EUGENIUSZ SLAWOMIR LAZOWSKI
KUDLACI PRZYJACIELE
Pluszowy niedzwiadek to marzenie dzieci. Prawie na calym
swiecie bawia sie nim i go kochaja. Znam doroslych, ktorzy
swoje misie z czasow dziecinnych przechowuja jako rzewna
pamiatke przez cale zycie. Moj ojciec w dziecinstwie mial
prawdziwego, zywego misia do zabawy, na Syberii. Tam sie
urodzil, gdzies za Irkuckiem, w osiedlu Macza, przy kopalni
zlota. Byl dzieckiem "katorznika" i "zeslanki", to znaczy,
ze oboje jego rodzice zostali uwiezieni i skazani za udzial
w powstaniu 1863 r. przeciwko carskiej Rosji - matka na
zeslanie, a ojciec, z zawodu lekarz, na 13 lat ciezkich
robot. W kopalni Macza kopal zloto dla cara. Po latach katorgi
przywrocono mu wolnosc, ale nie pelna, bo bez prawa powrotu
do ojczyzny.
Jako "wolny czlowiek" dr Edward Lazowski, moj dziadek, przyjal
posade lekarza tejze kopalni. Od kilofa i lopaty awansowal
do sluchawki lekarskiej. Po latach kopania zlota, za co
nie otrzymywal wynagrodzenia, zostal dosc dobrze platnym
lekarzem. Wtedy urodzil mu sie syn, Kazimierz - moj ojciec.
Po kilku latach pracy w swoim zawodzie, mogl dziadek kupic
niewielki majateczek - Polany, dalej od kola polarnego,
ale blizej Smolenska.
Dziadek nie lubil polowania. Lubil zwierzeta (odziedziczylem
to po nim). Synkowi swemu, Kaziowi, podarowal malego, zywego
niedzwiadka. Dano mu na imie Mis. Ilez to dzieci na swiecie
moglo mu zazdroscic zabaw i pieszczot z prawdziwym misiem!
Ja tego misia bardzo ojcu zazdroscilem. Chociaz zawsze w
domu moich rodzicow byl kot albo pies (albo i kot, i pies),
a do tego kiedys nawet bialy szczur i jez (zyli w zgodzie!)
- o zywym misiu nawet marzyc nie moglem.
Maly Kazio (pozniejszy moj ojciec) o kilka lat wtedy starszy
od misia, wychowal go "od szczeniaka". Wlasciwie wychowali
sie razem, z tym tylko, ze niedzwiadek rosl szybciej. Spali
razem. Kiedy nadeszla jednak chwila, ze Kazia lozko mogloby
sie zalamac pod ciezarem niedzwiadka, wybudowano mu specjalna
bude. Kazio chcial spac w tej budzie razem z Misiem, ale
z powodow dla niego niezrozumialych nie pozwolono mu na
to. Mial o to zal do rodzicow, ale poradzil sobie. Kiedykolwiek
w ciagu dnia Kazio sie gdzies zapodzial, wiadomo bylo, ze
albo spi z Misiem w jego budzie, albo sie z nim bawi. W
majateczku tym byly takze inne zwierzeta - psy i konie,
ale caly zwierzyniec zyl w zgodzie.
Jedzenie niedzwiedz dostawal pod buda. Dziadek pilnowal,
aby Mis byl na scislej diecie wegetarianskiej. Nie wolno
mu bylo dac kawalka miesa, nawet do powachania. Wierzono
bowiem, ze mieso mogloby w niedzwiedziu obudzic krwiozercze
instynkty i wtedy koniec z jego dobrodusznoscia i przyjaznia.
Na noc przywiazywano Misia lancuchem do pala kolo budy.
Na dzien spuszczany byl z lancucha i trzymal sie ludzi.
Dawal sie glaskac i drapac po kudlach. Domownicy go lubili.
Byl pojetny i inteligentny. Kucharka nauczyla go przynosic
do kuchni wode ze studni i drzewo na opal. Wydawalo sie,
ze chce ludzi nasladowac, bo czesto chodzil na tylnych lapach.
Znala go cala okolica. Goscie sie nawet nie dziwili, kiedy
podczas przyjecia wkraczal do salonu z taca z filizankami
i pomrukujac czestowal ich kawa. Tylko tyle pamietam z tego,
co mi ojciec opowiadal o Misiu.
W majateczku tym dziadkowie przezyli kilka lat. Dziadek
zginal tragicznie na rosyjskiej ziemi, a babcia z dziecmi
(Kazio mial braci i siostre) wrocila do Warszawy. Nie dowiedzialem
sie nigdy, co stalo sie z Misiem.
Czy moglem wierzyc memu ojcu, czy wszystko co mi opowiadal
o Misiu bylo prawda? Ojciec byl odpowiedzialnym, prawdomownym
inteligentem, powaznym i z poczuciem humoru. Wlasnie to
jego poczucie humoru budzilo we mnie pewne podejrzenia,
czy aby tatus troche nie przesadza. Ale, jak to, wlasnemu
ojcu nie wierzyc? Jak nie ojcu, to komu?
Mam specjalny sentyment do niedzwiedzi. Moze z powodu opowiadan
ojca o Misiu. W Polsce, poza ogrodem zoologicznym w Warszawie,
nigdy tego zwierzecia nie widzialem. Kiedys zima w Tatrach
pokazano mi slady niedzwiedzia na sniegu. Czy aby prawdziwe?
Nie bardzo w to uwierzylem, tak jak nie bardzo wierzylem
wlasnemu ojcu, ze w dziecinstwie bawil sie z prawdziwym
niedzwiedziem, az do czasu kiedy... - przeczytalem dwie
ksiazki o niedzwiedziach w wojsku polskim! O Basce murmanskiej
- slicznej, bialej niedzwiedzicy, maskocie polskiego wojska
na Dalekim Wschodzie - Murmansk (w zbiorze opowiadan Kon
na wzgorzu Eugeniusza Malaczewskiego) i o brunatnym niedzwiedziu,
35 lat pozniej, Wojtku (ktorego imie jest tytulem ksiazki
Wieslawa A. Lasockiego), w Polskich Silach Zbrojnych na
Zachodzie - Monte Cassino.
Pierwsze spotkanie "podlotka" w slicznym bialym futerku
z polskim zolnierzem zdarzylo sie w Archangielsku. Z tesknoty
za ojczyzna, podchorazy Karas, kupil od jakiegos tubylca
bialego niedzwiadka plci zenskiej. Nazwal ja Baska. Male
to bylo, ale harde. Pogryzla podchorazego (za co dostala
lanie) i zagryzla na smierc buldoga, ulubienca brytyjskiego
generala, z czym bylo sporo klopotow. Wkrotce jednak polubila
zolnierzy i oni ja polubili. Ostatecznie doszlo do tego,
ze rozkazem dziennym L. 33, par. 8 przydzielono Basie do
baonu Wojska Polskiego na Murmanie z nominacja na "corke
regimentu" i zaliczeniem na wikt w Kompanii Karabinow Maszynowych.
Ale skad w Archangielsku znalazl sie angielski buldog ze
swym generalem, polski podchorazy Karas i polska Kampania
Karabinow Maszynowych?
Byl to czas po rewolucji bolszewickiej 1917 roku. Trwala
jeszcze walka pomiedzy Rosja Czerwona i Rosja Biala. Z pomoca
Bialym, czyli carskim wojskom walczacym z bolszewikami,
w polnocnej, lodowatej Rosji, wyladowaly wojska Ententy.
Kogo tam nie bylo? - byli Anglicy, Francuzi, Amerykanie,
Kanadyjczycy, Wlosi, Serbowie, Wegrzy, wierni carowi Rosjanie
i oczywiscie Polacy, zawsze na wszystkich frontach swiata
walczacy "za wasza i nasza...". Polski oddzial skladal sie
glownie z Polakow przymusem wcielonych do armii carskiej
i Polakow zawieruszonych w te strony.
W Kompanii Karabinow Maszynowych opieke nad Baska powierzono
kapralowi, ktory dotychczas szkolil rekrutow. Jak rekrutow,
tak i Baske postanowil nauczyc maszerowac na dwoch lapach
i w takt muzyki. Pomiedzy mentorem (trenerem?), a uczennica
zawiazala sie przyjazn. Baska przyjaznila sie nie tylko
ze swoim kapralem, ale tez ze wszystkimi zolnierzami kompanii
- nawet calego batalionu. Adorowali ja zolnierze i psuli
smakolykami. Za przyjazn odpowiadala przyjaznia. "Cora regimentu"
stala sie bozyszczem kompanii i maskota w akcjach bojowych.
Wojska wielu narodow, ktore przybyly na pomoc Bialym, czyli
carskiej armii, nie spelnily swego zadania. Bolszewicki
komunizm zapanowal w Rosji. Murmanski batalion, wraz z Baska,
wrocil do niepodleglej Polski. Osadzono go w Modlinie.
Na dzien przedstawienia batalionu Naczelnikowi Panstwa i
defilade, przewieziono zolnierzy koleja do Warszawy. Oddaje
teraz glos autorowi ksiazki pt. Kon na wzgorzu:
"Tlumy wylegly przed Dworzec Wiedenski... Z muzyka na czele
wybijajac takt po bruku... szedl Baon Murmanski ku Placowi
Saskiemu... Baska w poczuciu wagi chwili kroczyla... nie
rozgladajac sie... byla juz bowiem bardzo dobrze wychowana
osoba... W mig dowiedziano sie o jej imieniu i szmer: ÔBaska,
BaskaO elektryzujacymi kregami rozchodzil sie w tlumie...
tak doszli na Plac Saski...
Po krotkiej mszy polowej i dlugich przemowieniach..., ktorych
Basia wysluchala z poblazaniem... Naczelnik bardzo sie spodobal
Basce. Nigdy go przedtem nie widziala, jednak... doszla
do przekonania, ze ten czlowiek... z krzaczastymi wasami
jest na tym placu figura naczelna... naczelniejsza od kaprala,
ktory... ja uczy rozumu... naczelniejsza od dowodcy oddzialu,
ktorego kapral sie boi, jak Basia ognia, ba! naczelniejsza
nawet od niej samej..., na ktora zwracaja sie wszystkie
oczy! Gdy Naczelnik chcac ja poglaskac, wyciagnal reke,
bez namyslu podala mu lape, wykonawszy przy tym cos jakby
dyg ceremonialny, jakiego by sie nie powstydzila najwytworniejsza
dama dworu.
Podczas defilady Baska wywolala w tlumie prawdziwy entuzjazm:
piekny byl widok, gdy szla na tylnych lapach, dorownujac
wzrostem swemu kapralowi, krok w krok z nim i z reszta oddzialu,
zas w momencie przypisanym ustawa, zwrocila leb do Naczelnika,
salutujac go dziarsko, jak szeregowy zolnierz z marszu...
Istna burza oklaskow byla nagroda Baski".
Koniec zycia Basi, niedzwiedzia-zolnierza, byl smutny. Zabil
ja cham-barbarzynca.
Gdzie Rzym, gdzie Krym... Gdzie Syberia? - gdzie Persja?
- daleko, bardzo daleko - ale polscy zolnierze, choc o jedno
zolnierskie pokolenie pozniej tam tez byli) ("za wasza i
nasza..."). Jak Mojzesz z Egiptu, domu niewoli, wywiodl
Zydow, tak Anders z domu niewoli, Rosji, wywiodl Polakow.
Tylko ze Anders wiodl ich duzo, duzo szybciej.
W gorach polnocnej Persji, w drodze do Palestyny, polscy
zolnierze 22. Kompanii Transportowej, znalezli malusienkiego
niedzwiadka, sierote po zabitej matce. Zastrzelil ja jakis
chlop perski, moze nawet w chwili, kiedy karmila dziecko.
Zolnierz potrafi zabic nieprzyjaciela, zwlaszcza tego, co
jego chce zabic (takie wzajemne zabijanie sie, nazywaja
wojna). Potrafi jednak wzruszyc sie i zaopiekowac wynedznialym
malenstwem, zwlaszcza ze niedawno sam cierpial glod i nedze
w Zwiazku Sowieckim. Zakrzatali sie wiec zolnierze, znalazla
sie butelka po wodce. Znalazlo sie jakies mleko, pewno w
proszku lub skondensowane i ciepla woda - przez szmatke
zamiast smoczka napoili zwierzatko. Wyssal cala butelke.
Z pelnym brzuszkiem przytulil sie do zolnierza, ktory go
karmil, jak do mamy i zasnal. Zolnierzem tym byl kapral
Piotr Prendysz. Niedzwiadek okazal sie chlopcem. Piotr nazwal
go Wojtkiem i tak zostalo. Ale czy wladze wojskowe pozwola
Piotrowi na trzymanie malenkiego wprawdzie, ale badz co
badz niedzwiedzia? Wladze pozwolily. Najpierw pan sierzant,
potem sam dowodca, major. Wojtek kazdemu z nich dal sie
poglaskac i do kazdego sie przytulil. Pan major z miejsca
rozkazal sierzantowi wpisac Wojtka na liste zolnierzy kompanii.
Wojtek zostal polskim zolnierzem na angielskim zoldzie,
z angielskim "wiktem i opierunkiem".
Malenstwo roslo na litrach wypijanego mleka i uczylo sie
jesc coraz wieksze porcje naleznego mu zolnierskiego wiktu.
Gdy jego jednostka wojskowa dotarla do Palestyny, przydzielono
Piotrowi z Wojtkiem osobny namiot. Piotr wymoscil mu wygodne
poslanie, ale Wojtek spal w nim tylko wtedy, kiedy Piotra
nie bylo w namiocie. Gdy byl - wlazil mu pod koc i tulil
sie do niego jak do swej mamy. Kiedy Piotr musial gdzies
odjechac, a Wojtek zostal sam, chowal sie w najdalszy kat
namiotu i skomlal zalosnie, plakal z tesknoty jak dziecko.
Gdy sie Piotr o tym dowiedzial, zaczal zabierac go ze soba.
Wkrotce cale transportowe wojsko wiedzialo, ze w jednym
z aut obok kierowcy siedzi niedzwiadek. Pozdrawiali go trabieniem.
Z kazdym tygodniem to niedzwiedzie dziecko roslo i roslo.
Roslo takze grono jego przyjaciol, do ktorych dolaczyl pies
jednego z oficerow angielskich. Razem platali psie figle.
Zolnierze lubili bawic sie z Wojtkiem. Nawet mocowac sie,
co sprawialo obu strona radosc. Wojtek doskonale wiedzial,
ze to zabawa, i nigdy, nawet kiedy dorosl, nie naduzyl swej
niedzwiedziej sily. Wiadomo, ze niedzwiedzie sa lakome i
lubia slodycze, zwlaszcza miod. Kobiety dawno juz odkryly,
ze droga do serc mezczyzn prowadzi przez zoladek. Mezczyzni
w mundurach w identyczny sposob zdobywali serce Wojtka.
Wojtek zas odkryl, ze przysmaki latwiej zdobyc w kuchni.
Byl tam mile widzianym gosciem.
W czasie jednej z podrozy sluzbowych, a Wojtek juz byl wtedy
podrostkiem, Piotr musial zatrzymac auto, bo Beduini przepedzali
przez droge stado koz i owiec. Wojtek nie wytrzymal. Wpadl
w srodek stada. Powstala panika. Kozy i owce zaczely wrzeszczec
w swych jezykach: "niedzwiedz! uciekac!" - wiec uciekaly
na wszystkie strony, tratujac swych pasterzy. Zrobilo sie
wielkie zamieszanie i kurz. Wojtek tak sie tumanu kurzu
przestraszyl, ze przygalopowal do samochodu, wskoczyl na
swe miejsce i uciekli. Na pewno Beduini nie poblogoslawili
ich na droge.
Wojtek mial wiele przygod: kiedys na przyklad, juz w Iraku
(listopad 1942) kolo Qisil Ribat, gdzie miescilo sie dowodztwo
polskiego 2. Korpusu, 22. Kompanie transportowa zakwaterowano
w poblizu obozu Kompanii Sygnalowej Kobiet. Wojtek wyszedl
w nocy z namiotu na spacer i zobaczyl cos, czego nigdy jeszcze
nie widzial. Sznury suszacej sie damskiej bielizny - "desusy",
biustonosze itp. Zerwal te sznury i przyniosl swoim samochodziarzom...
Zdarzylo sie tez kiedys, ze Wojtek okazal sie tchorzem.
Choc niby mocny, a tak przerazil sie ryku osla, ze uciekal
jak szalony.
Minely dwa lata. Wojtek wyrosl i z niedzwiadka stal sie
doroslym niedzwiedziem. Przewedrowal ze swymi dwunoznymi
kolegami w mundurach przez prawie caly rodkowy Wschod: z
polnocnej Persji (teraz Iran) przez Irak, Syrie, Lebanon,
Jordan, Palestyne. W Egipcie widzial Kair, Aleksandrie,
Sfinksy, piramidy. Byl wszedzie, dokad jego kompania transportowala
ludzi lub sprzet wojenny.
Nadszedl czas transportu polskiego wojska do Wloch. Piotr
i koledzy obawiali sie, czy uda im sie przewiezc Wojtka
z Afryki do Europy. Udalo sie. Anglik, oficer ladunkowy,
dal sie przekonac, ze niedzwiedz "budzi ducha wojennego"
w polskim zolnierzu. Aby budzic tego "ducha", udalo sie
kompanii Piotra zaokretowac takze malpke Kasie, dwie swinki
morskie kucharza, psa jednego z oficerow i czyjegos golebia.
Do Wloch przewiozl ich "Batory".
W porcie Taranto Wlosi oslupieli z podziwu, gdy pierwsza
zywa istote, jaka zobaczyli, byl potezny niedzwiedz. Oslupieli
jeszcze bardziej, kiedy ten "potwor" swobodnie i przyjaznie
bratal sie z zolnierzami.
22. Kompania Transportowa, a wiec i Wojtek, w rozjazdach
po Bliskim Wschodzie i Afryce, nie przeszli jeszcze "chrztu
bojowego". Chrzest ten wkrotce nastapil. Linia frontu ustalila
sie pod Monte Cassino. Potezny ten bastion umocnien niemieckich
w skalistych gorach i ufortyfikowanym starozytnym klasztorem
Benedyktynow, trudny byl do zdobycia w drodze armii alianckiej
na Rzym. Kilkakrotne natarcia wojsk sprzymierzonych nie
powiodly sie.
11 maja 1944 r. przyszla kolej na Polakow. 2. Korpus gen.
Andersa ruszyl do natarcia. Na nowo rozgorzala bitwa. Pod
ogniem artylerii niemieckiej i bomb, ciezarowki transportowcow
dostarczyly amunicje i zywnosc jednostkom walczacym. Grupie
Piotra i Wojtka przypadla artyleria. Na pierwsza ture Piotr
nie wzial Wojtka. Caly jednak czas i on, i jego towarzysze
nie mysleli o niebezpieczenstwach drogi, lecz o Wojtku.
Koledzy zas Piotra, gdy wrocil, opowiedzieli mu, ze Wojtek
omal sie nie urwal z lancucha, aby biec za ich ciezarowka.
Tak ryczal i skamlal, ze przykro bylo na niego patrzec.
Po naradzie z kolegami postanowili zabierac Wojtka ze soba.
Trudno. Wojna. Jak zgina, to razem. Juz w nastepnej turze
Wojtek siedzial na swoim miejscu, przy kierowcy.
Jechali noca, bez swiatel, po kretych, wyboistych drogach
gorskich. Konwoj zaatakowaly samoloty Luftwaffe. Wybuchy
bomb przerazily Wojtka. Drzal i chowal glowe za plecy Piotra.
Na szczescie bomby padaly nie na droge, lecz wzdluz drogi.
Tak jednak blisko, ze na dachy wozow spadaly grudy ziemi
i kamienie. Wszyscy przezyli chwile strachu.
W ciagu dnia z wozow transportowych za skalna oslona zolnierze
recznie donosili artylerzystom skrzynie z pociskami. Bylo
tam glosno, bo oni strzelali i do nich strzelano. Wojtek
sie do tego halasu przyzwyczail. Nawet nie zwracal uwagi
na wybuchy niemieckich pociskow. Natomiast pilnie obserwowal,
jak z ciezarowek wyjmowano skrzynie z pociskami. Skrzynie
byly ciezkie. W kazdej miescily sie cztery 23-funtowe pociski.
Byly tez i 100-funtowe.
Wojtek podszedl do lory. Wyciagnal przednie lapy ku ladujacym.
Nie budzilo zadnej watpliwosci, ze gdyby mogl mowic, to
by uslyszeli slowa: "Daj, ja zaniose". I zaniosl!! - Malo
tego, ze zaniosl raz. Nosil pociski przez caly dzien i nastepne
dni, az do dnia zwyciestwa, kiedy Polacy 18 maja zatkneli
na szczycie Monte Cassino bialo-czerwona flage. Wykonali
zadanie bojowe.
Wszyscy zolnierze 22. Kompanii Transportowej kochali Wojtka,
ale od tej bitwy pokochali go jeszcze mocniej. Ba! zostal
prawdziwym ich towarzyszem broni - prawie jak "rowny z rownymi".
Byli z niego dumni! Na pewno zapamietali go do konca zycia.
Slawa Wojtka rozeszla sie w 2. Korpusie. Podziwiali go Anglicy
z pobliskich jednostek i Amerykanie.
Jeden z zolnierzy narysowal Wojtka z pociskiem artyleryjskim
w ramionach. Znak ten zostal oficjalnie uznany przez wladze
wojskowe za godlo 22. Kompanii Transportowej Artylerii.
Z duma nosili go towarzysze broni, tak, jak dumnie nosili
na mundurach naszywke "Poland".
Wojtek wedrowal gnany losami polskich zolnierzy przez pustynie
i gory Bliskiego Wschodu i Afryki do Wloch. Tam zastal go
koniec wojny. Wraz z Piotrem, Kompania Transportowa i reszta
polskiego wojska dotarl do Szkocji. Zakwaterowano ich w
Berwick-on-Tweed (byl to juz koniec pazdziernika 1946 roku).
Dotarla tam tez jego slawa. Ustami Piotra udzielal wywiadow
reporterom gazet, pozwalal sie fotografowac... Odwiedzali
go goscie, a wsrod nich takze czlonkowie Towarzystwa Szkocko-Polskiego.
Popularnosc jego wzrosla do tego stopnia, ze na uroczystym
zebraniu miejscowej galezi tego towarzystwa, po kwiecistej
i wzruszajacej przemowie prezesa, obrano go jednoglosnie
dozywotnym czlonkiem.
Piotr kochal Wojtka. Jego troska i troska zolnierzy, przyjaciol
Wojtka, bylo - co bedzie dalej? Co sie stanie z Wojtkiem
po demobilizacji Polskiej Armii na Zachodzie? Co sie stanie
z nimi? Czy wroca do wtedy komunistycznej Polski? Czesc
wrocila. Reszta poszla w swiat - do Argentyny, Stanow Zjednoczonych,
do Australii nawet. Czesc pozostala w Anglii.
Wojtek zostal rezydentem ogrodu zoologicznego w Edynburgu.
Piotr przy pozegnaniu z Wojtkiem mial lzy w oczach. Wojtek
byl przekonany, ze Piotr opuszcza go na krotko i wroci,
jak to bylo wiele razy przedtem... Nie martwil sie, Piotr
wroci... Nie wrocil nigdy.
Szanowany i lubiany przez wszystkich, Wojtek dozyl niedzwiedziej
starosci. Przezyl 22 lata zycia (do 1966 r.), z czego piec
przesluzyl w Wojsku Polskim. Uhonorowanego go tablica pamiatkowa
w ogrodzie zoologicznym, w ktorym zasnal.
W Edynburgu wystawiono mu pomnik. W londynskim polskim muzeum
im. Generala Sikorskiego znajduje sie statuetka Wojtka wykonana
z marmuru i brazu, a w Imperial War Museum (Londyn) i w
Canadian War Museum (Ottawa) wmurowano tablice pamiatkowe
ku jego czci. |