 |
ROZA NOWOTARSKA
"Taki to moj los..." - ROZA NOWOTARSKA
|
Moja znajomosc z Janem Rostworowskim zaczela sie od korespondencji
i - poza krotkim, bezposrednim spotkaniem - w jakies cztery
lata pozniej, pozostala znajomoscia korespondencyjna. Pisalismy
do siebie przez kilkanascie lat, a widzieli - zaledwie kilkanascie
dni. Listy krazace miedzy Lancaster w Anglii a Detroit w
stanie Michigan, poczatkowo szukajace wlasciwego tonu, wypelnily
sie pozniej uwagami o ksiazkach, o emigracji, o trudnosciach
wydawniczych i rynkowych. Wspominalismy tez czesto nasze
miasto rodzinne. Pochodzilismy oboje z Krakowa, znalismy
te same ulice, wyrastalismy w tej samej atmosferze spolecznej
i w podobnym klimacie domowym. Jednak byl synem Karola Huberta
Rostworowskiego, poety i dramaturga, ktorego sztuki ogladalam
- jako uczennica szkoly sredniej - na scenie Teatru Miejskiego
im. Juliusza Slowackiego, a potem czytalam je wraz z innymi
w teatrze podziemnym Adama Mularczyka, w czasie okupacji.
Mielismy z Jankiem te same upodobania. Znalismy tych samych
ludzi. Bywalismy w tych samych domach: u Jozefa Aleksandra
Galuszki, poety i jego zony Edyty, swietnej tlumaczki z
niemieckiego. U prof. Tadeusza Sinki. U artysty malarza
Fryderyka Pautscha. Zahaczylismy nawet - kazde z nas w innym
okresie - o rodziny Estreicherow, Lasockich, Puszetow, Ronikerow.
Uwielbialismy teatr i Salwator, kopiec Kosciuszki i Krzemionki,
z ktorych w pogodny dzien mozna bylo zobaczyc caly Krakow
jak na dloni. Wawel, skad rozciaga sie panorama Tatr. I
Stary Rynek z wiezami kosciola Mariackiego, na widok ktorych
"duch sie korzy, a dusza zachwyca".
Tak wiec pisalismy do siebie o sprawach malych i duzych,
wznioslych i przyziemnych, o tym, co wczorajsze i jutrzejsze.
O tym, co bylo i co bedzie. Czy sie dobrze pisze wiersze
i czy sklep z delikatesami dobrze prosperuje. Czy sluzy
natchnienie i czy klienci stronia, czy tez garna sie do
poety sprzedajacego wcale nie poetyczne kielbasy i pasztet.
Rostworowski czesto zalaczal do listu jakis nowy wiersz,
ktory mu sie bardziej od innych podobal. Dzielil sie pomyslami
i zamierzeniami czekajacymi na realizacje. Pamietam, jak
powstawala Opatowa Anna, jak przezywal rosniecie i dojrzewanie
poematu. Przesylal mi wtedy kartki, pocztowki, wycinki ze
starych kalendarzy dla zilustrowania akcji. Pisal Opatowa
Anne pozna jesienia, wyjasniajac mi w liscie: "Latem nie
pisze wierzy. Latem wlocze sie, patrze na przyrode na slonce,
niebo i na ludzi. Jak chomik gromadze moje przezycia na
zime. A zima zywie sie wspomnieniami lata i zamieniam je
na wiersze...".
W poczatkach naszej znajomosci korespondencyjnej, w roku
1960 Jan Rostworowski pisal jeszcze poematy-rzeki. Potoczyste,
rozlewne, wierszowane opowiadania, jakby stworzone dla trubadurow
i minstreli ulicznych, ktorzy przy dzwiekach lutni lub cytry
wyspiewaliby gorzki los "Haliny z firmy Luxor", "niejakiego
Albina Gasiorka" czy "Teodora Bakalarza". Wstrzasneliby
sluchajacych "Koncertem na Stacji Victoria" lub wzruszyli
"ballada o karczmie stojacej na rynku na granicy srebrnego
uczynku, sonetu i gitary".
Te wlasnie poematy-rzeki najbardziej mi sie podobaly, najzywiej
poruszaly moja wyobraznie. Przejmujace, tragiczne losy ludzi
walczacych za Polske, ginacych za nia, a - jesli przezyli
zawieruche wojenna i groze dni okupacyjnych i znalezli sie
na emigracji - marzacych o niej, umierajacych - w przenosni
lub doslownie - z tesknoty do znanych, bliskich sercu domowych
katow. Losy ludzi wygnanych z najpiekniejszego ojczystego
raju. Bralam w obrone te upiekszone przyspiewkami-interwalami
poematy, od ktorych poeta - po jakims czasie odwracal sie
- z niechecia piszac: "tone w slowach, musze sie wziac w
garsc. Kierowac nurtem slow, a nie dawac mu sie ponosic".
Pisalam w odpowiedzi, ze te wlasnie poematy nadaja sie doskonale
do inscenizacji. Ze sa wspanialym materialem dla teatru
malych form. Dla teatru jednego aktora. Dla nadscenki literackiej.
Tak je widzialam i tak chcialam je realizowac. Namawialam
Janka na przyjazd do Ameryki, gwarantujac powodzenie wieczorow
autorskich. Rostworowski poddawal w watpliwosc moje zapaly,
"Poezja towar niechodliwy - pisal. - Podziwiam twoj entuzjazm,
wzruszasz mnie dobrymi checiami i uporem, ale trzeba wielkich
umiejetnosci kupieckich, aby - juz nie sprzedac, ale ofiarowac
komus poezje! Moze zbyt pesymistycznie patrze na pewne sprawy.
A moze jestem dzis po prostu w zlym nastroju. Uzycz mi tego
optymizmu. Chcialbym bardzo wierzyc ci na slowo!"
Umowilismy sie, ze najpierw sprobuje bez niego. Zaocznie.
A byly to czasy, w ktorych w Detroit kwitlo bujnie zycie
polskie, a ludziom chcialo sie jeszcze cos robic, poza robieniem
pieniedzy; kiedy spotykalismy sie w klubie akademickim Na
Pieterku, aby czytac wiersze lub dyskutowac i dyskutowac...
I w tym wlasnie klubie odbyl sie pierwszy wieczor poezji
Jana Rostworowskiego. Przy wypelnionej po brzegi sali. Przy
entuzjastycznych brawach i lzach wzruszenia. - Po wieczorze,
jeszcze tej samej nocy, napisalam do Lancaster: "Wiersze
towar chodliwy. Lokal okazal sie za ciasny. Ludzie stali
za drzwiami, w korytarzu, nawet na schodach. Wygralam jeden
do zera. Przyjezdzaj!". Ale niedzwiedzia latwiej byloby
wyciagnac z matecznika niz Janka z jego domu. "Daleka droga,
trudna podroz. Ciagnie mnie do nowego swiata, ale chyba
jeszcze troche zaczekam...".
A ja wtedy wlasnie otrzymalam zaproszenie z detroickiego
Towarzystwa Przyjaciol Sztuki Polskiej do urzadzenia wieczoru
poezji. Majac w pamieci sukces imprez w klubie Na Pieterku,
postanowilam powtorzyc Rostworowskiego. W sali teatralnej
Instytutu Miedzynarodowego zaludnila sie scena bohaterami
bialo-czerwonych poematow. Odzyl "Teodor Bakalarz, syn Wojciecha,
dziobaty karczmarczyk", "Halina z firmy Luxor, sprzedana
w sluzbe do osmiu osnow" i "Albin gasiorek, artysta, ktory
gral na piecach". Ten drugi wieczor i szczesliwy zbieg okolicznosci
sprawil, ze Rostworowski zdecydowal sie na przyjazd. Patronowal
jego podrozy bardzo wowczas ruchliwy i dynamicznie dzialajacy
Polski Zwiazek Akademikow. Wieczor odbyl sie w Detroit Institute
of Arts, starym, czcigodnym budynku mieszczacym galerie
sztuki i piekna sale teatralna. - Rostworowski denerwowal
sie, czy aby ludzie przyjda? Czy zagra magiczne "do trzech
razy sztuka?" Nosil w sobie powszechne, zdaje sie przekonanie
Europejczykow i Polakow londynskich, ze w Ameryce jedyne
ksiazki, jakie sie bierze do reki, to czekowa i telefoniczna.
Moze pokutowalo tez w nim uzyte kiedys przez Waclawa Gasiorowskiego
okreslenie: Ach te chamy w Ameryce! (Powiesci moze nie przeczytal?
Czulam, ze do ostatniej chwili, co wejscia na widownie nie
wierzyl, ze znajduje sie w niej publicznosc.
Patrzac zza kulis na siedzacego w pierwszym rzedzie "sprawce
wieczoru", widzialam, jak mu tezaly miesnie twarzy, ukladajac
sie w grymas zalu czy smutku, jak mu blyszczaly oczy, gdy
padaly ostatnie slowa "bo wysokie sa progi Gasiorkowych
mordercow". Nerwowo zwieral lub rozwieral dlonie, reagujac
w ten sposob na wlasne slowa. Na wlasne mysli ubrane w poetycka
szate, podane w teatralnej formie z akompaniamentem fortepianu.
A moze slyszal je w wykonaniu estradowym po raz pierwszy?
- Na zakonczenie sam mowil o poezji i czytal najnowsze,
krotkie wiersze. Przyjecie mu zgotowano gorace, serdeczne.
- Gdy po wieczorze, jechalismy do lokalu Na Pieterku na
kawe i ciastka, powiedzial: "Bardzo cie przepraszam, ze
watpilem w twoje slowa. Gdybym byl wiedzial...".
Moglabym bez zbytniej przesady napisac, ze byl to triumfalny
pochod jego poezji przez Ameryke. Mial wieczor w Cleveland
i w Chicago. Zetknal sie z ludzmi, ktorzy go interesowali
w Nowym Jorku i w Buffalo. Czytal i mowil o poezji, o tym,
co go gnebilo i bolalo. Z czym nie mogl dac sobie rady,
walczac ze slowem zbyt opornym albo zbyt latwym. Wszedzie
znajdowal wdziecznych sluchaczy, gotowych do dyskusji lub
bez slowa, z uwielbieniem wpatrzonych "w samego poete".
Pobyt Rostworowskiego w Ameryce, takze w moim domu, a potem
wspolna podroz od miasta do miasta, poglebily nasza znajomosc.
Zrodzila sie przyjazn. Po jego wyjezdzie listy nabraly szczegolnego
ciepla. Zapewne nabral do mnie zaufania. Zawieraly bardzo
nieraz osobiste przemyslenia, wyznania, opisy przezyc zwiazanych
z wycieczkami, spotkaniami. Zawieraly radosc z wydrukowanego
w Wiadomosciach wiersza, czyjejs przychylnej recenzji, wlasnego,
dobrego pomyslu, ze szczegolnej chwili natchnienia, objawienia
poetyckiego. Kiedy mu cos nie szlo albo przez dluzszy czas
nie drukowano nic jego piora, skarzyl sie, ze zyje na bocznym
torze z daleka od miejsca w ktorym cos sie dzialo. Mial
na mysli Londyn, do ktorego ciazyl i od ktorego sie rownoczesnie
odsuwal, bo odpychaly go "potepiencze swary".
Czasem pisal z duma, ze sie urzadzil materialnie i od nikogo
nic nie potrzebuje, to znow doskwierala mu rola handlarza
delikatesami. Rzeczywistosc traktowal z humorem i pokpiwal
z poety-hrabiego, stojacego za lada i sprzedajacemu zamiast
strawy duchowej - sledzie w sloikach i ogorki malosolne.
Byl to - jego zdaniem - temat dla innego hrabiego (gdyby
zyl!) Aleksandra Fredry. W chwilach pasji czy zwatpienia,
wyimaginowanej czy realnej zmowy milczenia pisal: "Moze
lepiej wyrwac kartki z ksiazek i pakowac w poematy mieso
cielece albo salceson? Ludzie przyniosa kartke do domu,
moze rzuca okiem, co na niej napisano... wiersze?". Gdy
sie oburzalam na taka slabosc i niewiare, nazywal mnie "tarcza
ochrona", "okiem opatrznosci" albo "ostatnia deska ratunku".
Kazda nowa ksiazke otrzymywalam - jedna z pierwszych - zawsze
z piekna dedykacja pisana okraglymi, graficznymi literami.
Po wyprawie amerykanskiej, listy wypelnily sie ludzmi, ktorych
tutaj poznal. Pamietal w sposob bardzo serdeczny tych, ktorzy
brali udzial w jego wieczorach autorskich. Pytal: "Jak tam
ladna Danusia, ktorej kazalas czytac takie trudne do przelkniecia
slowa..." albo: "Czy Monika bardzo urosla i czy zadaje pytania,
takie jak w wierszach, ale juz na wlasny rozum?" albo: "Czy
doktor Artur Adamski, ktorym tak sie zachwycilas w Balladzie
o granicy nie zdradzil mojej poezji i dzis moze piekniej
cudze wiersze czyta?"
Bylam tez pierwsza osoba, ktorej przeslal swoje poetyckie
reminiscencje z podrozy amerykanskiej z zapytaniem: "Czy
dobrze odebralem twoj nowy kraj? Czy tez ty go widzisz inaczej,
bo twoje oko i ucho przywyklo juz do niezwyklosci Nowego
wiata, ze przestalo cie to wszystko fascynowac, urzekac
i niepokoic?".
A jeszcze potem przyszla krotka wiadomosc, ze jedzie w odwiedziny
do Polski i ze opisze swoje wrazenia po powrocie. Czy zdawalo
mi sie tylko, czy istotnie ten list byl pisany w pospiechu
i podpis "Jan" zdradzal drzenie reki?
O wrazeniach z Polski dowiedzialam sie z publikacji, nie
z listu. Lancaster umilkl nagle, jakby sie z klebka pamieci
zerwala serdeczna nic. Wkrotce w Londynie wybuchla tzw.
sprawa Rostworowskiego, gorszacymi potepienczymi swarami,
ktorych tak nie lubil. Spowodowal je decyzja powrotu na
stale do ukochanego Krakowa, do ojczyzny, bez ktorej juz
nie wyobrazal sobie zycia. Gdy nagonka doszla do szczytu,
otrzymalam list ani nie tlumaczacy, ani nie usprawiedliwiajac
decyzji. Po prostu po przyjacielsku zawiadamial mnie, ze
zgodnie z sercem i sumieniem wraca do rodzinnego gniazda.W
ten list, wyprany z emocji i egzaltacji, bardzo skupiony
i powazny, znalazlam wplecione zdanie: "Pomysl, jak to dziwnie
sie sklada, ze dzis bohaterem jest ten, kto z ojczyzny uchodzi,
a zdrajca ten, kto - mimo wszystko - do ojczyzny wraca".
Taki bowiem byl ton, taki klimat wypowiedzi potepiajacych
jego wybor. Chociaz byla do decyzja bardzo osobista, rodzinna,
prywatna. Glosy "w sprawie Rostworowskiego" wykazaly, ze
mozna cale lata zyc na Zachodzie i glosno krzyczec o potrzebie
tolerancji, a rownoczesnie nie byc tolerancyjnym. Domagac
sie wolnosci i rownoczesnie te wolnosc ograniczac. Upominac
sie o prawo do swobody wyboru i tego wyboru nie uznawac.
Jezdzic co roku do Polski turystycznie, jak sie jezdzi do
Wloch, Francji lub Grecji, na wywczasy, a potepiac, gdy
ktos wybieral na stale, na pewno nielatwe, polskie zycie.
Ze smutkiem myslalam, ze sprawdzily sie slowa z jednego
z jego listow "Zaczekaj tylko, ci, ktorzy rzucali mi niedawno
kwiaty, obrzuca mnie kamieniami". I w zakonczeniu: "Wielka
to dla mnie radosc, ze ciebie wsrod tych, ktorzy mnie kamienuja
- nie ma. Jesli kiedys bedziesz w Krakowie, odwiedz mnie
na Salwatorze".
Polska wciagnela Rostworowskiego bez reszty. Pisal duzo,
obok wierszy, takze i proze. Drukowal w kraju i w Oficynie
Poetow i Malarzy w Londynie. Nie pisal listow. Nie mial
na nie czasu, zanurzony mysla, slowem i uczynkiem w nowym
zyciu, w nowej rzeczywistosci. W nowe warunki, znajomosci,
przyjaznie. Od czasu do czasu przesylal przez kogos pozdrowienia
i czulosci. Wiedzialam, ze pamietal, ze dobrze wspominal
pobyt w moim domu. Ale znalezlismy sie na dwoch brzegach
oceanu i kazde zylo wlasnym, jakze odrebnym zyciem. Nie
wiedzialam tylko, bo sie z klopotami nie ujawnial, ze chorowal
i ze byla to choroba bez ratunku...
W roku 1974 podczas dwutygodniowego pobytu w kraju w nielicznych
tylko wolnych od zajec chwilach mialam tyle dramatycznych,
osobistych spraw do rozwiazania, tylu zywych i umarlych
do odwiedzenia i tyle miejsc do objechania, ze podczas krociutkiego
wypadu do Krakowa, aby uscisnac rodzine, na zobaczenie sie
z Jankiem zabraklo czasu. Widzialam tylko w witrynach ksiegarn
nowy tom jego wierszy. Kupilam, jednym tchem przeczytalam,
ale - sledzac ze strachem uciekajace godziny, na Salwator,
gdzie mialam go odwiedzic - nie zdazylam sie wybrac. A w
nastepnym roku, tuz przed kolejnym wyjazdem do Polski, otrzymalam
list od Ewy Lipskiej, mlodej poetki z Krakowa, ktora przekazala
mi serdecznosci od Janka, a od siebie nakazywala, abym sie
z nim koniecznie zobaczyla. "Jest bardzo chory. Bardzo...".
Moj pobyt trwal tydzien, w ktorym musialam rozwiazac rozmaite
poplatane sprawy rodzinne i jechac z pomoca do Gdanska.
A godziny uciekaly... W wiekszosci mieszkan nie bylo telefonow,
a publiczne linie lacznosci przedstawialy sie zalosnie...
z Jankiem sie nie widzialam. Ale w ksiegarniach znow zobaczylam
jego nazwisko. Pomyslalam wiec, ze chyba nie jest tak zle...
i ze spotkamy sie nastepnym razem.
Po powrocie, gdy uporzadkowalam rozgardiasz powstaly podczas
mojej nieobecnosci i dzien powszedni wrocil do normy, a
zajecia w "Glosie Ameryki" sie uladzily, zaczelam ukladac
plan nastepnej podrozy a w nim plan - juz nieodwolalnego
spotkania. Wyobrazalam sobie, jak to bedzie, od czego zaczniemy
rozmowe, kogo i co bedziemy wspominac... I wtedy zadzwonil
telefon i dowiedzialam sie, ze w Krakowie wlasnie zmarl
Jan Rostworowski, poeta i prozaik. Los sprawil mi okrutna
niespodzianke...
A wkrotce potem, jak ostatnie poslanie od niezyjacego poety,
przyjechala Ewa Lipska. Od niej dowiedzialam sie calej gorzkiej
prawdy o ostatnich latach, w ktorych juz bylo wiadomo, ze
dla Janka nie ma ratunku.
- Lekarze dawali mu tylko rok zycia - mowila. - Janek wykazywal
niezwykly hart ducha. Pisal duzo. Kupil dom w Lanckoronie
i cala energie, na jaka bylo go jeszcze stac, wkladal w
urzadzenie wymarzonej przystani. Ze stoickim spokojem walczyl
to o hydrant, to o rury wodociagowe, to o ramy okienne.
To o niedostepny, a jakze niezbedny telefon. Pani mowi,
z jakim humorem traktowal niedole emigracyjne. Tak samo
- poza krotkimi chwilami zalaman - podchodzil do swej nieuleczalnej,
smiertelnej choroby. Nie mowil o niej na co dzien, ale caly
ogrom bolu i tragedii wypowiedzial w zbiorze wierszy pod
tytulem Moje cialo. Mial tez na rynku nowa ksiazke proza.
Moze zdazyl ja jeszcze zobaczyc w druku...".
Rozmawialysmy dlugie godziny. O Janku, o losach ludzkich,
o powiklaniach i koincydencjach. Ja wspomnialam dawne, emigracyjne
spotkania, ona - niedawne, krakowskie i lanckoronskie. Ostatniego
wieczoru przed jej odjazdem, wieczoru przeciagnietego w
gleboka noc, wlasciwie juz nad ranem, gdy noc przelamywala
sie z dniem, Ewa Lipska powiedziala: - Ciekawa jestem, czy
Janek z tego jakiegos innego swiata widzi nas? Czy wie,
dlaczego pani go nie odwiedzila, a ja przed wyjazdem do
Ameryki nie zdazylam jeszcze raz wpasc do szpitala? Czy
pani wierzy w zmarlych z zywymi obcowanie?
Ogladalysmy album z mojej polskiej wyprawy. Pokazalam jej
fotografie grobu Karola Huberta Rostworowskiego. Wielki,
drewniany krzyz na salwatorskim cmentarzu.
- Tam bedzie lezal Janek. U boku ojca - powiedziala Ewa.
Tam go wiec odwiedze za nastepnym pobytem. Bo tak mi przeciez
napisal: "Jesli kiedys bedziesz w Krakowie, a bedziesz mnie
jeszcze pamietac, odwiedz mnie na Salwatorze". Chociaz nie
takie odwiedziny mial wowczas na mysli.
Pisane w roku 1977 |