PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (31 marca 2000)


Dzis i jutro
Instytutu Pilsudskiego
w Nowym Jorku

Z prezesem
Jackiem Galazka
rozmawia
Andrzej Jozef Dabrowski

Andrzej Jozef Dabrowski: - Od ponad roku jest Pan prezesem Instytutu Pilsudskiego w Nowym Jorku, przedtem przez piec lat funkcje te sprawowal Andrzej Beck. Czy zmiana na tym stanowisku oznacza jakies zmiany w pracy tej placowki?

Jacek Galazka: - Nie tyle wiaza sie one z osoba prezesa, ile z sytuacja samego Instytutu. W przeszlosci jako czlonek Rady Dyrektorow zajmowalem sie glownie sprawami statutowymi, dzis musze miec na wzgledzie przyszlosc tej instytucji. W roku 1998 Andrzej Beck zapowiedzial, ze chcialby zrezygnowac z prezesowania. Wowczas pojawila sie moja kandydatura na to stanowisko. Pojawila sie tez kwestia, gdzie ma byc nasz Instytut. Zdalismy sobie bowiem sprawe, ze z chwila odzyskania przez Polske niepodleglosci w 1989 roku, podstawowa jego misja - niepodleglosciowa - zostala zakonczona. Ostatnie 10 lat utwierdzilo nas w tym przekonaniu.

- Czy nie powinien on zatem pozostac po prostu placowka naukowa?

- Naukowcy polscy, ktorzy przyjezdzali do nas, aby zbadac jakis problem, korzystajac z naszych zasobow, moga teraz bez ograniczen korzystac ze zbiorow i archiwow polskich. W ostatnich latach zmalala czestotliwosc skladanych nam wizyt. Pierwsze pytanie, jakie postawilem sobie po objeciu prezesury, dotyczylo dalszych zadan Instytutu i miejsca jego dzialalnosci. Poniewaz Instytut Pilsudskiego zostal utworzony przed wojna w Polsce (pod opieka Ministerstwa Spraw Wojskowych) i duza czesc zbiorow pochodzi wlasnie stamtad, trzeba bylo - w moim przekonaniu - sprawdzic, jakie sa mozliwosci ewentualnego jego powrotu do Polski.

- Jak zareagowali na to czlonkowie Instytutu?

- Kiedy pytalem o to Rade Dyrektorow okazalo sie, ze spora jej czesc uwaza, ze Instytut powinien jeszcze zostac w Nowym Jorku i promieniowac na Polonie i na Ameryke. Powolywali sie na glosy historykow polskich, ktorzy sa zdania, ze powinnismy dzialac tutaj. Jednak szczuplosc funduszy sklonila nas do wysondowania w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej, czy w razie potrzeby mogloby ono przyjac nas pod swoje skrzydla. Otrzymalismy odpowiedz, ze jesli nie znajdziemy srodkow pozwalajacych utrzymac sie w Nowym Jorku, to ministerstwo zaopiekuje sie przeniesionymi do Polski naszymi zbiorami.

- Jak mialoby to wygladac pod wzgledem organizacyjnym?

- Prawdopodobnie Instytut zostalby umieszczony w centralnych archiwach wojska, a galeria obrazow trafilaby do Muzeum Wojska Polskiego. Natomiast pozostala kwestia, czy istnielibysmy w Polsce jako osobna i niezalezna placowka, ministerstwo bowiem moze wspierac tylko instytucje rzadowe. Przed niespelna rokiem w Warszawie powstalo Towarzystwo Przyjaciol Instytutow Pilsudskiego w Nowym Jorku i Londynie, z ktorym wspoldziala pani Danuta Cisek, wiceprezes obu organizacji. Towarzystwo to tez uwaza, ze powinnismy nadal dzialac w Nowym Jorku.

- Czyli nie ma raczej mowy o tym, by Instytut istnial w Polsce jako odrebna i niezalezna organizacja?

- Pojawilo sie wiec nowe pytanie: jesli nie pojedziemy do Polski, to co bedziemy nadal robic w Nowym Jorku? I tu sie wylonila koncepcja przeksztalcenia Instytutu Pilsudskiego w Centrum Kultury Polskiej. Nasze zbiory i archiwa sa bardzo dobrym zapleczem. Ten pomysl pozyskal zwolennikow w Radzie Dyrektorow i wsrod przyjaciol Instytutu. Jednak trzeba sobie odpowiedziec na kolejne pytanie, jakim mamy byc centrum kultury, skoro nie mamy obecnie na widoku zadnych pokaznych dotacji. Trzeba dzialac tak, aby nie obciazac naszego budzetu nadmiernymi kosztami, bo Instytut musi trwac.

- Jakie zatem beda pierwsze kroki?

- Postanowilismy otworzyc szerzej drzwi dla mlodziezy szkolnej i kadry nauczycielskiej. Chcemy tez nawiazac wspolprace z Instytutem Europy Srodkowej i Wschodniej dzialajacym na Columbia University. Prezentowalismy tam wlasnie nasza wystawe o losie dzieci polskich wywiezionych w 1940 roku w glab Zwiazku Sowieckiego, przygotowana przez pania Grazyne Jonkajtis-Lube. Ekspozycje obejrzaly tysiace ludzi.

- Czy probowaliscie zainteresowac Waszymi pomyslami organizacje polonijne?

- Owszem, wspoldzialamy z Polish National Alliance (nasi gospodarze) i z Kongresem Polonii Amerykanskiej. Bardzo nam pomogl prezes tych organizacji pan Edward Moskal, ktory nie tylko poparl nasza koncepcje, ale jeszcze okazal sie bardzo troskliwym opiekunem zarowno w sensie materialnym jak i organizacyjnym.

- A jak sie bedzie miala Wasza dzialalnosc w stosunku do dzialalnosci oficjalnego Centrum Kultury Polskiej, jakie ma zamiar utworzyc w Nowym Jorku polskie Ministerstwo Kultury i Ministerstwo Spraw Zagranicznych?

- Nie wiem jeszcze, jakie zadania postawi sobie to centrum. Uwazam, ze powinno ono powstac w oparciu o placowki, ktore tu juz istnieja. Nie ma bowiem potrzeby zaczynania wszystkiego od nowa. Liczymy na to, ze jego pracownicy zwroca sie do nas z pytaniem, co moglibysmy wspolnie robic. Mamy dobrze usytuowane lokum, liczaca 240 polskich obrazow galerie, biblioteke, archiwum i sale konferencyjna mieszczaca okolo 80 osob. Najwazniejsze jest jednak znalezienie wspolnych tematow i form promocji. Naszym aliantem jest miesiecznik New Horizon, ktore idealnie nadaje sie do popierania tego typu inicjatyw. Wspolnie powinnismy utworzyc w Internecie Polsko-Amerykanskie Centrum Informacyjne zajmujace sie kultura (Polish Cultural Information Center), korzystajac z bazy danych zawartych w ksiazce wydanej przed osmiu laty Polish Heritage Guide to U.S.A. & Canada, ktora wznawiam w biezacym roku. Zawiera ona opis prawie dwustu polonijnych placowek w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Uwazam, ze wspolnie powinnismy nastawic sie na propagowanie kultury polskiej w USA, bo to jest najlepsze lobby dla Polski i Polonii.

- Od dziesieciu lat walcze o to piorem. Jak dotad bezskutecznie.

- Dlatego trzeba na razie podejmowac mniejsze zadania. Potrzebne sa cegielki.

- Czy nie boi sie Pan, ze jesli Instytut Pilsudskiego nastawi sie na promowanie kultury polskiej, to jego dotychczasowa dzialalnosc ulegnie jednak pewnemu rozmyciu?

- Nasza akcja niepodleglosciowa naprawde sie juz skonczyla, a zapotrzebowanie na nasza pomoc naukowa jest mniejsze niz kiedys. To, ze nastawiamy sie na kulture nie oznacza, ze nie mozemy byc waznym zapleczem dla historykow i badaczy. Jednak jasno sobie trzeba powiedziec, ze dzisiaj musimy byc apolityczni. Nie mozemy sie mieszac w zadne sprawy polityczne, bo tak stanowi prawo amerykanskie. Musimy byc placowka, ktora stanie sie potrzebna i ktora sama bedzie lansowala takie projekty, jakie zapewnia jej egzystencje. Musimy byc otwarci na rozne formy dzialalnosci kulturalnej.

- Czy Amerykanie korzystaja ze zbiorow Instytutu?

- W minimalnym stopniu. Tematyka polska nie jest dzis popularna w nauce amerykanskiej. Amerykanie na ogol nie wiedza, ze istniejemy. To tez trzeba zmienic. Pracujemy nad nowa strona Instytutu w Internecie.

- Czy Wasza dzialalnosc jest dostatecznie spopularyzowana w Polsce?

- W pewnym stopniu popularyzowal ja dr Janusz Cisek. Zorganizowal wystawe w Bibliotece Narodowej w 80. rocznice odzyskania niepodleglosci, pisal do prasy polskiej, docieral do senackiej Komisji ds. Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Komisja ta jednak musiala sie zajac w pierwszej kolejnosci Biblioteka Polska w Paryzu. Do nas przyslano natomiast kilku fachowych archiwistow.

- W jaki sposob powstaje Wasz budzet?

- 10 procent pochodzi ze skladek czlonkowskich, drugie 10 do 20 procent z indywidualnych dotacji. Nastepne 20 procent mamy dzieki dotacji Fundacji Jurzykowskiego. Pozostala kwote zdobywalismy dotychczas z wplywow uzyskiwanych z dorocznego bankietu. Tradycje urzadzania bankietow zapoczatkowal sp. admiral Zygmunt Bajak. Wiedzial, jak szukac bogatych sponsorow, takich chocby jak Citibank i Boeing. W ubieglym roku nie znalezlismy sponsora tego typu, co spowodowalo duza dziure w budzecie. Na szczescie w tym roku udalo sie nam namowic MacDonaldäsa, zeby sponsorowal nasz bankiet, ktory odbedzie sie 2 czerwca. Nie oznacza to jednak, ze nie musimy zacisnac pasa.

- Czy Polsko-Slowianska Federalna Unia Kredytowa nie oferowala Wam jakiejs stalej dotacji?

- Dotychczas nie. Byloby jednak wspaniale, gdyby to zrobila. - Moze wystapcie do nich z odpowiednim pismem, zapewniajacym, ze ich gest bedzie nalezycie upamietniony. - Wezmiemy to na pewno pod uwage. Moze P-SFUK da jakies fundusze na nasze centrum internetowe.

- Ilu Instytut ma czlonkow?

- Okolo 500. Wielu z nich to czlonkowie honorowi. Nie zawsze moga placic skladki.

- Czy corki Marszalka Pilsudskiego sa w jakis sposob zainteresowane Wasza dzialalnoscia?

- Pani Wanda juz nie moze nas wspierac ze wgledu na podeszly wiek, natomiast pani Jadwiga jest bardzo zaangazowana, ale w sposob nie rzucajacy sie w oczy. Jest w zarzadzie Stowarzyszenia Przyjaciol obu instytutow i czasem mowi, co jej sie jeszcze marzy w odniesieniu do obu placowek. Staramy sie ja zaprosic do nas, zeby po prostu pobyla tu z nami jak czlonek rodziny.

- Czym sie roznicie od Instytutu w Londynie?

- Dotychczas cele mielismy takie same. Oni maja wiecej eksponatow zlozonych przez rodzine, poczawszy od slynnej szabli Marszalka. Maja lepsza od nas sytuacje finansowa, bo mieszcza sie w Polskim Osrodku Spoleczno-Kulturalnym (POSK) i dostaja spadki po zyjacych w Anglii pilsudczykach. Przydalby sie nam taki POSK w Nowym Jorku!

- Czy oba instytuty sa w dobrych stosunkach?

- W bardzo dobrych, wrecz serdecznych.

- Byl Pan zolnierzem Pierwszej Dywizji Pancernej generala Maczka. Walczyl Pan we Francji, Belgii i Holandii. Jak potoczyly sie Pana dalsze losy?

- Po zakonczeniu wojny przebywalem w angielskiej strefie okupacyjnej, skad zostalem odkomenderowny na studia do Edynburga. W 1948 roku ukonczylem ekonomie i pracowalem w Szkocji jako ekonomista. W roku 1952 skorzystalem z wizy alianckiej i zostalem zatrudniony w firmie St. Martin Press w Nowym Jorku. Pracowalem w niej do 1963 roku, a przez nastepne 21 lat w wydawnictwie Charles Scribneräs Sons. Bylem pierwszym prezesem tej firmy nie nalezacym do rodziny Scribnerow. W 1987 r. przeszedlem do wydawnictwa Hippocrene Books, z ktorym jestem zwiazany do dzis. Jestem takze redaktorem wspomnianego juz miesiecznika New Horizon, wydawanego przez Bicentennial Publishing Corp.

- Jak Pan trafil do Instytutu Pilsudskiego?

- Moj ojciec Michal, legionista, mial w nim kolegow, wsrod nich generala Wincentego Kowalskiego. Znal Adama Koca i Waclawa Jedrzejewicza. General Kowalski wciagal mnie do pomocy, m.in. bylem doradca Instytutu do spraw wydawniczych. Kilkanascie lat pozniej Andrzej Beck wciagnal mnie do Rady Dyrektorow.

- 18 marca br. odbylo sie doroczne zebranie rady, ktora ponownie wybrala Pana na prezesa. Kto jeszcze wszedl do zarzadu?

- Wiceprezesami zostali Danuta Cisek i Andrzej Beck, Halina Janiszewska jest sekretarzem zarzadu, a Iwona Korga skarbnikiem. Czlonkiem zarzadu jest tez Jan Wieckowski. Janusz Cisek, dotychczasowy dyrektor wykonawczy, zlozyl dymisje. -

Kto go zastapi?

- Ze wzgledow oszczednosciowych szukamy kogos, kto moglby pelnic te funkcje w ramach woluntariatu.

- Dziekujac Panu za rozmowe zapewniam, ze z uwaga bedziemy sledzic nowe inicjatywy Instytutu Pilsudskiego.

Z Jackiem Galazka rozmawial Andrzej Jozef Dabrowski