PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (31 marca 2000)


GRAZYNA DRABIK

Geba Gombrowicza

Ferdydurke wedlug Witolda Gombrowicza. Rezyseria: Janusz Oprynski, Witold Mazurkiewicz. Scenografia: Jerzy Rudzki. Oswietlenie i dzwiek: Janusz Oprynski, Jan Szamryk. Muzyka: Borys Somerschaf. Wykonawcy: Jacek Brzezinski (Pimko, Bladaczka, wuj Konstanty), Witold Mazurkiewicz (Jozio), Jaroslaw Tomica (Mietus), Michal Zgiet (Syfon, Walus). Teatr Provisorium i Kampania 'Teatr' z Lublina. Przedstawienia w Nowym Jorku 8-12 marca, po polsku i po angielsku. Raw Space, 529 W. 42 St.
'We wtorek zbudzilem sie o tej porze bezdusznej i niklej, kiedy wlasciwie noc sie juz skonczyla, a swit nie zdazyl sie jeszcze zaczac na dobre. Zbudzony nagle, chcialem pedzic taksowka na dworzec, zdawalo mi sie bowiem, ze wyjezdzam - dopiero w nastepnej minucie z bieda rozpoznalem, ze pociag dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybila zadna godzina. Lezalem w metnym swietle, a cialo moje balo sie nieznosnie, uciskajac strachem mego ducha, duch uciskal cialo i kazda najdrobniejsza fibra kurczyla sie w oczekiwaniu, ze nic sie nie stanie, nic sie nie odmieni, nic nigdy nie nastapi i cokolwiek by sie przedsiewzielo, nie pocznie sie nic i nic. Byl to lek nieistnienia, strach niebytu, niepokoj niezycia, obawa nierzeczywistosci, krzyk biologiczny wszystkich komorek moich wobec wewnetrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lek nieprzyzwoitej drobnostkowosci i malostkowosci, poploch dekoncentracji, panika na tle ulamka, strach przed gwaltem, ktory mialem w sobie, i przed tym, ktory zagrazal od zewnatrz - a co najwazniejsza, ciagle mi towarzyszylo, ani na krok nie odstepujac, cos, co bym mogl nazwac samopoczuciem wewnetrznego, miedzyczastkowego przedrzezniania i szyderstwa, wsobnego przesmiechu rozwydrzonych czesci mego ciala i analogicznych czesci mego ducha'. Potok slow plynie w Ferdydurke wartko. Wije sie niespodziewanymi zakosami. Unosi nas w rejony absurdalnej przesady. Grozi wirami zjadliwosci. Bawi dziwnymi minami, niepokoi, kusi, flirtuje, tanczy, kreci sie w kolko, w kolko wokol nieruchomego centrum: zawieszenia pomiedzy. Trwania w oporze przed okresleniem zbyt jednoznacznym, pod przymusem, przez 'gebe' udawania - czy bedzie to choralny zachwyt Slowackim, mit swobody nowoczesnosci, czy wzniosly a pusty ideal romantycznej milosci. Przedstawienie wedlug powiesci Gombrowicza, przywiezione z Lublina do Stanow Zjednoczonych, rozpoczyna sie tak, jak powiesc - cytowanymi powyzej slowami. Zanim zabrzmia jednak ze sceny, przygladamy sie dlugiej pantonimie. Narrator/Jozio (Witold Mazurkiewicz) siedzi na laweczce. Siedzi sam, kreci sie, patrzy w lewo, w prawo, dlubie w nosie, poprawia spodnie, przeklada noge na noge, chrzaka... Niewygodnie mu we wlasnym ciele. Niewygodnie mu i z przybyszem, ktory sie don przysiada. Drugi czlowiek, a wiec przeciwnik. Trzeba go sobie podporzadkowac, aby on nas sobie nie podporzadkowal. Jozio zwycieza, przybysz powtarza jego grymasy, wzdycha, kiedy on wzdycha, drapie sie, kiedy on sie drapie. Trzeci osobnik, ktory zjawia sie chwile pozniej, oprze sie formie narzuconej przez Jozia. Z glowa zadarta do gory, zamyka sie niezlomnie w swojej gornolotnej minie. Pierwsza scena zaznacza sile i slabosc przedstawienia. Rezyserzy Janusz Oprynski i Witold Mazurkiewicz, z Teatru Provisorium i Kompanii 'Teatr', zaproponowali prosty a radykalny chwyt adaptacji powiesci. Minimalistyczna scenografia Jerzego Rudzkiego swietnie podkresla ogolna intencje. Przestrzen, na ktorej odbywa sie akcja ujmuja ramy eleganckiego szescianu. Snop swiatla wydobywa z ciemnosci prostokat drewnianej podlogi. Posrodku prostokata stoi lawka. Z lawki wysunie sie ukryta w oparciu rama. Rama zaznaczy okno i juz bedzie pokoj w mieszkaniu Mlodziakow. Potem pokoj przemieni sie w werande dworku w Bolimowie. Aktorzy zjawiaja sie w waskim skrawku oswietlonej przestrzeni, znikaja w pochlaniajacej wszystko ciemnej nicosci. Ferdydurke staje sie seria obrazow rzuconych na ekran pamieci lub swiadomosci. Swiatlo ujmuje w ramy chaos walki o forme, nadaje bezladowi 'rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania' dyscypline porzadku. Tak oszczednie wyznaczona przestrzen sceniczna wymusza na aktorach nieustanne zblizenie, zderzanie sie z soba nie tylko slowem, ale fizycznie, cialem o cialo. Walka o ksztalt, o wlasna forme - glowny temat Ferdydurke - znajduje dobitny wizualny wyraz. Samokreslenie wymaga konfrontacji z drugim czlowiekiem, takze o przestrzen zyciowa. Duch wadzi sie z bytem. Byt ze swiadomoscia. Pomysl jest atrakcyjny i przeprowadzony konsekwentnie, ale kosztowny. Po pierwsze, narzuca plynnym slowom sztywnosc jednoznacznej ilustracji. Po drugie, surowe ograniczenia scenicznego ruchu nakladaja nadzwyczajny ciezar na barki aktorow. Graja oni w duzej mierze siedzac. Zmuszeni sa do polegania przede wszystkim na mimice i modulacji glosu. Aktorom nie w pelni udaje sie sprostac tym wymaganiom. Pozytywnie wyroznia sie Michal Zgiet, ktory lepiej wydobywa niuanse tekstu. Gra oszczedniej, jednoczesnie w szerszym rejestrze. Pozostali, jakby chcac nadrobic brak ruchu, uciekaja w glosna i namaszczona deklamacje, w przesadna pantomime, w gest rubaszny. Jest to styl gry z farsy, przerysowany, bez melodii i lekkosci. Gombrowiczowskie 'upupienie' staje sie wycieraniem tylka o twarz. Bezwolni wobec rozbuchanego erotyzmu nastolatkowie ocieraja sie o nogi lawki. Glowe otumanionego z zadurzenia Jozia omotuje damska ponczocha. Pijany Mietus zatacza sie i belkocze. Egzystencjalna malaise tlumaczona doslownie przechodzi w groteske. Przasnosc i wulgaryzmy wywoluja smiech, ale nie poruszaja ani prowokuja. Dosadna fizycznosc gry to w koncowych scenach coraz wiekszy krzyk i kotlowanina cial. Goraco. Przy calej eskalacji halasu ogolny efekt jest zaskakujaco monotonny i statyczny. Szkoda, bo tekst Gombrowicza brzmi aktualnie. Oddanie artystow budzi sympatie. Chcialoby sie, by przedstawienie bylo lepsze. * Idac do teatru 'na Gombrowicza' przygotowujemy sie do konfrontacji ze soba. Ciekawi, czy nadal brzmi tak zywo, jak kiedy przemawial bezposrednio do nas ze stronic ksiazki. Czy rozpoznamy w jego buncie nasz wlasny bunt. Czy dojrzymy w szyderstwie jego i nasza tesknote za czyms nieuchwytnym, autentycznym, ku czemu szyderstwo droge ma nam przeczyscic. Szczegolnie zywy odzew wywoluje wlasnie Ferdydurke, powiesc najbardziej dostepna z dziel Gombrowicza i najpopularniejsza, z ktora czesto nasze zwiazki sa wrecz osobiste. Nawet ludzie zrownowazeni maja tendencje wyrazac o niej opinie niezrownowazone. W pamieci trwaja przeciez ikonograficzne sceny: profesor Pimko prowadzi Jozia do upiornej szkoly dyrektora Piorkowskiego. Belfer Bladaczka, polonista-potwor, zmusza uwiezionych w lawkach uczniow do zachlysniecia sie poezja: 'Dlaczego Slowacki wzbudza w nas zachwyt i milosc? Dlaczego placzemy z poeta czytajac ten cudny, harfowany poemat W Szwajcarii?... Dlaczego zachwyt, milosc, placzemy, poryw, serce, i leciec, pedzic? Dlaczego? Dlatego, ze wielkim poeta byl!'. Mietus, ordynus i lobuz, wywoluje do pojedynku na miny ugrzecznionego Syfona, ktory niewinnym pragnie pozostac, oprzec sie uswiadomieniom, brudom i przyziemnym przyjemnosciom zycia. Na stancji w nowoczesnym domu inzynierostwa Mlodziakow, Jozio mierzy sie z Zuta, pensjonarka nowoczesnie chlodna na wszystko poza soba sama. Ona go intryguje i dobrze wie o tym, lecz udaje, ze go nie zauwaza. On udaje, ze ona go nic nie obchodzi, a jeszcze mniej jej obojetnosc. Ona jego obojetnosci zniesc nie moze, choc on sam wcale jej nie interesuje. On sie nie uwolni, poki jej pozy nie przekluje i nie obnazy. Na wsi, w szlagonskim dworze wujostwa, Jozio obserwuje jak sluzba czyni z panstwa jasniepanstwo, jasniepanstwo niedbale jasniepanuje na wlosciach. Mietus, ktory juz lobuzem nie jest, 'stroi sie' bezwstydnie do parobkow, jak kiedys Syfon do wznioslych idealow, zanim Mietus go nie pokonal i nie uswiadomil sila. Mietusa zachwyca lokajczyk Walus, chlopiec z ludu, prosty i wspanialy w swej prostocie. Jozio sie przyglada, i sam tkwi bezwolnie w fascynacji bytem Parobka. Bytem naturalnym, nieswiadomym siebie. Bez miny. Czysta geba. Ostatecznie jedynym wyjsciem z sytuacji bez wyjscia bedzie dla Jozia ucieczka, przed siebie, w nowe, w niewiadome, byleby od - od upupienia, od pozy na luz i swobode, od skostnialych form. Przedstawienie zachowuje trzyczesciowa organizacje powiesci, dajaca przeglad kluczowych instytucji spolecznych: szkola - mieszczanska rodzina z pretensjami do nowoczesnosci - tradycyjny dom ziemianski, ostoja wartosci konserwatywnych. W wyborze fragmentow tekstu nastapilo jednak przesuniecie punktu ciezkosci. Ogladamy poszukiwania samookreslenia Jozia, ale na czolo wysuwa sie postac Mietusa: jego pojedynek z Syfonem, pijackie pocieszania, podszczypywania na zapleczu, 'bra...tanie sie' z Parobkiem. Ze sceny zostaje wyeliminowana druga plec, zderzenie z jej radykalna innoscia. Role Zuty sygnalizuje tylko ponczocha, ktora owija sobie glowe Jozio. Z Mlodziakowej ostaly sie lydki - w swietnej zreszta scenie podgladania przez dziurke od klucza. Nie ma cioci. Nie ma Zosi. Kobiecosc - jako zagrozenie, pokusa i obietnica - zostala relegowana do otaczajacej ciemnosci. Wszystko odbywa sie miedzy mezczyznami. Byc moze dzieje sie tak z powodow praktycznych; w zespole nie ma ani jednej aktorki. Sila rzeczy jednak, w polaczeniu z pierwszoplanowa rola odgrywana przez Mietusa, klamra spinajaca calosc staja sie watki homoerotyczne. Sa to watki duzej wagi u Gombrowicza, ale rozgrywane o wiele subtelniej i wieloznacznie. * Kazda inscenizacja Gombrowicza niesie ryzyko zderzenia z oczekiwaniami publicznosci, zwlaszcza tych widzow, ktorzy kiedys Gombrowicza przezywali, klocili sie o niego, klocili sie z nim. W sposob naturalny Gombrowicz wywoluje emocje. Prowokuje przeciez i pobudza pasje. Po przedstawieniu Ferdydurke, w foyer teatru dlugo jeszcze staly zywo dyskutujace grupki. Potem rozdzwonily sie telefony. Ktos goraco polecal. Ktos goraco ganil. Na obu przedstawieniach, ktore ogladalam - po polsku i po angielsku - sala byla przepelniona. Bardzo duzo mlodych, az przyjemnie bylo ogladac ich tylu naraz - rozgadanych, ladnie ubranych, z blyskiem w oku. Sporo mieszanych grup, gdzie polski i angielski przeplataly sie swobodnie. Gombrowiczowi i lubelskim artystom udalo sie zmobilizowac publicznosc w miescie, gdzie trudno zdobyc uwage. Uderzylo mnie tez, jak starannie wizyta zostala przygotowana. Poczynajac od z rozmachem zakrojonych wystepow (w Swarthmore College, Filadelfii, Nowym Jorku i Kalifornii), poprzez kontakty z amerykanskim srodowiskiem artystycznym, do waznych szczegolow, jak elegancko wydany program z ciekawym wyborem cytatow z Gombrowicza i o Gombrowiczu. Duza zasluge mial w tym kierujacy wydzialem teatralnym w Swarthmore College kolo Filadelfii Allen Kuharski, ktorego poznalam kilka lat temu przy okazji przedstawienia Iwony, ksiezniczki Burgunda rezyserowanego przez jego studentke. Kuharski z pasja i uporem prowadzi mrowcza kampanie budowania polsko-amerykanskich pomostow. Sprowadzil Slaski Teatr Tanca Jacka Luminskiego na dluzszy pobyt w Pensylwanii. Zainicjowal stworzenie nowego programu studies abroad w Krakowie dla studentow ze Swarthmore College. Zarazony bakcylem Gombrowicza od momentu zetkniecia sie z Ferdydurke w czasie pierwszego pobytu w Polsce dwadziescia lat temu, jest jego rzecznikiem w USA. Przetlumaczyl wydana posmiertnie sztuke Historia. Pracowal z Oprynskim i Mazurkiewiczem nad angielska wersja inscenizacji Ferdydurke na podstawie nowego tlumaczenia Danuty Borchardt. * Jeszcze slowo o samym Gombrowiczu. Pora przyjrzec sie na nowo, co w jego tekstach pozostaje aktualne. Co tworczo prowokuje. Co bawi, bo stalo sie bezpiecznie swojskie. Gombrowicz ma juz przeciez takze oficjalna gebe. Buntownik zostal wcielony do kanonu. Pisarz, ktory ogromna czesc swej krytycznej sily zawdzieczal byciu na marginesie - z boku, poza, wytrwale pomiedzy - stal sie autorem upupionym uwielbieniem. Ferdydurke jest teraz lektura obowiazkowa w Polsce, przerabiana we wszystkich szkolach srednich. Przynajmniej dla czesci czytelnikow zachwyt Gombrowiczem, jak zachwyt Slowackim, jest uczniowskim obowiazkiem. Instynktownie sie opierasz lub biernie poddajesz, bo Bladaczka przykazuje, 'ze wielkim byl'. Cos z tego ducha namaszczenia powiewalo takze nad przedstawieniem Teatru Provisorium i Kompanii 'Teatr'. Szyderca. Obalacz mitow. Moralista. Grozny przesmiewca. Tak. Ale Gombrowicz to takze filuterny gracz. Niepowazny, przekorny, przyjazny. Mistrz dwuznacznosci i ironii, rowniez wobec siebie. Przywolam jego slowa, tym razem z Testamentu, ktorym zegnal sie z nami: 'Jestem humorysta, pajac, linoskoczek, prowokator, moje utwory na glowie staja, zeby sie spodobac, jestem cyrk, liryzm, poezja, groza, walka, zabawa...'. Gombrowicz nie tylko krzywi sie szyderczym grymasem. Nie tylko marszczy czolo od filozoficznych glebi. Wlasnie teraz, kiedy tyle wokol nas patosu i kiczu, tyle nawolywan, cynizmu i groteskowych wypaczen, warto posluchac szeptu jego lirycznych tesknot. Dojrzec cieplo usmiechu. Niesmialosc. Finezyjny taniec linoskoczka 'nad otchlania anormalnosci'.

Koniec i bomba,
a kto czytal, ten traba!