PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (7 kwietnia 2000)


BOGDAN MADEJ

Majaki

Po przyjezdzie nad morze bezsennosc trapila go co noc. Kiedy Maria juz spala, wyczolgiwal sie spod koldry, zblizal do okna i rozsunawszy firanki stal tam godzinami. W rosnacym spokoju patrzyl na nieruchome cienie, oddech Marii byl gleboki, za oknem przebiegaly glosy, ktore przynosi z chlodem i oddala nocna wilgoc. Falami, nie wiadomo skad, plynela mocna muzyka, wtopiona w noc, dokladnie zespolona z jego czuwaniem i snem Marii. Nastroj bezowocowego czuwania wydawal mu sie czasem banalny, ale czul sie zwiazany z noca, bo napelniala go spokojem saczacym sie wprost do serca, otwartego, blizszego Marii niz za dnia. Zalowal, ze kiedy jest sam, ona juz spi. Byl pewny, ze w tej ciszy mogliby rozmawiac. Dzien nie przysparzal sposobnosci do rozmow. Budzili sie, wstawali ustepujac sobie grzecznie miejsca i patrzyli na siebie z ogromnego dystansu wspolmilczenia. Wychodzili przed poludniem na plaze, donoszac swoje milczenie i tam, i w tym niezmienionym trybie przebiegala im wiekszosc dnia. Lezac nie wiadomo dlaczego nie na piasku, ale na wypalonej trawie, suchej i klujacej jak szczecina, zastanawial sie, dlaczego tak sie dzieje, skoro w ich milczeniu nie ma wrogosci. Godzinami slyszal kroki i glosy, obserwowal ludzi. Od wielu dni panowala nadzwyczajna pogoda, upalne slonce szlo przez niebo co dzien migotliwe jak neon. Maria, wspierajac glowe na zlaczonych dloniach, patrzyla w urzeczeniu na wode lub na pobliski las. Nad woda z lewej lub prawej strony krecil sie wir ptakow, odwijal niespodziewanie i plynac na nieruchomych skrzydlach jak klucz szybowcow zjednanych nieuchronnym upadkiem.
Z bliska podplywal senny niepokoj odplywu. Mimo przychylnej aury wyczuwal w powietrzu i w morzu zagadkowe, nieznane przemiany. Obok widniala twarz Marii ukryta w cieniu glowy i pograzona w zadumie mlodego sfinksa. Raz na jakis czas poruszala nogami, unosila glowe i patrzyla, gdzie podzialy sie ptaki. Nie zawsze mogla je dostrzec; czasem kolowaly nad lasem, nieraz wysoko nad nimi. Z niezmaconym spokojem naprezala plecy, odchylona do tylu dzwigala tors nad trawa i niebywale smutnymi palcami wiazala wlosy nad karkiem. - Przytrzymaj mi tasiemke - prosila. Kiedy na nia patrzyl, przygladala mu sie trzymajac w zebach spinki, surowo sciagniete wargi pekaly dziesiatkami zmarszczek. - Zwiaz mi wlosy - mowila. Robil to dotykajac cieplego karku, Maria wysuwala wargi jak do pocalunku i to go mylilo. Wyjmowala kolejno spinki z ust, potem sie usmiechala. Odwzajemnial jej sie niewyraznym usmiechem, ktorego korzenie tkwily w miesniach twarzy jak mimowolny grymas.
Ludzie przychodzili, ukladali sie w poblizu parami, zagrzebywali w piasku, podnosili i oddalali, aby zmieniwszy twarze wrocic po kilku minutach. Gdzies podziewala sie wilgoc, sucha goraczka piaskow przyprawiala ich o pragnienie. Milczenie natomiast przedluzalo sie w szybowaniu ptakow i kolysaniu wody. W porze obiadu odchodzili w strone miasta i wracali po dwoch godzinach. Ukladali sie dokladnie w tym samym miejscu, albo kroczyli brzegiem wzdluz szeleszczacych piaskow, pojednani milczeniem i smutkiem. Bal sie, ze mimo wysilkow, dzieki ktorym zapanowala zgoda, podobna wprawdzie bardziej do zawieszenia broni anizeli do rzeczywistej jednosci, czas przeznaczony na porozumienie wykruszy sie wkrotce, a oni wroca do pracy i zwyklych dni, w ktorych nic sie na lepsze nie zmieni.
Obserwowal Marie podczas spacerow i przypatrywal sie jej takze, kiedy calymi godzinami lezala tuz przy nim, nie zmieniajac pozycji. Wyraz jej twarzy tez sie nie zmienil, a oczy wypatrywaly czegos w liniach morza i nieba. Usilowal odgadnac, od jakich do jakich spraw biegnie jej mysl. Byl ciekaw, czy i ona boi sie zakonczenia, o ktorym myslal tak czesto, ze spedzalo mu sen z oczu. Niejednokrotnie wydawalo mu sie, ze Maria o tym nie mysli; potwierdzenie znajdowal w pelnym spokoju zachowaniu. Sadzil, ze nie dzieli jego niecierpliwosci, a tylko czeka, kiedy ich losy rozstrzygna sie same. Irytowaly go wyczuwalny bezwlad i biernosc, i paralizowalo podejrzenie, ze kiedy on, rozbity, z niepokojem szuka w kazdej minucie slow, ktore by ich sobie zwrocily, Marie zadowala czekanie.
Z kolei dopuszczajac mysl, ze silne i zarliwe uczucie, jakie ich do niedawna laczylo, jeszcze sie nie wyczerpalo, byl pewny, ze jego w nim czesc jest wieksza i dlatego Maria moze spokojnie czekac finalu, nie pomyslawszy o kompromisie, jak gdyby tylko czas mogl weryfikowac i uczucie, i ich wzajemna dla siebie przydatnosc. Ze szczegolnym okrucienstwem wmawial sobie, ze te spokojne dni sa niczym wiecej jak czasem, ktory im nic nie niesie. Wyzbywal sie wtedy wszelkich watpliwosci i tracil nadzieje. Sadzil, ze tylko jakies gwaltowne zdarzenie, ktore by jedno z nich postawilo w obliczu nieszczescia, mogloby cos zmienic. Dlatego lezac na trawie albo idac za Maria nadbrzeznymi wydmami coraz czesciej wypatrywal nierzeczywistej proby. Raz sobie wyobrazal, ze Maria idzie sie kapac. Odplywa daleko od brzegu, widoczna dzieki czepkowi, i tam zaczyna tonac. On na jej krzyk rzuca sie do wody, plynie do tonacej, traci ja z oczu, znow ja dostrzega i w koncu jest przy niej.
Maria oszalala ze strachu nie poznaje, kto przybyl jej z pomoca. Sciaga jej z wlosow czepek i holuje do brzegu trzymajac jej twarz na powierzchni. Maria wkrotce uspokaja sie, znowu patrzy na slonce, kurczowo otacza ramieniem jego kark, a jej wlosy oplywaja mu twarz razem z woda i utrudniaja oddech. Kiedy wciaga ja na brzeg, Maria jest juz przytomna. Mimo ze najadla sie strachu, usmiecha sie, w koncu zartuje ze swojej przygody, ale pod powierzchnia slow tkwi nie wyrazona wdziecznosc, ktora przemienia jej stosunek do niego. Jest znowu wspaniale. Usmiechaja sie do siebie, wieczorem w drodze na nocleg oboje sa niecierpliwi.
Poniewaz nic sie nie zdarza, dzien pozniej przychodzi mu do glowy inny wariant. Ida wzdluz brzegu wysokimi skarpami mijajac nawisy ciezkiej ziemi. Maria, ruchliwa jak podlotek, wyzbywa sie tutaj smutku, pomagajac sobie rekami wchodzi na skarpe i skacze z wystepu na wystep. Chce ja ostrzec, bo widzi slady poteznych obsuniec, ale te ostatnie zdarzaja sie w czasie sztormow, wiec nic jej nie mowi. Wydaje mu sie, ze wystarczy, ze idzie czujnie tuz za nia. Do nieszczescia dochodzi zbyt latwo. Metr kwadratowy ziemi, gdy Maria jest na szczycie, usuwa sie nagle spod jej stopy szukajacej w poplochu stalego oparcia. Maria krzyczy, chce skoczyc dalej, ale tuz przed nia otwiera sie szczelina. Oderwany od calizny slup ziemi chwieje sie i jak zmurszaly pien kruszy u podstawy. Maria zniza sie gwaltownie, przekreca przed upadkiem na biodro, pada z rozrzuconymi rekami, a ziemia sunie z mokrym szelestem i przykrywa ja cala. Jest cicho, w promieniu kilometra nie ma zywego ducha.
Po chwili odretwienia skacze za nia. Rozdziera palcami ziemie, drazy ja i spycha zgarniajac cale jej tony wscieklymi rzutami nog. Po minucie dociera do lezacej. Odgrzebuje wpierw jej lydke i rozgarnia ziemie tam, gdzie spodziewa sie glowy, ale Maria lezy w pozycji nie pozwalajacej zgadnac, gdzie jest twarz. W zacieklym poruszeniu, nieprzytomny jak ranione zwierze, rwie grunt i wreszcie po dalszych sekundach trafia na szyje. Oczyszcza z ziemi twarz, piersi Marii i brzuch. Maria sie nie rusza, lezy z zamknietymi oczami. Robi jej sztuczne oddychanie. Podnosi rece, ziemia z palcow osypuje sie na twarz, na nieruchome powieki, ktore wkrotce zaczynaja drgac jak w czasie sennych widzen. Ziemistoszare policzki rozowieja, z ust saczy sie slina zmieszana z piaskiem. Wraca normalny oddech, piersi Marii unosza sie rownomiernie, rytm wdechu i wydechu jest glosniejszy. Jeszcze minuta i otwiera oczy pelne jeszcze zdumienia i leku, jakie zatrzymaly w czasie upadku i nasuwania sie ziemi na twarz.
Poznaje go, krzywi sie z bolu. Jest swiadoma, ze cudem uniknela smierci. Razem zgarniaja ziemie z uwiezionych nog. Podnosi Marie wpierw do pozycji siedzacej, a pozniej pomaga jej wstac. Wiadomo, co jest potem. Wracaja do domu, uplywa wieczor i noc, i kazde z nich oskarza siebie o glupote. Rano, poniewaz oboje maja dosc miasta, ktore dlugo bedzie sie kojarzyc ze wspomnieniem niedorzecznego milczenia, postanawiaja tego samego dnia wracac. Nie zdarza sie jednak i to, nie przychodzi w sukurs zadne szczescie w nieszczesciu.
Dlatego rowniez w nocy, stojac przy oknie i sluchajac glosow ulicy i ogrodow, raz po raz zbliza sie sluchem do Marii. Czasem mu sie wydaje, ze nie slyszy jej oddechu. Przez moment trwa przerazenie, mysli, ze to letarg, albo ze Maria wysunawszy sie z lozka poszla poplywac samopas, wzywajac na pomoc jak on wszelkie mozliwe przypadki. Ze sprzecznymi uczuciami zbliza sie do lozka, widzi tam dlugi ksztalt, dochodzi go jej oddech. Nie pozostaje nic, jak wrocic znow do okna albo sie polozyc i czekac cierpliwie snu. W koncu przyszedl ostatni dzien, nazajutrz mieli wracac. Maria krecila sie od rana po pokoju zbierajac garderobe i drobiazgi, o ktorych sie zapomina w ostatniej chwili. Wydalo mu sie, ze jej wzrok omija wszystkie przeszkody, raz skupiony na czyms bardzo odleglym, drugi raz na czyms tak bliskim, ze jej oczy rozwieraly sie nagle i przestawaly go widziec.
Od czasu do czasu na jej usta zablakiwal sie usmiech. Zamienili ze soba tylko tyle slow, ile trzeba bylo dla uzgodnienia, ze przed poludniem pojda na plaze, a po poludniu wezma udzial w pozegnalnym wieczorku. Poza tym nie rozmawiali: zauwazyl, ze Maria wolala przez pare minut szukac jakiegos przedmiotu, anizeli spytac, gdzie lezy. Wiedzial, ze oboje sa rozbici, i dwa tygodnie przeznaczone na pojednanie nic im nie daly. Godzine lezeli na plazy. Maria tym razem nie patrzyla na wode, ale przygladala sie ludziom, jakby chciala odgadnac, z kim bedzie sie bawic wieczorem. On lezal przy niej, usilowal skoncentrowac swoje mysli na ksiazce, ale plaza tak napeczniala ludzmi, ze polnagi tlum wylewal sie na trawe, gdzie lezeli. Pozniej Maria zaproponowala spacer wzdluz brzegu. Szli nic nie mowiac. Maria brnela w piasku i sledzila dym, ktory sie zjawil na wodzie i zblizal ku nim bardzo nieporadnie. W polowie drogi od horyzontu statek zmienil kurs i oddalil sie na wschod w strone zatoki. Pozniej wydawalo mu sie, ze to jest ich ostatni wspolny spacer. Zerknal na Marie, ktora odpowiedziala spojrzeniem bez usmiechu, pomyslal zatem, ze i ona wie o tym.
Wymineli nadbrzezne zarosla i wydostali sie na dzika plaze. Nieco wyzej byl las, a w odleglosci stu metrow biegli marynarze w mundurach z zaglowego plotna, nagleni krzykiem obracajacego sie na piecie podoficera. Kilku zatrzymalo sie na moment: patrzyli na Marie brnaca pracowicie przez wydme w niebieskim dwuczesciowym kostiumie. Potem znowu szli sami wzdluz lachy piasku. Maria wyprzedzala go, bielaly przed nim jej piety. Kiedy na powrot znalezli sie obok siebie, spojrzala zatrzymujac wzrok na jego twarzy nieco dluzej. - Zmizerniales - powiedziala zrobiwszy gest, jakby go brala za reke, ale jej dlon zwisala bezwladnie.
T eraz on spojrzal na nia uwazniej i dostrzegl, ze jej twarz, opalona, z kropelkami potu na czole, starsza jest od twarzy, na ktora patrzyl kiedys. Na czole pojawily sie bruzdy, wokol oczu rozpiela sie siec zmarszczek, ich plytkie wglebienia byly nieopalone. - Ty tez zmizerniales - powiedzial. Byly to ostatnie slowa, jakie wypowiedzieli tego dnia. Odpoczeli na dzikiej plazy, waskiej i oslonietej zewszad krzywizna brzegu i zarosli biegnacych z wysokich zboczy, i wrocili na dawne miejsce do zgielku i tlumu. Maria znow nie patrzyla na morze i nie szukala sploszonych ptakow. Spogladala na ludzi. Byli przewaznie mlodzi: mlodzi mezczyzni i bardzo mlode kobiety. Idac za jej spojrzeniem od jednej do drugiej sylwetki wyobrazal sobie, ze sledzi mysli Marii usilujacej odgadnac, jaki bedzie jej nastepny mezczyzna. Nie poczul sie tym wstrzasniety. On takze, gdyby wybral jakas dziewczyne, rozpoczalby nowe zycie.
Zastanawial sie pozniej, jak sie wkrotce uloza ich wspolne sprawy, ale nie umial powiedziec, czy niosa im nieustanny smutek, czy tylko brak szczescia, jakiego kiedys chcieli. Nie wiedzial, co by bylo gorsze. Byl teraz pewny, ze jego mysli i pragnienia razem z meczaca pogonia za zyczliwoscia Marii sa jednym pasmem nieporozumien. Nie liczy sie tu ich wzajemny stosunek do siebie, sprawa ma wymiar inny. Wszystko, co teraz ich trapi, jest konsekwencja urzeczenia przeciwienstwami kobiecosci i meskosci, ktore ich kiedys pociagnely ku sobie i na ktorych tak duzo chcieli budowac.
To bylo jednak dawno, a teraz, bez wzgledu na uczucie, i on i Maria sa ilustracja zawartego w ludzkim materiale dazenia do szczescia i nieustannej walki o jego zindywidualizowana postac. Te, zlaczone, tak dlugo beda uniemozliwiac oczekiwany rezultat, dopoki oboje z czegos bardzo waznego nie zrezygnuja. W rosnacym teraz spokoju lezal przy Marii i patrzyl z nia razem na ludzi, ktorzy krecili sie i zamieniali miejscami niczym okruchy szkla w kalejdoskopie. Mezczyzni grali w pilke, a dziewczeta sekundowaly krzykami. Biegly za uciekajaca kula chwytaly ja i podskakiwaly, a wnetrze smuklych ud gralo napietymi sciegnami. Slonce zzeralo slady fal pelznacych lunatycznie do brzegu. A potem pokazaly sie ptaki. Jakas kobieta przywiodla w poblize dwoje dzieci i Maria, nie dzwigajac glowy, patrzyla na jedno i drugie. Po czym odniosl wrazenie, ze na plazy zapanowal spokoj. Glosy oddalily sie i przycichly, a twarz Marii, kiedy na nia spojrzal, wydala mu sie blizsza niz kiedykolwiek.
Pomyslal, ze kazde z nich pragnie pomyslnosci i nic nie laczy ich mocniej, bo tak czy inaczej skazani sa na pomylki wyboru i niepowodzenia, a starosc, zamiast oczekiwanych wynikow, przyniesie obojgu troche madrosci, ktora z lat, jakie przezyja, dobedzie dosc pouczajacych rzeczy, aby mogli zalowac, ze juz ten czas im minal. Chcial zerwac ten zwiazek, bardzo tego pragnal przez moment. Dlugo spogladal na Marie, a potem przeniosl wzrok na dziewczeta biegnace w sloncu z krzykiem, od ktorego wibrowalo powietrze.
Nie wierzyl, aby nastepny zwiazek byl latwiejszy i lepszy. Chcial sie jednak zakochac, by odkryto go innym. Chcial, zeby dziewczyna byla bardzo mloda i zeby mogla nia byc Maria.