujac dziela dawnego malarstwa o tematyce wielkanocnej, natknalem sie na dwa obrazy o wyjatkowo glebokiej sile przeslania. Oba sa dzielem Caravaggia i w obu mocno zadumal sie autor nad postawa niewiary, watpienia i sceptycyzmu uczniow Jezusowych wobec jego zmartwychwstania. Mam na mysli Wieczerze w Emaus i Niewiare sw. Tomasza, oba z 1601 r. Pierwszy przenosi nas do gospody i kaze zasiasc do stolu zastawionego polmiskiem z pieczona kura, bochenkami chleba, buklakiem wina i karafka wody, a na deser - swiezymi owocami w koszyku z wikliny. Przy tym stole, nakrytym bialym obrusem polozonym na kobiercu, spelnia sie epilog drogi do Emaus. Na znak blogoslawienstwa chleba, ktory ma byc symbolem konsekracji, a wieczerza - ofiara eucharystyczna, cos sie w tych niepojetnych glowach wreszcie rozjasnia. I to nagle, Lukasz Ewangelista jest bardziej powsciagliwy i duchowa slepote uczniow tlumaczy dziwnym zjawiskiem: ze ich oczy byly niejako na uwiezi (Lk 24,16). To w tym wlasnie momencie, przy lamaniu chleba, w Nieznajomym, ktory dolaczyl w drodze do wedrowcow, a teraz zasiada z nimi do kolacji - uczniowie rozpoznaja Jezusa. Jeden z nich, ten odwrocony do nas plecami az sie uniosl z krzesla renesansowej roboty - tak nieprawdopodobna wydala mu sie ta nowina. Jego brodata twarz i przenikliwe spojrzenie umiejetnie podkreslone blyskiem swiatla, mowia wszystko: "Czy serce nie palalo w nas, kiedy rozmawial z nami w drodze i pisma nam wyjasnial?" (Lk 24,32). Wzrok utkwiony w mlodzienczym obliczu Chrystusa - nieco sinym, ale gladkim, bez zarostu, o cechach pospolitych - zdaje sie mowic, ze warto zaufac raz jeszcze, ze trzeba otrzasnac sie z szoku i stanac mocno na nogach, bo nie wszystko skonczone. A moze wlasnie dopiero teraz wszystko na dobre sie rozpoczyna? "A mysmy sie spodziewali, ze on wlasnie mial wyzwolic Izraela" (Lk 24,21) - uskarzal sie Kleofas w imieniu wszystkich Galilejczykow i Judejczykow, ktorzy podobnie jak on sam dali sie zwiesc slowom i czynom Jezusa z Nazaretu. Jakiz z niego Mesjasz - powatpiewali zgodnie - skoro opuscil go Jahwe i przyzwolil na okrutna i haniebna smierc, ktora skompromitowanego wylaczala ze spolecznosci zydowskiej? Czyz krzyzujac rzekomego proroka - zapytywano - nie mieli racji arcykaplani i starsi ludu?
W obliczu tej smierci nawet sympatycy Jezusa niewiele z tych wydarzen pojmowali. Nie rozumieli i apostolowie, ci najblizsi, prowadzeni przez Jezusa niejako za reke przez trzy lata jego dzialalnosci. Oto wszystko przepadlo. Wszystko skonczone. Zaden z nich - moze z wyjatkiem Jana, ktory stal pod krzyzem - nie pokazal sie nawet na pogrzebie w piatkowy wieczor. Zaden z wlasnej woli nie przyszedl do grobu w pierwszy dzien po szabacie. Uczynily to kobiety, bynajmniej nie z proznej ciekawosci, lecz powodowane potrzeba dopelnienia uczynku milosiernego - by godnie uczcic i namascic zwloki zmarlego, na co nie mialy juz czasu w pospieszny przedpaschalny wieczor. Niosac wonnosci i swieze plotna spieszyly sporo swit, kiedy zwykly dzien zwalnial ze swiatecznego obowiazku przestrzegania drogi szabatowej. Jedynym ich zmartwieniem byl ow ciezki kamien zaslaniajacy wejscie do grobowca.
Kiedy wreszcie wszystko sie skonczylo, wielu ruszylo w droge powrotna do swych wsi pod Jerozolima, omijajac z daleka grob, w ktorym pogrzebane zostaly takze ich nadzieje. W tej liczbie byli owi dwaj z Emaus, ktorych tajemnice mysli probowal tez przeniknac Michelangelo Merisi, zwany Caravaggiem.
Postawa drugiego ucznia, o nieznanym imieniu, zostala "zadana" widzom do rozszyfrowania. Jego gest rozpietych jak na krzyzu rak jest gestem intrygujacym, trudnym do zinterpretowania. W Lukaszowym zapisie nie ma odniesien do podobnej gestykulacji. Ale Caravaggio juz taki jest. Nie bylby soba, gdyby pozwolil nam bez wysilku przechodzic obok swych obrazow. Nie zgadza sie na tanie zachwyty, zmusza do kontemplacji i refleksji. I to kto! - zabijaka, gwaltownik, a nawet zabojca i wygnaniec scigany wyrokiem prawa.
Przywolal w tym obrazie jeszcze jedna postac. Nieobecna w Ewangelii postac karczmarza, ktory w czapce na glowie ze stoickim spokojem czlowieka z zewnatrz - nie tyle nie rozumiejacego zdarzen, co nic na ich temat nie wiedzacego - przyglada sie bacznie Jezusowi. Niewiedza nie wyklucza jeszcze mozliwosci poznania. Ten czlowiek zyjacy na spokojnej wsi z dala od Jerozolimy i jej burzliwych spraw wcale nie musial wiedziec, co sie tam w owych dniach wydarzylo. Ze szlachetnych rysow twarzy mozemy wnioskowac, ze tli sie juz w tym czlowieku plomien dobrej woli i otwarcia. Analizujac postawe niewiary Jezusowych uczniow i ludzi postronnych Caravaggio odniosl te sugestie rowniez do sobie wspolczesnych i do siebie samego. "Blogoslawieni, ktorzy nie widzieli, a uwierzyli" (J 20,29) - jakby chcial przypomniec tym wszystkim, ktorzy kiedykolwiek zechca przystanac i zadumac sie przed niezwyklym obrazem.
To arcydzielo bez tla i bez glebi, cudownie zbalansowane plamami swiatla i cieni, kontynuuje temat niewiary w drugim obrazie - w odniesieniu do postawy sw. Tomasza.
Zdarzenie nastapilo tydzien pozniej, w tym samym wieczerniku, w ktorym na czas zgromadzen uczniowie zwykli sie zamykac z bojazni przed Zydami. I tym razem - pomimo zaryglowanych drzwi - Jezus przeniknal do srodka i stanal posrod nich z przeslaniem pokoju. Byl wsrod nich i Tomasz Didymos, ktory w wielkanocny poniedzialek w slowach wykluczajacych wszelki sprzeciw odrzucil wiesc o zmartwychwstaniu: "Jezeli na rekach Jego nie zobacze sladu gwozdzi i nie wloze palca mego w miejsce gwozdzi, i nie wloze reki mojej do boku Jego, nie uwierze" (Lk 20,25).
Do tych slow nawiazal teraz Jezus: "Podnies tutaj swoj palec i zobacz moje rece. Podnies reke i wloz ja do mego boku" (Lk 20,27). Do tych samych slow odwolal sie z kolei Caravaggio w swej przejmujacej refleksji na temat niewiary. A uczynil to w sposob genialny, jakby antycypujac wziete pozniej u Holendrow tematy malarskie z lekcji anatomii. Oto zgromadzil - glowa przy glowie - cztery osoby: dwoch bohaterow zdarzenia i dwoch swiadkow, Jezusa z Tomaszem i nie znanych nam z imienia dwoch innych apostolow. Na widok zmartwychwstalego Tomasz juz uwierzyl. Teraz wystarczyl mu wzrok, zbedne juz bylo angazowanie pozostalych zmyslow, w tym zmyslu dotyku. Nie wystarczylo to bynajmniej Jezusowi. Zblizyl sie do Tomasza, uchwycil lewa reka prawa dlon apostola i lamiac jego widoczny opor, sila naprowadzil Tomaszowy palec do swej rany po wloczni, a swieze jeszcze, nie zaleczone platy skory rozchylaja sie z takim realizmem, jakby dopiero nacinane byly skalpelem chirurga.
Caravaggio - mistrz zmarszczonych czol, ktora to mimika ma wyrazac stan najwyzszego zdumienia - wypelnil twarz Tomasza grymasem nieopisanego bolu czlowieka psychicznie zlamanego. Odebral te lekcje i juz nic nie bedzie w stanie podwazyc Tomaszowych przekonan opartych na doswiadczeniu. Do tej bowiem pory jego sceptycyzm nie wyplywal ze zlej woli, lecz znajdowal zrodlo w zdrowym rozsadku, a ten kwestie zmartwychwstania usuwal z rzeczywistosci i wkladal w sfere przewidzen. Skoro wiara jest laska, a zdrowy rozsadek cnota, jedno i drugie pochodzi od Boga. Ktos slusznie zauwazyl, ze przez niewiare Tomasza uwierzylo wiecej, anizeli przez wiare pozostalych apostolow. Rzecz w tym, ze i ci nie wierzyli, z ta roznica, ze glosno nie komentowali swych zastrzezen.
Caravaggio wzmocnil wymowe tej sceny obecnoscia dwoch innych apostolow o twarzach tepawych, chlopskich, nalezacych jakby do rzezimieszkow z wizyjnych obrazow Boscha. Patrza bezmyslnie na Chrystusowy bok niczym na spektakl. Patrza i nie pojmuja. Widac to wyraznie - syndrom Tomasza byl doswiadczeniem i pozostalych. Az wyrywaja sie slowa protestu - jakichze to wspolpracownikow dobral sobie Jezus! Czy nie mial lepszych, inteligentniejszych, bardziej uczonych, sprawniejszych, a przede wszystkim - wiernych? Nie, pozostal wlasnie przy tych, ktorych powolal na brzegu jeziora Genezaret. I tym prostym rybakom - nieokrzesanym, nieuczonym, lekliwym i bez wiary - powierzyl nauke o Krzyzu i Zmartwychwstaniu. Mieli ja przeciwstawic calemu porzadkowi imperium rzymskiego, jego ideologii, filozofii, prawu i madrosci. Doprawdy, dzieje obfituja w epizody spoza ludzkiej logiki!
Na korzysc ich postaw niewiary przemawia fakt, ze procz Jezusa nikt nigdy nie zmartwychwstal. Bylo to jedyne i jednostkowe doswiadczenie w historii rodzaju ludzkiego, ktore ma sie stac udzialem powszechnym dopiero u kresu czasow, w momencie powtornego przyjscia Jezusa. Skad zatem mogli wiedziec apostolowie, w jakiej postaci moze sie objawic Zmartwychwstaly? Wprawdzie z oporem, niemniej przyjmowali do wiadomosci Jezusowe zapewnienia o koniecznosci jego smierci, po ktorej ma nastapic tajemniczy proces powstania z martwych. Z tej wiedzy w konfrontacji z rzeczywistoscia nic jednak nie pozostawalo. Przeciez widzieli, jak starannie mordowano ich Mistrza. Nie przyszli nawet na pogrzeb, bo i po co - wystawic na posmiewisko wlasne tchorzostwo?
Zmartwychwstaly nie jest czlowiekiem wskrzeszonym. Jest kims, kto przyjal inna anizeli ziemska forme zycia, oblokl sie w inna postac, nie przynalezna bytom ziemskim. Wskrzeszony Lazarz powrocil do zycia, ale nie znaczy to, ze uniknal w ten sposob smierci. Przyszla ona powtornie i nieodwolalnie. Tymczasem Zmartwychwstaly umrzec juz wiecej nie moze, pozostaje w niezniszczalnym stanie istnienia, ktory jest calkowitym i pelnym zwyciestwem nad smiercia, sposobem na wejscie do innej anizeli ziemska rzeczywistosci - do rzeczywistosci transcendentnej, niemozliwej do postrzegania zmyslami. W tej rzeczywistosci byty ludzkie nie sa przeznaczone do istnienia jako duchy, lecz otrzymaja rowniez cialo, tyle ze niematerialne.
Zmartwychwstaly Jezus nie jest zatem duchem. Rozmawia z niewiastami u grobu, przekazuje ostatnie polecenia apostolom (jak to, by szli na caly swiat z oredziem Ewangelii; Mk 16,15). Potrafi dzialac, jak wowczas na brzegu Jeziora Galilejskiego, gdy rozpalil ognisko i sam piekl ryby dla prozno lowiacych noca apostolow (J 21,1-14). Moze jesc, choc nie odczuwa potrzeby odzywiania sie. "Dotknijcie sie mnie - zacheca zdezorientowanych uczniow - i przekonajcie sie, ze duch nie ma ciala ani kosci, jak widzicie, ze ja mam" (Lk 24,39).
Jest to jednak cialo inne anizeli ludzkie, teologia powie - uduchowione. A wiec przedmioty materialne nie stanowia zadnej przeszkody dla takiego ciala. Jezus przenika do srodka zamknietych pomieszczen. Jest wylaczony z przestrzeni, bo moze sie ukazywac w roznych miejscach. Jest i poza czasem, bo w tym samym dniu widywano go o roznej porze w oddalonych od siebie miejscach. Potrafi ukazywac sie nagle i rownie nagle znikac, przy tym ukazuje sie wybiorczo, czyli tym, ktorym chce sie ukazac w danej chwili, a nie wszystkim obecnym. Wreszcie potrafi przyjac postac trudna do rozpoznania. Pozostaje niby ten sam, a jednak inny. Takim widywali go apostolowie, ktorym jego odmieniony stan odbieral ze zdumienia mowe: "Zaden z uczniow nie odwazyl sie zadac mu pytania: Kto ty jestes?, bo wiedzieli, ze to jest Pan" (Lk 21, 12).
Samego momentu zmartwychwstania nikt nie widzial. Nie bylo przy tym swiadkow, chociaz u wejscia rozstawiono straze, a grobowiec byl opieczetowany. Nie przeszkodzilo to bynajmniej malarzom po swojemu zinterpretowac ow moment tryumfu zycia nad smiercia. Psychologizujacy Caravaggio tego tematu juz nie podjal, wykraczal on bowiem poza sfere jego wizyjnych doswiadczen. Przed tajemnica nie ugial sie jednak Anthony van Dyck, z duzym powodzeniem probujacy nadac zmartwychwstaniu postac mozliwa do wyobrazenia. Skoro smierc nie jest juz procesem nieodwracalnym, skoro nie jest unicestwieniem, lecz przejsciem ze zniszczalnej, czasowej, doswiadczanej przez nas rzeczywistosci do rzeczywistosci nie podlegajacej prawom zmiennosci i rozpadu - warto, a nawet trzeba temu przejsciu nadac forme rozpoznawalna. W jego pieknym obrazie (1632 r.) oba swiaty, doczesny i transcendentny juz sie rozdzielily linia po przekatnej. Ten pierwszy to swiat trojwymiarowy, w ktorym od zarania dziejow panuje przemoc, w obrazie zasugerowana obecnoscia zolnierzy, ktorzy rozpierzchaja sie w nicosc na widok Zmartwychwstalego. Ten zas pelen tryumfu i zwyciestwa wstepuje w obloki swiata rzadzacego sie prawami spoza geometrii euklidesowej, swiata zaznaczonego w obrazie plaskim tlem, jakiego uzywali malarze ikon: bez perspektywy, przesyconego zlotem, czyli czyms w rodzaju zaslony, za ktora panuje owa rzeczywistosc transcendentna, rzeczywistosc trwania, ladu i szczesliwosci.
|